fbpx

Richard Gere o rodzinie, pracy i o tym, co jest dla niego najważniejsze

Richard Gere o rodzinie, pracy i o tym, co jest dla niego najważniejsze
„Luksus to być wolnym od potrzeby zmieniania innych” – mówi Richard Gere. (Fot. BEW PHOTO)

Do Torunia przyjechał odebrać specjalną nagrodę aktorską na zakończenie festiwalu EnergaCamerimage. To była krótka wizyta, ale i tak dał się poznać jako otwarty i bezproblemowy facet, który nie unika kontaktu z fanami. Richard Gere szczerze opowiada nam o rodzinie, pracy i przekonaniach. O tym, co jest dla niego najważniejsze.

Jak znaleźć spokój w dzisiejszych czasach?
Buddyzm dał mi podwalinę do tego, by zbudować swój świat i rzeczywistość na zasadach odpowiednich dla mnie. I powiedzmy, że są one najwłaściwsze do tego, by pozostawać w zgodzie ze sobą, a przy tym nie ranić innych. To dla mnie ważne, a nie takie znowu oczywiste. We współczesnym świecie nic nie jest oczywiste.

Buddyzm jest ważniejszy niż kino?
Rodzina jest ważniejsza niż wszystko inne, ale to wiem dzięki filozofii zen. Buddyzm nadał równowagę mojemu życiu. Sprawił, że ma ono odpowiednie proporcje. Nie marnotrawię energii na sprawy mało istotne. Nie zajmuje mnie to, co wypisują gazety. Nie pędzę za rozgłosem czy jeszcze większymi pieniędzmi. Nie zabiegam o role. Z pewnością miałem w sobie od początku pewną pokorę, więc buddyzm trafił na podatny grunt, ale znam wiele osób, które show-biznes po prostu skrzywdził. Świat rozrywki dość szybko sprawia, że porzucasz swoje ideały, wartości.

Richard Gere o rodzinie, pracy i o tym, co jest dla niego najważniejsze
„Pretty Woman” (reż. Garry Marshall, 1990). Do dzisiaj najczęściej pytają go o ten film. „Mam niewiele do powiedzenia w tej kwestii. To było przyjemne. I tyle” – odpowiada. (Fot. BEW PHOTO)

Jest jakaś lekcja, którą odebrał pan od tybetańskich mistrzów i która towarzyszy panu od dawna?
A bo to jedna… To, co dziś wydaje mi się najistotniejsze, to fakt, jak wielką wiarę pokładają oni w umyśle. Dla nich umysł to wszystko – ale umysł zdrowy, czysty. We współczesnym świecie dużą rolę odgrywają zabiegi oczyszczające ciało. Umysł czy myśli trzeba i można oczyszczać w podobny sposób. Wszystko zaczyna się od rozumu. Lub jego braku [śmiech].

Tego chciałby pan nauczyć swoje dzieci, to im przekazać?
Moje dzieci są wolnymi ludźmi. Tak postrzegam je od początku ich narodzin. Są przy nas, rodzicach, przez chwilę, ale tak naprawdę należą do siebie. Nigdy nie przestanę kochać synów, ale myślę, że to, co możemy dać dzieciom – a co uważam za najważniejsze – to umiłowanie niezależności. Nie wolno mylić opieki z władzą rodzicielską czy z zakamuflowaną formą kontroli, a to według mnie problem wielu opiekunów. Ja moim dzieciom niewiele mogę i chcę narzucić. Mogę je ukierunkować na początku drogi, potem ich los będzie leżał jedynie w ich rękach. Niemniej rodzicielstwo to wielka przygoda. Mam poczucie, że daję dzieciom mapę. Przygotowuję ją w czasie ich dzieciństwa. Mapa jest ogromna. Według niej będą się poruszać w dorosłości. Ale to, którędy pójdą, w jakie ciemne lub jasne strony świata mapa ich zaprowadzi, czy zechcą w ogóle kierować się tym, co w niej dla nich zapisałem… kto to może wiedzieć? Z pewnością nie ja. Ale wracając do odpowiedzi na pani pytanie, chciałbym na pewno nauczyć dzieci miłości dla świata jako pewnej wspólnej przestrzeni. Świat istniał, zanim pojawili się na nim ludzie, musimy zrobić wszystko, by przetrwał epokę dominacji człowieka. Dlatego uczę moje dzieci, co to ekologia. Poza tym ważne dla mnie jest to, by wyrobić w nich nawyk akceptacji wyborów innych ludzi.

Czyli?
Nawet jeśli jest nam nie po drodze z tym, co mówią nasi bliscy czy znajomi, nawet jeśli nie zgadzamy się z jakimiś ich wyborami czy działaniami, musimy nauczyć się tolerować decyzje innych. Moim zdaniem to luksus być wolnym od potrzeby zmieniania innych, w szczególności zmieniania na lepsze. Pyta pani o moje dzieci – mój syn Homer ma 19 lat, z kolei Aleksander – niecały rok, a syn żony [hiszpańska aktywistka i publicystka Alejandra Silva – przyp. red.] z poprzedniego związku dobiega siódmego roku życia. Gdy teraz rozmawiamy o fundamentalnych zasadach, to na pewno ważne jest dla mnie również to, by wpoić dzieciom szacunek dla zwierząt. Pragniemy wychować je wraz z żoną w duchu empatii i wrażliwości na krzywdę zwierząt.

Od lat hoduje pan konie.
Rzeczywiście od bardzo dawna fascynuję się końmi. Mieszkam poza miastem, nieopodal domu znajdują się stajnie. W naszym gospodarstwie mamy psy, koty, trochę ptactwa. Poza tym żyjemy naprawdę blisko natury. Mógłbym nawet rzec, że skromnie.

To kolejny z darów buddyzmu?
Tak. Nie potrzebujemy wiele do życia, a już na pewno nie tych wszystkich materialnych przedmiotów i gadżetów. A wracając do koni – gdy byłem młodszy, bardzo lubiłem samotne konne przejażdżki. Wyjeżdżałem o świcie, wracałem po kilku godzinach. Umiejętności bycia sam na sam ze sobą też nabywa się wraz z wiekiem. Już mnie to nie przeraża. Nie boję się własnych myśli, nie obawiam się szczerej rozmowy z samym sobą. To ważne, gdy mijają lata, gdy przekraczasz próg dojrzałości – już nie możesz udawać Piotrusia Pana.

W 2018 roku wziął pan ślub.
Obiecałem żonie, że nie będę opowiadał o naszej prywatności.

Słucha się pan żony?
Oczywiście. Do tego się dorasta. I kocham ją do szaleństwa. Jestem w niej zakochany na zabój, czuję to w tak silny sposób po raz pierwszy w życiu. I powtarzam to żonie codziennie. Jestem w nią absolutnie zapatrzony. Imponuje mi swoją postawą, zaangażowaniem w filantropię, sposobem, w jaki wychowuje dzieci.

Podczas tegorocznego festiwalu EnergaCamerimage w Toruniu odbierający nagrodę za całokształt twórczości John Bailey, światowej sławy operator filmowy, ogłosił światu, że spodziewacie się państwo kolejnego dziecka.
Trochę mnie to zaskoczyło… Operatorzy zwykle mało mówią, a tu, proszę, John okazał się niezwykle rozmowny i wylewny. No, ale i okazja była wyjątkowa – przyjmował właśnie nagrodę na najważniejszym z jego perspektywy festiwalu. Chwila uniesienia, wzruszenie, nie ma o czym mówić.

Tym bardziej że to właśnie John stał za kamerą, gdy wcielał się w pan w tytułową rolę w filmie „Amerykański żigolak” w 1980 roku.
To nie był mój debiut aktorski, jak chcą wierzyć niektórzy, ale rzeczywiście pierwsza tak poważna i główna rola w dorobku.

Richard Gere o rodzinie, pracy i o tym, co jest dla niego najważniejsze
„Amerykański żigolak” (reż. Paul Schrader, 1980). Rola mężczyzny do towarzystwa była pierwszą główną rolą w dorobku Richarda Gere’a. Dzięki niej został dostrzeżony przez filmowe środowisko. (Fot. East News)

Na dodatek rozbierana.
Staram się o tym nie pamiętać [śmiech].

Wraca pan do tego filmu?
Raz widziałem na premierze. Potem już nigdy.

Żartuje pan?
Nie. Po pierwsze, w ogóle nie przepadam za tym, by wracać do swoich filmów i oglądać samego siebie na ekranie. Prawie nigdy tego nie robię, nie widzę powodów. Nie mam przerośniętego ego, nie chełpię się swoimi dokonaniami. Po drugie, „Amerykański żigolak” to był film, który był dla mnie wielkim wyzwaniem. Już nawet nie chodzi o rozbierane sceny – które, proszę mi wierzyć, były mało komfortowe – głównie myślę tu o charakterze pracy mojego bohatera, jego osobowości, sposobie bycia. Przez długi czas w żaden sposób nie potrafiłem zidentyfikować się z granym przeze mnie Julianem Kaye’em. Co więcej, typ wydawał mi się pretensjonalny, miejscami wręcz żenujący. Próbowałem jakoś go bronić, tłumaczyć jego zachowania, zmieniać scenariusz, ale reżyser Paul Schrader nie był otwarty na tego typu pertraktacje. Po latach wiem, że miał rację.

Dlaczego w takim razie w ogóle przyjął pan rolę w tym filmie?
Chciałem się wybić. Wiedziałem, że zarówno ta rola, jak i sam film sprawią, że środowisko mnie dostrzeże. I dokładnie tak się stało – od czasu udziału w „Amerykańskim żigolaku” zacząłem dostawać propozycje, a nie ubiegać się o role.

Według mnie film pozostaje niedoceniony. Jasne, to w pierwszej kolejności thriller: grany przez pana mężczyzna do towarzystwa zostaje posądzony o zabójstwo jednej z klientek, ale obraz jednocześnie jest portretem obyczajowości lat 80. Dzisiaj wiadomo, że były to ostatnie lata bezkarnego hedonizmu amerykańskich wyższych sfer.
Rzeczywiście, zaraz potem nadszedł kres pewnego stylu życia: epidemia AIDS zdziesiątkowała nie tylko gejowskie środowisko. „Amerykański żigolak” to symbol rozwiązłych czasów bogatej i przede wszystkim białej społeczności Los Angeles lat 80. Świat biznesu koegzystował z półświatkiem na niezwykłych zasadach. Dzięki filmowi mogłem w niewielkim stopniu to poczuć. I nabrać pewności, że nie chcę być częścią tego świata przesiąkniętego blichtrem, konsumpcjonizmem i wyuzdaniem. Co nie znaczy, że przekreślam całe środowisko filmowe, jestem przecież częścią tego porządku. Ale nie biorę udziału w przedsięwzięciach, które uważam za głupie, bezwartościowe albo szkodliwe.

Umiał się pan od tego odciąć.
Na dobrą sprawę nigdy nie było niebezpieczeństwa, że mnie to wessie. Pewnie też dlatego nie udawały się moje wcześniejsze małżeństwa, był między nami spory rozjazd względem tego, jaką rolę w związku powinny odgrywać media [śmiech]. Ale to są błędy młodości, wszyscy je popełnialiśmy, dziś pozostaję w przyjaźni z moimi byłymi partnerkami. A poza tym to wszystko jest już mało istotne.

Unikał pan taniego rozgłosu, celebryctwa, a jednocześnie przez lata grywał w filmach, za sprawą których stał się pan idolem kobiet i symbolem seksu. Przypomnę chociażby „Pretty Woman” i „Uciekającą pannę młodą”.
Ja po prostu bardzo lubię pracować z Julią Roberts! [śmiech]

Richard Gere o rodzinie, pracy i o tym, co jest dla niego najważniejsze
„Chicago” (reż. Rob Marshall, 2002). Na planie Richard Gere sam wykonywał śpiewane i taneczne sekwencje. „To był pot, krew i łzy, ale też powrót do korzeni aktorstwa”. (Fot. BEW PHOTO)

„Miłość w Nowym Jorku”, „Chicago”, „Zatańcz ze mną”…
Ma pani, oczywiście, rację. Tu wracamy do tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej: do wyborów. Moje role – nie wszystkie, ale z pewnością niektóre – w pewnym sensie przełamywały pruderyjność obyczajową, jak chociażby wspomniany „Amerykański żigolak”, a jednocześnie szufladkowały mnie na długie lata. To dzięki roli męskiej prostytutki otrzymałem później propozycję grania w „Cotton Clubie”, co powiedział mi sam reżyser Francis Ford Coppola. Nie ma czego żałować, prawda? Poza wszystkim chciałem grać, a przez długi czas trafiały mi się role głównie w romantycznych komediach. Sporo odrzucałem, przyjmując to, co wydawało mi się najlepsze. I co? I nic, z pewnością nie uniknąłem potknięć, wpadek, szufladek. Trudno. Dla równowagi przychodziły też angaże w filmach takich, jak: „I’m Not There. Gdzie indziej jestem” czy „Lęk pierwotny”.

W filmie Gregory’ego Hoblita spotkał pan na planie Edwarda Nortona.
Który debiutował wówczas w roli Aarona Stamplera. Teraz w Toruniu ustawiają się do Eda większe kolejki na wywiady niż do mnie. I w porządku, tak ma być. Przyznam pani, że już wtedy czuliśmy, że Edward ma niezwykle silną osobowość. Był bodaj najmłodszy na planie, a dokładnie wiedział, co robić. Imponował nam. Był trochę nieprzenikniony. Łatwo było dostrzec, że jest poukładany, konsekwentny, wierny sobie. Chadzał własnymi ścieżkami. Miał plan na siebie i nie godził się na kompromisy.

Panu się zdarzało?
No pewnie. Ale i tu zawsze pomagał buddyzm, który głosi, że trzeba uwolnić się od przeszłości. Zapomnieć o tym, co było, nie trzymać się tego i nie rozpamiętywać błędów. Inaczej mógłbym zwariować! Czy wie pani, że do dziś najczęściej zadawanym mi pytaniem jest to o „Pretty Woman”? A ja niewiele mam do powiedzenia akurat w tej kwestii. To było przyjemne. I tyle.

To wróćmy może jeszcze na moment do „Chicago”. Dobrze się pan czuł w musicalowej konwencji?
Wspaniale! To była techniczna, fizyczna rola. Mógłbym przyrównać pracę nad „Chicago” do prób w teatrze. Musieliśmy być bardziej, niż to bywa na filmowym planie, sprawni warsztatowo. Czułem, że rolą Billy’ego Flynna wracam do korzeni aktorstwa, do jego kwintesencji. Rzadko mam sposobność, by na przykład spocić się na planie filmu z wysiłku – wchodzi dubler, a ja mam wolne. Kino to sztuczki, magia i niegroźne hochsztaplerstwo, z kolei teatr to pot, krew i łzy. Przy „Chicago” większość sekwencji śpiewanych i tanecznych należała do nas – wykonywaliśmy je sami i mieliśmy z tego powodu wielką frajdę. Pomimo wysiłku i wyczerpania daliśmy z siebie wszystko. To był mój test, swoisty egzamin. Zdałem go śpiewająco i to poczucie nie opuszcza mnie do dzisiaj. A poza tym, no cóż… mówię to bez żalu, kino miało mi do zaoferowania niewiele tego typu sprawdzianów.

 

Richard Gere urodził się w 1949 roku w Filadelfii. Za rolę w filmie „Chicago” uhonorowany Złotym Globem w 2002 roku. Znany z filmów: „Niebiańskie dni”, „Amerykański żigolak”, „Oficer i dżentelmen”, „Cotton Club”, „Pretty Woman”, „Lęk pierwotny”, „Uciekająca panna młoda”, „Chicago” i „I’m Not There. Gdzie indziej jestem”. W latach 90. związany z Cindy Crawford, z kolei z małżeństwa z aktorką Carey Lowell ma dziś już dorosłego syna Homera. Z obecną żoną Alejandrą Silvą – hiszpańską aktywistką i publicystką – spodziewa się drugiego dziecka. Para wychowuje też wspólnie siedmioletniego syna Silvy
 z jej poprzedniego związku.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>