fbpx

Skubas – uwierz w „Ducha”

Skubas - uwierz w ducha
Skubas:Celebruję życie, lubię każdy dzień i mimo że niektóre bywają trudniejsze, wiem, że nie ma czegoś takiego jak złe dni." (Fot. Marta Kacprzak/Kayax)

„Nie mam dla ciebie miłości” nucili prawie wszyscy. Ale Skubas, zamiast odcinać kupony od sukcesu, zniknął. Teraz, po sześciu latach, wraca z nową płytą i żeby po raz pierwszy opowiedzieć o walce z uzależnieniem i swoich duchowych poszukiwaniach.

Rudy psiak trzyma się blisko Skubasa i bardzo rozpacza, kiedy ten wychodzi na chwilę umyć ręce, nie pomaga nawet drapanie go za uchem.

Czy to jest pies z twojej piosenki „Papierowe uszy”?
Tak, to jest Bajka. Logistyka mojego życia powoduje, że zabieram ją ze sobą prawie wszędzie.

Znalazłeś ją tak jak w piosence: w zimowy dzień, wysiadając z samochodu?
Na stacji benzynowej, ktoś ją tam zostawił albo się zerwała. My jechaliśmy na koncert, to było w 2012 roku. Szybka decyzja. Takie decyzje są czasem najlepsze, nie ma tego całego rozważania.

Twoje pierwsze dwie płyty powstawały na zakładkę. Jak nagrywałeś „Wilczełyko”, miałeś już pomysły na „Brzask”. A teraz minęło sześć lat i dopiero pojawiasz się z „Duchem”. Gdzie byłeś, jak cię nie było?
„Czemu nie występowałeś w zawodach?”. Powiedzmy, że miałem kontuzję.

To znaczy?
Nie jest prawdą, że przez ten czas nie tworzyłem, bo najstarszy z kawałków, wspomniane „Papierowe uszy”, skomponowałem już w grudniu 2015 roku. Do dziś gromadzę pomysły muzyczne na swoim dysku, to się nigdy nie skończyło. Podstawowym problemem jest u mnie bariera odpowiedzialności za skończenie utworu. Jeśli chodzi o muzykę, idzie dość gładko, natomiast pisanie tekstów to co innego. W tej kwestii uwidacznia się mój perfekcjonizm.

Perfekcjonizm czy brak wiary w siebie na tym polu?
Wszystko razem. Współpracowałem dość długo z Basią Adamczyk, autorką mojego największego przeboju „Nie mam dla ciebie miłości”, ale ta współpraca, muszę z przykrością wyznać, skończyła się na dobre.

Na tej płycie są jeszcze teksty jej autorstwa?
„Azja” w całości oraz częściowo „Ojciec i syn”.

„Ojciec i syn”? Byłem absolutnie pewny, że napisałeś ten tekst sam, jest bardzo intymny.
To był prezent na piąte urodziny dla mojego syna Borysa. Miałem refren, frazy, ogólny zarys tej piosenki, a Basia zrobiła z tego majstersztyk.
Ważne, żeby sobie zdać sprawę z tego, jakie się ma talenty. Ja potrafię wziąć gitarę i z łatwością ułożyć ładną melodię, która mnie wzrusza. Mam głos i pasję do muzyki. Natomiast są ludzie, którzy mają talent do przekładania na słowa myśli i prawdy, nawet jeśli chodzi o prawdę drugiej osoby. Taki talent ma właśnie Basia, choć i ja zrobiłem tu jakiś progres. Na tej płycie udało mi się uzyskać coś, z czego jestem zadowolony.
Kiedy stało się jasne, że współpraca z Basią nie może trwać dłużej – być może to sprawka naszych ścierających się ze sobą ego – szukałem innego tekściarza. Kogoś takiego, kto byłby dla mnie jak Bernie Taupin dla Eltona Johna [stworzył mu teksty do ponad 30 albumów – przyp. aut.]. Próbowałem pracować z bardzo dobrymi autorami. Nie udało się. Mój kolega śmieje się, że mógłbym nagrać album „Piosenki z odrzuconymi tekstami”. Może to jest perfekcjonizm, może nie, ale na pewno nie chcę śpiewać czegoś, co nie jest prawdą albo jest półprawdą, jakimś moim przebraniem.

Prawdziwy tekst musi być o tobie?
Niektórzy wychodzą z założenia, że piosenka musi być uniwersalna, ale ja muszę mieć w wersach swoje życie. To była prawdopodobnie przyczyna niewydawania płyty przez sześć lat. Jest też inny powód – duża zmiana w moim życiu, wycofanie się z używek. Jeśli przez 20 lat tworzy się pod wpływem, to wycofanie tych substancji z organizmu nie powoduje, że człowiek czuje się superartystą, zmienia to całkowicie jego wewnętrzną strukturę, sposób myślenia, podejmowania decyzji. Używki determinują nie tylko życie twórcze, ale większość wyborów, relacji, emocji, mają wpływ na całe twoje życie wewnętrzne. Ale fakt, że skończyłem z nałogiem, nie wyczerpuje tematu sześcioletniej przerwy. Nałożyły się tu także inne wątki.

Dwie pierwsze płyty nagrywałeś głównie w domu, częściowo pracowałeś też tak przy „Duchu”. Chodzi o to, że w domu możesz wszystko w pełni kontrolować?
Na tej płycie jest akurat sporo kompromisów. Były utwory nagrane przeze mnie w stu procentach w domu. I później Tomek „Harry” Waldowski [multiinstrumentalista i producent – przyp. aut.] namówił mnie, żeby nagrać to jeszcze raz na lepszych mikrofonach. Na początku to był dla mnie dramat. Bałem się, że będziemy robić w studiu reprodukcję emocji, które odczuwałem na przykład w 2015 roku, i że to nie wyjdzie. A ja akurat rozpoznaję emocjonalne podróbki, ale zgodziłem się mimo ryzyka. Nagraliśmy raz jeszcze na lepszych mikrofonach i jest. Czasami ten kompromis boli, bo pewna niedoskonałość, chropowatość, która towarzyszy płycie „Brzask”, tu się nie znalazła, choć z drugiej strony nowa płyta brzmi lepiej.

O twojej muzyce mówi się, że to muzyka grunge z elementami folku. Nie chciałbyś tego swojego stylu trochę przewietrzyć, wpuścić tam więcej nowego?
W maju tego roku, po zamknięciu płyty „Duch”, bardzo się wkręciłem w elektroniczne brzmienia, zacząłem bawić się samplerami, syntezatorami. Kto wie, może powstanie poboczny projekt? Nie wszyscy wiedzą, że nie tylko współpracowałem z Noviką czy Smolikiem, ale dosyć długo siedziałem w muzyce drum and bass, bardziej bezkompromisowej, podziemnej. Jeździłem po klubach, tak zarabiałem swoje pierwsze pieniądze.

Co takiego się zdarzyło, że zdecydowałeś się na trzeźwość? Czy miało to coś wspólnego z pojawieniem się na świecie twojego syna Borysa?
Taka decyzja bardzo rzadko jest oparta na pozytywnej motywacji. To nie jest tak, że facet jest alkoholikiem i żona mu mówi: „Słuchaj, Stasiu, jakbyś przestał pić, to będziemy mieli pieniądze na wakacje, będziesz się lepiej wysypiał i nie będzie cię głowa boleć”, a Stasiu mówi na to: „Wiesz co, Halinka, masz rację, jutro idę na odwyk”. Najczęściej coś musi nieźle w twoim życiu pierdyknąć, żeby popchnąć cię do porzucenia nałogu.
Moim najciekawszym odkryciem było to, że uzależnienie zaczyna się, kiedy właśnie odstawiasz alkohol czy inne używki. Odwrotnie, niż myślą ludzie. Mówi się: „Związek się rozpadł przez alkohol”, a ja wiem, że związek nie rozpada się przez alkohol, tylko przez alkoholizm – chorobę uzależnienia, bo tu chodzi o pewną podatność, nie o samą substancję. Substancja sama w sobie jest neutralna – podstawową kwestią jest to, co i na ile wypełnia ona w człowieku. Uważam przewrotnie, że alkohol nie jest problemem, tylko lekarstwem na alkoholizm.

Uzależnienie to choroba emocji. Nie chcesz czuć wstydu, strachu, lęku i używki sprawiają, że tego nie czujesz, że jesteś na przykład odważny.
Wszyscy ludzie, którzy zażywają, robią coś kompulsywnego, cierpią. Czasem nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale wystarczy, że im to zabierzesz. Abstrahując od tego, że nałóg dostarcza po jakimś czasie cierpienia fizycznego i psychicznego, a także dotyka bliskich – same używki w założeniu są sposobem, żeby pozbyć się tego cierpienia, samotności, nudy czy też nadmiernej „nerwowości”. A kiedy powstaje to błędne koło, potrafi się tak toczyć przez wiele, wiele lat, zanim problem zaczyna naprawdę doskwierać i rujnować życie.

Mówi się, że uzależnienie bierze się z traumy dziecięcej albo jest odtwarzaniem wyuczonego wzoru. Ty jesteś chłopcem z dobrej rodziny, mama psycholożka, tata lekarz. Ale śmierć rodzica to ogromna trauma. Była w twojej głowie taka myśl, że ty chcesz być dla Borysa, bo sam nie miałeś ojca?
Miałem ojca przez 15 lat, choć ze względu na jego zawód często nieobecnego.

Wciąż byłeś nastolatkiem, kiedy go straciłeś…
Tak, i to w najgorszym, najtrudniejszym okresie. Ojciec zmarł w momencie, kiedy był potrzebny mi najbardziej. Kto wie, być może gdyby żył, relacja z nim mogłaby mnie „ocalić”. Bo był dla mnie kotwicą, aczkolwiek już później chyba nie był w stanie dźwigać moich problemów na swoich barkach, być może miał za dużo swoich. Bardzo za nim tęsknię, był dla mnie ważną osobą.

Skubas - uwierz w ducha
Skubas: „Choć nigdy nie powiedziałbym, że się nawróciłem, tylko że się ciągle nawracam, często z mizernym skutkiem. Natomiast pojawiło się w moim życiu pojęcie Boga, siły wyższej”. (Fot. Marta Kacprzak/Kayax)

Piciu alkoholu często towarzyszy współuzależnienie od miękkich narkotyków.
Od miękkich, twardych, ale też wszystkich innych uciech szatańskiego świata [śmiech]. Gandzia była moją pierwszą i największą miłością. Paliłem ją z 20 lat longiem od 15. roku życia z krótkimi okresami tak zwanych detoksów, które robiłem, żeby trochę odpocząć. Stała się moim panaceum na niedopasowanie do świata, czarne myśli, niskie poczucie wartości, niechęć do samego siebie. Nie sądziłem, że kiedykolwiek przestanę palić. Śmiałem się kiedyś z haseł typu „Zażywasz, przegrywasz”, teraz patrzę na to nieco inaczej. Z perspektywy osoby, która wie, co się z nią dzieje, kiedy kończy się towar… Stąd też wers: „byłaś mi myślą przewodnią wśród chwil, co zlewały się w szklane miesiące”. Wielu ludzi mówi o wolności, wyzwoleniu, chce walczyć o wolność dla innych, a najczęściej sami są totalnie uzależnieni od substancji, ludzi, przedmiotów, władzy, seksu i prestiżu, aprobaty w mediach społecznościowych.

Zacytowałeś piosenkę „Szklane miesiące” z nowej płyty. Jej teledysk narzuca trochę inną interpretację. Można pomyśleć, że chodzi o relację matki i dziecka.
Podmiot liryczny zwraca się tu do marychy: „byłaś mi matką sposobów na złe dni”. To przenośnia. Lubię taką niejednoznaczność, otwarcie na różne interpretacje.

Teraz czujesz się wolny?
Dużo bardziej niż kiedyś, ale cały czas obserwuję swój umysł i jego obsesje. Czy przypadkiem nie wymyśla czegoś, co tworzy fałszywe poczucie bezpieczeństwa i kontroli. Może to być też lęk o stan konta, może być to obawa przed oceną mojej osoby albo iluzje czy kurczowe trzymanie się planów. Czuję się wolny, kiedy odpuszczam chęć posiadania racji, kiedy godzę się, że coś idzie zupełnie innym torem, niż miało iść. To nazywam wolnością. Trudno mi sobie wyobrazić, że można się uzależnić od chodzenia po lesie albo od zachodów słońca. Że można się uzależnić od zdrowej miłości, zdrowej relacji. Najlepsze chwile w moim życiu to te, gdy beztrosko bawię się z synkiem. Nie można się od takich dobrych, boskich rzeczy uzależnić.

Piosenka „Doskonały przegrany” jest modlitwą. Przeszedłeś nawrócenie?
Jeśli nawróceniem nazwiemy zmianę myślenia, eliminowanie destrukcyjnych zachowań, a także uczenie się miłości i szacunku do siebie i bliźnich, nawet tych, z którymi mi nie po drodze, to można powiedzieć, że tak. Choć nigdy nie powiedziałbym, że się nawróciłem, tylko że się ciągle nawracam, często z mizernym skutkiem. Natomiast pojawiło się w moim życiu pojęcie Boga, siły wyższej. Pojmuję je w trochę innym kontekście niż stricte religijne, choć nie ukrywam, że czerpię sporo od takich ludzi jak ojciec Adam Szustak czy ojciec Mieczysław Łusiak. W wielu kwestiach są dla mnie autorytetami. I mam gdzieś kondycję instytucji Kościoła, afery i otoczkę, na którą często naprawdę żal patrzeć. Dla mnie liczy się jedynie koncentracja na Źródle.

Patrzę na tamte dwadzieścia parę lat swojego życia spędzone w dużym konflikcie, w czynnym nałogu, w skłóceniu ze światem. To, co się zadziało od tych pięciu, sześciu lat, to jest jakiś cud, na który pozwoliłem. To jest coś, co się stało poza mną, przyszło do mnie, nie jest wynikiem kalkulacji. Nie wziąłem tylko pod uwagę, że to oznacza także koniec inspiracji do pisania wciąż popularnych, rozdzierających i pełnych goryczy pieśni o toksycznej miłości [śmiech].

Droga ku trzeźwieniu to samotna walka?
Samotniczy jest raczej nałóg. Jeśli chcesz z nim skończyć, konieczne jest wyjście do ludzi, najlepiej tych trzeźwiejących. Właśnie dlatego tak skuteczne są terapie grupowe, dlatego zaleca się mityngi w ramach wspólnot.

Jesteś w tym procesie czy zakończyłeś leczenie?
Na początku swojej drogi uczestniczyłem w terapii. Terapia ma jednak ten minus, że się kończy, a całą sztuką jest odnalezienie się w codziennych, często niekomfortowych emocjonalnie sytuacjach. Siłę i nadzieję dają inni uzależnieni. Ci, którzy nie dość, że zaprzestali picia i zażywania, to jeszcze są względnie szczęśliwymi i dobrze radzącymi sobie ze sobą i światem ludźmi.

W piosence „A jeśli” śpiewasz o akceptacji życia niezgodnego z oczekiwaniami. Nie jesteś już malkontentem, którego nic nie zadowala?
Usłyszałem kiedyś, że „przeciwieństwem szczęścia nie jest brak szczęścia, tylko brak wdzięczności”. Staram się tego trzymać, szczególnie kiedy wkrada się we mnie chochlik narzekacz. Nigdy nie pomyślałem, że moje życie będzie tak dobre jak teraz. Mam zdrowego, wspaniałego syna, z którym staram się utrzymywać jak najbliższy kontakt. Jestem w związku z najukochańszą na świecie kobietą, która mnie wspiera i rozumie. Budzę się od lat bez kaca, zjazdów, nie cierpię na bezsenność. Rzuciłem mięso, papierosy, regularnie medytuję, uprawiam sport, czytam książki. Odzyskałem przyjemność z tworzenia na trzeźwo, staram się ciągle rozwijać. Same wspaniałości. Celebruję życie, lubię każdy dzień i mimo że niektóre bywają trudniejsze, wiem, że nie ma czegoś takiego jak złe dni.

Skubas (właśc. Radosław Skubaja) rocznik 1981. Kompozytor, wokalista, muzyk. Zaczynał na scenie klubowej. W 2012 roku debiutował świetnie przyjętą płytą „Wilczełyko”. Dwa lata później wyszedł „Brzask” z przebojem „Nie mam dla ciebie miłości”. Pod koniec października miał premierę jego najnowszy album „Duch”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze