1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Salomea Słowacka – niespełnione marzenie o pisaniu

Salomea Słowacka – niespełnione marzenie o pisaniu

Salomea z Januszewskich Słowacka (1792–1855), matka Juliusza Słowackiego; reprodukcja (Fot. Piotr Mecik/Forum)
Mówiono o niej, że jest nerwowa i egzaltowana. Przyjaciele z pobłażaniem traktowali jej niespodziewane wybuchy płaczu i nasilające się melancholijne stany, które ukochanego syna przyprawiały o irytację. Życie Salomei Słowackiej to niespełnione marzenie o pisaniu. Chciała być poetką, musiała być szanowaną żoną i matką.

Została w cieniu wielkości syna, jej życie stanowiło aneks do jego biografii i twórczości. Zbyt delikatna, za mało ekscentryczna i utalentowana, by realizować swoje literackie fascynacje i ambicje. Melancholiczka, żyjąca ciągłą utratą, nieśmiało odsłaniająca tożsamość na kartach swojego diariusza.

„Chciałabym umrzeć, aby uniknąć nadal tych wszystkich rewerencyj w życiu, chciałabym nie mieć nic i nigdzie nie być, aby nic nie tracić, nic nie rzucać, nic nie żegnać” – pisała w maju 1827 roku w liście do poety Antoniego Edwarda Odyńca.

Zaczęła uciekać w melancholię, kiedy coraz dotkliwiej uświadamiała sobie, że nie może być tym, kim chciałaby być.

Sojusze z twórczymi mężczyznami

Urodziła się w 1792 roku w niezamożnej rodzinie szlacheckiej. Była drugim dzieckiem Teodora Januszewskiego i Aleksandry z Dumanowskich. Miała dwóch braci: starszego – Jana Adama, oraz młodszego – Teofila. Ojciec Salomei był zarządcą dóbr licealnych w Krzemieńcu. Odebrała typowe w tamtych czasach wykształcenie dla kobiet, które ograniczało się do nauki gry na pianinie, lekcji języka francuskiego, śpiewu i rysunku. Miłość do muzyki pozostanie jej do końca życia. Ilekroć dopadała ją melancholia, siadała do pianina i grała rzewne piosenki…

Nie uchodziła za piękność. Niektórzy z jej współczesnych twierdzili, że gdyby miała urodę, z pewnością podbiłaby świat. Żyła w czasach, kiedy kobiety – poza nielicznymi wyjątkami – nie były dopuszczane do czynnego uczestnictwa w życiu kulturalnym i intelektualnym. Wiele z nich wybierało pisanie pamiętników jako akceptowaną społecznie formę wypowiedzi i realizacji ambicji. Salomea nie chciała być tylko żoną i matką, narzekała na – jej zdaniem – próżniacze życie w zaciszu domowym, do jakiego została wychowana. Zdecydowała się na epistolarną – jak mawiała – „bazgraninę” z przemożnej potrzeby pisania i aby choć połowicznie urzeczywistnić artystyczne zainteresowania.

Miała jeszcze jeden sposób na realizowanie marzeń: zawierała sojusze z twórczymi mężczyznami – najpierw ze starszym o 19 lat mężem, potem z synem. Próbowała uczestniczyć w pierwszych poetyckich próbach 16-letniego Julka, który na początku swej drogi pozostawał pod wpływem literackich fascynacji matki. I choć po latach krytycznie oceniał swe juwenilia, to zawsze zaznaczał rolę, jaką odgrywała w jego poetyckich początkach matka. „Jeśli kiedykolwiek w sercu mym miałem jaką iskrę poezji, od Ciebie ją tylko wziąłem” – pisał w jednym z listów do niej. Stosunek Słowackiego do matki był pełen przeciwieństw – od nienawiści do miłości, od chęci uwolnienia się spod jej wpływu do poczucia nierozerwalności ich więzi, od udręczenia do niepohamowanej tęsknoty. Przez 19 lat będą ze sobą korespondować. List stanie się jedyną formą kontaktów matki z synem. Rozłąkę wypełnią wyobrażenia wspólnej przyszłości, wspólnego życia, nieustanne zapewnienia o wzajemnej miłości. Byli od siebie uzależnieni. Salomea uczestniczyła w każdej sferze życia Julka: emocjonalnej, zmysłowej, artystycznej, materialnej. Należał do niej: „Ja więc jestem Twój więcej niż ojca mego” – pisał.

Jej sojusznikiem i powiernikiem stał się także Antoni Edward Odyniec, którego poznała w Wilnie na początku lat 20. 18-letni młodzieniec był częstym gościem w jej domu. Miała wówczas niespełna 30 lat, Julek – 11. Była znaną i szanowaną w kręgach wileńskiej inteligencji wdową po literacie Euzebiuszu Słowackim oraz żoną profesora patologii i higieny Uniwersytetu Wileńskiego – Augusta Bécu. W Odyńcu znalazła bratnią duszę. Imponował jej jako poeta, choć należał do grona drugorzędnych artystów. Był projekcją jej pisarskich marzeń. Mogła powierzyć mu to, o czym nie odważyłaby się głośno powiedzieć. Kiedy w połowie lat 20. Odyniec opuścił Wilno, już następnego dnia wysłała pocztylionem swój listowny dziennik do Warszawy. Zanim ta korespondencja znudzi Odyńca, minie 30 lat.

Pod koniec życia zawarła jeszcze jeden intelektualny alians z mężczyzną, wybitnym historykiem Karolem Szajnochą. Bezskutecznie zabiegała u niego, by napisał biografię syna.

Salon Salomei

Ale naprawdę w jej życiu liczyli się tylko dwaj mężczyźni – pierwszy mąż i syn. Najszczęśliwsze chwile spędziła z nimi w Wilnie, do którego przenieśli się z Krzemieńca w 1811 roku, kiedy Euzebiusz otrzymał nominację na profesora literatury polskiej Uniwersytetu Wileńskiego. Po jego śmierci w 1814 roku wraz z Julkiem wróciła do Krzemieńca. Mieszkała tam, dopóki nie przybył poznany w Wilnie August Bécu. Postanowił złożyć jej propozycję małżeńską. Szukał pani domu oraz matki dla swych osieroconych córek. Początkowo Salomea wahała się. W końcu jednak uległa woli rodziców, którzy uważali, że Bécu z pewnością zapewni jej i Julkowi bezpieczeństwo materialne oraz pozycję społeczną, że przecież jest jeszcze młoda i nie powinna być sama. Poślubiła Bécu w 1818 roku i zamieszkała z mężem, synem i dwiema pasierbicami w ukochanym Wilnie.

Wilno na początku XIX wieku było ośrodkiem intelektualnym przede wszystkim ze względu na uniwersytet, ale również na liczne stowarzyszenia naukowe oraz niezwykle wówczas popularne salony artystyczne.

Salomea miała nieprzeciętny talent towarzyski. Sam Mickiewicz nie szczędził pochwał dla prowadzonego przez nią w latach 20. XIX wieku w Wilnie salonu literackiego. Gościli tam najwybitniejsi przedstawiciele ówczesnego świata kultury i nauki. Wśród debiutujących romantyków największe zainteresowanie wzbudzał młody Mickiewicz, który właśnie opublikował swój pierwszy tomik poezji i którego przyprowadził do domu Salomei Odyniec. Salomea uwielbiała literackie nowości. Doskonale czuła się wśród gości. Jej salon był – zdaniem Odyńca – „jednym z ośrodków towarzyskich elity wileńskiej”. W połowie lat 20. salon opustoszał. Do Wilna przyjechał pełnomocnik carski Mikołaj Nowosilcow. Rozpoczęły się śledztwo i aresztowania wśród studentów. W wileńskim klasztorze uwięziono również Mickiewicza. Skazany na wysiedlenie do centralnych guberni Rosji tuż przed wyjazdem odwiedził Salomeę. Na pożegnanie zapisał w jej sztambuchu pełen przyjaźni wiersz „W imionniku S.B.”.

W tym samym roku Salomea znowu została wdową. Bécu podczas poobiedniej drzemki zmarł rażony piorunem. Mówiono, że to kara za stosunki z Rosją (tak też zresztą ujął śmierć doktora Mickiewicz w III części „Dziadów”).

Salomea mieszkała w Wilnie jeszcze trzy lata. Przyjmowała w domu zauszników Nowosilcowa, co wielokrotnie jej wypominano. Tę polityczną niedojrzałość będzie chciała odkupić w latach 30., kiedy z bratem Teofilem i jego żoną zaangażuje się w sprawę Szymona Konarskiego, uczestnika powstania listopadowego skazanego przez władze carskie na śmierć i rozstrzelanego w 1839 roku. Niestety zachowały się bardzo szczątkowe informacje o jej związku z konspiracją. Podobno przez jakiś czas przebywała pod nadzorem policji. Była nawet więziona w Żytomierzu do 1839 roku.

Chętka do „bazgrania”

Dzień, w którym nie nakreśliła choć kilku zdań, to dla niej dzień stracony. Pisanie listów było jej ukochanym zajęciem, próbą zrozumienia siebie. Czasami jednak korespondencja nie zaspokajała nieposkromionej chęci „bazgrania”. Wtedy przepisywała ulubione arie lub wiersze Odyńca. „Pisałabym bez końca”, „Ja muszę pisać”, „Chętka do bazgrania niepospolita u mnie zawsze”. Zwykle jej listy były skrupulatnym rejestrem każdego dnia, historią błahostek – przywołaniem odwiedzających ją gości, odbytych rozmów. Nazywała to „detalami”, których, jak uważała, spodziewa się od niej Odyniec. Ale listowne kartki zapełniała też „bredniami”: marzeniami, miłosnymi aluzjami. „Posłałam Panu funt niedorzeczności” – mawiała. „Brednie” przemycała między opisami codzienności. Często pisała o ukrytych pragnieniach w sposób autoironiczny, jakby obawiając się, że zostaną one wyśmiane i niezrozumiane nawet przez Odyńca.

Literatura, a w szczególności poezja, zawsze znajdowała się w kręgu jej zainteresowań. Obok francuskich romansów sięgała też po filozoficzne rozprawy: czytała Jeana-Jacques’a Rousseau, Alexandra von Humboldta, Francisa Bacona.

Marzyła, by zostać poetką. „Tak wiele rzeczy miałabym do powiedzenia” – wyznała w jednym z listów do Odyńca. W myśl zasady sentymentalistów, że poetą jest ten, kto ma czułe serce, źródło twórczości widziała głównie w wewnętrznych przeżyciach. Przyjaciele i znajomi podkreślali jej uczuciowość oraz nadmierną egzaltację. Badacze twórczości jej syna nazywali ją poetką duszy. Obawiała się jednak, że pisanie wierszy nie jest zajęciem dla kobiety, bo prędzej czy później zostanie wyśmiana, nazwana grafomanką, narazi się na utratę społecznego szacunku.

Ironizując na temat swoich poetyckich upodobań, wspomina XVII-wiecznego poetę ks. Józefa Bakę, nazywanego mistrzem epigonów, oraz słynnego wówczas w Wilnie grafomana Wincentego Kiszkę Zgierskiego. „Och! Bo to moje zdrowie jest jak blady promyk księżyca, co tak słabo przyświeca, że wcale nie zachwyca biednego szlachcica. Patrzaj Pan, co za łatwość rymowania! Dzięki Balińskiemu [historyk, publicysta, częsty gość w domu Salomei – przyp. M.B.], który tylko co stąd wyszedł i całą konwersację takimi wierszami improwizował. On to obudził uśpiony, ukryty we mnie geniusz do poezji. Dzięki mu za to ode mnie, od moich i od potomności, która oddając sprawiedliwość, zachowa moje imię i umieści moje dzieła obok dzieł starożytnego poety Baki i nowożytnego Zgierskiego. Myślę serio o napisaniu jakiego dzieła wierszem, boby grzechem było nie korzystać z daru dobroczynnej natury, dla której dotąd byłam niewdzięczna […]”.

Narastające poczucie niespełnienia powoduje częste ataki melancholii. „Płakałam strasznie”, „Zanoszę się od płaczu” – pisała do Odyńca. Często skarżyła się przyjacielowi, że ma już dość bezczynności: „Mój Boże! Co to za różnica pomiędzy człowiekiem zatrudnionym a kobietą nieczynną, próżniaczką. Wstydzę się! Pióro wypada mi z ręki!”.

Odyniec, zajęty własnym życiem i rodziną, pisał coraz rzadziej. Gdy milczenie trwało długo, Salomea wysyłała kolejny list, w którym nalegała na odpowiedź. Tak bardzo obawiała się, że nie będzie miała komu powierzyć swych „bredni”.

„Już dawno nie miałam poczciwego listu od Pana, zbywa mnie Pan kilkoma słowami – pisała w marcu 1829 roku. – Czy się to tak godzi? Smuci mnie to i lękam się, czy ja podług teraźniejszego mego zwyczaju, bredząc bez rozwagi i sensu, a będąc ciągle atakowaną przez spleen, nie obraziłam Pana czym mimowolnie […]. Żegnam Pana i może na długo, bo nie mam o czym pisać i tylko nudzę Pana mymi trenami jednostajnymi jeszcze […]. Żebym wiedziała, że komu tyle przyjemności moimi listami mogłabym zrobić, tobym pisała bez końca, a wy nie chcecie!”

Ostatni list wysłała do Odyńca ze Lwowa wiosną 1852 r. Rok później wróciła do Krzemieńca. Zajmowała się filantropią, pomagała wdowom oraz sierotom. Podobno znaczne kwoty przekazywała dla zesłańców polskich na Syberii. Zmarła na cholerę latem 1855 roku. Miała 63 lata. Została pochowana obok rodziców na cmentarzu krzemienieckim.

Korzystałam z książek: „W kręgu bliskich poety. Listy rodziny Juliusza Słowackiego” pod red. E. Sawrymowicza, Warszawa 1960; M. Konopnicka „Wspomnienia o pani Salomei Słowackiej-Bécu, matce Juliusza Słowackiego” w: „Świt” nr 103, 1886; M. Bieńczyk „Melancholia. O tych, co nigdy nie odnajdą straty”, Warszawa 2000.

Artykuł archiwalny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze