1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Krzysztof Kamil Baczyński i Tadeusz Gajcy – wybitni poeci, rówieśnicy, konkurenci

Krzysztof Kamil Baczyński i Tadeusz Gajcy – wybitni poeci, rówieśnicy, konkurenci

Od lewej: Krzysztof Kamil Baczyński i Tadeusz Gajcy. (Fot. Aleksander Jałosiński/Forum, BEW Photo)
Dwaj wybitni poeci pokolenia kolumbów, generacji skazanej na zagładę. Daty ich narodzin dzieli kilkanaście miesięcy, daty śmierci w Powstaniu Warszawskim – kilkanaście dni. Rówieśnicy i konkurenci. Krzysztof Kamil Baczyński, Tadeusz Gajcy. Jeden znany i doceniany, drugi – niemal zapomniany.

Pobożny z mandoliną

Gajcy to ten z ciemniejszymi włosami. Śniady, z filmowym uśmiechem. Koledzy przezywali go czasem „Cygan” i wspominali, że lubił chodzić w kolorowych koszulach w kratę lub w pasy. Koleżanki zapamiętały, że był przystojny. Widać to na ocalałych czarno-białych fotografiach. Nie widać, że miał zielone oczy.

Urodził się 8 lutego 1922 roku jako starszy z dwóch synów ślusarza z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego i akuszerki. Jego matka wspominała, że „rodził się długo i w ogromnych bólach”. Wyrósł jednak na zdrowe i silne dziecko. Rodzina Gajcych mieszkała w kamienicy przy ulicy Dzikiej. Pod oknami przechodziła trasa konduktów żałobnych. Może dlatego już w najwcześniejszych wierszach Gajcego pojawia się wątek śmierci?

Klientkami matki były głównie sąsiadki Żydówki. Zabrakło ich, kiedy w 1942 roku sporą część Dzikiej objęły mury getta, a Gajcowie musieli wyprowadzić się na Muranów.

Jako dziecko Tadek nie wyróżniał się specjalnie spośród rówieśników. Może tylko tym, że był bardzo pobożny. Zrywał się z łóżka, żeby na szóstą rano biec do kościoła, w którym służył do mszy jako ministrant. Co jeszcze? Uwielbiał książki. Z okazji swoich imienin, urodzin, Gwiazdki wręczał wszystkim z rodziny kartki ze spisem tytułów, które chce dostać w prezencie. Wcześnie zaczął tłumaczyć z łaciny i niemieckiego, wiersze pisał już w wieku 13 lat. Spalił je później, uważając za naiwne i niedojrzałe. Do gimnazjum chodził do ojców marianów na Bielanach, szkoły znanej z surowych profesorów wychowujących uczniów w duchu narodowo-patriotycznym. „Najważniejszą cechą czyniącą człowieka szlachetnym jest jego wartość duchowa, krystalizująca się w miarę wzrastania czci i miłości ku Bogu” – pisał w reprezentacyjnej gazetce kolega Gajcego z klasy, syn zamożnych ziemian Wojtek Jaruzelski. On też podobno pisał wtedy wiersze…

Tadek nie był prymusem, za to koledzy za nim przepadali. Bo znał wiele melodii na mandolinę. I świetnie grał w piłkę.

Kłopoty na lekcjach polskiego

Baczyński? On na pewno nie biegał po boisku. W przyszłości równie przystojny co Gajcy, jako dziecko był chudy i chorowity. Cierpiał na ataki astmy. Urodzonemu 22 stycznia 1921 roku Krzysztofowi drugie imię rodzice nadali po zmarłej przed jego narodzinami siostrze Kamili. Ojciec, Stanisław Baczyński, był działaczem lewicowym, oficerem Wojska Polskiego, pisarzem i krytykiem literackim. Matka Stefania, ze znanej żydowskiej rodziny profesorstwa Zieleńczyków, była nauczycielką, pisała szkolne podręczniki. Nie byli dobranym małżeństwem. Po jednej z burzliwych kłótni Stefania zabrała kilkumiesięcznego Krzysia i wyjechała do Białegostoku, gdzie zatrudniła się na rok w tamtejszej szkole.

Poglądy polityczne, postawa wobec literatury i wojny – to wszystko przyszły poeta odziedziczył po ojcu. Ale najbardziej związany był z matką, która adorowała jedynaka i rozpieszczała go ponad miarę.

W szkole nie był szczególnie lubiany, nie należał do żadnej paczki. W snobistycznym Gimnazjum Batorego, jedynej warszawskiej szkole z basenem i kortami tenisowymi, po wielu uczniów zajeżdżały samochody z szoferami albo taksówki. Ale o wyobcowaniu Krzysia nie przesądzała ani mniejsza zasobność portfela rodziców, ani mizerna postura, ani efekty nadopiekuńczości matki. A przynajmniej nie tylko to.

Było tak: na lekcji matematyki profesor wzywa do tablicy jednego z uczniów, z pochodzenia Żyda. Nie bardzo idzie mu odpowiadanie. Nagle z końca klasy ktoś intonuje: Zyyt! Wkrótce podejmuje to cała niemal klasa. Profesor krzyczy: „Niegodziwi barbarzyńcy!”, i wychodzi, trzasnąwszy drzwiami. Zaczyna się bójka, w której na trzydziestu kilku przedstawicieli „chóru” tylko pięciu bije się po stronie poszkodowanego. Wszyscy o korzeniach żydowskich. Także mizerny Baczyński. To wspomnienie szkolnego kolegi z połowy lat 30., kiedy nastroje antyżydowskie wzmagały się w całej Europie.

I całkiem inne wspomnienie: „Miał kłopoty na lekcjach polskiego. Nikt nie podejrzewał, że w nim kryje się taki talent”. Sam Baczyński, choć już wtedy pisał poezję, nie widział się w roli wieszcza. Marzył o karierze ilustratora, grafika. Jedyny przedmiot, z którego miał piątki, to rysunek.

Prawy i lewy

Dwaj chłopcy wychowani w sąsiednich dzielnicach Warszawy (Baczyński mieszkał przy ulicy Bagatela w Śródmieściu), obdarzeni podobną wrażliwością. Daty ich narodzin dzieli kilkanaście miesięcy, śmierci – kilkanaście dni. Pierwsze pokolenie dorastające w wolnej Polsce. Obaj, tak jak rzesze ich rodaków, przed 1 września 1939 roku święcie wierzyli, że nawet jeśli dojdzie do wojny, to wygrana jest po naszej stronie. Tyle że dla każdego „nasza strona” oznaczała coś innego. Generacja, którą Roman Bratny ochrzci pokoleniem kolumbów, dojrzała bardzo wcześnie, przynajmniej jeśli chodzi o poglądy. Choć uczniom szkół średnich zabroniono przynależeć do organizacji politycznych, w praktyce niemal wszystkie starsze roczniki liceum, a nawet gimnazjum, garnęły się do jakichś ugrupowań. Ci dwaj nie byli wyjątkiem.

W okresie PRL-u badacze chętnie będą się powoływać na prokomunistyczne sympatie Baczyńskiego. Rzeczywiście, od 1937 roku był członkiem komitetu wykonawczego Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Spartakus”. Jednak o ile przed wojną bliżej mu było do trockisty niż endeka, o tyle z biegiem okupacyjnych lat znacznie złagodził swoje poglądy.

Gajcy dołączył do powstałej w 1940 roku Konfederacji Narodu. O poetach publikujących w wydawanym przez nią piśmie „Sztuka i Naród” Antoni Słonimski mówił „faszystowscy poeci”. To także przesada, choć z pewnością ugrupowanie ukierunkowane było ostro na prawo. Baczyński i Gajcy stanęli więc po dwóch stronach politycznej barykady. Wiedzieli o swoim istnieniu, ale o bliższej znajomości nie było mowy.

Karol Topornicki kontra Jan Bugaj

Nim wybuchnie wojna, Baczyński skończy szkołę średnią, a Gajcy zda małą maturę. Pierwszy wakacje spędza w Bukowinie Tatrzańskiej. Tam 27 lipca dowiaduje się o śmierci ojca. Wraca do Warszawy. Matka rozpacza, skarży się na serce. Role się odwracają: teraz syn musi się nią opiekować. Powstanie wtedy sporo wierszy. Jeden z nich – „Elegię” – Baczyński poświęci ojcu. Z żałoby wyrywa go wiadomość o wkroczeniu wojsk niemieckich do Polski. Wybuch wojny przekreśli także nadzieje na wyjazd Baczyńskiego do Francji na studia malarskie.

W Warszawie panuje chaos. W nocy z 6 na 7 września Polskie Radio nadaje apel płk Romana Umiastowskiego, by wszyscy zdolni do noszenia broni udali się na wschód tworzyć tam nowe oddziały, choć Warszawa potrzebuje obrońców na miejscu. Zanim prezydent Stefan Starzyński odwoła odezwę, dziesiątki tysięcy mężczyzn opuszczą stolicę – także Gajcy. Jak inni wróci wyczerpany, w poczuciu klęski i bezsensu.

We wrześniu miał zacząć szkołę. Zanim nauczyciele zorganizują tajne komplety, Tadeusz z kolegami sami organizują lekcje. Każdy z chłopaków odgrywa rolę innego profesora – on jest polonistą. Po maturze, tak jak Baczyński, idzie na tajną polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim.

Żeby się utrzymać, imają się różnych zajęć: Baczyński m.in. szkli okna i maluje szyldy. Gajcy zatrudnia się jako magazynier w tkalni bielizny damskiej Baśka.

Jednocześnie każdy z nich pisze. Obaj wydają w 1942 roku tomiki poezji. Baczyński pod pseudonimem Jan Bugaj „Wiersze wybrane”. Gajcy jako Karol Topornicki „Wiersze niewymierne”. Nawzajem śledzą swoje debiuty. Gajcy oceni nawet Baczyńskiego na łamach „Sztuki i Narodu”. Recenzja nie była entuzjastyczna, ale Jan Bugaj zostanie przez Topornickiego nazwany „poetą o nucie dostojnej”. Nie odwdzięczy się swemu recenzentowi albo też dowody na to nie ocalały. Nie wiadomo, jak Gajcy zareagowałby na ewentualną krytykę. Podobno był przeczulony na punkcie własnej twórczości. W jednym z wywiadów Andrzej Łapicki, który znał go osobiście, wspomina, jak na prośbę poety poprowadził jego wieczór autorski. Czytał wiersze na zmianę ze swoją profesor ze Szkoły Teatralnej Marią Wiercińską. Po skończonym wieczorze Gajcy był wściekły. Krzyczał: „Ty byłeś w porządku, ale pani to nie daruję. Nic pani nie zrozumiała. Przeczytała to pani bez sensu!”.

Do Basi, dla Wandy

Może i byli pokoleniem skazanym na zagładę. Ale mieli przyjaciół, organizowali przyjęcia, chodzili na randki. Gajcy lubił grać w brydża i tańczyć. Baczyński tańczyć nie umiał i nie lubił. „Neurotyk i egoista” – opisuje go Barbara Drapczyńska, koleżanka ze studiów. Ale wkrótce tych dwoje nie może bez siebie żyć. Ślub wzięli 3 czerwca 1942 roku w kościele na Solcu. Po latach Jarosław Iwaszkiewicz napisze: „Właściwie wyglądało to nie na ślub, ale na pierwszą komunię”. Iwaszkiewicz zdziwił się, jacy Krzysztof i Basia byli drobni. I jacy dziecinni.

Cieniem na ich związku kładą się złe relacje Basi i teściowej. Obie obdarzone silnymi charakterami, obie zapatrzone w Krzysztofa. Kłóciły się bez przerwy, na ocalałym wspólnym zdjęciu poeta siedzi jak w potrzasku między dwiema pochmurnymi kobietami.

Po ślubie zamieszkali w wynajętym lokalu z panią Baczyńską. Kobiety nie mogą się znieść, Krzysztof dostaje z nerwów ataków astmy. Matka wykona wkrótce gest świadczący o ogromnej miłości do jedynaka – wyprowadzi się, odstępując młodym mieszkanie. Dla Baczyńskiego będzie to najpiękniejszy okres życia. Nosi dosłownie Basię na rękach. Pisze dla niej. I o niej. Poświęca żonie wiele erotyków i liryków miłosnych.

Także Gajcy ma swoją muzę. Jest nią Wanda Suchecka, koleżanka z tajnej polonistyki. Chcą się pobrać. Jej rodzice nie wyrażają jednak zgody, argumentując, że Tadeusz nie byłby w stanie utrzymać obojga. Rzeczywiście, poeta zarabia kwoty symboliczne. Obiecuje ukochanej, że znajdzie coś lepiej płatnego. I że jeśli nadal odmawiać będą mu jej ręki, pobiorą się w tajemnicy. Nie zdążył spełnić tej obietnicy.

Zaczęło się. Skończyło się

Tuż przed powstaniem Warszawę ogarnia euforia. W powietrzu czuć, że coś się szykuje. 1 sierpnia 1944 roku Gajcy notuje w swoim brulionie: „Boże, zaczęło się. Od Ciebie zależy wszystko”. Ani on, ani Baczyński nie będą mieli wątpliwości, że trzeba sięgnąć po broń. Choć ten drugi ze swym wątłym zdrowiem na żołnierza się nie nadawał. Co prawda należał do harcerskich grup szturmowych batalionu „Zośka”, ale miesiąc przed powstaniem został zwolniony z funkcji „z powodu małej przydatności w warunkach polowych”. Na własną prośbę został przeniesiony do batalionu „Parasol”. Wybuch powstania zaskoczył go w rejonie placu Teatralnego, gdzie został wysłany po odbiór butów dla oddziału. Poległ na posterunku w Pałacu Blanka, prawdopodobnie postrzelony przez strzelca wyborowego ulokowanego w gmachu Teatru Wielkiego. Był 4 sierpnia.

12 dni później śmierć dogoniła Gajcego. Razem ze Zdzisławem Stroińskim, także świetnym poetą i serdecznym przyjacielem, dostali przydział do dywizjonu motorowego. Stacjonowali w kamienicy przy ulicy Przejazd. Słyszeli niepokojące odgłosy (rano Niemcy coś kuli), ale dowódca zignorował ten meldunek. Po południu kamienica wyleciała w powietrze. I jak w wierszu Czesława Miłosza:

„Gajcy, Stroiński byli podniesieni
W czerwone niebo na tarczy eksplozji”.

Basia, której nikt nie powiadomił o śmierci Krzysztofa, 31 sierpnia przebiega ulicą. W pobliżu wybucha moździerz, który trafia w szybę. Odprysk szkła godzi ją w głowę i uszkadza mózg. Ranną poddają operacji. Ma mdłości, traci przytomność, majaczy. W chwilach świadomości powtarza: „Ja wiem, że Krzysztof nie żyje, to i ja nie chcę żyć”. Umiera 1 września. Ściskając w ręku tomik wierszy męża. Jej matka potwierdziła, że Basia była w ciąży.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze