1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Pauline Boty – jedyna malarka brytyjskiego pop-artu

Pauline Boty – jedyna malarka brytyjskiego pop-artu

Pauline Boty w 1963 roku. (Fot. Jorge Lewinski/TopFoto/Topfoto/Forum)
„Aktorki często mają małe móżdżki. Malarze często mają duże brody. Wyobraźcie sobie łebską aktorkę, która jest także malarką, w dodatku blondynką, i macie Pauline Boty” – tak opisywano ją w latach 60. Po czym zapomniano o niej na dekady.

Młoda atrakcyjna blondynka układa kartki z rysunkami na podłodze wąskiego korytarza. Za chwilę prace zostaną zdeptane, a blondynkę zacznie gonić starsza pani na wózku inwalidzkim. Trwa pościg długim korytarzem, jasnowłosej piękności udaje się uciec do windy. I kiedy oddycha z ulgą, tuż przed nią materializuje się kobieta na wózku. Dziewczyna próbuje wzywać pomocy, wszystko na nic.

Ta scena niczym z horroru to fragment dokumentu młodego Kena Russella (który wkrótce zyska rozgłos dzięki obrazoburczym „Diabłom” z Vanessą Redgrave, a na razie pracuje dla BBC). Russell nakręcił go na potrzeby prestiżowego programu „Monitor” poświęconego sztuce. Korytarz ze wspomnianej sceny to wnętrza budynku telewizji, a dziewczyna, która ucieka, to obiecująca artystka Pauline Boty.

– Zawsze miałam wspaniałe sny i mogłam je łatwo zapamiętać. I tej sennej atmosfery używam w moich kolażach – mówi z ekranu. Jest 1962 rok, dokument o wschodzących gwiazdach brytyjskiej młodej sztuki nosi tytuł „Pop Goes the Easel” [Pop przechodzi na płótno]. W filmie Boty występuje obok innych obiecujących malarzy. Jako jedyna kobieta artystka. Dziś nadal uważana jest za jedyną malarkę brytyjskiego pop-artu. Ale była też modelką, tancerką, prezenterką radiową. I bez wątpienia dzieckiem swoich czasów.

Na jej przykładzie można opowiedzieć historię o niewdzięcznym losie kobiet sprzed drugiej fali feminizmu, o masach niedocenionych artystek zagubionych w męskim świecie. Miała nieszczęście żyć na styku dwóch światów. Skostniały mieszczański konserwatyzm ustępował rewolucji seksualnej, o której dziś mówi się, że najwięcej skorzystali na niej mężczyźni, bo mogli sobie na więcej pozwolić. Badacze sztuki stawiają sobie pytanie, którego w przypadku Boty nie da się pominąć. Jak potoczyłyby się jej losy, jak rozwinęła kariera, gdyby Pauline Boty miała równe szanse z kolegami artystami?

Tyko dziewczyna

Nie można jej było odmówić determinacji. Tej miała w nadmiarze. Może wyssała ją z mlekiem matki? A może rzeczywiście to wieloletnie kłótnie z konserwatywnym ojcem oraz przepychanki z braćmi nauczyły ją – jak sama stwierdzi po latach – wygrywać?

Urodziła się w katolickiej rodzinie. Gdy przyszła na świat w marcu 1938 roku, jej rodzice wychowywali już trójkę chłopców – sześcioletniego Artura i czteroletnich bliźniaków. Państwo Boty zachowywali się jak typowa rodzina z klasy średniej zamieszkująca bliźniak na przedmieściach Londynu. Pozory. Weźmy ojca Pauline, nudnego księgowego o skostniałych poglądach, Alberta Alexandra Augusta Boty’ego. Wcale nie był Brytyjczykiem, tylko pół Belgiem, pół Persem, urodzonym na terenach dzisiejszego Iraku. Kiedy miał sześć lat, jego ojciec – kapitan na statku handlowym – został pojmany przez piratów, a wkrótce potem zmarł na febrę. Matka wyszła za mąż po raz drugi, a Albert z bratem tułali się po szkołach z internatem do pełnoletności, bo ojczym zgodził się łożyć na chłopców, ale nie chciał z nimi żyć. Nic dziwnego, że porzucony w dzieciństwie Albert najwyżej w życiu cenił stabilność i poczucie bezpieczeństwa. Zapewnić mu je miały zawód księgowego oraz żona – gospodyni domowa, która we wszystkim się z nim zgadzała. I znowu te pozory. Bo matka Pauline, Veronica Stewart, opisywana po latach przez swoje synowe jako elegancko i nowocześnie ubrana dama, z papierosem i drinkiem, pochłaniająca gazety i książki, nosiła w sobie niezaspokojoną ambicję. Rodzice zabronili jej studiowania sztuki na renomowanej londyńskiej uczelni, choć otrzymała tam stypendium. Ale miłość do sztuki jeszcze się w Veronice odezwie i zdoła chociaż odmienić życie jej córki.

Dorośli już bracia Pauline wspominali, że siostra plątała im się pod nogami, a w ich zabawach w policjantów czy Indian kończyła przywiązywana do drzewa. Mocno dawali jej się we znaki, zmuszając szantażem do wykonywania za nich prac domowych i uciszając, bo „była tylko dziewczyną”. – Doprowadzali mnie do takiej wściekłości, że byłam gotowa ich zabić – powiedziała Boty w jednym z wywiadów, przyznając, że wieczna walka z braćmi wpłynęła na to, kim jest.

Szowinistyczna świnia

Gdy Pauline miała 11 lat, jej matka zachorowała na gruźlicę. Stało się to tuż przed wynalezieniem szczepionki, kiedy choroba była zaraźliwa i odznaczała się wysoką śmiertelnością. Po dwóch latach walki o życie Veronica otrzymała szczepionkę i, tracąc jedno płuco, odzyskała zdrowie. Ale widmo niemal namacalnej śmierci prześladowało Pauline już zawsze, prawdopodobnie też przyczyniając się do jej późniejszych napadów depresji. Choroba matki oznaczała też, że dom stanął na głowie. Ojciec nie ogarnia czwórki dzieci. A te nieoczekiwanie zyskują niemal nieograniczoną swobodę. Nagle nikt nie pilnuje tego, czy Pauline chodzi do kościoła, nikt nie mówi jej, co ma robić. Zaczyna znikać po szkole, przesiaduje w domach koleżanek, a potem zostaje u nich dłużej na pierwszych imprezach. To też czas pierwszych awantur z ojcem. Na szali leży jej przyszła edukacja. Gdy w wieku 16 lat Pauline otrzymuje stypendium w Wimbledon College of Art, ojciec nie zgadza się na to, żeby rozpoczęła tam studia. Najchętniej od razu wydałby ją za mąż za jednego ze wspólników. „Szowinistyczna świnia i wielki wróg kobiet” – jednogłośnie opiszą go kiedyś w wywiadach synowe.

Na razie do akcji wkracza Veronica. Zdecydowanie wstawia się za córką. Nie odpuszcza, dopóki jej mąż nie ustąpi pola. Pauline może iść do szkoły artystycznej w odróżnieniu od swego brata Johna, któremu ojciec kategorycznie odmawia takiego prawa. 1:0 dla Pauline. Do czasu. Kiedy pan Boty kilka lat później będzie zabezpieczał przyszłość swoich dzieci, ziemię i fundusze zapisze synom. Córka zostanie pominięta.

Żeby cię pocałować

„Utalentowana”, „wspaniała”, „urocza”, „zawsze piękna” – tak wspominali ją w wywiadach rówieśnicy z Wimbledon College. Choć to czas, kiedy Boty dużo malowała i chciała być postrzegana jako poważna artystka, uroda popsuła jej szyki. Do wysokiej (1,80 m) blondynki z niebieskimi oczami i zgrabnymi, długimi nogami szybko przylgnął przydomek „Bardotki z Wimbledonu”. Oczywiście, na cześć wschodzącej wówczas gwiazdy filmowej Brigitte Bardot, aktorki – dodajmy – kina rozrywkowego, a nie ambitnego.

Boty czuła, że sprowadza się ją do roli kociaka. Kiedy w szkolnej kantynie pewien chłopak zapytał ją prowokacyjnie, dlaczego ma pomalowane na czerwono usta, Pauline odparowała: – Żeby cię pocałować! Chłopak uciekł w popłochu.

Po dwóch latach nauki Boty czuła, że zajęcia w Wimbledonie więcej jej nie dadzą, a ona wciąż chciała się kształcić. To Charles Carey, nauczyciel o nowoczesnych poglądach, zaraził Pauline miłością do kolaży, pokazując, że w tej technice wszystko może być materiałem: stara fotografia, fragment gazety, pudełko po papierosach. Kolaże stały się miłością Boty, podobnie jak przechodzące w tamtym czasie gwałtowną metamorfozę kino. Interesowała ją francuska awangarda, była pod wrażeniem „Kanału” Wajdy oraz „Popiołu i diamentu”. Carey został jej mentorem i kochankiem. I namówił ją, żeby spróbowała dostać się do Royal College of Art, kolebki brytyjskiego pop-artu. Kiedy w 1958 roku składała aplikację do klasy malarstwa, odradzono jej ten krok, argumentując, że jako kobieta ma większe szanse dostać się do klasy witrażu. Tak zrobiła i nie była to najtrafniejsza decyzja w jej życiu.

Do RCA w latach 50. trafiała młodzież, która za chwilę miała nadawać ton rodzącemu się nowemu kierunkowi, czyli sztuce popularnej. Pop-art, odpowiedź na konsumpcję zachodniego świata, chciał wyjść poza elitarny świat sztuki, stać się sztuką, no właśnie, popularną, masową. I z takiej sztuki – filmów, reklam, fotografii – czerpał. Ale ferment twórczy dotyczył tylko klasy malarstwa. W tym czasie Boty robiła swoje witraże, malując w domu. Róże – cytat z feministycznej pisarki Gertrude Stein ( „Róża jest różą, jest różą…”) – staną się jednym z lejtmotywów w twórczości Boty. Będą oznaczać zmysłowość, seksualność kobiecą.

Jak Marilyn Monroe

Skończyła RCA bez sukcesów i większych perspektyw, za to z kłopotami finansowymi. Jej ojciec nie zamierzał jej dłużej wspierać finansowo. Zdesperowana zdecydowała się na modelling. Miała już pewne doświadczenie – podczas studiów często pozowała dla kolegów fotografów. Ustawiała się do zdjęcia jak jej idolka Marilyn Monroe: z przymkniętymi powiekami i rozchylonymi ustami. Praca modelki przyniosła jej popularność, a ta – role telewizyjne i filmowe oraz pracę prezenterki popularnego i modnego programu radiowego „The Public Ear”. Lata 60. zaczęły się na dobre. W 1961 roku wynaleziono pigułkę antykoncepcyjną, a w popularnym programie telewizyjnym „Ready Steady Go!”, w którym na scenie tańczyła Boty, występował gościnnie obiecujący zespół The Beatles. Coraz bardziej rozpoznawalna medialnie Boty otwarcie opowiadała o potrzebach kobiet, o tym, że ze względu na jej urodę faceci chcą ją tylko przelecieć (tak, używała tak dosadnych słów).

Przełom w jej karierze artystycznej to wystawa zbiorowa w galerii A.I.A., którą zorganizował jej były mentor Charles Carey w 1961 roku. Pokazała swoje kolaże obok prac obiecujących młodych artystów – Petera Blake’a, Christine Porter i Geoffreya Reeve’a. Ale to na nią zwróciły uwagę krytyka i media. Zaraz po wystawie Ken Russell nakręcił „Pop Goes the Easel”, a machina promocyjna wokół Boty ruszyła pełną parą.

Rok 1963 jest najważniejszy. To wtedy powstają jej ważne i monumentalne (gdy mówimy o objętości) prace. Dwie z nich poświęcone są muzie aktorki – Marilyn Monroe. Przyjaciel Boty miał powiedzieć, że na wieść o śmierci M.M. po raz pierwszy widział Pauline płaczącą jak bóbr. Na „The Only Blonde in the World” Boty maluje scenę z filmu „Pół żartem, pół serio”. Na „Colour Her Gone” patrząca wprost na widza spod przymrużonych powiek Monroe otoczona jest różami – symbolami kobiecej seksualności według Boty. Wtedy Pauline tworzy też słynny „Scandal ’63” przedstawiający modelkę i showgirl Christine Keeler [jej kilkutygodniowy związek z ministrem brytyjskiego rządu zdyskredytował w 1963 roku Partię Konserwatywną oraz premiera – przyp. red.]. Do tej pory nie odnaleziono tego obrazu, dziś uznawanego za fundamentalny w jej karierze. Ukoronowaniem roku jest pierwsza wystawa indywidualna Boty w Grabowski Gallery. Jej głos jest wreszcie słyszalny.

Dostrzegł mój mózg

W tym czasie, po zaledwie dziesięciodniowym romansie z lewicującym aktorem i pisarzem Clive’em Goodwinem, Boty bierze ślub. W wywiadzie, którego udzieliła pisarce Nell Dunn do książki „Talking to Women”, powiedziała: – Przez dziesięć dni byliśmy cały czas pijani, ale to był pierwszy mężczyzna, który naprawdę lubi kobiety, a to bardzo rzadkie u mężczyzn. No i jako jedyny potrafił mnie rozśmieszyć przez telefon. Ale też dostrzegł mój mózg, moją inteligencję.

Ich mieszkanie przy Cromwell Road stało się centrum świata i swingującego Londynu. Tu bywała śmietanka artystyczna, od malarza Davida Hockneya po Boba Dylana.

BUM!

Rok 1964 to spadek formy. Boty nie ma wystaw, pozytywnych recenzji, cierpi na ciężkie stany depresyjne, są dni, kiedy nie wstaje z łóżka. Kończy współpracę z „The Public Ear”. Clive doradza, żeby nie bała się wyrażać politycznych opinii w swoich pracach. Tak powstaje „It’s a Man’s World I”, obraz-protest przeciwko wojnie w Wietnamie, ale i męskiemu, szowinistycznemu światu.

Można znać najważniejszych artystów pop-artu i przyjaźnić się z The Beatles, ale to cię nie uchroni przed seksizmem. Prasa, zwłaszcza ta niebranżowa, nie umiała sobie poradzić z Boty. „Aktorki często mają małe móżdżki. Malarze często mają duże brody. Wyobraźcie sobie łebską aktorkę, która jest także malarką, w dodatku blondynką, i macie Pauline Boty” – tak przedstawił ją magazyn „Scene”. Wymykała się stereotypom. Stała się jedną z pierwszych artystek feministek, które użyły swojego ciała w twórczości, świadomie pozując na tle swoich prac tak, by obrazów nie można było wyciąć z kadru. Tak jakby mówiła: chcecie zdjęcie artystki dziwadła, to róbcie je z całym inwentarzem. I kipiała coraz odważniejszymi pomysłami, a punktem kulminacyjnym był obrazoburczy „Bum” z 1966 roku. Widzimy na nim nagą pupę, wypiętą w stronę spragnionego sensacji w sztuce widza. To jej ostatnie dzieło przed śmiercią.

Oddać życie

W 1965 Boty orientuje się, że jest w ciąży. Ale badania wykazują też, że Pauline nosi w sobie złośliwego grasiczaka. Nie decyduje się na aborcję ani na chemioterapię, choć zdaje sobie sprawę, że to posunięcie samobójcze. Zachowuje pogodę ducha. Ona, która od kilku lat była na różnych dietach, żartuje, że wreszcie wygląda wystarczająco szczupło jak na standardy narzucone przez modelkę Twiggy. W lutym 1966 roku rodzi Boty Goodwin, zwaną przez dziadków Katy. Sama umiera 1 lipca tego samego roku. Clive nigdy nie podniósł się po śmierci żony. Córkę oddał na wychowanie dziadkom na pięć lat. Potem wziął ją do siebie, ale umarł w wyniku krwotoku mózgowego, gdy mała miała 12 lat.

To Katy powie poszukującemu w latach 90. prac jej matki historykowi Davidowi Mellorowi, że większość obrazów Boty schowana jest w stodole brata mamy – tego, który sam marzył o sztuce. Katy także chce być artystką. Ale w noc po zakończeniu studiów artystycznych przedawkowuje. Umiera w 1995 roku, kiedy twórczość jej matki właśnie otrzymuje drugie życie.

Bo po śmierci szybko zapomniano o Boty, w pop-arcie pojawiły się nowe nazwiska i gwiazdy. Dopiero w latach 90., kiedy sztuka popularna powraca w innym, także feministycznym ujęciu, historycy zaczynają odgrzebywać zapomniane biografie. Mellor trafia na fragment nagrań, na których Boty tańczy twista do „Ready Steady Go!”. Jej uroda tym razem wyciągnęła ją z niebytu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze