1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Oliver Sacks i historia o mężczyźnie, który pomylił swoją żonę z kapeluszem

Oliver Sacks i historia o mężczyźnie, który pomylił swoją żonę z kapeluszem

Oliver Sacks angielski neurolog, od 1960 mieszkał w Stanach Zjednoczonych, autor wielu książek popularnonaukowych, profesor neurologii na Uniwersytecie Columbia. (Fot. Forum)
Oliver Sacks angielski neurolog, od 1960 mieszkał w Stanach Zjednoczonych, autor wielu książek popularnonaukowych, profesor neurologii na Uniwersytecie Columbia. (Fot. Forum)
Nie wszyscy od razu kojarzą jego nazwisko, ale wystarczy przypomnieć jego najsłynniejszą książkę „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”, a wszystko staje się jasne. Miał zaledwie 12 lat, kiedy jeden z jego nauczycieli zawyrokował, że chłopak zajdzie daleko, jeśli tylko nie posunie się za daleko. W swoim dorosłym życiu miewał okresy i sytuacje, kiedy przekraczał cienką granicę ekstremum.

Rozpędzony na swoim żelaznym rumaku, crossowym Nortonie Atlasie, przemierza najpierw okołolondyńskie, a potem kalifornijskie bezdroża. Mówią, że jeździ, jakby był nieśmiertelny. Jego dzienniki z okresu „motocyklowego” czyta się jak najlepszą książkę przygodową. Można by pomyśleć, że pisał je żądny adrenaliny motocyklowy zakapior. Sacks jest już wtedy po oksfordzkich studiach medycznych i odbywa staż w Mount Zion, prestiżowym szpitalu w San Francisco. Wiedzie podwójne życie – w dzień jest uprzejmym i błyskotliwym doktorem w białym fartuchu, w nocy zaś i weekendy przemienia się w odzianego w skóry motocyklistę. Gna wtedy autostradami albo wspina się serpentynami na szczyty gór, nie przeraża go pokonanie półtora tysiąca kilometrów za jednym zamachem. Nocuje pod gołym niebem albo na parkingach dla dużych ciężarówek. W chwilach wolnych od jazdy i szpitala podnosi z przysiadu 250-kilowe ciężary, dzięki czemu zyskuje przydomek „Doktor Przysiad”. Jeśli podróżuje, to „porządnie”, jak mu zresztą poradził profesor poznany podczas pobytu w Górach Skalistych – poznając geograficzne niuanse odwiedzanych miejsc, przyglądając się ludziom w kontekście historycznym i kulturowym. Setki zapisywanych podczas tych wojaży stron świadczą o wrodzonej wrażliwości Sacksa, który widzi więcej niż inni. A poza tym umie słuchać – niezależnie od tego, czy jego rozmówcą jest kierowca ciężarówki z wytatuowanym na przedramieniu pytonem, utytułowany profesor uniwersytecki, czy pacjent, który podczas mówienia konwulsyjnie wyrzuca z siebie wulgaryzmy.

Okruchy w próbówce

Chodząca perfekcja? Wcale nie. Początki nie były łatwe. Praca badawcza, którą podejmował jeszcze w rodzimej Anglii, nie przynosiła satysfakcjonujących efektów. Także pierwszy projekt neurochemiczny w nowojorskim Albert Einstein College of Medicine zakończył się spektakularną klapą. Sacks wspominał, jak to po dziesięciu miesiącach wytężonej pracy badawczej udało mu się unicestwić wszystkie notatki, zniszczyć niepowtarzalne próbki i zostawić na stole laboratoryjnym oraz w urządzeniu do odwirowywania próbek okruchy hamburgera. Od przełożonych słyszy, że „stanowi zagrożenie dla laboratorium”. „Sacks, ty lepiej idź i zajmij się pacjentami, wtedy szkody będą mniejsze!”.

Kolejne rozczarowanie dla matki Olivera – „tej” Muriel Elsie Landau, jednej z pierwszych kobiet chirurgów na Wyspach Brytyjskich. Choć i tak nic nie było w stanie przebić największego zawodu, jaki sprawił jej syn. Oliver ma 18 lat i pierwsze seksualne doświadczenia jeszcze przed sobą, kiedy przyznaje, że podobają mu się chłopcy. Od – zwykle otwartej i wspierającej – matki słyszy: „Żałuję, że cię urodziłam”. Nigdy już nie podejmą tego tematu.

A wracając do badań i medycyny – trudno o silniejsze rodzinne tradycje niż te w domu Sacksów. Ojciec Olivera jeszcze w wieku 94 lat będzie wynajmował na cały dzień taksówkę i odwiedzał swoich pacjentów w ich domach. Jest jeszcze trzech braci, dwóch z nich to także lekarze. Minęły czasy, kiedy Oliver marzył o karierze chemika i biologa morskiego. Ciągle jednak jest szansa, że zostanie niezłym doktorem.

Najpierw jednak musi się uporać z nałogiem. Sięgnął po narkotyki, szukając rekompensaty po druzgoczącej porażce miłosnej, którą przeżył w wieku 29 lat.

Pewnego wieczoru znajomy podsuwa mu „specjalnego” jointa. Doznania są tak „intensywnie rozkoszne, niemal orgazmiczne”, że Sacks przez kolejne cztery lata regularnie sięga po amfetaminę i silniejszą metamfetaminę. Potrafi jednego wieczoru połknąć 20 tabletek. „Dawki stale rosły, puls i ciśnienie krwi leciały na poziomy letalne. Był to stan ciągłego nienasycenia, nigdy nie miałem dość” – przyznawał. W sylwestra 1965 roku nadchodzi przełom. Sacks uzmysławia sobie, że potrzebuje pomocy z zewnątrz. Podejrzewa, że jego nałóg związany jest z gnębiącymi go problemami psychicznymi (niezaakceptowana seksualność). Namówiony przez przyjaciółkę trafia do psychoanalityka doktora Seymoura Birda, który podejmuje się jego leczenia pod jednym warunkiem – pacjent musi całkowicie odstawić środki odurzające. Zmagania z nałogiem trwają jeszcze jakiś czas – do momentu, kiedy Sacks skieruje całą swoją uwagę ku pacjentom.

W 1966 roku, kiedy ma 33 lata, jego przyjaciele obawiają się, że z powodu narkotyków nie przeżyje on najbliższych dwóch lat. Ale dzięki pracy i seansom u dr. Birda z amfetaminą rozstanie się na zawsze, a wolny od nałogu przeżyje kolejnych 50 wiosen.

Żywe Statuy

„Gdzie jak gdzie, ale już w szpitalu dla przewlekle chorych nie znajdziesz niczego interesującego” – ostrzegali go koledzy po fachu. Tymczasem Sacks zafascynowany ludzkim mózgiem, organem „najbardziej niewiarygodnym w całym wszechświecie”, spędza na oddziale kliniki w Beth Abraham po 18 godzin na dobę, żeby być bliżej pacjentów chorych na śpiączkowe zapalenie mózgu. W 1969 roku prowadzi tam badania nad działaniem L-dopy (prekursora dopaminy), wtedy jeszcze eksperymentalnego leku. Pacjenci od 30, 40 lat pogrążeni w stanie otępienia i swego rodzaju transie (mówiono o nich „żywe statuy”) pod wpływem podanego przez Sacksa leku doznają nagłych „przebudzeń” nie tylko cielesnych, ale też intelektualnych i emocjonalnych.

Sensacyjnymi wynikami badań Sacks chce się podzielić ze światem medycznym, ale dopadają go wątpliwości, w jakiej formie to zrobić. Nie traktuje pacjentów jak numerów statystycznych i dlatego nie chce też napisać kolejnego suchego traktatu z dziedziny neurologii. „Wiedziałem, [...] że mam do zakomunikowania coś ważnego – wspomina – ale tutaj natrafiałem na bardzo istotną trudność: jak pozostać wiernym swoim doświadczeniom, a zarazem nie naruszać reguł medycznej publikowalności oraz akceptacji kolegów”. Wyniki prezentuje w formie listu do redakcji brytyjskiego „The Lancet”. Pisze z naukową precyzją, ale to przecież ludzkie historie – życiorysy pacjentów fascynują go najbardziej. Chciałby połączyć pozornie dwie przeciwstawne rzeczy: solidną pracę neurologiczną z ciekawą formą narracyjną. Chciałby, żeby jego prace dotarły do jak największej grupy czytelników, żeby czytało się je jak powieść.

Inspirując się pracami sowieckiego neuropsychologa Aleksandra Łurii, zapisuje pierwsze historie kliniczne. Nie wzbudzą one zainteresowania w wydawnictwie Faber & Faber, jednak kiedy Sacks uzupełni je o kolejne opowieści i wyda trzy lata później w brytyjskim Duckworth, publikacja spotka się z niezwykłym oddźwiękiem. W 1973 roku powstanie pierwszy film dokumentalny (Yorkshire Television) o pacjentach po śpiączkowym zapaleniu mózgu z oddziału dr. Sacksa. W 1974 roku otrzyma za „Przebudzenia” najstarszą brytyjską nagrodę literacką Hawthornden Prize, przyznawaną w kategorii literatury imaginacyjnej. Londyński National Theatre wystawi sztukę Harolda Pintera inspirowaną „Przebudzeniami”, a potem balet z muzyką Tobiasa Pickera. W roku 1987 opisane historie doczekają się adaptacji scenicznej w Chicago, a w 1990 tej najsłynniejszej, kinowej – nominowanego do Oscara filmu w reżyserii Penny Marshall z Robertem De Niro i Robinem Williamsem w rolach głównych (ten ostatni zagrał Sacksa).

Choroba ma człowieka

W latach 60. ubiegłego wieku neurologia i psychiatria nadal traktowane są jak dziedziny, które niewiele mają ze sobą wspólnego. Ale Sacks patrzy holistycznie. Pacjent jest dla niego przede wszystkim człowiekiem – ze swoimi lękami, pragnieniami, emocjami. Poznaje go całościowo, prześledza jego życie, analizuje problemy nie tylko czysto medyczne. Naukowy obiektywizm łączy z empatią i bliskością z chorym, atencją i niezwykłym szacunkiem. Pacjent (z niektórymi utrzymuje bliski kontakt przez lata) jest dla niego kimś, kto ma swoją niepowtarzalną, fascynującą, choć czasami tragiczną historię do opowiedzenia. „Nie pytaj, jaką chorobę ma dany człowiek – zapytaj raczej, jakiego człowieka ma dana choroba”, mawia Sacks za Williamem Oslerem.

Kiedy jest na konferencji poświęconej syndromowi Tourette’a, 92 specjalistów analizuje medyczne wyniki badań turetyków – zapisy EKG, pomiary aktywności układu nerwowego, mózgu i wiele innych. Sacks wstaje i mówi: „To dziwne. Przesiedziałem tutaj cały weekend i nie usłyszałem ani jednego zdania na temat tego, jak to jest być turetykiem”.

Z takim myśleniem odkrywa inną stronę neurologii. I opisuje ją w swoich książkach, używając zrozumiałego, ale sięgającego literackiego kunsztu języka. Swoich czytelników wprowadza w zupełnie niezwykłą rzeczywistość, w której pewien mężczyzna pomimo niezawodnego wzroku nie rozpoznaje przedmiotów, w wyniku czego myli kapelusz ze swoją żoną, ale za to jest genialnym muzykiem, inny w niespotykany sposób „dowcipnie tikuje i tikuje, dowcipkując”, a jeszcze ktoś jest wybitnym antropologiem, mimo, a może dzięki swemu autyzmowi.

Sacks podgląda świat chorych („podróżników po niezwykłych krainach”) jak przez dziurkę od klucza, zadziwia się nim, ale go nie ocenia, nie stygmatyzuje. Bogactwo talentów i ułomności, które opisuje, zmusza jednak do zadania sobie pytania o istotę bycia człowiekiem, o możliwości i ograniczenia ludzkiego umysłu, o siłę pamięci. „Bracia potrafią powiedzieć, jaka była pogoda i co się zdarzyło w każdym dniu ich życia – jakimkolwiek dniu, od chwili kiedy skończyli cztery lata. [...] Podaj im jakąś datę, przez moment będą obracać oczami, potem wzrok im znieruchomieje [...] i powiedzą ci, jaka była tego dnia pogoda, co słyszeli wtedy na temat wydarzeń na świecie i co się działo w ich własnym życiu”.

Ale ponad wszystko Sacks jest praktykiem. Żeby dobrze poznać zespół Tourette’a, odwiedza wspólnotę mennonitów w kanadyjskim miasteczku La Crete, a chcąc badać chorych na achromatopsję (ślepotę na kolory), leci na malutki atol Pingelap, gdzie ta choroba pojawia się najczęściej. Na mikronezyjskim Guam ląduje, żeby spotkać się z tubylcami chorymi na „stwardnienie zanikowe boczne – parkinsonizm/zespół otępienny”, dziedziczną chorobę podobną do śpiączkowego zapalenia mózgu. Opiekuje się pacjentami w Beth Abraham i w Bronx Psychiatric Center, jako jedyny neurolog odwiedza domy prowadzone przez małe siostry ubogich. Wierzy, że opis przypadków chorobowych ma fundamentalne znaczenie w postępowaniu z pacjentem. Jego gabinet i mieszkanie zapełniają się dziesiątkami notatników z historiami klinicznymi (sporządzał ich około tysiąca rocznie), ale też kasetami wideo – nagrywa sesje z pacjentami, żeby potem wnikliwie, klatka po klatce, studiować je w domu. Zapiski prowadzi wszędzie, nie tylko w szpitalu. Notuje na menu restauracyjnym, na kawałkach papieru, kopertach, pisze szybko, pasjami poprawia i doprecyzowuje teksty. Urzeczywistniają się słowa ciotki Carmel, która już w 1969 roku po przejrzeniu zapisków do „Migreny” wykrzyknęła: „Wow, z ciebie jest już prawdziwy pisarz!”. Wszyscy inni widzieli w tej książce jedynie monografię na temat migreny, a nie literaturę.

Niektóre z jego publikacji są bardziej osobiste. Sacks opisuje w nich schorzenia, które dotknęły jego samego. W „Stanąć na nogi” podzielił się swymi odczuciami po wypadku w Norwegii, kiedy zaatakował go rozsierdzony byk, a zmasakrowana noga wydawała mu się nie jego. „Oko umysłu” powstało, kiedy w prawym oku Sacksa pojawił się złośliwy czerniak i spowodował utratę prawej strony pola widzenia. Miał wtedy 72 lata. I tak naprawdę to osobiste doświadczanie prozopagnozji (niemożność rozpoznawania twarzy), choroby, na którą w lekkim stopniu cierpiał, miało wpływ na powstanie „Mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”. Najbardziej osobistą książkę opublikuje cztery miesiące przed śmiercią. Autobiografię „Stale w ruchu”.

Wracaj, zostało ci wybaczone

Po raz pierwszy tak wyczerpująco, z rozbrajającą szczerością opisuje swoje namiętności, życie uczuciowe. Mela poznał w 1961 roku na siłowni, spodobał mu się od pierwszego wejrzenia. Marynarz, atletycznie zbudowany, mlecznobiała skóra. Spotykali się przez rok – jeździli na motocyklach, kempingowali i pływali. Dla Olivera było w tym erotyczne napięcie. Tyle że Mel nie jest homoseksualistą. Gdy odchodzi do dziewczyny, Sacks głęboko to przeżywa – wtedy właśnie sięga po narkotyki. To jego drugi zawód miłosny po Richardzie Seligu, poecie, w którym zakochał się, mając 20 lat. Zdaje sobie sprawę, że być może nigdy nie doświadczy prawdziwego uczucia. Faktycznie, miewa jeszcze przygodnych kochanków, ale potem przez 35 lat nie będzie w ogóle uprawiał seksu. Tak naprawdę w związek, na który czekał całe życie, wejdzie dopiero, przekroczywszy osiemdziesiątkę. Jego partnerem jest Bill Hayes, pisarz. Sacks postrzegał tę miłość jako błogosławieństwo losu: „To wielki i nieoczekiwany dar dla osoby w moim wieku, która przez większość życia trzymała się na dystans”.

Wróćmy jednak do roku 1951, tego, w którym usłyszał od matki gorzkie: „Żałuję, że cię urodziłam”. Z ukochanego syna, nazywanego w dzieciństwie „szczeniaczkiem” i „mądralą”, stał się „jednym z tych”. Pełna odrazy reakcja, zgodna zresztą z atmosferą Londynu lat 50., gdzie za czyny homoseksualne groziła chemiczna kastracja, a za przyznanie się do odmiennych preferencji wykluczenie ze środowiska, uświadomiła mu wtedy, że dorzucił brzemię do tego, co matka przeżywała w związku z chorobą najmłodszego dziecka Michaela. „Jednego syna zabrała jej schizofrenia, drugiego odbiera homoseksualizm” – napisze w autobiografii Oliver.

Całe życie prześladowała go też inna sprawa. Poczucie winy, że haniebnie opuścił ojczyznę. Wyjechał z Anglii, mając 27 lat, po części, żeby uniknąć poboru odroczonego na czas studiów medycznych (planował odbycie jej ekwiwalentu w Królewskich Kanadyjskich Siłach Lotniczych, ale nigdy do tego nie doszło), a po części dlatego, żeby mieć więcej możliwości zawodowych. Nawet po 30 latach spędzonych w Ameryce usprawiedliwiał się, że to tylko przedłużający się wyjazd. Poczuł się rozgrzeszony dopiero przez koronowaną głowę. Swoje spotkanie w Buckingham w 2008 roku z okazji urodzin królowej Elżbiety II, kiedy otrzymał tytuł Komandora Orderu Imperium Brytyjskiego, opisał tak: „Miałem niezłego stracha, że zrobię coś rażąco nie tak, na przykład zasłabnę albo pierdnę, ale na szczęście wszystko poszło dobrze. W trakcie ceremonii zaimponowała mi postawa królowej: do chwili, gdy mnie wywołano, stała już wyprostowana od ponad dwóch godzin. Rozmawiała ze mną krótko, ale bardzo przyjaźnie [...]. Czułem, jakby ona – a wraz z nią cała Anglia – mówiła: Wykonałeś pożyteczną, zaszczytną pracę. Wracaj do domu. Wszystko wybaczone”.

Do ostatnich dni swego życia robi to, co zawsze kochał – kończy artykuły, na które czekają redakcje, pisze listy do przyjaciół, słucha muzyki, pływa, zjada ulubione kanapki z wędzonym łososiem. Na domowej stronie internetowej Olivera Sacksa w dniu jego śmierci pojawi się wpis: „Jego ostatnie myśli pełne są wdzięczności za dobrze przeżyte życie i za przywilej pracowania z pacjentami [...]”. Umiera 30 sierpnia 2015 roku w swoim domu na Manhattanie w wieku 82 lat. Ma swoją gwiazdę – nazwaną „Oliversacks”, asteroidę 84928.

Autorka korzystała z autobiografii Olivera Sacksa „Stale w ruchu” (wyd. Zysk i S-ka 2015) oraz jego wcześniejszych publikacji książkowych.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).