Reżyser „Mojego pięknego syna” opowiada o wątkach autobiograficznych w filmie

„Mój piękny syn” to szósty pełnometrażowy film piekielnie utalentowanego belgijskiego reżysera Feliksa van Groeningena, a pierwszy po angielsku. Oparty na podstawie wspomnień ojca i syna, ze szczegółami pokazuje powolny, naznaczony smutkiem i traumą, niepewny powrót nastolatka do normalnego życia.

W poruszającej rozmowie reżyser „Mojego pięknego syna” Felix van Groeningen opowiada o wątkach autobiograficznych w filmie, poświęceniu dla roli i dyskretnym magnetyzmie Timothée Chalameta oraz o wsparciu Brada Pitta.

W nominowanym do Oscara filmie „W kręgu miłości” zajmował się pan głównie kryzysem rodziny, którego główną przyczyną była choroba dziecka. Podobnie w „Moim pięknym synu” – osią tej historii jest znowu rodzina, znowu chore dziecko. Ale teraz bohater jest już starszy, a uzależnienie od narkotyków nie pozwala mu wydobrzeć i wrócić do normalnego życia. Oswaja pan w ten sposób kryzys w relacjach rodzinnych? Jakąś osobistą tragedię?

Coś w tym jest. Sam pochodzę z rozbitej rodziny, moi rodzice rozstali się dość wcześnie, a ojciec umarł, kiedy wciąż byłem bardzo młody, ledwo skończyłem dwadzieścia lat. Wydaje mi się, że całe zawodowe życie staram się wypracować wizerunek rodziny idealnej, coś za czym od lat w gruncie rzeczy tęsknię. Proszę mnie źle nie zrozumieć: wszystko to, czego doświadczyłem po rozstaniu rodziców było dla mnie cenną lekcją i doceniam każde wydarzenie, choćby nawet było traumatyczne. Te wszystkie sytuacje mnie ukształtowały i sprawiły, że jestem dzisiaj tym, kim jestem. Dotychczas moje życie było bardzo interesujące, robiłem różne rzeczy. W „Moim pięknym synu” odwołuję się do różnych momentów: złych i dobrych, a więc zupełnie jak w życiu, także moim. Członkom rodziny Sheffów wydaje się, że są w stanie uniknąć nieszczęść i problemów, bo są razem, są jednością. Z kryzysów ludzie często wychodzą silniejsi, pokazują ile są naprawdę warci i jak potrafią sobie radzić z codziennymi trudnościami. Niestety te historie nie zawsze kończą się happy endem.

„Mój piękny syn” powstał na podstawie dwóch opowieści, dwóch perspektyw – ojca i syna. Od początku chciał pan pokazać je obie? Nie czuł pan pokusy, żeby ułatwić sobie zadanie i skupić się tylko na jednej?

Firma Plan B, producenci filmu, zadzwonili do mnie z pomysłem ekranizacji i od początku mowa była o obu perspektywach. Wystarczyło kilka zdań wyjaśnienia, żebym od razu nabrał ochoty na tę współpracę. Byłem gotowy. Potem przeczytałem książki i byłem już absolutnie pewien. Oczywiście książki i wsparcie producentów to nie wszystko. Bardzo wiele rzeczy mogło wciąż pójść nie tak. Przede wszystkim na samym początku bałem się, czy uda mi się wiarygodnie pokazać ojca oczami syna i syna oczami ojca, do tego w jednym, spójnym obrazie. Na szczęście nie musieliśmy się zbytnio spieszyć, a właściwe rozwiązania w końcu same przyszły. To pierwszy aspekt tej historii. A drugi to taki, że cały czas miałem wrażenie, że już oglądałem filmy o dzieciakach uzależnionych od narkotyków, widziałem też filmy o zatroskanych rodzicach. Przyszła nareszcie pora połączyć te wyobrażenia. Tylko w ten sposób mogłem pokazać coś naprawdę swojego i wyjątkowego.

Ekranizacje książek rządzą się swoimi prawami, ale czy ekranizacja dwóch naraz wymusiła na panu wprowadzenie jakichś szczególnych reguł? Wyjątkowych wyrzeczeń?

Cóż, kilkakrotnie musieliśmy dokonać bardzo drastycznych cięć, co nigdy nie jest łatwe. Osią tej historii był ojciec, to było jasne od początku. Ale jednocześnie musieliśmy znaleźć drogę do przedstawienia tej smutnej opowieści z perspektywy Nica – syna. Dlatego między innymi pokazujemy chłopaka nie tylko wtedy, kiedy jest z nim naprawdę źle, ale też te dobre momenty. Tragedia nigdy nie jest przecież wyłącznie jednopłaszczyznowa. Zresztą, pokazanie szczęśliwych chwil wzbogaca dramaturgię, emocjonalny skok jest większy, bardziej przeżywamy te nieuchronne upadki.

W którym momencie zdecydował pan, że to będzie pana anglojęzyczny debiut?

W zasadzie w momencie, kiedy dostałem książki z Planu B wiedziałem, że jedyną możliwością jest zrealizowanie filmu po angielsku. Był taki moment, kiedy zamierzałem podjąć się śmiałego zadania przetłumaczenia opowieści Nica i Davida Sheffów na mój język ojczysty. Myślałem, że dzięki temu uczynię tę historię prawdziwie moją. Ostatecznie zdecydowałem się na skok na głęboką wodę i nie żałuję.

Ale nie zamierza się pan przeprowadzać na stałe do Stanów?

Nie, nic takiego się w najbliższej przyszłości nie wydarzy, przynajmniej tego nie planuję. Mieszkałem w Stanach przez ostatnie półtora roku i była to wspaniała przygoda, ale w tej chwili należy mi się odpoczynek. Niedawno zostałem po raz pierwszy ojcem i chociaż nie wiem, gdzie rzuci mnie los w poszukiwaniu nowego fascynującego projektu, na razie trzymam się blisko domu.

Czy Brad Pitt, założyciel i szef firmy producenckiej Plan B, która się zwróciła do pana z pomysłem ekranizacji, próbował w jakiś sposób wpłynąć na pański sposób realizacji tej opowieści? Poza językiem, oczywiście?

Nie, Brad ma od tego ludzi (śmiech). Ale kilkakrotnie się spotkaliśmy. Miałem poczucie, że naprawdę zależy mu na naszym powodzeniu, był bardzo żywo zainteresowany postępami prac, zjawił się też na planie, udzielił mi kilku bardzo cennych rad. Mam wrażenie, że nie traktuje swojej firmy przedmiotowo, wyłącznie jak maszynki do zarabiania pieniędzy, ale każdy osobny projekt ma dla niego duże, osobiste znaczenie. Bardzo doceniam takie podejście.

Podobno zdecydował pan w głównej roli obsadzić Timothée Chalameta w momencie, kiedy zobaczył go pan w ubiegłym roku w filmie „Tamte dni, tamte noce” Luki Guadagnino. Miał pan przeczucie, że ten chłopak zrobi w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy taką karierę?

Kompletnie się nie zastanawiałem nad tym, czy jest czy dopiero będzie gwiazdą. Miałem przede wszystkim świadomość, że rola w tym filmie, ta konkretna rola, może sprawić, że odtwarzający ją aktor stanie się gwiazdą pierwszej wielkości. Po drugie – byliśmy w tej komfortowej sytuacji, że wcale nie musieliśmy zatrudniać bardzo znanego nazwiska. Przeczucie mi podpowiadało, że właśnie „Mój piękny syn” pozwoliłby umieścić odtwórcę roli Nica na mapie. Traf chciał, że w międzyczasie Timmy sam wystrzelił. Ale ta rola sama w sobie ma niezwykłą siłę, mierzący się z nią aktor musi wykonać niebywałe, bardzo wymagające zadanie.

Od ponad roku opisuje się go w samych superlatywach. Nie są to opinie choć trochę przesadzone?

Timothée jest naprawdę niesamowity, wszystko co pani o nim słyszała jest zapewne prawdziwe. Uroczy, skupiony, inteligentny, profesjonalny. Prawdziwy talent. Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy zaczęliśmy kręcić, wystarczyły mi dosłownie sekundy.

Przy okazji jego występu w „Moim pięknym synu” dużo się mówiło o znacznej utracie wagi, a Timothée i tak jest przecież bardzo szczupły.

Rzeczywiście zmiana była bardzo widoczna. Przed rozpoczęciem zdjęć poprosiłem Timmy’ego, żeby trochę zrzucił, zależało mi na wyraźnym efekcie. Nic jest przecież uzależniony od narkotyków, żyje na ulicy. Kiedy jednak zaczął zrzucać wagę, nie mógł przestać. Zrzucił ze trzy kilo więcej niż planowaliśmy, razem jakieś 9 kilo. Mam wrażenie, że oprócz zmiany fizycznej, Timothée zmienił się także psychicznie, wydoroślał, dojrzał. Kilka razy mi o tym mówił. Dla osób postronnych zmiana pewnie będzie niezauważalna, ale dla wszystkich, z którymi pracował przy „Moim pięknym synu” to prawdziwa rewolucja.

Siłą napędową tej opowieści jest dynamika relacji ojca i syna. Od początku miał pan na myśli Steve’a Carella do roli ojca Nica?

Nie, nie od początku. Tę kwestię zostawiliśmy sobie otwartą do samego końca. Wydaje mi się, że gdybym za wcześnie wyobraził sobie Steve’a jako Davida Sheffa i przyporządkował jego twarz do postaci, która dopiero powstawała w mojej głowie, mógłbym za wcześnie dojść do jakichś wniosków. Tego chciałem za wszelką cenę uniknąć. Dopiero gdy byliśmy prawie gotowi do wejścia na plan i rozpoczęcia zdjęć, zaczęliśmy się rozglądać za odpowiednią osobą do roli. Ktoś podsunął Steve’a, a ja miałem okazję przyjrzeć się jego poprzednim wcieleniom, wywiadom, występom publicznym. Dopiero potem z nim porozmawiałem w cztery oczy. Bardzo szybko zgodził się przyjąć rolę, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że mamy w ręku coś naprawdę wyjątkowego. Steve jest w ogóle bardzo ciekawą osobowością. Publicznie funkcjonuje raczej jako wesołek, ma naprawdę fenomenalne poczucie humoru, ale też doskonale rozumie dramat i potrafi wydobyć z siebie całe niesamowicie rozległe spektrum emocji.

„Mój piękny syn” momentami wcale nie jest taki piękny. Wiarygodnie i szczerze pokazuje najbardziej mroczne strony uzależnienia. Do tego stopnia wiarygodnie, że wydaje się, że dla Nica nie ma już odwrotu.

Kiedy czytałem książki, cały czas się zastanawiałem, na czym polega tego typu uzależnienie. Bardzo chciałem to pojąć, ale nigdy mi się to chyba do końca nie udało. W tej historii dużo elementów wcale nie pasowało do układanki. Sheffowie to rodzina przynależąca do białej klasy średniej, nie jakaś patologia, dlatego tym trudniej było mi zrozumieć wybory Nica. To pewnie jeden z powodów, dlaczego ta historia tak mocno we mnie siedzi i dlaczego widzowie tak żywo na nią reagują. Gdzieś na końcu łamie przecież stereotypy dotyczące uzależnienia, bo pokazuje, że każda rodzina, niezależnie od statusu, koloru skóry, finansów, może mieć mroczne sekrety. Drugim powodem jest absolutnie zachwycająca relacja ojca i syna, sposób w jaki próbują się nawzajem zrozumieć, choć żyją w kompletnie innych światach. Dla takich historii chcę nadal kręcić filmy!