1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Maria Jehanne Wielopolska - twórczyni postaci "nowej kobiety"

Maria Jehanne Wielopolska - twórczyni postaci "nowej kobiety"

Portret Marii Jehanne Wielopolskiej, ok. 1905r. (Fot. Andrzej Szypowski/East News)
Portret Marii Jehanne Wielopolskiej, ok. 1905r. (Fot. Andrzej Szypowski/East News)
Maria Jehanne Wielopolska nigdy nie kłaniała się mężczyznom i po nich nie płakała. Nad Grobem Nieznanego Żołnierza zapytałaby pewnie: „A gdzie Grób Nieznanej Matki? Tej, która żołnierza wydała na świat i puściła na wojnę?”. Dzisiaj powiedzielibyśmy o niej feministka. Ale też hejterka. Pierwsza hejterka II RP.

"Nie mężczyzna stworzył sobie swą pozycję absolutnej samczej wolności — dała mu ją kobieta. Dała mu ją: nieśmiertelna dobroć kobieca — nieśmiertelna jej wyrozumiałość — nieśmiertelnie w niej drzemiące pod każdą uczuciową powłoką: uczucie macierzyńskie, słodkie, przez palce patrzące"
(Cytat z powieści "Faunessy" Marii Jehanne Wielopolskiej, Wydawnictwo Księgarnia Literacka)
Rok 1939, niebo nad Europą coraz bardziej brunatne. Groźba międzynarodowego konfliktu wisi w powietrzu, ale w Warszawie gazety żyją inną awanturą. Literacką „wojną babińską na pióra”. Walczą: Kazimiera Iłłakowiczówna i Maria Jehanne Wielopolska. Pierwsza – wieloletnia sekretarka Józefa Piłsudskiego – wydaje o nim pośmiertne wspomnienie pt. „Ścieżka obok drogi”. Na odpowiedź tej drugiej, znanej w środowisku publicystki od lat miłującej Marszałka, nie trzeba długo czekać. Na 46 stronach specjalnie wydanej w tym celu broszurki Wielopolska wyśmiewa Iłłakowiczównę, odmawiając jej nie tylko prawa do pisania o Piłsudskim, ale wytykając konfabulację i chęć literackiego wybicia się na plecach nieboszczyka. „Panna Kazia z byka spadła” – podsumuje autorka broszurki. Ta bitwa trwać będzie kilka miesięcy, przerwie ją dopiero wybuch prawdziwej wojny.

Tylko jedna ze stron tego konfliktu – Kazimiera Iłłakowiczówna – jest dla nas rozpoznawalna. Co z drugą? Kto kojarzy jej nazwisko? Kto wie, że zanim wdała się w tę zajadłą polemikę w obronie mężczyzny, była kojarzona z literaturą wyprzedzającą swoje czasy, pisaną w duchu solidarności z innymi kobietami i w obronie ich prawa do decydowania o sobie? Że przeszła długą drogę od zaangażowanej pisarki do nieprzebierającej w słowach publicystki? Od obrończyni mniejszości żydowskiej po antysemitkę, od żarliwie wierzącej po antyklerykalną ateistkę, od otoczonej przyjaciółmi do przyjaznej tylko zwierzętom. Są co prawda pierwsze oznaki, że ta właśnie autorka powraca z literackiego wygnania, ale proces zapominania o niej zaszedł daleko i trudno przewidzieć, czy uda się go kiedykolwiek odwrócić. A przecież Maria Jehanne Wielopolska miała wszystko, żeby zapisać się wielkimi literami w historii literatury: pióro, ambicję i niezły talent do autopromocji.

Gipsowa trumienka

Z wiekiem jej życiorys zabarwiał się oryginalnie, przybywało jej nazwisk, tytułów i wrogów po piórze. Ale na początku było niepozornie, spokojnie. Przynajmniej z pozoru. Urodzona w rodzinie herbowej Maria Joanna Colonna-Walewska (sama mówiła, że urodziła się „na płaskim” – w stepie podolskim), najstarsza z trójki rodzeństwa, w domu uważana jest za anioła, ale kiedy nikt (z czyją opinią by się liczyła) nie patrzy, aniołem być przestaje. Nie oszczędza guwernantek, pokojowych, ogrodników. Zrywa niedojrzałe truskawki, wylewa zebraną śmietanę za okno. Nie chce się uczyć. Co innego lekcje religii, je traktuje niezwykle serio, jest tak rozmodlona, że zapowiada się na dewotkę. Aż do 13. roku życia, kiedy to w jej życiu następuje przełom. Unieruchomiona w gipsie z powodu ciężkiej choroby stawu Maria tonie w literaturze, oddając się jej bez reszty. Napisze, że „te pięć lat w trumience gipsowej (…) to były najsłoneczniejsze godziny mojego życia”. Zacznie posyłać swoje humoreski do „Przeglądu Lwowskiego”.

Maria patrzy śmiało, nawet buńczucznie w obiektyw aparatu. Modnie upięte ciemne włosy, bystre spojrzenie, elegancka sukienka. Zawsze będzie znana ze świetnego gustu, choć dość przeciętnej urody. Z czasem figura i twarz jej się zaokrąglą, pozostanie szaroniebieskie przenikliwe spojrzenie. Na razie jest rok 1903. „Anielica” ma 21 lat i dopiero co wyszła za mąż za kuzyna Konrada, hrabiego Wielopolskiego. Młodzi po ślubie mieszkają we Lwowie: on pracuje w Banku Hipotecznym, ona słucha wykładów z historii i literatury na Uniwersytecie Lwowskim. Wszystko to trwa krótko, a nawet bardzo krótko, bo świeżo upieczony mąż ulega paraliżowi i przewlekle chory przeprowadza się do matki do Krakowa. Umrze dopiero sześć lat później, zostawiając Marii tytuł hrabiowski i nazwisko. Żona nie będzie się nim opiekować, zamiast tego udziela się towarzysko i dużo pisze.

Na stos

Rok 1911. Maria Skłodowska-Curie otrzymuje Nagrodę Nobla, na świecie po raz pierwszy obchodzony jest Dzień Kobiet, dla upamiętnienia tych, które walczyły o równouprawnienie. W tym czasie trzy ważne dla polskiej literatury pisarki wydają książki. Wspomniana Kazimiera Iłłakowiczówna debiutuje zbiorem wierszy „Ikarowe loty”, Zofia Nałkowska publikuje przełomową „Narcyzę”, a hrabina Wielopolska wywołuje skandal „Panią El”. Prasa konserwatywna chce spalenia całego nakładu, krytyka literacka podchodzi do książki jak do jeża. No bo jak czytać powieść, w której autorka umieszcza w jednym szeregu Giordana Bruna, Chrystusa i frywolne Francuzki, zaś tytułowa bohaterka odrzuca oświadczyny bogatego mężczyzny, za towarzyszkę ma Zuluskę i woli spędzać czas w towarzystwie inteligentnych i oczytanych jak ona kobiet?

Dziś o Wielopolskiej powiedzielibyśmy: „feministka”. Jej „nowa kobieta” jest silna, dumna, wykształcona, wyzwolona i rozmawia z mężczyznami bez poczucia niższości. Zdradzona nie umiera, ale przekuwa klęskę w sukces, a zdradę – w sztukę. Z dzisiejszego punktu widzenia jest to co prawda proza egzaltowana i mocno irytująca w formie, ale sto lat temu książka była wydarzeniem. Tym bardziej że Wielopolska stanęła z jej powodu przed sądem za pornografię, bluźnierstwo i „tendencje komunistyczne”, a w Królestwie cały nakład „Pani El” został skonfiskowany.

Przegrana rozprawa tylko zachęca autorkę do pracy, literacko jest coraz płodniejsza. I coraz zuchwalsza. Wkrótce uderza jeszcze mocniej, wydając zbiór nowelek „Faunessy. Powieść dzisiejsza”, z całą defiladą kobiet – od mniszek po kurtyzany. Pisze m.in., że „nie ma kobiet oddających się, są tylko gwałcone”, a małżeństwo jest psychiczną i fizyczną niewolą. Mocne słowa jak na osobę, która żoną była de facto rok. „Faunessy” też odbierane są niejednoznacznie. Zwłaszcza przez męskich krytyków, ale kąśliwą recenzję popełnia również początkująca wówczas Maria Dąbrowska, za co po latach, na wspólnej kawie w lodziarni, przeprosi Wielopolską. Z kolei Zofia Nałkowska napisze w swoich dziennikach o twórczości Wielopolskiej z tego okresu: „Bałam się jej talentu, ale ustępowałam jej pierwszeństwa”.

I kolejna książka – „Kryjaki”, czyli historia ostatniego oddziału walczącego w powstaniu styczniowym – gdzie dekadenckie postaci kobiet i mężczyzn ustępują wreszcie bohaterom z krwi i kości. W dodatku Maria, która tym razem nie ma zamiaru czytać niekorzystnych recenzji, stara się o rekomendację, która zamknie usta krytykom. Walczy o słowo wstępu u samego Stefana Żeromskiego. Trzeba przyznać, że ma smykałkę do autopromocji, którą doceniłby dziś niejeden specjalista od PR. Zasypywanie mistrza żarliwymi prośbami przynosi zamierzony skutek, Żeromski pisze pochlebną opinię. Na tym ich kontakt się jednak nie kończy. Wielopolska w jednym z listów do niego wyzna o sobie skromnie: „Mam dużo z impulsywności małpy, ale strasznie mało z chytrości lisa (…). Nie zna mnie pan – starej weredyczki, która popsuła sobie życie prawdomównością”. „Kryjaki” ukazują się w połowie 1913 roku i od razu uzyskują bardzo dobre recenzje. A zaraz potem wybucha I wojna światowa i Maria na własnej skórze przekonuje się, co to znaczy mieć broń, uciekać przed wrogiem i zostać internowaną.

Z ognia i siarki

Dostaje zgodę na noszenie browninga, pisze świetne reportaże wojenne, a po drodze zostaje kierowniczką (a w rzeczywistości pielęgniarką, kucharką i jedynym zarządcą) w prowizorycznie zorganizowanym szpitalu w Złoczowie. W sierpniu 1914 roku przeżywa chrzest bojowy – sama pielęgnuje kilkudziesięciu rannych żołnierzy. Prowadzi w fabryce szwalnię bielizny dla wojska, pomaga legionistom. Być może to właśnie wtedy rodzi się jej uwielbienie dla Piłsudskiego.

Pamiętacie, że jeszcze niedawno pisała o niewoli, jaką jest związek małżeński? Jesienią 1915 roku Wielopolska zostaje internowana razem z niejakim Jerzym Strzemię-Janowskim, młodszym od niej o pięć lat miłośnikiem koni i kobiet. 2 grudnia 1916 roku biorą ślub. Jak napisze potem dowcipnie Strzemię-Janowski we wspomnieniach – z nudów. Po internowaniu oboje zamieszkują w majątku Jerzego w Strutynie. Maria niby zrzeka się tytułu hrabiowskiego po pierwszym mężu, ale nadal czasem go używa. O Jerzym mówi, że jest „cały z ognia i siarki”, a „wokabularz ma ubogi, choć kwiecisty”. I może faktycznie byłoby im nudno, gdyby nie wichry historii.

W marcu 1919 roku trwa polsko-ukraińska wojna o Galicję, a Maria trafia do więzienia w złoczowskim zamku Sobieskich. Upokarzające i hańbiące doświadczenie. Przebywa w celi wraz z 17 innymi kobietami, nie wiedząc, co się z nią stanie. Oskarża się ją o dystrybucję rymowanego paszkwilu „Ukraina” autorstwa niejakiego Ludwika Wolskiego. Gdy prowadzona na przesłuchanie widzi salę, w której skatowano m.in. autora wspomnianego wiersza – krew na podłodze, fragmenty ciała na ścianach – nie może dojść do siebie. Dostaje zapalenia opon mózgowych, jest sądzona zaocznie. Ostatecznie uniewinniona, przez wiele lat będzie musiała jednak bronić swojego dobrego imienia, jako że pojawia się nieprawdziwa plotka, że to sama Wielopolska wskazała Ukraińcom Wolskiego jako autora paszkwilu. Więzienne koszmary i hańbiące pomówienie długo będą ją prześladować, a ona sama z obrończyni mniejszości narodowych stanie się przeciwniczką ich asymilacji, wreszcie gorliwą antysemitką.

W 1925 roku wydaje „Gontowszczyznę. Wspomnienia z rebelii ukraińskiej w Małopolsce Wschodniej”. W aneksie znajdą się zdjęcia z ekshumacji więźniów. Wyłamane palce, zniszczone twarze, ślady razów na ciele. Po raz pierwszy to nie pełen emfazy tekst, tylko chłodne sprawozdanie z wydarzeń, zbiór udokumentowanych faktów. Ta broszura zawiera także oświadczenia współwięźniarek, które bronią dobrego imienia Marii.

Zwierzęta na niekorzyść dzieci

Po wyjściu z więzienia Maria i Jerzy porzucają Galicję na rzecz Wielkopolski. Przenoszą się ostatecznie do majątku nazwanego buńczucznie Dominium Sierosław pod Poznaniem. To ma być ich miejsce na ziemi. Maria zamawia nawet nową papeterię do domu z napisem po francusku: „Tak ma być, tak mi się podoba”. O Sierosławiu mówi „kraina paradoksu” i tak przez chwilę jest przedstawiana – Lady Paradox. Jerzy zajmuje się końmi, Maria pisze.

Magdalena Samozwaniec napisze o niej w swojej „Marii i Magdalenie”: „Ciekawym faktem jest, jak wiele kobiet, z gatunku tych nieprzeciętnych, pasjonowało się zwierzętami na niekorzyść dzieci, których przeważnie nie miewały”. W domu Wielopolskiej jest istne zoo: konie, psy – w tym dwie buldożki – koty, makak, papugi, świnki morskie, sarna, która uwielbia wylegiwać się na kanapie, lis. Nawet jastrzębica uratowana z rąk wypychacza. Z tej miłości do zwierząt w 1927 roku rodzi się nietypowa książka. Wspólnie z Zofią Nałkowską wydają zbiór opowiadań poświęcony zwierzętom „Księga o przyjaciołach”. Tylko że już rok później większość zwierząt z Sierosławia trafia do zoo, a Wielopolska z buldożką Gabi, kotem i papugą przenoszą się do Warszawy. Na jaw wychodzi romans Jerzego. Maria nie ma złudzeń – kochanka jest młodsza od niej o dziesięć lat. Małżeństwo, podobnie jak raj w Sierosławiu, przestaje istnieć.

Ciocia z wąsami

Życzliwi donoszą, że Maria jest w depresji, nadużywa kokainy (stąd przydomek „Niuchanna”). W końcu osamotniona i chora w 1931 roku trafia do kliniki przy Koszykowej. Osiem miesięcy później wychodzi, ale od tej pory cierpi na bezsenność, problemy z błędnikiem. Jerzy co prawda zagląda czasem do jej mieszkania (gdy będzie potem umierał na raka, Maria pospieszy go pielęgnować, dumna, że w malignie nie poznaje swojej drugiej żony, tylko ją), ale koniec małżeństwa to też kres pewnego etapu kariery Wielopolskiej. Jej ostatnie dzieła nie mają dobrej prasy, więc zniechęcona zaczyna w felietonach krytykować... krytykę. Rodzi się publicystka. Odtąd jej ostre pióro i przekraczające granice dobrego smaku polemiki będzie można regularnie śledzić w prasie.

Zawsze wierna sanacji i Marszałkowi Wielopolska atakuje Kościół oraz dziennikarzy endeckich. „Ponury narodowiec Hubert Rostworowski” – rzuci o jednym z nich. Jeszcze brutalniejsze boje toczy z endeckim pisarzem Adolfem Nowaczyńskim, dawnym przyjacielem jej zmarłego męża Konrada, który nazwie ją Babą Jagą i Josephine Baker polskiej publicystyki. Ich wielopoziomowe polemiki, w dużej mierze poświęcone obrażaniu siebie nawzajem, wielokrotnie kończą się w sądzie. Tego hejtu jest co niemiara. Hejterką jest Maria, hejterami są ci, którzy dokuczają jej, kiedy tylko jest okazja: „Donna Marja Colonna y Jechanna y Walewska y Wielopolska, która wraz z poglądami zmienia nazwisko” – pisze „Merkuryusz Polski Ordynaryjny”.

„Stoczyła się w dziennikarstwo” – pisze Nałkowska. Maria Dąbrowska ubolewa, że „ten oryginalny talent, ozdobiony rzadką u nas kulturą literacką, tak się rozmienił na niesmaczne dziwactwa i wyskoki »ozonowej« publicystyki politycznej”. Wielopolską parodiują w słynnej szopce Pikadora, przylega do niej obraz cioci z wąsami, uwieczniony na karykaturze Zdzisława Czermańskiego. Julian Tuwim po latach, w rozmowie z Jerzym Waldorffem, zapyta z nostalgią: „Gdzie owe miłe czasy przed wojną, kiedy Adolf Nowaczyński mógł wymyślać mi od gudłajów, a ja go publicznie nazwałem starym endekiem i plotkę jeszcze puszczałem, że sypia z margrabiną Wielopolską?”.

Już niewiele

A potem jest jeszcze gorzej. Wielopolska zaczyna się fascynować faszyzmem we Włoszech, chciałaby zaimportować do Polski tamtejszy cywilny salut. Wyznaje antypacyfizm, wierzy w potrzebę zbrojeń. Nadal jest wpatrzona w Piłsudskiego, w warszawskim mieszkaniu gości wita tabliczka, że w jej – Wielopolskiej – obecności Marszałka się nie krytykuje. Mało kto traktuje ją poważnie. To ten moment, kiedy swoje wspomnienie o Piłsudskim publikuje Iłłakowiczówna. Maria atakuje bez pardonu.

Mimo chmur zbierających się nad Polską prasa wiosną i latem 1939 roku żyje wątkiem sporu obu pań. Krytyczka Zofia Roszkówna nazywa go walką między kobietą bluszcz a herod-babą. Ta zajadła bitwa przywołuje na myśl dzisiejszy poziom debaty politycznej w Internecie. Maria już nie tyle zyskuje nowych wrogów po piórze, co traci starych przyjaciół, w tym szanującego ją Antoniego Słonimskiego. Sama o to zadbała, wydając „Silnych, zwartych, gotowych, ale i… czujnych. Rzecz o wczorajszych dywersantach”. To atak właśnie na Słonimskiego, a także na Tuwima, Broniewskiego, Józefa Wittlina, z racji ich pacyfistycznej postawy. Próbka? Wielopolska komentuje uwagę Słonimskiego, że pod przykrywką ćwiczeń fizycznych odbywają się szkolenia wojskowe w całej Europie, pisząc: „A cóż myślał p. Słonimski? Że wysportujemy naszą młodzież, aby skamandryckie pederasty miały używanie?”. To ostatni krok w przepaść niełaski i zapomnienia, który sprawi, że aż do czasów nam współczesnych o Wielopolskiej nie będzie się mówić albo wcale, albo jako o pośledniej pisarce z ciekawym życiorysem.

Co dalej? Już niewiele. Wybuch drugiej wojny światowej zastanie Marię samotną i schorowaną w jej warszawskim mieszkaniu na Brzozowej. Znika w roku 1940. Tym samym spełnia się jej nietypowe marzenie – o śmierci niejawnej, bez grobu i nekrologu. Nie wiadomo, czy w drodze do ZSRR, czy w obozie koncentracyjnym.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).