fbpx

Małgorzata Rejmer: Rumuńska bajka

Małgorzata Rejmer: Pisanie i pchły

A fost odata ca niciodata, tak zaczynają się rumuńskie bajki. Dawno, dawno temu było tak, jak nigdy nie było.
I była sobie kraina, porośnięta zrudziałymi trawami, krwistymi makami i sczerniałymi słonecznikami. W krainie pustki najszczęśliwiej miała się nędza. Bywało tak, że dzieci rodziły się zbyt wątłe, by unieść ciężar życia i, nim zdążyły zaczerpnąć oddechu, zabierała je śmierć. Nigdzie nie umierało się tak łatwo jak tam.

Kraina nazywała się Oltenia i tworzyły ją rozproszone wioski, złożone z małych domów o dachach krytych gontem. W jednym z takich domków mieszkał chłopiec. Może był trochę bardziej uparty niż inni. Trochę bardziej milczący. Trochę bardziej niespokojny. Wypluwał z siebie słowa, jakby miał w ustach żwir i zacinał się, gdy chciał powiedzieć całe zdanie. Na szczęście nikt go o nic nie pytał i nikt nie zwracał na niego uwagi, bo chłopiec miał jeszcze dziesięcioro rodzeństwa, więcej niż było owiec w gospodarstwie. W dwuizbowej chatce dzieci spały jedno przy drugim, na drewnianych ławach wyściełanych pledami. Ojciec był awanturny i głośny, życie wymykało mu się z rąk, więc – próbując poradzić sobie z chaosem – pił coraz więcej. Mama była cicha i nieobecna, pracowała całymi dniami, jak wszystkie kobiety na wsi.

Chłopiec miał 11 lat, gdy zrozumiał, że musi stąd uciec. Ze wsi, w której mieszkał, do stolicy kraju było 160 kilometrów. Daleko, ale gdy ktoś wie, że nie ma dokąd wracać, po prostu idzie przed siebie. Miasto wydało się chłopcu straszne, choć niektóre zakątki, ze skarłowaciałymi, zdobnymi domkami, przypominały mu trochę rodzinną wieś. Chłopca przygarnął szewc, który zaczął go uczyć wyrabiać buty. Buty na chłopskie, zmęczone stopy, na twarde, spękane podeszwy.

A potem chłopiec dorósł, a potem został prezydentem swojego kraju. Kobieta, którą kochał, nie znosiła kościołów i marzyła o tym, by je burzyć. On marzył o tym, by budować. Razem zmienili oblicze miasta, którego obydwoje nie znosili.

Bo było zanadto wytworne, zanadto burżujskie, za dużo miało pałaców, za mało mieszkań dla ludzi takich jak oni, którzy przybywali ze wsi i nie mogli uwierzyć, że w domach może być prąd, a z kranu płynąć woda. Chłopiec, który dawno temu dorósł, ale wciąż się jąkał i nerwowo gestykulował, stawał nad mapą miasta i pokazywał: „Tę dzielnicę zburzyć. Te kościoły przesunąć. Koryto rzeki wybetonować, jej bieg zmienić. Ludzi przesiedlić. Tu, tu i tu. Klasztor, największy skarb historii kraju? Wyburzyć”.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Zgromadzeni dworzanie kiwali głowami. Wielki budowniczy i konstruktor! Wizjoner. Nadzieja kraju. Jutrzenka. Geniusz!

W ciągu paru dni buldożery gruzowały wielkie połacie miasta, stare wille z rozległymi ogrodami, z winnicami, z psami i kurami, z tym wszystkim, co przypominało wieś. Żeby nie drażnić ludzi, kościoły burzono nocą. A prezydent, w uznaniu swoich zasług, postanowił zbudować dla siebie pałac, większy niż domek, w którym się narodził, większy niż jakikolwiek inny budynek na świecie. Przesunął wzgórze. Postawił na nim pałac, który wyglądał jak ścięty mezopotamski ziggurat. Jeśli spojrzeć pod odpowiednim kątem, twierdza przypominała piramidę.

Nowe bulwary były jak wielkie labirynty o ciężkich, zwalistych ścianach. To była architektura, która miała przytłaczać i przerażać, udowadniać, ze w obliczu władzy człowiek jest niczym. Kiedy prezydent chciał przejechać przez miasto, ulice zamykano. Półtora miliona mrówek tworzyło jego gigantyczny folwark.

Dwadzieścia pięć lat po śmierci ojca kraju, który zginął z rąk własnych dzieci, jego monumentalne dzieło, ciąg rozległych bulwarów, to symbol degeneracji kraju i zmęczenia jego mieszkańców. Przez okna bloków, które miały reprezentować luksus, wygląda nędza, przybierająca postać zardzewiałych balustrad, aluminiowej folii zasłaniającej szyby, gór śmieci na balkonach, obudowanych konstrukcjami z tanich materiałów.

Czy chłopcu z olteńskiej wioski ktoś kiedykolwiek opowiadał bajki? Rumuńskie bajki, które słyną z okrucieństwa?

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>