1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Historia Coco Chanel. „Piękno powstaje, gdy zaczynasz być sobą”

Historia Coco Chanel. „Piękno powstaje, gdy zaczynasz być sobą”

Coco Chanel, wczesne lata 50. (Fot. PVDE/Forum)
Przestańmy powtarzać, że była sławna i bogata, ale nieszczęśliwa, bo nie wyszła za mąż. Że umarła samotnie, niespełniona, bo nie miała dzieci. Skończmy z tą sentymentalną legendą, bo biografia Coco Chanel jest znacznie ciekawsza. Ta jedna z najbardziej charyzmatycznych i kontrowersyjnych projektantek mody zostawiła nam coś więcej niż sznur sztucznych pereł.

Jedno z jej słynnych powiedzeń brzmiało: „Nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz. Ja o tobie nie myślę wcale”. Może nie przejmowała się tym, co ludzie o niej myślą czy mówią, ale była bardzo wyczulona na to, co do niej czują. Emocji nie lekceważyła nigdy. I niekoniecznie musiały się wiązać z mężczyznami, ale od nich zacznijmy.

Coco Chanel – biografia. Sypiały ze sobą ich dusze

Każdy z nich miał w sobie coś wyjątkowego. Étienne Balsan, który z podrzędnego kabaretu zabrał ją do swego zamku Royallieu, dał jej czas, by dorosnąć, zmienić skórę. On, który znał ją najdłużej, jeszcze przed metamorfozą, pozostał dyskretny aż do śmierci w 1953 roku. Lojalność – bezcenny dar, rzadko ofiarowywany kobiecie.

Arthur „Boy” Capel, najważniejszy mężczyzna w jej życiu. On ją wyedukował, ukształtował jej poglądy, nauczył prowadzenia interesów, a nawet – jak mawiała sama Coco – wytresował do szczęścia. Przy nim dowiedziała się nie tylko, kim jest, lecz także kim chce być, jak żyć. Jej pierwszy butik z kapeluszami, pierwszy własny paryski adres na rue Cambon 21, pierwsza willa z beżowymi tynkami i lakierowanymi na czarno okiennicami – to też dzięki niemu. To jego sportowe ubrania przerabiała na swoje, z nim kąpała się w morzu i opalała na słońcu. Boy nie stworzył Chanel, ale pozwolił jej być sobą. Na początku XX wieku to było bardzo dużo. Sto lat później – nadal jest.

Wielki książę Dymitr Pawłowicz Romanow – piękny cudzoziemiec, znakomicie zbudowany i pełen smutku (mieszanka, która zawsze uderza do głowy). Kosztowny w utrzymaniu, ale Coco mogła sobie już pozwolić na to, by wsadzić go do swego nowego rolls-royce’a i zabrać do Monte Carlo.

Chanel płaciła zresztą wielu mężczyznom. Nie miała z tym problemu – czy chodziło o artystyczny mecenat, czy pokrywanie osobistych wydatków. Wsparła olbrzymią sumą Ballets Russes, tłumacząc potem swemu przyjacielowi i biografowi Morandowi: „Nie uchroniłam baletu Diagilewa od upadku, jak twierdzą ludzie. Nie widziałam Święta wiosny przed 1914 […] chciałam je zobaczyć i zaoferowałam dotację. Nie żałuję tych 300 tysięcy franków, które musiałam wydać”. Ale oprócz tego wzięła na utrzymanie kompozytora Igora Strawińskiego i całą jego rodzinę. Mieszkał wraz z żoną i czwórką dzieci w jej willi Bel Respiro, a Coco co miesiąc przysyłała im czek. Strawiński za artystyczny patronat podziękował jej w swych pamiętnikach, do brania pensji się nie przyznawał. Za to odwdzięczał się jak umiał, wyznając miłość, desperując i grożąc, że siebie zabije, ją zabije – albo jeszcze kogoś. Chanel to trochę pochlebiało, trochę bawiło, a trochę męczyło, ale tak poznała tajniki słowiańskiej duszy – kiedy zwróciła mu uwagę, że piętro wyżej leży jego chora żona i może usłyszeć te wyznania, kompozytor odpowiedział zdziwiony: „Ależ ona wie, że cię kocham! Komu innemu, jak nie jej, miałbym się zwierzyć?”.

Głośny „nieromans” (wszyscy twierdzili, że platoniczny) ze Strawińskim nie był jedynym jej niekonwencjonalnym związkiem. Mój ulubieniec to Pierre Reverdy, poeta o dużych oczach i głodnych ustach, dopiero teraz doceniany na świecie. W latach 20. kochali go tylko paryscy artyści. No i Coco Chanel. Sponsorowała jego pismo literackie „Nord-Sud” i wykupywała po kryjomu tomiki wierszy, które wydawał własnym kosztem. Jego żona Henrietta, zwykła szwaczka, łączyła kartki ręcznie grubymi nićmi. By im pomóc, Chanel płaciła też poecie za lekcje: uczył ją budowania aforyzmów, lapidarności i prostoty. To były jej najlepiej wydane pieniądze – nie dlatego, że Reverdy zrobił z niej mistrzynię ciętej riposty i nie kosztował zbyt wiele, bo żywił się papierosami i jazzem. To dlatego, że był pięknym człowiekiem i jego miłość była piękna. Któregoś dnia w 1926 roku zaprosił przyjaciół i wrzucił do ognia swoje rzeczy – postanowił wyrzec się świata materialnego i pójść do klasztoru. Henrietta wstąpiła do zakonu i pozostała tam do śmierci, a on osiadł w domku pustelnika opactwa benedyktynów w Solesmes. Pięć lat byli z Coco kochankami, przez pozostałe 40 sypiały ze sobą ich dusze. Jeden z jego ostatnich wierszy, z 1960 roku – z czasu, kiedy przeczuwał nadchodzącą śmierć, zaczynał się od wersu: „Kochana Coco”, a kończył: „Czy zostaniesz potępiona, czy ułaskawiona, wiedz, że jesteś kochana”.

Kochanka równa żonie

W tym samym czasie, w latach 20. – gdy projektowała swoje kolekcje „małych czarnych” i wprowadzała na rynek swoje pierwsze perfumy Chanel N°5 – pojawił się w jej życiu Bendor, drugi książę Westminsteru. A wraz z nim rejsy jego jachtem wzdłuż francuskiej Riwiery, polowania ze sforą psów w Anglii i podróże po zamkach rozsianych po Europie, od Szkocji po Karpaty.

Winston Churchill, który przyjechał latem 1927 roku do szkockiej posiadłości księcia nad jeziorem Loch Stack, pisał do żony: „Jest tu Coco. Łowi ryby od rana do wieczora, w dwa miesiące złapała 50 łososi. Jest bardzo sympatyczna – doprawdy wspaniała, silna istota, zdolna władać mężczyzną albo imperium. Bennie ma się dobrze i jest chyba nadzwyczaj szczęśliwy, że skojarzył się z kimś sobie równym – bo ona umie się przeciwstawić jego władzy”. Chanel lubiła mężczyzn, lubiła ich rozrywki, zainteresowania, spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Uwielbiała zabawę i śmiech, była błyskotliwa i zabawna. I dzielna, chętna do podejmowania nowych wyzwań. Przejęła od mężczyzn znacznie więcej niż krawacik, tweed czy buty do golfa: zasady rządzenia i rozwiązywania problemów.

Oficjalnie Chanel i książę Westminsteru rozstali się, bo on w 1930 roku zdecydował się poślubić kobietę znacznie młodszą, która urodzi mu męskiego potomka, spadkobiercę tytułu. Miał na tym punkcie obsesję. Ich romans, jawny i niejako oficjalny, trwał dość długo, a Coco wspominała go pogodnie: „Te dziesięć lat upłynęło w wielkiej czułości i harmonii. Pozostaliśmy przyjaciółmi. Kochałam go, albo tak mi się wydawało, co zresztą wychodzi na to samo”. Nie do końca jest to prawda – w ostatnich latach ich związku awantury były burzliwe. Zawsze chodziło o to samo – o jego zdrady. Podobnie jak książę nigdy nie dostał upragnionego syna, tak Coco nigdy od żadnego mężczyzny nie dostała tego, na czym zależało jej najbardziej: poczucia bezpieczeństwa.

Nie chodziło o małżeństwo – ono nie było żadnym zabezpieczeniem, zdradzana żona nie czuła się wcale lepiej od oszukiwanej kochanki. Po tragicznej śmierci Boya Capela jego żona Diana, będąca w ciąży z ich drugim dzieckiem, oraz zakochana Coco były jednakowo zaskoczone – dopiero z testamentu dowiedziały się, że w życiu Boya była oprócz nich dwóch jeszcze trzecia kobieta, jakaś włoska hrabina.

Młodziutka Gabrielle nauczyła się radzić sobie z upokorzeniem, kiedy w zamku Balsana zastała jego oficjalną metresę – aktorkę i tancerkę – Émilienne d’Alençon czy gdy podczas wizyt ważnych gości musiała jadać ze służbą w kuchni. Nauczyła się ukrywać zazdrość i zranione serce, mówiąc lekko do Boya: „Powiedz mi, z kim teraz sypiasz, to pośmiejemy się oboje!”. Wydawało jej się, że to dlatego, że jest nikim – dziewczynką zostawioną przez ojca w sierocińcu – że to się zmieni, gdy będzie ładniejsza, mądrzejsza, bardziej elegancka, błyskotliwa, gdy on się z nią ożeni.

Dojrzała Gabrielle już wie, że to nie ma żadnego znaczenia, że żona i kochanka to dwie strony tej samej monety, a miarą twojej wartości jest to, jak kosztowny prezent dostaniesz jako rekompensatę za jego zdradę, kłamstwa, plotki za twoimi plecami, spojrzenia innych kobiet. Książę Westminsteru dał jej duży szafir czy szmaragd czystej wody i kilka sznurów pereł. Wrzuciła je do morza, bo nie tego od niego chciała. Klejnoty mogła sobie kupić sama, miłości i poczucia bezpieczeństwa już nie. Co w tym romantycznego? Raczej smutna historia…

Potem zrobiło się jeszcze smutniej. Paul Iribe, ilustrator, reżyser i projektant luksusowych wnętrz i przedmiotów, oświadczył się. Wyglądało na to, że to świetny pomysł – mieli ten sam dobry gust, te same zainteresowania, wspólnych znajomych, kochali i irytowali się w wystarczającym stopniu, żeby się nie nudzić. We wrześniu 1935 roku, w trakcie przygotowań do ślubu, Iribe na jej oczach zmarł na korcie na zawał serca. To było naprawdę podłe ze strony Opatrzności – Iribe był szansą, by razem stawić czoło starości, której nie lubił tak samo jak Coco. Gdyby byli razem, może wszystko potoczyłoby się inaczej. Ale Paul odszedł, a Chanel wpadła na kilkanaście lat do czarnej dziury.

Wojenna niesława

Panuje dość powszechne przekonanie, że głównym grzechem Coco Chanel, za który zapłaciła noszoną do śmierci (i po) łatką nazistki, był jej romans ze „Spatzem”, młodszym od niej o 13 lat (ona miała wtedy 58) baronem Hansem von Dincklage. Tymczasem von Dincklage, który miał matkę Angielkę i od lat pracował w dyplomacji, był w oczach Francuzów bardziej międzynarodowym playboyem niż okupantem. Nigdy nie został oskarżony – dokumenty, że współpracował w czasie wojny z szefem Abwehry i SD, Schellenbergiem, wypłynęły znacznie później. Romans Coco i Hansa trwał jeszcze w Szwajcarii, po wojnie, i zakończył się w typowy dla niej sposób: gdy zubożały „Spatz” przeniósł się na Baleary, Chanel wysyłała mu pieniądze.

Przyczyny rzeczywistej niechęci Francuzów do Chanel są dziś dość trudne do zrozumienia, bo zarzucano jej, że… zamknęła swoją firmę w 1939 roku. Potraktowano to jako brak patriotyzmu i postawę proniemiecką, sprzeczną z wytycznymi Syndykatu Haute Couture: 12 wielkich marek, w tym Balenciaga, Schiaparelli, Madame Grès, Lelong, nadal szyło kolekcje. Które kupowały żony niemieckich oficerów…

Coco Chanel sfotografowana w swoim apartamencie w hotelu Ritz w Paryżu, 1965 rok. (Fot. GRANGER/Granger History Collection/Forum)

Jej butik prowadził tylko sprzedaż perfum – po Chanel N°5 żołnierze Wehrmachtu ustawiali się grzecznie w kolejce przez całą wojnę. Tu dochodzimy do sedna – Coco Chanel faktycznie zrobiła coś, co jej bardzo zaszkodziło w oczach opinii publicznej, zwłaszcza w USA. W 1924 roku, chcąc zwiększyć sprzedaż Chanel N°5, zwróciła się z propozycją współpracy do braci Wertheimerów, zamożnych przedsiębiorców, którzy byli między innymi właścicielami marki Bourjois. Utworzono spółkę Les Parfums Chanel, w której Coco dostała 10 proc. udziałów. Gdy perfumy okazały się światowym przebojem, poczuła się wykorzystana, stale ponawiała rozmowy z Wertheimerami o zwiększenie jej tantiem (a oni stale odmawiali). W czasie wojny, gdy bracia wyjechali do Nowego Jorku, Chanel podjęła próbę przejęcia Les Parfums Chanel na mocy hitlerowskiej ustawy o tak zwanym żydowskim mieniu porzuconym. Procesy ciągnęły się aż do początku lat 50. i zamiast pieniędzy przyniosły jej piętno antysemitki. „New Yorker” i „Time” (który umieścił ją na liście dziesięciu najbardziej wpływowych kobiet świata) pisały: „Coco Chanel, z Holokaustem nie jest ci do twarzy”.

Drugą kwestią jest jej współpraca z wywiadem. André Palasse, syn jej zmarłej siostry Julie, którego wychowywała od dziecka, podczas walk na linii Maginota dostał się do niewoli (jedna z plotek głosiła, że André nie był jej siostrzeńcem, ale nieślubnym synem). Coco podejmowała liczne próby dotarcia do wysoko postawionych nazistowskich oficjeli, którzy mogliby pomóc w zwolnieniu Palasse’a ze stalagu w Niemczech. Główna teza jest taka, że na zlecenie Abwehry Chanel w 1943 roku podjęła się misji skontaktowania się z Winstonem Churchillem w Madrycie i przekazania mu propozycji zawarcia pokoju (za plecami Hitlera). Potem następują opowieści o agentach różnych wywiadów i interwencji Churchilla, która w sierpniu 1944 roku spowodowała natychmiastowe zwolnienie Chanel z przesłuchania FFI (połączone siły zbrojne francuskiego ruchu oporu). Wielu rzeczy nie wyjaśniono do tej pory.

Gdybyś jeszcze przestała kłamać!

Coco Chanel miała wielu biografów o bardzo różnym światopoglądzie. Wśród nich kilkoro wybitnych, jak Paul Morand, Edmonde Charles-Roux czy Claude Delay. Zebrali oni tysiące zdjęć, relacji świadków – od jej wnuczki Gabrielle Palasse-Labrunie po bojów hotelowych – oraz dokumentów i zadali sobie wiele trudu, żeby zdementować jej własne konfabulacje. Bo ona kłamała, zmieniała daty (nie tylko w swoim paszporcie), upiększała historie i wygłaszała sprzeczne opinie. Sama Chanel przyznawała, że Boy, który był teozofem (a główna zasada teozofii to „nie ma religii wyższej niż prawda”), powtarzał jej bez przerwy: „Coco, gdybyś ty jeszcze przestała kłamać! Czy ty nie możesz rozmawiać jak wszyscy? Skąd ty wygrzebujesz te swoje wymysły?”. Dwukrotnie pracowała w Szwajcarii z wybranymi przez siebie autorami nad oficjalną biografią i żadna z tych prób nie zyskała jej uznania – dlatego pierwsze książki o niej ukazały się w latach 70., tuż po jej śmierci, najnowsze zaś w XXI wieku. W tym bardzo faktograficzna „Coco Chanel. Legenda i życie” autorstwa Justine Picardie (z której pochodzą wszystkie cytaty w tekście) i „Coco Chanel. Sypiając z wrogiem” Hala Vaughana, który napisał: „W którymś momencie 1941 roku Abwehra zapisała Gabrielle Chanel w swoim berlińskim rejestrze jako agentkę F-7124, pseudonim Westminster”.

Picardie w 2010 roku opisała bardzo dokładnie cały wątek wojenny: zamknięcie firmy, wyjazd z Paryża, powrót do hotelu Ritz, „Spatz”, spotkanie z szefem Abwehry Schellenbergiem, próbę kontaktu z Churchillem w Madrycie, przesłuchanie przez FFI po wyzwoleniu Paryża i wyjazd do Szwajcarii. Ale to dopiero wydane półtora roku później „Sypiając z wrogiem” wywołało burzę. Vaughan, były oficer amerykańskiego wywiadu, powoływał się na dostęp do tajnych archiwów, ale nie przedstawił nowych dowodów. Jedynie zdjęcie fiszki, że… teczka Chanel zniknęła z archiwum francuskiego Ministerstwa Sprawiedliwości. Nie udało mu się też wyjaśnić kwestii, która od lat zaprząta historyków – czy von Dincklage był podwójnym agentem i pracował też dla brytyjskiego wywiadu? W dodatku Hal Vaughan nie ma pojęcia o modzie – pisząc o Coco, wielokrotnie mija się z prawdą, nazywa ją „sprytną wieśniaczką” i popełnia wiele nadużyć: twierdzi, że była antysemitką, bo takie poglądy wpajano w katolickich sierocińcach.

Ale „Sypiając z wrogiem” ma jedną zaletę – daje alibi wszystkim, którzy nie lubią Chanel. A tu zaczyna się długa lista. Są na niej ci, którzy uważają, że luksus nie jest przeciwieństwem wulgarności, tylko uczciwości. Mężczyźni, którzy nienawidzą odnoszących sukcesy kobiet. Albo po prostu kobiet. Wszyscy (i wszystkie), którzy nie mogą jej wybaczyć, że była chuda, dobrze ubrana, bogata i błyskotliwa. Że nie tylko mówiła: „Moje życie mi się nie podobało, więc je wymyśliłam od nowa”, ale to zrobiła. Hal Vaughan swoją książką bardzo ułatwił im sprawę – teraz można rzucić krótkie: „ćpunka i nazistka”. Takie komentarze można często spotkać w internecie, również na forach modowych. Pół wieku po śmierci być obiektem hejtu, to też jakiś sukces.

Coco Chanel – historia o modzie, która się nie starzeje

Ten zarzut nigdy nie padł wprost, ale zyskał jej najwięcej wrogów: Chanel się zestarzała. A raczej – skończyła 70 lat i nie przyjęła tego do wiadomości. Postanowiła wrócić do gry.

W modzie nie ma takiego zjawiska jak starość, ona się nie starzeje – jest moda albo śmierć. W naszej kulturze nie ma takiego zjawiska jak stara kobieta – albo stara, albo kobieta. Starzeć się z godnością, to znaczy usunąć na bok, z głównego nurtu życia, do domu za miastem. Odcinać kupony.

A Chanel powtarzała: „Moda nie dba o przeszłość, zawsze patrzy w przyszłość”. Miała rodzinę, z którą była blisko – siostrzeńca Andrégo, jego córki Gabrielle i Hélène, a nawet wnuki, dwóch synów Gabrielle – ale życie rentierki nie było dla niej. Nudziła się w Szwajcarii. Pewnego dnia w restauracji wyjęła z torebki nożyczki i kilkoma cięciami poprawiła bluzkę znajomej. W 1953 roku wróciła do mody i do Paryża.

Zdawała sobie sprawę z nieprzychylnej opinii publicznej, z konsternacji przyjaciół. Operacja plastyczna zmieniła jej rysy twarzy, za mocno malowała oczy czarną kredką, a czerwień szminki podkreślała fakt, że jej usta stały się wąskie i długie. Wypadały jej włosy; żeby to ukryć, nawet w pracy nosiła kapelusz. Kiedyś szczupła i filigranowa, teraz skurczyła się i wyschła. Horst P. Horst, który zrobił jej w latach 30. najpiękniejsze zdjęcia, nie krył rozczarowania, gdy się spotkali. W dodatku wypluwała potoki słów, jakby bała się, że bez tego nie zostanie zauważona. Nadal mówiła rzeczy trafne i przenikliwe: że moda nie istnieje bez ulicy, tam jest miejsce i salon; że najtrudniejszą rzeczą w projektowaniu jest ruch, takie dopasowanie kroju do sylwetki, by kobieta czuła się sobą w każdym ubraniu; że największym grzechem jest przesada, bo można być przebranym, ale nigdy zbyt eleganckim. Niestety, teraz jej lapidarne puenty tonęły w powodzi uprzedzeń: „Frank stracił na wartości przez Żydów”, „Ciemnoskórzy, których jest w Paryżu coraz więcej, mają inny zapach”, „Modę robią geje, którzy nie mają pojęcia, jak zbudowana jest kobieta, bo i skąd?”.

Jej pokaz w 1954 roku był klęską. We francuskim stylu: uprzejmą i zimną jak pogrzeb. Prasa pisała o „sentymentalnej podróży do roku 1925” i „smutnej retrospektywie”. Anglicy – wprost o fiasku. Było w tym sporo racji – część kolekcji uszyta była ze starych tkanin, które przeleżały w magazynach 15 lat. Nawet zamówienia ze Stanów wydawały się podpowiadać jedno rozwiązanie: sprzedać co się da i zamknąć dom mody. Coco Chanel miała 71 lat, ile razy można zaczynać od nowa?

Okazuje się, że dużo. W następnej kolekcji pokazała kostiumy z jasnego tweedu: słynny żakiet bez kołnierza z prostą spódnicą. Rok później – pikowaną torebkę na łańcuszku, Chanel 2.55 (od lutego 1955). Potem beżowe buciki z czarnym noskiem. Wszystkie najważniejsze, kultowe rzeczy domu mody Chanel, będące do dziś w obiegu, stworzyła stara, zgryźliwa kobieta. Dla siebie. To jest cała tajemnica, jakim cudem podźwignęła się z porażki. Kiedyś powiedziała: „Nie zrobiłam sportowych ubrań, bo tak wiele kobiet ich potrzebowało. Zrobiłam je dla siebie”. Teraz zrobiła dla siebie miękki, lekki żakiet z dodatkowymi kieszonkami na papierosy i zapalniczkę. Wróciła do symboli, które zawsze lubiła: gwiazda, kamelia, dwa odwrócone „C”, głowa lwa (lew to jej znak zodiaku, urodziła się 19 sierpnia), ogniwa łańcucha („Znam kobiety – lubią łańcuchy!”). Zawiesiła torebkę na ramieniu, żeby oszczędzić sobie kłopotu (zapominała, gdzie ją położyła). Zgodnie z jej zasadą: „Piękno powstaje, gdy zaczynasz być sobą”. Była stara i była sobą.

Niekończąca się biografia Coco Chanel

Tu należałoby skończyć tę historię. Zapamiętać młodą Coco Chanel – piękną, zakochaną i kochaną. Tej ostatniej walki nie mogła wygrać. Codziennie wieczorem robiła sobie zastrzyk z morfiny, żeby uśmierzyć ból i zasnąć. W nocy lunatykowała: nożyczkami, które leżały przy łóżku, cięła i dopasowywała swoją piżamę, robiła przymiarki. Nabijała sobie siniaki i rozcinała skórę o meble. Rano w tajemnicy przed doktorem sama opatrywała skaleczenia. Było jej wstyd. W 1968 roku nie poleciała do Nowego Jorku na premierę musicalu Coco z Katherine Hepburn z powodu porażenia nerwu prawej ręki. Gdy obudziła się w szpitalu, zobaczyła stojącego w drzwiach księdza. Wtedy powstał jeden z jej najbardziej zwięzłych bon motów. Powiedziała tylko: „Za wcześnie!”. Odeszła w nocy 10 stycznia 1971 roku, po całym dniu pracy nad wiosenną kolekcją.

A teraz można sobie wybrać zakończenie, bo są dwa.

  1. Miała piękny pogrzeb. Pokryta białymi kwiatami trumna była ustawiona pod figurą Marii Magdaleny. Jej wielkie miłości i przyjaciele odeszli wcześniej, byli tylko Salvador Dalí i Serge Lifar, który dawno, dawno temu nosił ją na ramieniu po plaży. Przyszli ją za to pożegnać wszyscy ci młodzi chłopcy, z których pokpiwała: Balmain, Courrèges, Saint Laurent. Ale największe wrażenie robił szpaler jej modelek w strojach haute couture Chanel. Trumna pojechała do Lozanny, gdzie czekał lekki grobowiec („Nie chcę leżeć pod kamieniem, chcę mieć swobodę ruchów”) z pięcioma głowami lwów. Sama Coco wróciła na rue Cambon, za drzwi z napisem „Mademoiselle orivé”. Pracownicy mówią, że czasami można zobaczyć jej odbicie w lustrach klatki schodowej. Jest nieśmiertelna. Kochana. Ciekawe, czy widziała wczoraj plakat na Pinterest: „Zawsze masz szansę, by zmienić swoje życie znaleźć vintage Chanel”.
  2. Spotkała mężczyznę, o jakim marzyła. Kochał tylko ją i swoją matkę. Podziwiał ją, ale się jej nie bał – nie przejmował się jej złośliwościami i niechęcią do pokazywania kolan. Rysował ich oboje, robił dla niej filmy, zapraszał tłumy gości. Rozumiał ją i też bał się starości. Tak jak lubiła, był młodszy. Nazywał się Karl Lagerfeld i pojawił się 12 lat po jej śmierci. Cóż, ale przyszedł…

Coco Chanel właśc. Gabrielle Bonheur Chanel. Przyszła na świat 19 sierpnia w 1889 roku w Saumur jako druga nieślubna córka Alberta Chanela oraz Jeanne Devolle. Po śmierci matki razem z dwiema siostrami została oddana do sierocińca prowadzonego przez siostry ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Marii Panny w Aubazines, gdzie nauczyła się szyć. Zmarła 10 stycznia 1971 roku w Paryżu. W tym roku minęło 50 lat od jej śmierci.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze