fbpx

Renée Zellweger – amantka, komiczka, aktorski kameleon

Renée Zellweger - amantka, komiczka, aktorski kameleon
Złote Globy 2020, Renée Zellweger ze statuetką dla najlepszej aktorki w filmie dramatycznym. (fot. BEW PHOTO)

Renée Zellweger, jedna z największych gwiazd początku tego wieku, odwiesiła sławę na kołek i wypisała się do zwykłego życia. Na szczęście nie na długo. Ten sezon nagród filmowych będzie należał do niej.

Burza oklasków na tegorocznym festiwalu filmowym w Toronto nie miała końca. Owacja na stojąco trwałaby pewnie dłużej niż dziesięć minut, gdyby nie prośba wzruszonej Renée Zellweger, aby widzowie łaskawie przestali. – Dajcie już spokój, zaraz zrujnuję sobie makijaż – przekrzyczała tłum. Entuzjazm towarzyszący jej najnowszej kreacji wybucha na nowo w każdym kraju, gdzie na ekrany kin wchodzi „Judy” – opowieść o ostatnich latach życia Judy Garland, w której Zellweger gra tytułową rolę. Wiele wskazuje na to, że najbliższy sezon branżowych nagród będzie w dużej mierze należał do niej. Za „Judy” dostała już nagrodę Hollywood Film Award, Złoty Glob i jest jedną z faworytek do Oscara. Z towarzyszącego tym premierom medialnego szumu przebija źle skrywane zdziwienie, że Renée się udało. W jej umiejętności aktorskie nie wątpi nikt, kto przez ostatnie 25 lat oglądał filmy. Ale że po sześciu latach przerwy w karierze wróciła do show-biznesu lepsza niż kiedykolwiek? To zakrawa na arogancję. Nie zapominajmy też, że Zellweger skończyła już 50 lat. Do niedawna w Hollywood uważano, że kobietom w tym wieku należy bić brawo za to, że jeszcze oddychają.

Od pierwszego „cześć”

– Jeśli drogi do kariery nie usłano ci różami, uściel ją sobie sama – inteligencją, talentem i uporem – powtarzał Renée ojciec. Dorastała w Katy w Teksasie i choć jest dumna ze swoich południowych korzeni, zawsze podkreśla, że jej matka pochodzi z Norwegii, a tata ze Szwajcarii. Dzięki pracy ojca, inżyniera w przemyśle naftowym, bezpiecznie plasowali się w średniozamożnej klasie średniej. Jednak gdy pan Zellweger stracił pracę, jego studiująca już wtedy córka przez rok pracowała jako kelnerka w barze, żeby pomagać rodzicom. – To była najlepsza szkoła życia. Nauczyłam się wtedy, żeby nigdy pochopnie nie oceniać ludzi. I że każdy ma jakąś historię do opowiedzenia – wspominała aktorka.

Odkryte na uniwersytecie zainteresowanie aktorstwem wygrało z marzeniem, żeby zostać dziennikarką. Renée zagrała w kilku reklamach i po licencjacie postanowiła spróbować zarabiać na życie przed kamerą. Kombinacja talentu i urody sprawiły, że zaczęła dostawać coraz większe role. Odłożone pieniądze przeznaczyła na przeprowadzkę do Los Angeles. Przyjechała tam rozwalającym się fordem, z psem i całym dobytkiem w bagażniku. Rok później cała Ameryka zastanawiała się, dlaczego nie słyszała wcześniej o tej filigranowej blondynce, w której zakochał się Tom Cruise. Co prawda tylko na ekranie – film „Jerry Maguire”, jej pierwsza duża hollywoodzka rola, przyniósł Zellweger natychmiastową sławę. Kwestia, którą wypowiada w filmie: „Byłam twoja od pierwszego »cześć«” [You had me at „hello”], zaczęła żyć własnym życiem, przeniknęła do języka potocznego i stała się częścią popkultury. Renée nie miała, oczywiście, pojęcia, jak ten film zmieni jej życie. – Codziennie miałam tylko nadzieję, że mnie nie zwolnią – wspominała pracę na planie wiele lat później, w programie „The 50 Project”. – Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę robię ten film. A potem wracałam do swojego wynajętego mieszkania nad garażem i byłam najszczęśliwsza na świecie. Tom Cruise do dziś, od ponad 20 lat, przysyła jej prezent na urodziny.

Kręciła dwa filmy w roku, ale zawsze wybierała te role, które pozwalały jej pracować z najlepszymi. Skoro jakiś projekt zyskał zainteresowanie Meryl Streep, Jima Careya czy Morgana Free-mana, to ona z pewnością czegoś się od nich nauczy. Ta strategia zyskała jej uwielbienie krytyków, chwalących jej wszechstronność, a jej akcje w Hollywood szły coraz wyżej.

Nigdy wcześniej nie słyszała o tej książce, ale skoro agent kazał przeczytać… Bohaterka stworzona przez Helen Fielding jadła płatki śniadaniowe prosto z pudełka, popijała wódką, czekała na telefon od obiektu westchnień i miała wybitny talent do gaf. Problem polegał tylko na tym, że jej filmowe wcielenie musiało mówić z brytyjskim akcentem, a o rolę biły się wszystkie aktorki od Londynu po Newcastle. Bezskutecznie.

Z graną przez Zellweger Bridget Jones identyfikowało się całe pokolenie 20- i 30-latek w latach 90. Jej komicznemu talentowi poświęcono wtedy niemal tyle samo miejsca co relacjonowaniu, ile kilogramów przytyła do roli. Zellweger wspomina ten czas ze zgryźliwym rozbawieniem. – Moje objadanie się pizzą i pączkami traktowano jako bohaterstwo. Ciekawe, że mężczyznom tyjącym do ról rzadko zadaje się tyle pytań o dietę i formę, prawda? – powiedziała w tegorocznym wywiadzie dla brytyjskiego portalu „iNews”.

„Bridget Jones. W pogoni za rozumem” (2004), reż. Beeban Kidron. Rola Bridget przyniosła Zellweger sławę i pieniądze. (fot. BEW PHOTO)

Kilometry komentarzy na temat jej wyglądu zachwiałyby poczuciem wartości niejednej kobiety. Na szczęście Renée dość wcześnie nauczyła się, aby nie czytać nic, co plotkarska prasa publikuje na jej temat. – Ignoruję to. Miałabym poświęcać czas na dementowanie plotek, które ktoś wymyślił na mój temat? To strata energii, którą mogę zużyć na coś lepszego – spacer z psami, rozmowę z rodziną, pisanie. Po co angażować się w sprawy, nad którymi i tak nie masz żadnej kontroli? – mówiła w niedawnym wywiadzie dla „Guardiana”. Popularność, którą przyniosła jej Bridget Jones, zaowocowała deszczem nominacji, nagród i kolejnymi głośnymi rolami, m.in. w „Chicago” i „Wzgórzu nadziei”. Zdobyła Oscara. Początek nowego milenium należał do niej. Przez chwilę.

Życie jest gdzie indziej

Po sequelu do „Bridget Jones” i chwalonej roli w „Człowieku ringu” u boku Russella Crowe’a o Renée było coraz ciszej. Mniej udane filmy, kilka klap, branżowe opinie o tym, że skończyła się jej dobra passa. Prasa brukowa starała się powiązać to z jej życiem osobistym, choć właściwie nic o nim nie było wiadomo. – Odrobina tajemnicy nigdy nie zaszkodziła żadnej kobiecie – skwitowała to Zellweger w jednym z wywiadów. – To bardzo proste mieć życie prywatne i być znaną aktorką. Wystarczy w ogóle o nim nie opowiadać i nie wrzucać zdjęć do mediów społecznościowych – wyjaśniła w „Guardianie”. O jej związkach z Jimem Carreyem, Bradleyem Cooperem czy muzykami Jackiem White’em i Doyle’em Bramhallem II wiadomo tyle, że były. Trwały dłużej lub krócej.

Dziewięć lat temu Renée zdecydowała, że „dorosła do tego, żeby wziąć urlop”. Od kariery, pracy, medialnego cyrku. I zniknęła na sześć lat. Wypisała się do normalnego życia.

– Zdecydowałam, że pora dorosnąć. Byłam znudzona sobą, stwierdziłam, że się nie rozwijam. Chciałam zadbać o siebie i fizycznie, i psychicznie – mówiła w wywiadach. Wyjechała do Azji i jeździła pociągami po Wietnamie i Kambodży. Spędzała czas z rodziną w Teksasie. Chodziła na terapię, pisała projekty przyszłych produkcji. Pojechała z misją charytatywną do Liberii. Po mniej więcej roku okazało się, że może wyjść na ulicę i nikt jej nie zaczepia, nikt nie poznaje w niej lalki z czerwonego dywanu. W swoim domu w Malibu wreszcie rozpakowała pudła i zrobiła remont.

Z „urlopu” najpierw wyciągnęła ją złość. W 2014 roku pojawiła się na rozdaniu nagród magazynu „Elle” w Hollywood, a zrobione jej tam zdjęcie obiegło każdy brukowy magazyn i portal globu. Nagle wszyscy dyskutowali na temat tego, że Zellweger wygląda „inaczej” i że na pewno zrobiła sobie operację plastyczną. – To rzeczywiście fascynujące, że upływ czasu sprawia, że wyglądamy inaczej – ironizowała później w wywiadzie dla „Vogue’a”. Złamała wtedy swoją zasadę niekomentowania doniesień na swój temat i napisała artykuł dla „Huffington Post”. „Piszę, bo bycie świadkiem traktowania tabloidowej papki jako prawdy jest głęboko niepokojące. Historia o mojej rzekomej operacji plastycznej oczu sama w sobie była nieistotna, ale stała się katalizatorem do wplątania mnie, jako przykładu, do poważnych medialnych dyskusji o tym, że kobiety poddają się presji, aby wyglądać młodziej i akceptować same siebie. Moim zdaniem fakt, że tabloidowa plotka staje się powodem do poważnych dyskusji, ma znaczenie” – pisała aktorka wtedy, gdy termin fake news nie przeniknął jeszcze do potocznego języka. „To nie tajemnica, że przez wieki wartość kobiety mierzono jej wyglądem. […] Za chuda, za gruba, widać po niej wiek, lepiej, jak była brunetką, uda z cellulitem, skandal z liftingiem twarzy, łysieje, ma brzuch? Brzydkie buty, brzydkie stopy, okropne ręce, szkaradny uśmiech – to treść z nagłówków, która determinuje czyjąś wartość. A powtarzanie upokarzających plotek i złośliwych ocen przez agencje prasowe i szanowane media niesie ze sobą negatywne skutki” – grzmiała w elokwentnym eseju. „A może moglibyśmy porozmawiać o tym, dlaczego mamy apetyt na bycie świadkiem tego, jak ktoś jest upokarzany i publicznie ośmieszany atakami na jego wygląd i charakter? O tym, jak to wpływa na młode pokolenie i na walkę na rzecz równości? Może moglibyśmy częściej rozmawiać o wielu prawdziwych społecznych wyzwaniach i o tym, co da się zrobić lepiej”.

Trzeci film o Bridget Jones na dobre skończył jej urlop od show-biznesu, ale nie od anonimowości. Tego luksusu nie pozbawiła jej ani rola w popularnym serialu Netflixa „What/if”, ani teraz w „Judy”. – Ludzie patrzą czasem na mnie i wydaje im się, że gdzieś mnie widzieli, ale nie wiedzą gdzie. Jestem dobra we wtapianiu się w tłum i byciu niewidzialną.

„Judy” (2019), reż. Rupert Goold. (fot. BEW PHOTO)

Czas spędzony z dala od blasku fleszy sprawił też, że nareszcie uwierzyła we własny sukces. – Po cichu uważałam, że po prostu miałam szczęście – mówiła w wywiadzie dla „The Times”. Mimo półki uginającej się od najbardziej cenionych nagród w branży Zellweger nie była przekonana, że na nie zasłużyła. – Dziś umiem już zagłuszyć ten podszept zwątpienia o wiele szybciej. Nauczyłam się też mówić „nie” i nie mieć poczucia winy. Pożegnałam się z wewnętrzną „grzeczną dziewczynką”. W moim wieku była na to najwyższa pora.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze