Małgorzata Rejmer: Nic śmiesznego

Małgorzata Rejmer: Pisanie i pchły

Wcale nie tak dawno temu, lecz jak gdyby w innej historycznie epoce, miałam dwadzieścia lat i mieszkałam w kawalerce na Powiślu, gdzie pędziłam żywot studencki z dwiema koleżankami.
Pewnego razu jedna z nich, zadeklarowana lesbijka, przywiozła sobie z autostopowych wakacji chłopaka Serba i oznajmiła: on sobie z nami pomieszka. Uznałyśmy, że skoro przez mieszkanie przewija się tłum, nietaktem byłoby pozbawiać domu bezdomnego słowiańskiego kolegę. I tak zamieszkał z nami Ivo, teoretycznie na chwilę, w praktyce na dziewięć miesięcy. Jak daliśmy radę we czwórkę, na trzydziestu kilku metrach, nie jestem sobie w stanie przypomnieć, ale wydaje mi się, że wczesna młodość inaczej znosi i czas, i przestrzeń.

Ivo był reżyserem dokumentalistą, grubo po trzydziestce, mówił niewiele i w zasadzie cały czas przesiadywał na taborecie w kuchni, z nogą na nodze i przykurczoną ręką, w której ćmił mu się papieros. Kiedy pytałam go o Belgrad, mówił, że jest taki sam jak Warszawa, tylko jeszcze bardziej szary. Kiedy pytałam go o wojnę, mówił, że gdyby dzień w dzień nie palił marihuany, to pewnie oszalałby albo popełnił samobójstwo. Polska przyklejała go do papierosa.

Ivo był przyjazny, ale kojarzył mi się z wycofaniem i nieuczestniczeniem; Serbia kojarzyła mi się z gniewem i okrucieństwem. Kiedy wreszcie pojechałam do Belgradu, objawiła się przede mną malownicza szarość tego miasta, i tylko granit na deptaku Kniazia Michała bił po oczach czarną wytwornością. Ale też było coś takiego w Belgradzie, że zdawało mi się – może za sprawą rozległej, silnej twierdzy Kalemegdan, wznoszącej się na cyplu, i dwóch potężnych rzek, Dunaju i Sawy, które zbiegały się u jego stóp – że łatwo być dumnym z tego miasta. Warszawa budzi we mnie czułość, poza tym bardzo jej współczuję, i dopiero na styku tych dwóch uczuć rodzi się przywiązanie, może nawet jakaś pokraczna, niepewna miłość do tego miasta.

Belgrad okazał się miastem ze sznytem tyleż paryskim, co tureckim, wprawdzie pokaleczonym komunizmem, ale też wielkomiejsko śmiałym i bezsprzecznie europejskim. Nic tu po stereotypie dzikiego Serba z nożem w zębach. Lecz gdy jakiś podróżnik chciał Belgrad upokorzyć, oświadczał z całą stanowczością, że granica Europy przebiega w Zagrzebiu, że Zagrzeb to mały Wiedeń, a Belgrad to małe nie wiadomo co. Nic bardziej bolesnego dla Serbów niż wyszydzić europejskość Belgradu.

Co znaczy dla Serba pragnąć Europy i jednocześnie odwracać się do niej plecami, świetnie pokazuje komedia „Śmierć człowieka na Bałkanach”, którą widziałam ostatnio w ramach przeglądu „Oko na Bałkany”. Wszystko zaczyna się od widoku człowieka żywego, który już po chwili jest martwy: znany kompozytor popełnia samobójstwo w swoim mieszkaniu, a wystrzał pistoletu alarmuje sąsiadów, którzy zbiegają się na miejsce tragedii.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Wielki kompozytor, boleją sąsiedzi. Ale też łachudra, tym niecnym samobójstwem obniżył wartość ich mieszkań. Taka to dziś ludzka znieczulica, jakby miał odrobinę dobrej woli, to by do parku poszedł.

Jakim potwornym miastem jest Belgrad, denerwują się sąsiedzi. Zabija, na przykład, takiego słynnego kompozytora, wielkiego człowieka na poziomie europejskim.

I tak czekają sąsiedzi na lekarzy i policję, ale wiadomo, Belgrad to przeklęte miasto, upalne, duszne i mordercze, wszyscy stoją tu w korkach, a trup stygnie. I siedzą oni przy trupie. Piją za duszę nieboszczyka, jak nakazuje tradycja, żegnają się. Bo tu jest Belgrad, a nie jakaś Szwecja, tu ludzie troszczą się o siebie, istnieje duchowość. W Szwecji, na ten przykład, jakby go znaleźli, to już by był wyschnięty na wiór. A tutaj, proszę bardzo, troska i samopomoc, trup znaleziony jeszcze ciepły, leje się dla niego rakiję po dywanie, za duszę niespokojną.

Trochę też sąsiedzi myszkują po mieszkaniu. O, podziwiają na przykład niemiecki zestaw do wiercenia, niemiecką wiertarkę z niemieckimi wkrętami. Wspaniałe niemieckie technologie. Mieć taki niemiecki zestaw w swoim serbskim domu!

To nieustanne oglądanie się na Europę, gardzenie nią i do niej aspirowanie, ten nieustanny tryb „sprawdzam” – czy jesteśmy Europą, czy nie jesteśmy, na ile i dlaczego nie więcej – jest obsesją tyleż Belgradu, co Warszawy i Bukaresztu, i wszystkich miast, w których żelazna kurtyna stworzyła inną rzeczywistość, bardziej lichą, bardziej siermiężną, a do tego kneblowaną. Bycie Europą Wschodnią to nic śmiesznego, dlatego warto się z tego pośmiać.

?>