Różowe kasztany – rozmowa z Ewą Kuryluk

Ewa Kuryluk (Fot. Marek Szczepański)
Ewa Kuryluk (Fot. Marek Szczepański)

Przez kilkanaście ostatnich lat tworzyła niezwykłą trylogię poświęconą swoim najbliższym. Każdy tom to kolejny kawałek odkrytej prawdy, także tej najbardziej bolesnej. Ewa Kuryluk o odszyfrowaniu rodzinnych losów mówi: – To ciężka praca, ale taką sobie wybrałam.

Siedzimy w mieszkaniu na Frascati, tuż obok jednego z najpiękniejszych zielonych zakątków w Warszawie – skarpy zwanej w domu Kuryluków Małą Italią. To tu rodzina przeprowadziła się w 1947 roku, krótko po narodzinach Ewy. Mieszkanie – świadek niezwykłego (co dopiero na tamte czasy) dzieciństwa jej i jej młodszego brata Piotra. Ale też choroby psychicznej mamy, na której wojna odcisnęła piętno i która pamiątki po swojej prawdziwej, przedwojennej tożsamości zostawiła w zimowych butach (zostały odkryte już po jej śmierci), a wreszcie choroby „czującego za dużo” Piotra, któremu poświęcony jest „Feluni”, ostatnia część trylogii.

Jak bardzo mieszkanie na Frascati, gdzie rozmawiamy, jest dzisiaj różne od tego, do którego wprowadzili się rodzice razem z panią, całkiem jeszcze maleńką?
Zmieniło się wszystko dookoła i zmieniło się wszystko w sensie duszy tego domu, którą tworzyli ludzie zupełnie inni niż dziś. Jestem pewnie jedyną, która została z tamtej epoki. Ale sam dom, cudem ocalały podczas wojny, zmienił się najmniej. Także nasze mieszkanie zmieniło się mało. W pokoju mamy stoją fortepian i szafka muzyczna dziadków z ich domu w Białej, zburzonego wraz z pobliskim cmentarzem żydowskim w 1968 w roku, kiedy zbudowano tam zakłady Polsportu. Na parapecie okna sięga sufitu i kwitnie nieprzerwanie „korona cierniowa”. To wspominany wielokrotnie w mojej trylogii prezent od mamy dla mojego brata: malutki kaktusik, który mu podarowała na dziewiąte urodziny. Wyrósł na kolczasty krzak.

Tuż po naszej przeprowadzce z Krakowa do Warszawy okna wychodziły na morze ruin zwane przez mamę Morzem Czarnym. Gdy je wysadzano nocą, budziłam się przerażona, że znów wybucha wojna. Teraz z okien wychodzących na ulicę Frascati widać zastawiony samochodami placyk przed gmachem dawnego Ministerstwa Handlu Zagranicznego, a teraz Kancelarii Prezydenta, szlaban i budkę wartowników w kuloodpornych kamizelkach, i jedną lub dwie flagi na masztach wbitych w trawnik. Biało-czerwona powiewa zawsze, niebieska z gwiazdami – w „zależności od aury na wysokościach”, jakby to ujęła mama.

Jak często tu pani wraca?
Kilka razy do roku, zwykle przy okazji wystaw i promocji książek, ale w ostatnich latach, zamieniając się z Kangóra obieżyświata z plecakiem i kamerą w seniora w fotelu, przyjeżdżam coraz rzadziej. Siedzę najchętniej w moim pierwszym w życiu autentycznym atelier d’artiste z oknami na całą ścianę i widokiem na blaszane dachy pod niebem Montparnasse.

Kangór…
Rodzice przyjaźnili się z Żabińskimi [Antoniną i Janem, pisarką i pierwszym przed- i powojennym dyrektorem warszawskiego ogrodu zoologicznego, w czasie wojny oboje na terenie zoo ukrywali zbiegłych z getta Żydów – przyp. red.]. W ich willi na terenie zoo spędziłam najpiękniejsze chwile dzieciństwa. A kiedy dr Żabiński mianował mnie żartobliwie kangurem, tak mnie to ucieszyło, że się przedstawiałam w dzieciństwie Ewa Barbara Kuryluk „Kangór”, i dla przyjaciół jestem do dziś torbaczem.

Kangór, Mała Italia, Morze Czarne, tytułowy Feluni, czyli pani młodszy brat Piotruś, czy Łapka – pani ojciec Karol Kuryluk [społecznik i działacz kulturalny, minister kultury i sztuki i pierwszy powojenny ambasador Polski w Austrii – przyp. red.]. Odkrywa pani przed swoimi czytelnikami rodzinne kody i wasz intymny, „domowy” język. Także ten między panią a pani bratem, trochę inny, osobny. Uważa pani, że był on oznaką tylko zażyłości czy też reakcją, odpowiedzią na tajemnice dorosłych?
Każda rodzina ma swoje tajemnice i swój język, dorośli zawsze wiele ukrywają przed dziećmi, a co dopiero po wojnie i Zagładzie. A dzieci swoje wiedzą „psim swędem”. A im są wrażliwsze, tym więcej wyczuwają. Ja czułam niemało, mój brat za dużo.

Jest w „Felunim” wzruszająca scena, kiedy idzie pani z mamą i bratem na egzamin.
Tak, na egzamin dla wunderkindów w szkole muzycznej na Profesorskiej wiosną 1953 roku, zdany przez trzyletniego Feluniego celująco. Kiedy został najmłodszym elewem w klasie fortepianu pani profesor Raube, odprowadzałam go często, trzymając mocno za jedną rączkę, mama za drugą. A pod pachą niosłam jasieczek. Ten sam, na którym siedziałam kiedyś ja sama. Kładło się go na taboret, bo nie sięgałam jeszcze do klawiatury.

Frascati jest dla pani już tylko domem dzieciństwa, pamiątką po tym, co było?
Nigdy nie wyprowadziłam się stąd na dobre, a fakt, że mieszkam tu dalej, jest zaiste zadziwiający. Frascati to nasz dom dzieciństwa, skąd 1 stycznia 1959 roku przeprowadziliśmy się na sześć lat do Austrii, gdy Łapka został tam mianowany pierwszym powojennym ambasadorem, i dom mamy: jej azyl i „dom czasu”, gdzie ją odwiedzały „drogie cienie” bliskich.

Do Warszawy mama przyjechała po raz pierwszy ze mną w beciku. Na miasto w ruinach nie chciała patrzeć i tak go unikała, że Warszawy do zgonu nie poznała i nie polubiła. Stworzyła sobie na Frascati własne małe getto. Wiedząc, jak kocha nasze mieszanie i jak boi się je utracić, kupiłam je dla mamy w 1974 roku, gdy za Gierka można było po raz pierwszy wykupić od państwa nieruchomości, za mniej więcej tyle, ile dostałam za „Wiedeńską apokalipsę”, swoją pierwszą książkę. Była dość gruba, a płacono wówczas od wierszówki. Ponieważ nawet do wykupionych mieszkań mogli kogoś dokwaterować, a mnie przysługiwał dodatkowy metraż dla plastyków, mama nigdy mnie stąd nie wymeldowała.

Pisanie o przeszłości przynosi ulgę?
Nie, spisywanie z pamięci cierpień moich bliskich nie przynosi ulgi. To ciężka praca, ale taką sobie wybrałam. Pisarz jest po to, żeby pisać. I pisze o tym, co dla niego jest najważniejsze, co najlepiej zna, w co może włożyć najwięcej emocji.

„Rysuję, czego nie mogę napisać. Piszę, czego nie mogę narysować”. Czasy, kiedy szła pani na ASP, nie były najlepsze dla kobiet artystek.
Ale też nie najgorsze. Pamiętam swoją rozmowę z ojcem: „Łapko! Dlaczego nie ma w Kunsthistorisches Museum ani jednego obrazu malarki? Nie są zdolne, nie przykładają się?”. „Nie, nie, Ewusiu, skąd! Po prostu dawniej kobiety nie mogły się kształcić, a bez tego ani rusz. A odkąd mogą, pokazują, co potrafią. Maria Skłodowska to podwójna noblistka, Berthe Morisot i Boznańska to wspaniałe malarki. Ale do większości jeszcze to nie dotarło, mentalność zmienia się powoli – dodał markotnie – będziesz musiała walczyć o swoje”.

I dlatego właśnie, realizując przysługujące mi po drugim roku ASP prawo do wyboru pracowni malarstwa, zostałam jedyną studentką profesora Gierowskiego. Tę pracownię wybrałam nie dlatego, że mi się podobała dekoracyjna abstrakcja Gierowskiego. Poszłam, żeby dowieść samej sobie, że nic sobie nie robię z gadania w rodzaju, że się z bab nic nie wykrzesa i szkoda na nie czasu. Pamiętam, jak mnie deprymowała nieśmiałość i niepewność zdolnych koleżanek, którym profesorowie i koledzy dmuchali w kaszę. Więc kiedy zostałam profesorem na nader postępowym wydziale sztuki na University of California w San Diego, gdzie miałam studentki nie aż tak niepewne, a jednak znacznie mniej przedsiębiorcze od chłopców, powtarzałam im jak mantrę: „Walczcie o swoje, kochane! Stawiajcie się profesorom i kolegom. Tu i teraz, codziennie! Jutro będzie za późno”.

Przez ostatnie pół wieku zmieniło się, oczywiście, wiele na lepsze. Lecz obawiam się, że postęp wygląda na większy, niż jest. W roku 1964, gdy zaczęłam studia, profesorem i kierownikiem pracowni była na warszawskiej ASP tylko jedna kobieta: zapomniana dziś graficzka Halina Chrostowska. Ile dzieł artystek można obecnie zobaczyć w polskich muzeach narodowych? Ile artystek miało tam wystawy? Ile jest kobiet dyrektorów w tychże muzeach narodowych?

23 maja otworzyła pani w krakowskiej galerii Artemis wystawę – ostatnią żółtą instalację, którą za rok pokaże poznańska galeria Ego. Obu wystawom towarzyszy katalog „Moje żółte lata”, podsumowujący 19 lat pani pracy artystycznej. Chciałam zapytać o znaczenie koloru żółtego w pani twórczości. Jak odczytywać ten trop?
Niedługo po śmierci mamy, gdy w jej butach znalazłam rodzinne zdjęcia i listy, wpadł mi w ręce pamiętnik Korczaka. Korczakowi przypomniało się w getcie, jak po śmierci swojego kanarka chciał mu postawić krzyżyk na grobie. Służąca na to, że nie wolno, bo ptak to coś gorszego od człowieka. A syn dozorcy dodał, że kanarek to Żyd. Koniec tego zwierzenia brzmi: „Kanarek był Żydem. I ja. Ja też Żyd”. Te słowa przypomniały mi o halucynacjach mamy wskazującej na niebo ze słowami: „Lecą nasze żółte ptaki”; „Lecą nasze kanarki”; „Znów pada żółty śnieg”. I dotarło do mnie, że masa zgładzonych, w tym rodzina mamy, miała na rękawach żółte opaski, na piersiach żółte gwiazdy. Tak powstała na podstawie fotografii z butów mamy pierwsza żółta instalacja „Lecą żółte ptaki”, która znalazła się na mojej retrospektywie w Zachęcie w roku 2003. Od tamtego czasu powstało siedem żółtych instalacji.

Dlaczego pani twórczość jest tak zdecydowanie autobiograficzna?
W „Goldim” [pierwszym tomie trylogii – przyp. red.] jest rymowanka adresowana do ojca: „Gdyby Kangór nie był patałach z historii, napisałby Łapce »Wojenkę i pokój«”. Świadoma swoich możliwości i granic, staram się zrobić jak najlepiej to, do czego mam największe zdolności.

W pani książkach świat przyrody, roślin, zwierząt jest nierozerwalnie związany z waszymi losami. Weźmy chociaż pani jesion w pobliżu domu na Frascati.
Łapka, zapalony ochroniarz przyrody, zaproponował, żeby każde z nas zaadoptowało drzewo i opiekowało się nim w przyszłości. Piotruś zaadoptował najbardziej przez los pokrzywdzoną małą krzywą jarzębinkę, a ja jesion. Wyrósł na dorodne rozłożyste drzewo, a po śmierci Łapki okazało się, że to jesion mannowy, bardzo u nas rzadki. W stanie wojennym postawiono pod nim ławkę, na którą lubiła chodzić w pogodne letnie wieczory mama, gdy wracała skonana z Tworek [gdzie znajduje się szpital psychiatryczny – przyp. red.]. Przez siedem lat, gdy ja byłam za oceanem i bez paszportu ważnego na przyjazd do kraju, mama jeździła do szpitala co drugi dzień ze słoikami i termosami, by dokarmiać bezzębnego brata. A latem brała go w niedzielę na cały dzień do zdziczałego sadu na terenie tworkowskiego parku. Po śmierci mamy i brata lubiłam posiedzieć pod swoim jesionem mannowym i ja. Teraz omijam to miejsce. Jesion został ścięty za kadencji ministra Szyszki wraz z resztą drzew trochę młodszych ode mnie.

Ocalały na szczęście „nasze różowe kasztany”. Kiedy nadeszła nasza pierwsza wiosna w Warszawie, mama wiozła mnie pod nie, wymijając wózeczkiem wertepy. Po śmierci mamy odkryłam, że były ważne w jej życiu, gdyż podobne różowe kasztany rosły przy lwowskim parku Stryjskim, skąd przyszły Łapka zabrał do siebie z ławki Miriam Kohany – skazaną na zagładę uciekinierkę z getta. Przechodził tamtędy przypadkiem w drodze do domu.

Ta wielka, niesamowita miłość, wbrew najcięższym próbom, troska o siebie nawzajem, którą wyniosła pani z domu, to oznaka siły czy to czasem przeszkadza w życiu?
Nie uważam jej za niesamowitą, dla mnie jest zupełnie normalna.

A swoje dzieciństwo uważa pani za trudne, traumatyczne czy może szczęśliwe?
Słowo „szczęście” nie padało na Frascati może dlatego, że rodzice uważali, jak ja na starość, że szczęście to stan przelotny, moment. Mama używała słowa „bonheur”, które znaczy po francusku dosłownie „piękna godzina”, dodając czasem, że ta godzina trwa chwilę. Nasze dzieciństwo było dobre i piękne, bo nas otaczali dobrzy, piękni i kochający ludzie. Czego można chcieć więcej?

Trudno mi się domyślić pani postawy w czasie wszystkich opisanych przeżyć, jest pani dla mnie zagadką. Mama nazywała panią stoikiem. Czasem z podziwem, czasem z pretensją.

Jestem stoikiem o słabym zdrowiu i sporym harcie ducha. A zagadką nie tylko dla pani, ale również dla siebie.

Ewa Kuryluk pisarka, malarka, historyczka sztuki. Współtworzyła artystyczną grupę Śmietanka. Założyła fundację Amici di Tworki, współpracowała z Amnesty International. „Goldi” został zakwalifikowany do finału Nagrody Literackiej „Nike”, a „Frascati” znalazło się wśród nominowanych do tej nagrody.