1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Paweł Jasienica – wydany bezpiece przez własną żonę

Paweł Jasienica – wydany bezpiece przez własną żonę

Paweł Jasienica w 1948 roku (Fot. Archiwum Ewy Beynar-Czeczot/Forum)
O tragicznych losach Pawła Jasienicy jego przyjaciel profesor Władysław Bartoszewski powiedział, że to „historia godna pióra Dostojewskiego”. Wybitny pisarz i historyk, autor słynnej „Polski Piastów”, zapłacił wysoką cenę za swoje przekonania. Krótko przed śmiercią został zepchnięty na margines życia publicznego, był szkalowany, pozbawiono go prawa publikowania książek. Na szczęście nigdy się nie dowiedział, że jego druga żona była agentką bezpieki, autorką większości raportów o jego życiu i kontaktach.

W 2000 roku w ręce córki Jasienicy Ewy Beynar-Czeczott trafiają teczki ojca sporządzone przez SB. Donosy, notatki służbowe, wycinki z gazet z oszczerczymi artykułami. Osiem opasłych tomów. Córka pisarza w czytelni Instytutu Pamięci Narodowej szuka dowodów na to, że ojciec był prześladowany za czyny, których nie popełnił. Że rzucone w 1968 roku przez Władysława Gomułkę oskarżenie, jakoby Jasienica donosił na kolegów z AK, to pomówienie. Znajduje to, czego szukała. Ale odkrywa też prawdę o wiele bardziej dla niej bolesną. Okazuje się, że autorką większości raportów jest jej nieżyjąca już macocha Zofia Obretenny. Dla znajomych Nena, dla oficerów prowadzących agentka o pseudonimach „Ewa” i „Max”. Jeden z najcenniejszych tajnych współpracowników bezpieki.

Historia pewnej znajomości

Gdyby wierzyć wspomnieniom Neny, poznali się w maju 1966 roku w warszawskim Klubie Księgarza. Ona, wierna czytelniczka jego książek, siedzi w pierwszym rzędzie. On wygłasza prelekcję o królu Bolesławie Wstydliwym. Bardzo jej się podoba. Krótko przystrzyżone włosy i wąsik, ciemne oczy za mocnymi szkłami okularów, nieśmiały uśmiech. „Nie przypuszczałam wtedy, że to spotkanie stanie się początkiem największego romansu w moim życiu” – wyzna po latach.

Po prelekcji podchodzi do Jasienicy. Nie jest klasyczną pięknością, ale robi na mężczyznach wrażenie. Elegancka, zadbana, pewna siebie. Mówi, że zbiera materiały do własnej książki i że byłaby wdzięczna za pomoc. Wspominała: „Zaprosiłam go na kawę. Powiedział: wpadnę na pół godziny i… został na całe życie”. Tego wieczoru Nena opowiada dużo o sobie. Rodzinę ma zacną, z tradycjami. Wyciąga szczupłą dłoń, pokazując rodowy sygnet. Jeszcze rzucona „mimochodem” wzmianka o udziale w powstaniu warszawskim. I o tym, że skończyła dziennikarstwo. Jasienica jest oczarowany. Skąd może wiedzieć, że większość z tych opowieści to kłamstwa, a pytania, którymi zasypała go w czasie prelekcji, przygotował zespół historyków pracujących dla MSW. Zofia Obretenny była kobietą bez nazwiska, wykształcenia i majątku. Zanim trafiła do SB, plotła w Cepelii serwetki ze słomy. Zatrudniona w dziekanacie jednej z warszawskich uczelni donosiła na studentów i profesorów. Twierdziła, że byłego męża poznała w Irlandii. W rzeczywistości nigdy nie była za granicą. Po prostu poślubiła mężczyznę o oryginalnym nazwisku. Szybko się rozwiedli. Z małżeństwa został jej syn Marek.

Pisarz był dla bezpieki łatwym celem. Niedawno owdowiał, nasilały się publiczne ataki na jego osobę. Nena jako jego znajoma mogła siadać z nim przy legendarnych stolikach w PIW-ie i Czytelniku z całą intelektualną śmietanką: Słonimskim, Bartoszewskim, Konwickim. Znalazła się w samym centrum wydarzeń. Wystarczyło uważnie słuchać i notować. A jednak, ku zaskoczeniu Neny, pisarz poprosił ją o rękę. O zgodę na ślub musiała najpierw spytać „centralę”…

Pisarz spod lady

Czytelnicy pokochali Jasienicę od pierwszej książki, choć wielu współczesnych mu historyków wytykało mu uproszczenia i naginanie faktów. Kiedy do księgarń rzucali „Polskę Piastów” czy „Rzeczpospolitą Obojga Narodów”, ustawiały się kilometrowe kolejki. Kupowało się spod lady, nierzadko dochodziło do awantur. Dziś pisarza nazwalibyśmy literacką gwiazdą. Sam nigdy nie usłyszał podobnych komplementów. Zanim ostatecznie popadł w niełaskę, był co najwyżej tolerowany. Nie miał dobrej prasy i zawsze był pod „ścisłą kontrolą” władz. SB zadała sobie wiele trudu, aby otoczyć go siatką agentów. Jak wynika z akt IPN, co najmniej 30 osób regularnie na niego donosiło. Z każdego posiedzenia, odczytu, wieczoru autorskiego fabrykowano stosowny raport. Było o czym pisać. Jasienica uwielbiał spotkania z czytelnikami. Pisał dla ludzi. I o ludziach. „Uczłowieczał” książęta i królów, wytykał im błędy, kpił z ich słabości. Przywary dawnych władców do złudzenia przypominały grzechy współcześnie rządzących. Zygmunt III Waza, którego pisarz nazywał „ideologicznym tępogłowiem” i „sługą doktryn”, kojarzył się czytelnikom z Gomułką, gburowaty Stefan Batory – z Chruszczowem. Nic dziwnego, że władza ludowa nie lubiła Jasienicy.

Naprawdę nazywał się Lech Leon Beynar i był młodszym z dwóch synów państwa Beynarów. Urodził się w 1909 roku w Rosji, w Symbirsku nad Wołgą, gdzie 40 lat wcześniej przyszedł na świat Lenin. Już jako mały chłopiec pochłaniał historyczne książki. Nie był jednak typem mola książkowego, raczej łobuziakiem. Rodzice mieli z nim skaranie boskie. Wyniki w nauce małego Lecha także nie były powodem do dumy. Na świadectwie z klasy czwartej same trójki. Z łaciny – niedostateczny. Piątka jedynie z historii.

Przyszły autor „Polski Piastów” od najmłodszych lat skazany był na ciągłe zmiany otoczenia. Jego ojciec, agronom, za pracą jeździł z miasta do miasta. Beynarowie nigdzie nie zagrzali miejsca dłużej niż cztery lata. W roku 1928 trafiają do Wilna. Tu Lech zaczyna studia na słynnym Uniwersytecie Stefana Batorego. Nie jest przodującym studentem. Dostaje się za to do Akademickiego Klubu Włóczęgów. O kilku młodych ludziach, którzy do niego należą, będzie jeszcze głośno, choćby o Czesławie Miłoszu. Działalność klubu to głównie wycieczki za miasto, spotkania towarzyskie, dyskusje o literaturze i sztuce. Tylko jeden temat był zakazany: polityka.

Niech będzie Jasienica

W Klubie Włóczęgów poznaje Władysławę Adamowicz. Jest o prawie pięć lat starsza, studiuje chemię. Lech traci dla niej głowę. „Władeńka” była niską, drobną brunetką obciętą na chłopczycę. Delikatne rysy, smukła sylwetka, zgrabne nogi. „O, jakąż jest rozkoszą oglądać bezbożnie to wszystko, czego nie ma na tej fotografii” – pisze Lech na odwrocie jej portretu. Biorą ślub w listopadzie 1934 roku. Skromna uroczystość, zaledwie kilku gości. Lech zatrudnia się jako nauczyciel historii w gimnazjum. Zarabia grosze, nie czuje powołania do pracy w szkolnictwie. Któregoś dnia dowiaduje się o castingu do radia. Zgłasza się i bez trudu pokonuje konkurentów. Zostaje spikerem, prowadzi też krótkie audycje historyczne. Przed wybuchem wojny na świat przychodzi ich córka Ewa.

Lech zostaje zmobilizowany pod koniec sierpnia 1939 roku. Po wkroczeniu do Wilna Armii Czerwonej grozi mu obóz jeniecki, ale udaje mu się zbiec. Działa w konspiracji, wykłada na tajnych kompletach. Władysława oficjalnie uchodzi za wdowę. Widują się potajemnie, mała Ewa ma przykazane, aby mówić o ojcu „Leszek”.

W roku 1944 Lech dołącza do V Brygady Wileńskiej AK pod dowództwem majora Zygmunta Szendzielarza – słynnego „Łupaszki”. Brygada toczy krwawe walki z wojskami niemieckimi i sowieckimi. W czasie jednej z nich Lech zostaje poważnie ranny. Ratuje go ksiądz Stanisław Falkowski, który przez kilka miesięcy opiekuje się nim na plebanii we wsi Jasienica. Stąd pisarz weźmie swój literacki pseudonim. Dlaczego Paweł? Podobno miał słabość do tego imienia.

Wojna się kończy i Władysława, która mieszka z córką w Wilnie, dostaje wiadomość, że mąż żyje i jest w Polsce. Natychmiast pakuje walizki. Tej koszmarnej podróży nie zapomną nigdy: kilka tygodni w wagonie towarowym wypełnionym uciekającymi ze Wschodu Polakami, nieustające rewizje, podczas których radzieccy funkcjonariusze okradali całe rodziny.

Lech, już pod pseudonimem, zaczyna pisać do „Tygodnika Powszechnego”. Wkrótce ukażą się jego pierwsze książki – w 1960 roku „Polska Piastów”, trzy lata później „Polska Jagiellonów”. Choć Jasienica – wówczas wiceprezes polskiego PEN Clubu i członek zarządu Związku Literatów – jest jednym z najpoczytniejszych pisarzy, nie wpływa to na jego status materialny. Beynarowie dzielą skromne dwupokojowe mieszkanie ze starszą siostrą Władysławy. W jednym z listów do córki z dumą donoszą, że na 25-lecie ślubu otrzymali od swoich rodziców pralkę…

Któregoś marcowego poranka 1965 roku Władysława dostaje ataku duszności. Lekarze twierdzą, że niezbędna będzie tracheotomia, i podają pacjentce znieczulenie. Nie wiedzą, że jest na nie uczulona. Próby reanimacji nie przynoszą rezultatu. Lech zostaje sam. To dla niego ogromny cios. Ucieka w pisanie. Pracuje nad obszernym cyklem „Rzeczpospolita Obojga Narodów”. Ku swojemu zaskoczeniu otrzymuje z jakiejś nowojorskiej fundacji nagrodę za działalność literacką – 1000 dolarów. Pierwsze większe pieniądze w życiu. Rozpacza, że Władeńka tego nie dożyła. „Dlaczego odeszła właśnie teraz? Teraz, kiedy wszystko zaczyna się jakoś układać” – powtarza sobie w duchu. Bardzo szybko przekona się, jak bardzo się mylił.

Niebezpieczne związki

„Rewizjoniści, syjoniści, sługusy imperializmu!” – grzmi z mównicy Gomułka. Jest 19 marca 1968 r., kilka dni po wydarzeniach marcowych. I sekretarz KC PZPR w przemówieniu w Sali Kongresowej rozprawia się z grupą literatów, którzy poparli studenckie wiece. Demaskuje „zbrodniczą” przeszłość Jasienicy: przypomina, że w 1948 r. został aresztowany przez UB. Wygłasza z pozoru niewinne zdanie, że pisarz uniknął kary śmierci „z powodów, które są mu dobrze znane”, sugerując, że Beynar wydał w śledztwie kolegów z AK i w nagrodę wyszedł na wolność. Doskonale wiedział, że pisarz na nikogo nie doniósł. Jasienica podpadł Gomułce cztery lata wcześniej, podpisując List 34 – protest przeciwko nasilającej się cenzurze. Teraz popełnił dwa niewybaczalne błędy: na zebraniu Związku Literatów Polskich ujął się za studentami i opowiedział przeciw antysemickiej polityce władz. Dzień po przemówieniu Gomułki w prasie rozpoczyna się nagonka. Gazety prześcigają się w oszczerstwach pod adresem Jasienicy. Jego książki, objęte zakazem druku, znikają z księgarń. Za życia niczego już nie wyda. Najbardziej boli go jednak to, że nie może się bronić. Śle do prasy sprostowania, których nikt nie ma zamiaru opublikować.

Do tego dochodzą głuche telefony i listowne pogróżki. W tym samym czasie związek Jasienicy z Neną Obretenny kwitnie. Niektórzy przyjaciele odradzają mu tę znajomość. On jednak twierdzi, że przy Nenie czuje się bezpieczny. Ona namawia go, żeby się do niej przeprowadził, a w raporcie z 19 marca 1969 donosi: „Mieszka u mnie Paweł Jasienica. Obecnie jest pod moją zupełną kuratelą, dzięki czemu wiem, z kim się kontaktuje i kto do niego dzwoni i przychodzi”.

Pobierają się kilka miesięcy później. Jasienica wydaje się szczęśliwy, niestety – jego zdrowie gwałtownie się pogarsza. Ogromne ilości papierosów i stres zrobiły swoje. Potwornie kaszle, jest coraz słabszy, nie ma apetytu. W końcu trafia do szpitala. Diagnoza: nowotwór płuc.

Podwójny ciężar

Umiera 19 sierpnia 1970 roku. Na pogrzebie na warszawskich Powązkach zjawiają się tłumy. Na czele konduktu żałobnego kroczy Nena w czarnej chustce i w ciemnych okularach. Łka nad grobem. Do końca będzie grać nieutuloną w żalu wdowę. W jedynym wywiadzie, którego udzieliła, na pytanie, czy trudno być wdową po człowieku tak niezwykłym, odpowiada: „Trzeba nieść podwójny ciężar: swoją własną samotność i spuściznę po nim. Literacką i moralną. Trzeba patrzeć na własne postępowanie, żeby nie narazić jego dobrego imienia”.

Dopilnowała, aby cały majątek Jasienicy – pamiątki rodzinne i bogaty księgozbiór – przeszedł w ręce jej syna Marka. Został on także współposiadaczem praw autorskich do wszystkich książek pisarza. Dopiero w roku 2000, kiedy prawda o agenturalnej działalności nieżyjącej już Neny wyszła na jaw, Ewa Beynar-Czeczott zaproponowała, aby Marek zrzekł się praw autorskich w zamian za zatrzymanie majątku. Początkowo wyraził na to zgodę, później zmienił zdanie. Sprawa rozegrała się przed sądem. Ostateczny wyrok był niekorzystny dla Obretennego.

A co z Neną? Ostatnie chwile życia spędziła w hospicjum w Wołominie. Trafiła tu w 1997 roku w bardzo ciężkim stanie. Chorowała na raka piersi, potem dopadły ją wylew i paraliż. Odjęło jej mowę. Odwiedzały ją pasierbica Ewa i jej córka Kasia. Nazywały ją pieszczotliwie babcią Nesią…

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze