1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Edward Stachura – łagodny buntownik

Edward Stachura – łagodny buntownik

Edward Stachura zbudowany był z rozpaczy. W swoich ostatnich zapiskach napisał: „Byłem buntownikiem łagodnym, najłagodniejszym z możliwych, ale krańcowym. Poszedłem do końca. Czy za daleko? Chciałem unieść wszystkie nieszczęścia świata ludzi. I zwariowałem”. (Fot. Andrzej Wiernicki/Forum)
Był poetą, włóczęgą, idolem zagubionych nastolatków. Ale również narcyzem, mizoginem i hazardzistą, bo wielki artysta może mieścić w sobie mnóstwo przeciwności. Być skłócony ze światem, a jednocześnie rozumieć go jak nikt.

Henryk Bereza, eseista i krytyk literacki, uważał, że życie Stachury było życiopisaniem. Jego proza powstawała w drodze, w wagonach pociągów, na dworcach, w lesie, obok drewutni, w samotności. Uznawany za twórcę „poezji czynnej” Stachura recytował swoje wiersze, często je śpiewał, roztaczając wokół siebie magię, chociaż ciężko przyznać, by śpiewać potrafił. Swoje zapiski nieustannie poprawiał, uzupełniał, samemu pozostając w ciągłej drodze, a być może dramatycznym poszukiwaniu własnego miejsca. Z tego powodu wielu młodych ludzi, poszukujących tożsamości, cierpiących w zastanej rzeczywistości, w narzuconym systemie, znajdowało w jego twórczości zrozumienie i pocieszenie. Oto jest ktoś, kto nas widzi, kto mówi naszym głosem.

Wiersz bezdomnego

Urodził się 18 sierpnia 1937 roku w Pont-de-Chéruy we Francji, w rodzinie polskich emigrantów, która przez pierwsze sześć lat tułała się po nowym kraju w poszukiwaniu zatrudnienia. Mały Jerzy Edward Stachura lubił rysować. Mając dziewięć lat, wraz z kolegą pomalował ściany małej kafejki, wprawiając lokalnych mieszkańców w zachwyt. Języka ojczystego uczył się w polskiej szkole w czwartki, będące dniem wolnym od nauki. Wrócił do Polski wraz z rodziną w 1948 roku. Zamieszkali w Łazieńcu niedaleko Aleksandrowa Kujawskiego. Uczniem był przeciętnym. Sądził, że będzie fizykiem nuklearnym albo malarzem, ale w wieku siedemnastu lat zaczął pisać i nigdy nie przestał.

Rodzice Stachury pochodzili ze wsi, wiele lat walczyli o przetrwanie. „Ojciec jest surowy, twardy, często bije młodego Edka, który ucieka z domu” – opowiada Marian Buchowski, autor biografii Edwarda Stachury, zatytułowanej „Buty Ikara” (Iskry, 2014).

Edward często ucieka z domu i nocuje u ciotki. Rodzina uważa go za odmieńca, szczególnie wtedy, gdy po maturze zamiast uczyć się elektroniki albo zostać lekarzem, decyduje się zdawać na studia plastyczne, na które nie udaje mu się dostać. W końcu trafia na filologię francuską na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Czy brak akceptacji ze strony najbliższych prowadzi do niemożności znalezienia ukojenia z drugą osobą, obdarzoną uczuciem? Bo bliskość i więź wywołuje lęk, zagrożenie. Jeśli ojciec miał twardą rękę, dlaczego świat miałby okazać się przyjazny? Nie ma jednego scenariusza. Bywa, że osoby dotknięte poczuciem odrzucenia wpadają w depresję. Bywa, że owa bezdomność jest dosłowna, bo lepiej nie mieć domu, niż ten, w którym brak poczucia bezpieczeństwa. Czasami alienacja tworzy ranę, której nikt i nic nie jest w stanie zagoić, przez tę ranę można niekiedy patrzeć na świat w zachwycający, wrażliwy i misterny sposób, tak jak robił to Edward Stachura. Ale jak wiadomo, otwarta rana powoduje ból, grozi zatruciem całego organizmu i przedwczesną śmiercią.

Gracz z życiem

Czytelnicy książek i wierszy Stachury lubią w stworzonych przez niego bohaterach dostrzegać wolne duchy, samotne z wyboru, które rzuciły się z wiatrem w świat. Zapominają, że taki model życia ma swoją drugą, mroczną i bolesną stronę.

Stachura gra na pieniądze w szachy i warcaby, ale to poker staje się jego nałogiem. W Polsce jest zakazany, gra się w melinach. Poker nie trafia do jego prozy, ale w prywatnych zapiskach informuje, że jego rekord to trzy doby nieprzerwanej gry.

Ogrywa studentów, a jeśli nie mają pieniędzy, wnoszą zegarki i ciuchy, w tym marynarki. Pewnego razu przegrani poskarżyli się lokalnej gazecie, która wzięła ich w obronę. Oburzony Stachura również idzie z pretensjami do gazety, żądając pochwały, bo przecież wygrane przedmioty rozdaje biedniejszym od siebie. Innym razem władzom KUL-u o jego hazardzie donosi kleryk ograny z koloratki. Stachura zostaje wyrzucony z uczelni i po rekomendacji

Henryka Berezy trafia na Uniwersytet Warszawski.

– W zapiskach Stachury i listach motywy alkoholowe wiją się jak bluszcz. Są wzmianki o pobytach w izbach wytrzeźwień. Jest opowieść o tym, „jak się straciło” chlebak z zeszytami zawierającymi notatki do „Fabula rasa” i gitarę.

Ale w jakich okolicznościach nastąpiła strata? Złodziej skorzystał z okazji i obrobił zmożonego ciężkim snem pod gołym niebem twórcę. Takie przypadki wywoływały akty ekspiacji i były przyczyną długich okresów konsekwentnej abstynencji – wspomina w wywiadzie Janusz Anderman, znajomy Stachury. Pieniądze nigdy nie były dla niego ważne, a nawet przejawiał wobec nich pogardę. Pisze: „Wyciąganie forsy od kobiet napawa mnie wstrętem. Czynię to jednak nadal, gdyż inaczej umarłbym z głodu albo musiałbym zrezygnować ze studiów”.

W jego twórczości niewiele znajdziemy erotyków. Kobiety traktował często przedmiotowo lub jako eteryczne zjawy. „Znam wielu takich, którzy świętą sprawę miłości cielesnej sprowadzili do żałosnej czynności fizjologicznej i przyjemność z tym związana jest dla nich tego typu, jak na przykład oddawanie moczu po przedłużającej się pauzie” – pisał w dzienniku. Jego mizoginizm znacznie zmalał po ślubie z Zytą Anną Bartkowską, pisarką znaną pod pseudonimem Zyta Oryszyn.

W bliskich relacjach był drażliwy, szczególnie na swoim punkcie. Często się obrażał. Być może, zmuszony w przeszłości, by chronić siebie przed ojcem, powtarzał ten mechanizm również tam, gdzie nie pojawiało się realne zagrożenie. „Na początku lat 70. wysłał do rodzeństwa list, że zrywa z nimi na zawsze wszelkie kontakty. Ot, tak. Nie dotrzymał słowa, ale taka deklaracja pisemna daje do myślenia” – mówi w wywiadzie Marian Buchowski. A przecież Stachura wracał do Aleksandrowa do ostatnich chwil, przyjechał też na pogrzeb swojego ojca. Napisany po hiszpańsku opis nocy spędzonej przy nim tuż przed śmiercią należy do najbardziej lirycznych fragmentów jego dzienników.

Trafić w sedno

Za prasowy debiut Stachury uznaje się druk dwóch wierszy „Metamorfoza” i „Odnalazły się marzenia” w gdańskim dwutygodniku „Uwaga”.

W 1969 roku ukazuje się powieść „Cała jaskrawość”, a w niej „Gałązka Jabłoni”, która pojawi się w kolejnej, świetnie przyjętej książce „Siekierezada albo Zima leśnych ludzi”. W końcu w 1979 roku zostaje wydana „Fabula rasa”, redagowana przez pisarza podczas jego zmagania się z chorobą i demonami. Cały czas pisze wiersze, piosenki, prowadzi zapiski. Zachowuje niezwykły słuch do rozmów codzienności, rozkoszuje się tym. „Wyjść na miasto, by nagonić sobie poezję” – pisze we „Wszystko jest poezją”. Nie przepada za płytkim uwielbieniem, woli kameralne spotkania, podczas których recytuje fragmenty swoich wierszy. Dba o własny wizerunek, lubi fotografie i pozowanie do nich. To esteta, porządek w domu jest elementem żelaznej dyscypliny. Do tego stopnia, że gościom każe po wypastowanej podłodze sunąć na filcowych podkładkach. Do samego końca pozostaje szczery i wymagający, przede wszystkim wobec samego siebie.

A czasami w literaturze potrafi uchwycić sedno, do którego dostęp mają wyjątkowo wrażliwi lub szaleni, tak jak we fragmencie książki „Fabula rasa”: „Gdybyś to sobie w pełni uświadomił, przestałbyś szukać tanich, wulgarnych lub drogich, wyszukanych, wyrafinowanych pociech, uciech i ukojeń. Przestałbyś zagłuszać się bezustannie i w kółko byle czym i byle wszystkim, przestałbyś miotać się na lewo, na prawo i pośrodku; spróbowałbyś zatrzymać się, spróbowałbyś stanąć nieruchomo oko w oko, twarzą w twarz z całym światem, nie oczekując niczego”.

Dowody na istnienie

Edward Stachura prawdopodobnie zbudowany był z rozpaczy. Musiał się zabić. Twierdził, że „można się oprzeć o światło, o słoneczne promienie” („Dziennik. Zeszyty podróżne 1”). To właśnie z tego miejsca, oparty o światło, widział całą jaskrawość, widział wszystko. Owo uczucie z pogranicza mistycyzmu i banału nie mogło być opisane przez słowa, ponieważ słowa przekraczało. W swoich ostatnich zapiskach, nazwanych z nadzieją „Pogodzić się ze światem”, napisał: „Byłem buntownikiem łagodnym, najłagodniejszym z możliwych, ale krańcowym. Poszedłem do końca. Czy za daleko? Chciałem unieść wszystkie nieszczęścia świata ludzi. I zwariowałem”.

3 kwietnia 1979 roku lokomotywa odcina mu cztery palce prawej dłoni, być może głosy kazały mu nie schodzić z torów. Trafia do szpitala psychiatrycznego „Drewnica” w Ząbkach pod Warszawą. Rozpoznanie: depresja, zespół urojeniowo-omamowy. Prowadzi dziennik, w którym mierzy się z człowiekiem-nikim. Żąda, by nie podpisywać jego opublikowanych utworów nazwiskiem, ponieważ człowiek-nikt to on. Izoluje się od przyjaciół. Przypadkowo spotkanym ludziom rozdaje swoje rzeczy, czasami pieniądze. W parku Skaryszewskim pali zdjęcia i prywatne zapiski. Niszczy dowody swojego istnienia. W lipcu ponownie zgłasza się do szpitala „Drewnica”. Cztery dni później po zażyciu leków psychotropowych próbuje przeciąć sobie nożem żyły, nieskutecznie. 24 lipca 1979 roku w swoim mieszkaniu, bloku przy ulicy Rębkowskiej w Warszawie, wiesza się na sznurze przymocowanym do haka w suficie. Ma 42 lata. Na stole, obok przewróconej szklanki i rozlanej herbaty leży kartka, a na niej „List do pozostałych”, rozpoczynający się słowami: „Umieram za winy moje i niewinność moją, za brak, który czuję każdą cząstką ciała i każdą cząstką duszy, za brak rozdzierający mnie na strzępy jak gazetę zapisaną hałaśliwymi nic nie mówiącymi słowami”.

Jego grób na warszawskim cmentarzu Wólka Węglowa jest celem pielgrzymek wielbiących go fanów, podobnie jak mogiła Jima Morrisona na Père-Lachaise w Paryżu.

Robert Rient, dziennikarz, trener interpersonalny, autor książki „Chodziło o miłość”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze