1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Maria nie z tego świata. Dwie twarze Marii Czubaszek

Maria nie z tego świata. Dwie twarze Marii Czubaszek

Maria Czubaszek (Fot. z książki „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć”/ materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Gdyby żyła, w sierpniu skończyłaby 82 lata. Dokładnie tyle, ile miał Wojciech Karolak, genialny jazzman i jej mąż, który zmarł w czerwcu tego roku. Pięć lat po niej. Lubiła mówić, że ich miłości nie zaszkodziło nawet małżeństwo... Nowa biografia autorstwa Violetty Ozminkowski przypomina nie tylko niepowtarzalny humor tekstów Marii Czubaszek, ale też odkrywa jej wyjątkową wrażliwość i skomplikowany charakter.

Twoja książka po raz pierwszy pokazuje wielu osobom drugą, mniej znaną twarz Marii Czubaszek. Zapamiętaliśmy ją jako zabawną, inteligentną, bezkompromisową mistrzynię ciętej riposty. Mniej słyszeliśmy o Marii Czubaszek melancholijnej, depresyjnej, rozmyślającej o śmierci.
Myślę, że jedna wynikała z drugiej. Ta wesoła i zabawna twarz Marysi była rodzajem obrony przed światem, który zbyt ją przytłaczał. Otwarcie zresztą opowiadała o swoich dwóch próbach samobójczych. Ona mówiła wiele bardzo smutnych rzeczy, tylko robiła to w taki sposób, że myśmy się uśmiechali i w ogóle do nas to nie docierało. Na przykład nie docierało do nas, że powoli, na naszych oczach odchodziła. Owszem, była przeraźliwie szczupła – widać było gołym okiem, że ma zaburzenia odżywiania – ale nie sądzę, by ktoś przypuszczał, że pod koniec życia praktycznie przestała jeść. Te jej bon moty i żarty w pewien sposób zbijały nas z tropu, znieczulały. Marysia nikogo nie chciała zajmować swoją osobą, nie chciała też mówić o swoich smutkach, bo twierdziła, że i tak nikt jej nie pomoże, a nie chce psuć nikomu humoru. Kiedy zaczęłam pracować nad książką o niej, Wojtek Karolak, z którym wtedy dużo rozmawiałam, mówił mi, że bardzo często siadała w fotelu „na skrętka” i płakała.

„Na skrętka”, czyli…?
Zwinięta i poskręcana... Żeby to zrozumieć, trzeba by zobaczyć ten fotel. Zawsze wyobrażałam sobie, że to jest solidny fotel uszak, tymczasem to było właściwie małe, skórzane krzesło. Tylko ktoś postury Marysi mógłby się na nim zmieścić, a co dopiero położyć... A ona kładła się na nim na tego skrętka i płakała – z bezradności i bezsilności. Była szalenie wrażliwą osobą i bardzo ją bolało na przykład, kiedy zarzucano jej, że powiedziała o dwóch swoich aborcjach, żeby promować nową książkę napisaną z Arturem Andrusem. A przecież to w ogóle nie było tak, przytaczam zresztą w książce dokładny kontekst, w jakim padły tamte słowa.

Kiedy jechałam na naszą rozmowę, pomyślałam sobie, że Marysia żyła tak długo dlatego, że bardzo kochała Wojtka. Tak mają ludzie dotknięci depresją, a ona – choć nie miała jej zdiagnozowanej – z pewnością na nią cierpiała. Żyją ze świadomością, że w każdej chwili mogą powiedzieć: „już dłużej nie chcę”. Często powtarzała, że chętnie odeszłaby z tego świata, ale jest Wojtek. A potem przyszedł taki moment, dobrze go pamiętam, że zaczęła mówić: „przecież Wojtek żył też, jak mnie nie znał, więc da sobie radę”. Myślę, że życie przestało ją bawić. Do tego nie miała już sił fizycznych, jej serce po prostu nie wytrzymało. Bo jak długo można dawać radę, będąc tylko na energetykach, papierosach i kawie? I małym kawałku parówki czy mięska o drugiej w nocy.

Pieczonym w dodatku nad palnikiem...
Nad palnikiem albo nad świeczką. Basia Młynarska-Ahrens, siostra Wojciecha Młynarskiego, przeżyła szok w Szwajcarii, dokąd zaprosiła Marysię na spotkanie w Klubie Miłośników Żywego Słowa. Po wielkim przyjęciu na jej cześć, podczas którego Marysia nic nie jadła, odwiedziła ją w pokoju hotelowym. Rozmawiały, a Marysia w jakimś półtransie wyjęła z walizki świeczkę i widelec – i zaczęła opalać nad tą świeczką kawałek parówki przywiezionej z Polski. Basia spytała: „Ale co ty robisz?”. „No jak to? Chcę coś zjeść” – usłyszała. Strasznie to było smutne i dojmujące. Bo widać było, że Marysia już rozmija się ze zwyczajnym życiem.

Maria Czubaszek (Fot. z książki „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć”/ materiały prasowe)

Mnie najbardziej wzruszył fragment, w którym Wojciech Karolak wspomina, jak któregoś dnia Maria, stojąc w drzwiach kuchni, popatrzyła na niego i powiedziała: „A ty wiesz, że ja cię bardzo kocham?”. W pierwszym odruchu chciał do niej podejść i ją objąć, ale wiedział, że tego nie lubi. Chciał powiedzieć: „Ja ciebie też”, ale to byłby banał, a jej nie można było mówić banałów. Więc siedział, patrzył na nią i milczał.
Można powiedzieć, że każdy z nas nosi w sobie różne jednostki chorobowe i dopiero ich krzyżówka daje coś takiego jak osobowość. James Hillman, mój ulubiony uczeń Junga, uważał, że terapia nie jest nam potrzebna, bo to właśnie te unikalne rzeczy kształtują nas i nasz los. Pisałam tę książkę, trochę kierując się jego podejściem.

Marysia od dzieciństwa nie znosiła przytulanek. Dziś powiedzielibyśmy, że była osobą ze spektrum autyzmu. Życie z nią było więc niezwykłe w każdym tego słowa znaczeniu. Mimo że Wojtek kochał ją najbardziej na świecie, to wiedział, że nie może jej przytulić. Marysia nie znosiła też spania z kimś w jednym łóżku. Cały czas mieli osobne pokoje. Mówiła, że spanie razem to dla niej jak siedzenie równolegle w ubikacji – jest za bardzo fizjologiczne. Nie znosiła też wszelkich odgłosów typu sapanie, chrapanie, jęczenie, czyli tych wszystkich dźwięków, jakie wydajemy z siebie czasem nieświadomie. Kiedy wynajmowała mieszkanie z Czubaszkiem, swoim pierwszym mężem, na Marszałkowskiej, był w nim jeden tapczan. On spał więc na tapczanie, a ona na podłodze.

Wracając do tamtego wspomnienia, w ich pokoleniu jeśli ktoś powiedział „Kocham cię”, odpowiadało się zawsze: „Nie stać cię na więcej?!”. Więc ten jej poważny ton i słowa były tak zaskakujące, że Wojtek nie wiedział, co ma zrobić. Przeżywał potem, że nie dorósł do sytuacji. Z drugiej strony ona musiała przecież wiedzieć, jak bardzo ją kochał przez te czterdzieści lat.

Kochali się najbardziej na świecie, co nie przeszkadzało im kłócić się zaciekle i regularnie.(Fot. z książki „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć”/ materiały prasowe)

Świadectwem tej miłości są między innymi przeurocze kartki i liściki z rysunkami, które sobie zostawiali. On był w nich Zającem, a ona Zajączką.
Wojtek Karolak był Zającem od studiów i kiedy go pytałam, jak można zostać Zajączką, odpowiadał, że tylko poprzez poślubienie Zająca. Oboje byli nie z tego świata i – nie bójmy się tego powiedzieć – byli genialni. Ona ze swoimi skojarzeniami i błyskotliwymi ripostami, a on ze swoją wirtuozerią i słuchem muzycznym. Oboje byli też dziwni, i to pod wieloma względami. Wojtek był nie tylko daltonistą, z którego to powodu nie poszedł na ASP, ale miał też problemy ze smakiem. Nie czuł, jak się coś psuło, więc zdarzało mu się zjeść coś nieświeżego, po czym cierpiał. Wolał więc jedzenie gotowe, z puszki. Kiedy pod koniec życia lekarz – jak to lekarz – powiedział mu, żeby się zdrowo odżywiał, pierwsze, co zrobił, to kupił chipsy i kilka puszek jedzenia. Był totalnie wbrew naszej dzisiejszej religii zdrowego odżywiania. Marysia za to niespecjalnie lubiła jeść, jeśli już, skubała coś jak wróbelek. W ich domu nie było więc wspólnych posiłków czy gotowania. Wojtek spał do południa, na miasto wychodził wieczorem i strasznie był zły, że urzędy wtedy nie działają. Marysia, którą pamiętamy jako zabawną starszą panią z papierosem w ręku, była też niezłą choleryczką, choć to może złe słowo. W każdym razie potrafiła porządnie Wojtka opieprzyć. Kłócili się jak włoskie małżeństwo, ale mimo to byli sobie bardzo bliscy. Sama byłam świadkiem, jak dzwonili do siebie i gruchali. Lubili zaczynać rozmowy na przykład od: „cip, cip, cip”.

Wojtka najbardziej denerwowało podejście Marysi do śmierci, zresztą bardzo charakterystyczne dla wszystkich, którzy fascynują się tym tematem. Gdy runęły wieże WTC i zaczęły się ataki terrorystyczne w Europie, to nie można było Marysi odkleić od telewizora. Mówiła, że jej zdaniem śmierć w zamachu terrorystycznym niczym się nie różni od śmierci podczas powstania warszawskiego, co Wojtka doprowadzało do szału, bo jak można porównywać takie rzeczy?! Zwykle ich kłótnie kończyły się szybko. Wojtek wyciągał jakąś małpkę, która grała na czynelikach, czyli talerzykach orkiestrowych, nakręcał ją, małpka zaczynała grać, a Marysia zaczynała się śmiać. Zdaniem Wojtka to świadczyło o tym, jak dobry miała charakter, bo nie nosiła w sobie urazy i nigdy nie była złośliwa.

Może nietykalska, ale miała w sobie magnes, który przyciągał do niej ludzi. Chcieli jej słuchać, siedzieć przy niej, chłonąć jej żarty, choć też wyobrażam sobie, że nie wszystkich blisko dopuszczała.
Dzięki temu, że mój mąż jest satyrykiem (Krzysztof Daukszewicz – przyp. red.), pojechałam raz na Lidzbarskie Biesiady Humoru i Satyry. Oczywiście znałam Marysię wcześniej z cudownych opowieści Artura Andrusa, zebranych w książce „Każdy szczyt ma swój Czubaszek”, ale też z tego, co robiła choćby w ITR-ze („Ilustrowanym Tygodniku Rozrywkowym”, programie radiowym – przyp. red.). A tu zobaczyłam panią, która natychmiast każe mówić do siebie „Marysiu”, sadza koło siebie, zapala papierosa i z którą rozmawia się godzinami. O wszystkim. Mimo smutnej twarzy, było w niej coś tak zwyczajnego i pogodnego, że musiało się ulec jej czarowi. Uwielbiała rozmawiać, ale bywało, że ze strachu dostawała słowotoku. Kiedyś, jadąc po raz pierwszy na Festiwal Marii Czubaszek do Polanicy-Zdroju – Cały Kazio, tak się stresowała, że nikt się nie pojawi, że mówiła bez przerwy przez cztery godziny...

Więc siedziałyśmy sobie w najlepsze za sceną, paląc jednego papierosa za drugim, a Zuzanna Łapicka w tym samym czasie szukała Marysi, próbując ja wciągnąć przed widownię. Marysia była na Biesiadach od samego ich początku, czyli była żywą legendą. „A co ja tam będę robić na tej scenie?” – mówiła. Wolała posiedzieć i sobie pogadać. Do dziś żałuję, że nie miałam wtedy przy sobie dyktafonu. Marysia opowiadała tak cudne anegdoty o swoim życiu, że świetnie byłoby móc je teraz przytoczyć jej słowami.

Kraków, lata 70. Od lewej Krzysztof Sadowski, Maria Czubaszek, Jan Poprawa i Olga Lipińska. (Fot. z książki „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć”/ materiały prasowe)

Teraz powiedzielibyśmy, że była świetną storytellerką.
To chyba była cecha właściwa dla całego pokolenia. Zastanawialiśmy się z Wojtkiem Karolakiem, skąd to się właściwie brało. A przecież życie w tym PRL-owskim, szarym świecie musiało być naprawdę straszne. Dziś mamy pandemię i owszem, może się komuś rząd nie podobać, ale nasza codzienność jest sto razy bardziej barwna i przyjemna niż wtedy. Jedynym wyjściem była więc ucieczka w opowieść, żart, kpinę. Wtedy żyło się właściwie tylko po to, żeby coś sobie opowiedzieć i wspólnie się z tego pośmiać. Robiono sobie też dużo kawałów i psikusów, ale nigdy nie było w tym chęci dokuczenia. Natomiast jak ktoś się podkładał, to obrywał bardzo boleśnie.

Często się mówi, że za każdym mężczyzną sukcesu stoi inteligentna kobieta. W wypadku Marysi było podobnie, tylko na odwrót. To Wojtek chodził i opowiadał o niej te wszystkie świetne historie. Często też ją wkręcał, bo zawsze dawała się nabrać. Nie dlatego, że udawała blondynkę, nie. Ona miała w sobie zdziwienie wiecznego dziecka. Dlatego też może bardziej dotykał ją świat. I ludzkie okrucieństwo.

Mało wiemy o jej dzieciństwie. Urodziła się w przededniu drugiej wojny światowej – 9 sierpnia 1939 roku. Jej rodzice pochodzili ze Lwowa, ale przenieśli się do Warszawy, gdzie zastała ich kampania wrześniowa. Przeżyła wojnę, choć co ta wojna w niej zapisała, to już inna sprawa. Dorastała na gruzach stolicy i – co mnie zaskoczyło, ale i dodało niezwykłości jej historii, co prawda niezwykłości smutnej – jako dziewczynka praktycznie nie miała przyjaciół.
To rzeczywiście było bardzo charakterystyczne, zresztą dokładnie tak samo miała Michalina Wisłocka, o której życiu też napisałam książkę. Marysia była inna niż jej rówieśnicy, w dodatku mówiła jeszcze po lwowsku, z czego się śmiano na podwórku i w szkole. Myślę, że wtedy zrodziła się jej niechęć do dzieci, bo były jej pierwszymi oprawcami. Można powiedzieć, że poznała je od najgorszej strony. Nic dziwnego, że później nie chciała ich mieć. Mówiła, że ani ona, ani Wojtek nie mają takich cudownych genów, żeby je dalej przekazywać, ale sądzę, że jak najbardziej mieli. Może też choroba alkoholowa Wojtka nie była najlepszym tłem do wychowywania dziecka...

Pod domem z mamą i suczką Dianą, którą dostała na komunię. Maria zawsze kochała psy. Z wzajemnością. (Fot. z książki „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć”/ materiały prasowe)

Rodzice Marysi to było pokolenie wojenne. U nich w domu nie mówiło się takich rzeczy, jak „kocham cię”, „jesteś fajna”, nie budowało się poczucia wartości. W dodatku w czasie wojny liczyło się tylko to, by przeżyć. Trudno powiedzieć, jaki ślad zostawia w człowieku na przykład takie zdarzenie, gdy o włos się uniknie śmierci. Mam na myśli dzień, kiedy rodzice, jak zawsze gdy było bombardowanie, włożyli małą Marysię do becika i do wanny, na wypadek, gdyby ściana runęła. Aż nagle ich pies, owczarek niemiecki Grigi, zaczął w szale wyszarpywać becik z wanny. Ostatecznie wzięli Marysię, psa i zbiegli do piwnicy, bo nie było już czasu na kłótnie, a kiedy wrócili, zobaczyli, że nie ma łazienki, bo pocisk trafił dokładnie w wannę.

Marysia miała ukochaną babcię, z którą spędzała najwięcej czasu, z młodszą siostrą nie stworzyła bliskiej relacji. Rodzice byli mocno zdystansowani emocjonalnie, głównie mama, która zreszta głośno mówiła, że kiedy była z nią w ciąży, zastanawiała się poważnie nad aborcją. Trudno musiało być słyszeć coś takiego dziewczynce. Nie mówiąc już o tym, że kiedy nastoletnia Marysia ufarbowała włosy na czarno, to matka wyrzuciła ją z domu. Dziś to dla nas nie do pomyślenia. Ale takie były wtedy metody wychowawcze. Marysia właściwie uciekła z domu w małżeństwo. Uparła się, że nie „odfarbuje” włosów, musiała więc zastukać do drzwi Czubaszka, który mieszkał wtedy ze swoją matką...

Z uwielbianą babcią Jadwigą. O takich zdjęciach mówiła, że wyglądała jak mała purchawka. (Fot. z książki „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć”/ materiały prasowe)

Maria całe życie miała chyba lepsze relacje z mężczyznami.
Rzeczywiście jej świat był w dużej mierze męski, zarówno na studiach, jak i w późniejszej pracy w radiu. Myślę, że wtedy dopiero po raz pierwszy poczuła radość życia i to, że gdzieś przynależy. Miała wokół siebie kolegów o podobnym widzeniu świata: Adama Kreczmara, Jonasza Koftę, ale też Janusza Minkiewicza, którego uwielbiam za wierszyk: „Gdyby Jezus mieszkał w Dukli, toby wszystkie szyby mu wytłukli”. Albo Jerzego Dobrowolskiego, który był jednym z najgenialniejszych satyryków tamtych czasów, charakterystyczny dla niego język wielokrotnie przebijał się w tekstach Marysi.

Poza tym mężczyźni trzymali się jej blisko, bo, co widać na jej zdjęciach z młodości, to była... laska.
Megalaska. Z dużym biustem, pięknymi nogami, niesamowitym poczuciem humoru. I jeszcze potrafiła im dorównać w piciu. W dodatku nigdy nie miała kaca. A długo trenowała tę umiejętność.

W książce podajesz sprawdzony sposób, ale nie będziemy go zdradzać...
Dodam może, że choć go znam, mnie nigdy to się nie udało.

Mówiła o sobie „nienachalna z urody", ale to nie była prawda. (Fot. z książki „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć”/ materiały prasowe)

W Marii Czubaszek było też coś zawadiackiego.
Jak to ładnie nazywał Wojtek Karolak, była w niej buńczuczność, którą zresztą najbardziej w niej lubił.

Nie spotkałam nikogo, kto by miał tyle dystansu do siebie co ona. Z drugiej strony miała też niesamowitą umiejętność tworzenia własnej legendy. Wiedziała, co mówić do dziennikarzy. Nie przeszkadzało jej, że wychodzi na dziwaczkę, bo je tylko parówki albo ma zagracone mieszkanie (razem z Wojtkiem niczego nie wyrzucali). I to do niej też przyciągało ludzi. Wiadomo było, że zawsze powie coś zabawnego.

Byłam po jej śmierci w jej pokoju, w którym Wojtek Karolak co wieczór zapalał światło i gdzie leżała złożona jej koszulka. To był pokoik małej dziewczynki: półeczki z Ikei, stoliczek, a na nim paczki papierosów i teczki z wycinkami z gazet, w tym jedna poświęcona eutanazji, bo Marysia myślała o tym poważnie, tylko nie było ją na nią stać. Tapczanik, plakat z Zającem. Pod koniec już nawet na tym tapczaniku nie spała, tylko na fotelu, „na skrętka”.

Kiedyś o takich parach jak Maria Czubaszek i Wojtek Karolak mówiło się, że dobrali się jak w korcu maku. Pasowali do siebie idealnie.
Jedno budowało drugie i jedno drugie też inspirowało. Tadeusz Konwicki, kiedy zmarła jego żona, mówił otwarcie, że teraz nie ma komu imponować, więc przestaje pisać. Tak mógłby powiedzieć też Wojtek Karolak. Przeżył pięć lat po jej śmierci tylko dlatego, że bardzo się bał umierać. Ale też Marysia była z niego niezwykle dumna, naprawdę jej imponował. Tak samo jak była dumna z Artura Andrusa, którego traktowała jak syna. To też bardzo fajne, że można coś takiego w życiu zrobić, czyli niejako wybrać sobie dorosłe dziecko. Oni ze sobą świetnie współgrali, rozumieli się bez słów i nakręcali podczas wspólnych skeczów czy występów. Artur bardzo się nią opiekował.

Artur Andrus, Wojciech Karolak i nieobecny na zdjęciu Woody Allen – mężczyźni jej życia.(Fot. z książki „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć”/ materiały prasowe)

Był też tym, który wydobył Marię Czubaszek z niesłusznego zapomnienia, w jakie popadła po latach popularności jej programów radiowych „Dzień dobry, jestem z kobry” czy „Serwus, jestem nerwus”.
Artur jest bardzo skromny i sam tego o sobie nie powie, ale on nie tylko ocalił Marysię od zapomnienia, ale w jakimś sensie ocalił jej życie. Oni naprawdę nie mieli wtedy już z czego żyć. O Wojtku lekarz powiedział kiedyś, że ma infantylną osobowość – był takim dużym dzieckiem, któremu nie wolno powiedzieć, że mama straciła pracę. Marysia więc wychodziła codzienne z domu i udawała, że idzie do pracy, choć jej programy dawno już zeszły z anteny. W którymś momencie ktoś jej poradził, żeby poszła do „Trójki”, bo tam jest taki Artur, który zajmuje się rozrywką i może jej pomóc zrobić jakiś program. Śmieli się, że kiedy go zobaczyła na korytarzu, niósł akurat taśmy, więc pomyślała: „na pewno nie jest nikim ważnym”. Ale od tego się właśnie zaczęło. Artur się nią zachwycił, zapraszał ją do swoich wieczornych audycji, potem wydali wspólnie książkę „Każdy szczyt ma swój Czubaszek” i wtedy to zaczął się już szał na jej punkcie. W który nie do końca mogła uwierzyć. Nigdy nie lubiła czytać ani słuchać swojej twórczości, podobnie jak wywiadów ze sobą.

Brakuje jej nam dzisiaj w tej covidowej rzeczywistości.
Strasznie jej brakuje. Jej energii, komentarzy, trafnych diagnoz. Marysia miała umiejętność przekuwania balonu ludzkiej głupoty i nadymania się ze wszystkim na poważnie. I co ciekawe, udało się jej nie zestarzeć. Choć była mocno pomarszczona (śmiała się, że nie chce mieć wygładzonej buzi, od której odbija się piłka), w dodatku nosiła tę śmieszną perukę – to była w niej młodzieńcza werwa.

Masz jakiś swój ulubiony „czubaszek”?
„Wolę być czarną owcą, bo czarne wyszczupla”. Lubię to sobie mówić wtedy, kiedy czuję, że się z jakichś ważnych powodów sprzeciwiam, stawiam opór.

Czubaszki na poprawę humoru:

„Moim zdaniem lepiej udawać głupszą.
Po pierwsze, jeśli można udawać
głupszą, niż się jest, to znaczy,
że nie jest się tak całkiem głupią”.

„Czasem jak słucham niektórych ludzi, to myślę sobie: Serio? To jest ten plemnik co wygrał…”

„Mężczyzna jest, jaki jest, i nie ma co przy nim majstrować”.

„Chcę być spalona. Na złość tym wszystkim, którzy zabraniają palić, puszczę dymek jeszcze po śmierci”.

„Przychylam się do opinii, że są dwa dni, którymi nie należy się przejmować. To wczoraj i jutro”.

Wiele z nas lubi też jej powiedzenie: „Każda kobieta powinna w pewnym wieku ustalić, ile ma lat, i się tego trzymać”.
Jej bon moty, tak jak ona – wcale się nie zestarzały. Wojtek mówił, że nigdy nie miał szansy wygrać z nią na argumenty. Ale prawdą jest też, że nie zawsze się wiedziało, czy ona żartuje, czy mówi poważnie. Raz mi powiedziała, że jeśli miałaby się już z kimś przyjaźnić, to byłabym to ja. Na co odpowiedziałam: „Każdej tak mówisz”. Bo myślałam, że to żart. Ale Artur mi powiedział potem: „Nie, Viola, trzeba było dzwonić, wyciągać na kawę”. Straciłam szansę na przyjaźń z Marysią, czego dziś strasznie żałuję. Ja po prostu nie chciałam się narzucać czy wchodzić w życie kogoś, kto tego zwyczajnie nie chce. Ale mam poczucie, że Marysia nie ma mi tego za złe. A wiesz dlaczego?

Raz pojechałam, jeszcze z nieskończoną książką o niej, na festiwal do Polanicy. Zaczęła się pandemia i ostatecznie festiwal się nie odbył, ale jednego dnia nocowaliśmy w pokoju Marii Czubaszek, gdzie są powieszone jej portrety. Dowiedziałam się od organizatorów, że to jest ten pokój, w którym ona zatrzasnęła się na balkonie, gdzie wyszła, by oczywiście zapalić. Balkon nie jest widoczny z dołu, a nie wzięła wtedy ze sobą komórki, spędziła więc tam trochę czasu. Wymieniono wprawdzie po tym incydencie zamki, ale cały czas miałam w głowie taką myśl: a co, jak wyjdę na papierosa i też się zatrzasnę? I wyobraź sobie, że tak się stało. „Niemożliwe” – pomyślałam. A że miałam na szczęście przy sobie komórkę – prawie rozładowaną – wysłałam do mojego wydawcy Michała Nalewskiego (swoją drogą nie wiem, dlaczego do niego zawsze dzwonię, kiedy się zatrzasnę w jakimś hotelu) SMS-a: „Dzwoń do recepcji w Polanicy, jestem zatrzaśnięta”. Oczywiście na recepcji usłyszał, że to niemożliwe, bo przecież wymienili zamki. Wszyscy się z tego potem śmialiśmy, z Wojtkiem, Arturem i moim mężem, że Marysia postanowiła wyciąć mi taki żart z zaświatów.

W tym roku festiwal Marii Czubaszek ma być w październiku i mam nadzieję, że się odbędzie. Organizatorzy już do mnie dzwonili, zapewniając: „Postaramy się, żeby i w tym roku pani się zatrzasnęła”.

Violetta Ozminkowski: dziennikarka i pisarka. Autorka bestsellerowej biografii Michaliny Wisłockiej „Sztuka kochania gorszycielki”, na podstawie której nakręcono film „Sztuka kochania”. Prawa do ekranizacji jej książki „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć” również zostały sprzedane.

„Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć”, V. Ozminkowski, wyd. Prószyński i S-ka

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze