1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro

Ken Russel – najbardziej niedoceniony reżyser XX wieku

Ken Russel (z lewej) i Julian Sands na planie filmu "Gotyk". (Fot. Rights Managed/Mary Evans Picture Librar/Forum)
Gdy umarł, Martin Scorsese nazwał go artystą bez strachu. Za życia częściej go ganiono, niż chwalono. Dziś tu i ówdzie słychać, że Ken Russell to najbardziej niedoceniony reżyser drugiej połowy XX wieku. Paradoks? Raczej zwyczajne dzieje.

Kręcił filmy przez ponad pół wieku, w sumie zrobił ich ponad 70, ale nie był to równy, spokojny lot (ta metafora jest jak najbardziej na miejscu, jako że Russell o mało co nie został pilotem wojskowym). W latach 60. ubiegłego wieku dał się poznać jako autor realizowanych dla BBC niezwykle oryginalnych dokumentów, portretujących wielkich artystów, przede wszystkim kompozytorów. Biografie słynnych twórców muzyki stały się potem też ważnym tematem i kinowej twórczości Russella, zwłaszcza tej z lat 70., które w jego karierze miały się okazać złotą dekadą. Pod koniec życia (a precyzyjniej: przez ostatnie 20 lat), nie mogąc znikąd zdobyć środków na wielkie produkcje, zajął się kinem domowym. Za pomocą kamery cyfrowej kręcił małe eksperymentalne filmy w ogrodzie swojego domu i w garażu. To dlatego z właściwym sobie poczuciem humoru mówił o sobie: a garagiste. Inni nazywali go raczej enfant terrible brytyjskiego kina. Faktycznie, był urodzonym bluźniercą i zarazem niepoprawnym zgrywusem. Swoimi filmami prowokował, szokował, zachwycał i drażnił. Przede wszystkim drażnił.

Mama woli melodramaty

Był na dobrą sprawę amatorem, nie ukończył bowiem żadnych filmowych szkół. Urodził się 3 lipca 1927 roku w Southampton. Jego ojciec prowadził sklep z obuwiem i liczył pewnie, że syn z czasem przejmie rodzinny interes. Sam się po trosze przyczynił do tego, iż tak się nie stało. Miał dość wybuchowy charakter, przez co jego żona starała się z dzieckiem jak najczęściej wymykać z domu. Ken już jako czterolatek partnerował mamie w lokalnych popołudniowych potańcówkach, a później towarzyszył jej w wyprawach do kina. W swoich wspomnieniach napisze, że, niestety, mama najczęściej wybierała melodramaty, on zaś wolał horrory. Kiedy miał dziesięć lat, dostał w prezencie projektor filmowy. To ten moment, punkt, od którego jego życiorys zatoczy wielkie koło. Oto znowu jesteśmy w garażu, tyle że w domu rodziców małego Kena. Chłopiec organizował tam dla najbliższych pokazy. Puszczał najczęściej komedie Charliego Chaplina. Z kolei w czasie wojny urządzał płatne seanse dla publiczności (zbierał w ten sposób fundusze na rzecz pobliskiej fabryki Spitfire’ów), której serwował głównie – a jakże – dzieła niemieckich ekspresjonistów, takie choćby jak „Faust” Friedricha W. Murnaua czy „Nibelungi” i „Metropolis” Fritza Langa. Po latach uzna to za przejaw dziejowej ironii i dowód na to, że sztuka nie zna żadnych granic ani barier.

Gapiąc się w sufit

Te oglądane w garażu filmy (a były wśród nich też obrazy Siergieja Eisensteina) miały się potem w znaczący sposób odcisnąć na twórczości samego Russella. Tymczasem Ken jako nastolatek trafia do Pangbourne Nautical College, szkoły przygotowującej młodych załogantów dla marynarki handlowej. Obowiązuje tu bardzo surowy reżim, ale chłopakowi marzą się dalekie wyprawy na południowe morza, po których pływała bohaterka filmów z przygodowej serii „Road to…”, grana przez jego ukochaną aktorkę Dorothy Lamour. Rzeczywistość okazała się jednak mniej romantyczna niż ta znana mu z kina (w końcu wciąż trwała wojna), w każdym razie po dwóch latach szkoły Russell podczas swojego pierwszego dalekomorskiego rejsu transportowcem nabawił się neurozy. Wrócił do domu, gdzie, jak później wspominał, przez długi czas siedział bez ruchu, gapiąc się w sufit. Z tego swoistego stanu katatonii pomogła mu się wyrwać dopiero muzyka Czajkowskiego, której namiętnie słuchał. Czy w tej sytuacji można się dziwić, że w przyszłości po prostu musiał nakręcić film o tym rosyjskim kompozytorze? Nie tylko z wdzięczności, również dlatego, że każdy film był dla niego czymś w rodzaju lustra, w którym się sam przeglądał. Nie bez powodu pewna amerykańska eseistka napisała o Russellu, że „nawet jego film o Chrystusie byłby filmem o nim samym”.

Ken po morskiej przygodzie ostatecznie doszedł do siebie, tylko że wtedy dla odmiany postanowił zostać pilotem myśliwca. Zgłosił się do RAF-u, gdzie także długo nie wytrzymał. Latanie wprawdzie mu się podobało, ale ciągnęło go już zupełnie gdzie indziej. Konkretnie do... baletu.

Ani tym bardziej nie poprowadzi rodzinnego interesu. Jego dalsze młodzieńcze dzieje były równie poplątane. Młody Russell po wystąpieniu z RAF-u wyjechał do Londynu, gdzie jako tancerz zaczepił się w zespole wędrownej rewii, a krótko po tym zajął się fotografią. Zainteresowanie wzbudziła seria jego zdjęć poświęcona londyńskiej młodzieży. Właśnie wtedy spotkał też swoją przyszłą pierwszą żonę Shirley (zaprojektuje kostiumy do jego najważniejszych filmów). Biorą ślub w 1956 roku. Przy okazji razem przechodzą – za namową właściciela mieszkania, które wynajmowali – na katolicyzm. Shirley w tym samym roku zagra w pierwszej amatorskiej krótkometrażówce Kena. Nosiła ona tytuł „Peepshow”.

Liszt, gwiazda popu

Rok później Russell ukończy „Amelię i anioła”, krótką, z lekka surrealistyczną opowieść o dziewczynce (notabene małej katoliczce) wędrującej po Londynie w poszukiwaniu pary anielskich skrzydeł potrzebnych jej do występu w kościelnym przedstawieniu. Film bardzo się spodobał Huw Wheldonowi z BBC, który do poświęconego sztuce programu „Monitor” szukał nowego szefa sekcji filmowej. Dlaczego „Amelia i anioł” przypadła Wheldonowi do gustu? Głównie dlatego, że nie był to jeden z tych przygnębiających swoją dosłownością obrazków z życia, w których tak się lubowali ówcześni „młodzi gniewni”. Wheldon najwyraźniej już 1959 roku dostrzegł w Russellu to, co po latach napisał o nim krytyk filmowy Mark Kermode: „Udowodnił, że angielskie kino może wyjść poza »realizm kuchennego zlewu«”.

Przepracuje dla BBC 11 lat, odmieniając poniekąd wizerunek tej statecznej telewizyjnej stacji, która wcześniej nie miała u siebie takiego oryginała. Stacja dbała przede wszystkim o wiarygodność, a Russell do swoich dokumentów o artystach wprowadzał aktorów, inscenizowane rekonstrukcje zdarzeń i fikcję. Dziś tego rodzaju zabiegi są czymś w telewizji oczywistym, nawet w programach historycznych, ale wtedy to było zupełne novum. Można nawet powiedzieć, że Russell jako jeden z pierwszych skrzyżował dokument z dramatem, tworząc nowy – i tak dziś popularny – gatunek zwany doku-dramą. To się bardzo podobało, o czym świadczy fakt, że filmowa opowieść Russella o Edwardzie Elgarze została uznana przez widzów BBC za najlepszy program lat 60. Po paru dekadach reżyser stwierdzi z nostalgią, że właśnie te lata były najlepszym czasem dla obalania wszelkich granic. Powie: „Jeśli mogliśmy coś zrobić, to po prostu robiliśmy to”. I faktycznie, robił wtedy w telewizji, co mógł, a i nierzadko, co chciał. Łamał kolejne konwencje i przyzwyczajenia, uciekał się do mocno subiektywnych przejaskrawień (jego film z 1970 r. „Dance of the Seven Veils”, ukazujący Ryszarda Straussa jako twórcę bez reszty oddanego nazizmowi, został zdjęty z anteny przez cenzurę), coraz śmielej też wprowadzał do swoich biograficznych historii wątki fantastyczne i fantasmagoryjne.

Russell zamykał oczy, słuchał muzyki. Widział obrazy, które potem przenosił na taśmę filmową. Powstawały w ten sposób swoiste wariacje filmowe, postmodernistyczne bajki, gdzie biografia tego czy innego mistrza była nie tyle tematem, ile kanwą opowieści. Weźmy choćby kultową „Lisztomanię”. To w gruncie rzeczy szalony musical, w którym Roger Daltrey, wokalista zespołu The Who (wcześniej wystąpił w tytułowej roli w sfilmowanej przez Russella rock-operze „Tommy”), gra Liszta tak, jakby ten był popową gwiazdą i zarazem królem niekończącego się karnawału zwanego życiem.

Męskie zapasy i nagie zakonnice

„Sztuka to brud! Sztuka to seks! Sztuka to rewolucja” – woła w „Dzikim Mesjaszu” (1972) młody rzeźbiarz Henri Gaudier-Brzeska. Sam reżyser pod słowami Henri mógłby się spokojnie podpisać obydwiema rękami. W swoich najlepszych latach był Russell współtwórcą i tworem swojej epoki. Czasów kontrkultury, kontestacji i hipisowskich haseł w stylu: „Zakazuje się zakazywać”. To ostatnie wezwanie dotyczyło też spraw seksu, nic więc dziwnego, że erotyka stanowiła w twórczości Russella motyw znaczący i mocno bulwersujący. Damsko-męskich „momentów”, i to drastycznych, w jego filmach nie brakuje.

A jednak to nie scena łóżkowa między Glendą Jackson a Oliverem Reedem (oboje byli ulubionymi aktorami Russella i jego przyjaciółmi) w „Zakochanych kobietach”, zrealizowanych na podstawie skandalizującej prozy D.H. Lawrence’a, wzbudziła największe emocje. Widzów i krytyków bardziej bulwersowała podszyta homoerotyzmem sekwencja zapasów, jakie stoczyli ze sobą Reed i Alan Bates. Chodzi o to, że obaj panowie w tej sekwencji wystąpili tak jak ich Pan Bóg stworzył, czyli zupełnie nago. I to właśnie w „Zakochanych kobietach” po raz pierwszy w historii kina zaprezentowano dokumentny, jeśli tak się można wyrazić, akt męski. Plotka głosi, że początkowo obaj aktorzy trochę się wzdragali przed popisami na golasa, ale bynajmniej nie kierował nimi wstyd, tylko męska próżność. Każdy z panów obawiał się, że ten drugi może się pochwalić bardziej efektownymi walorami. Któregoś wieczora aktorzy poszli jednak na wódkę, pokazali sobie, co trzeba, porównali (wyszło na remis) i następnego dnia przystąpili do kręcenia sceny zapasów. Russell ze śmiechem wspominał potem, że Oliver Reed i tak nie do końca zagrał fair, bo podczas zdjęć zbiegał z planu i stosował ćwiczenia wspomagające. No cóż, Reed już taki był, do końca życia (a zmarł na planie „Gladiatora”) pozował na macho, no i lubił wypić. W tym piciu Russell nierzadko mu towarzyszył.

To zresztą nie największy skandal, jaki wybuchł z powodu filmu reżysera. Były jeszcze „Diabły”, oparte na odwołującej się do faktów historycznych powieści Aldousa Huxleya „Diabły z Loudun” (do tych samych wydarzeń nawiązał też Jarosław Iwaszkiewicz w „Matce Joannie od Aniołów” sfilmowanej przez Jerzego Kawalerowicza). Russell próbuje tu wykazać, że rzekome – i z premedytacją wykorzystane przez kardynała Richelieu do rozprawy z hugenotami – opętanie zakonnic z XVII-wiecznego Loudun było skutkiem stłumienia popędów seksualnych, które nie znajdując ujścia, wywołały histerię. W efekcie doprowadziło to do tragedii: do spalenia na stosie ojca Grandiera, obiektu pożądań mniszek i ich niespełnień. Postawiona przez reżysera teza, że erotyczne uniesienie i religijna ekstaza mają ze sobą wiele wspólnego, była, oczywiście, prowokacyjna. Jednak to nagie siostry zakonne, pijane szałem i ogłupiałe, oddające się Szatanowi, sprawiły, że „Diabły” (którymi swoją drogą Russell rozstawał się z katolicyzmem) zostały w niektórych krajach zakazane. I to mimo że z filmu producencka cenzura usunęła sekwencje najbardziej drastyczne.

Ken przytulanka

Skąd w kinie Russella tyle przemocy, nagości, seksualnych obsesji i szaleństwa? Pytany o to powie: „To nie jest wiek dobrych manier. To jest wiek kopania ludzi w krocze, by wywołać u nich jakąś reakcję. Chcę szokować, by budzić świadomość. Nie wierzę w jakąkolwiek wartość niedomówienia”. Kopał więc, jak i w co się dało. Ciekawe, że poza planem był raczej towarzyskim i miłym człowiekiem, choć trochę jak jego ojciec wybuchowym. Kiedyś w telewizji w programie na żywo zaczął okładać pewnego krytyka zrolowaną gazetą, w której ten zamieścił niepochlebną o jego filmie opinię. Ale to był tylko incydent. Nie bez powodu przecież Glenda Jackson, która za rolę w „Zakochanych kobietach” dostała Oscara i w latach 90. z kina przeszła do Izby Gmin, mówiła o nim Ken Przytulanka (choć też podejrzewała go o wojerystyczne skłonności).

Nie był mizoginem, o co go często oskarżano, ani homoseksualistą, o co podejrzewano. W jego filmach to na ogół kobiety są postaciami serio, czyli tragicznymi, podczas gdy faceci to zazwyczaj osobnicy na wskroś patetyczni. Poza wszystkim zaś Russell miał cztery żony i ośmioro dzieci, i co znaczące, to żony od niego odchodziły, a nie on od nich. Trzy jego małżeństwa zakończyły się rozwodami. Czwartą małżonkę poznał przez Internet, gdzie w 2001 roku zamieścił następujący anons: „Niewypłacalny reżyser filmowy Ken Russell szuka drugiej połówki. Musi uwielbiać muzykę, filmy i szampana Moët & Chandon”. Na ogłoszenie odpowiedziała m.in. Amerykanka Elise Tribble, z którą Russell spędził resztę swoich dni. Zmarł 27 listopada 2011 roku. Podobno chciał mieć pogrzeb na modłę wikingów, którzy swoich zmarłych wyprawiali w morze na płonących długich łodziach. To życzenie nie zostało jednak spełnione. Finał jego życiowej „chaotycznej rapsodii” był raczej sztampowy niż filmowy.

Krytyków zabija czas

W jednym z ostatnich wywiadów stwierdził, że postacią, z jaką się zawsze najbardziej identyfikował, był Piotruś Pan. Z kolei w „Lisztomanii” jest scena, w której córka Liszta, poproszona przez kompozytora o podanie mu szabli, pyta go, czy chce zabić krytyków. Ten na to odpowiada: „Nie, krytyków zabija czas”.

A jak czas obszedł się z filmami Russella? Oglądając filmy reżysera, bez trudu można się zorientować, jak wielkim źródłem inspiracji były choćby dla Almodóvara, Polańskiego czy dla Tarantino. Ale Russell był nie tylko inspiracją dla innych filmowców, zawarte w jego obrazach pytania o wolność jednostki, tożsamość płciową człowieka czy rolę artysty we współczesnym świecie są ciągle jak najbardziej aktualne.

To prawda, że jego kino kipi od nadmiaru, że wszystkiego jakby jest w nim za dużo, ale trudno też nie wyczuć, że za tym przerostem formy nad treścią stoi żywiołowa radość tworzenia, która unieważnia poniekąd wszystkie zgłaszane do Russella pretensje. Tej radości także dzisiejszemu widzowi trudno się oprzeć.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze