„Sonata jesienna” w Teatrze WARSawy

fot. Magdalena Charczuk/ Teatr WARSawy

O spektaklu słyszałam sporo już przed premierą. Że jest wart czasu na obejrzenie i przemyślenie w spokoju tego, co artyści mają nam do powiedzenia. Faktycznie, rzadko można oglądać na scenie tak mocną i wyrazistą postać jak Charlotte w wykonaniu Aleksandry Justy w „Sonacie jesiennej” według Ingmara Bergmana.

Próby trwały codziennie od kilku miesięcy. A wymagający i świetnie znany z ekranizacji samego szwedzkiego reżysera z 1978 roku tekst z pewnością był dla aktorki wyzwaniem. Aleksandra Justa, nieczęsto niestety obsadzana na głównych rolach, pokazała ogromną klasę i bezmiar swoich aktorskich możliwości. Ten wieczór należał bezapelacyjnie do niej w roli słynnej pianistki, która po latach odwiedza w małym miasteczku swoją córkę Ewę, Jest kobietą równie nieznośną co tragicznie doświadczoną przez los. Od momentu pojawienia się Justy na scenie nie sposób oderwać od niej wzroku. Podobnie jak Charlotte ma charyzmę, moc i dar przekonywania. Trudna do obronienia postać nieczułej i egoistycznej matki, której córka (bardzo dobra Weronika Nockowska ) nie potrafi wybaczyć porzucenia rodziny dla sztuki i złego traktowania w dzieciństwie, jest jednocześnie krucha i silna, zabawna i przerażająca, dobra i zła. Budzi współczucie.

Powoli między kobietami dochodzi do konfrontacji, w trakcie której losy całej rodziny zdają się przytłaczać nie tylko bohaterów dramatu, ale i wszystkich na widowni. Nic dziwnego, Ingmar Bergman to mistrz psychologicznego horroru! Trudno się nie bać tego, co w sensie emocjonalnym dzieje się między matką a córką i jej mężem (wycofany i dzielnie partnerujący obu dynamicznym aktorkom Wojciech Solarz). W każdej chwili możemy spodziewać się dramatycznego zwrotu akcji. Gdy wydaje się, że wiemy już wszystko, dochodzi do kolejnego wylewu emocji i na jaw wychodzą kolejne głęboko skrywane dramaty.

Ciekawy pomysł miał reżyser Kuba Kowalski na obecność na scenie Heleny (w tej roli świetnie pracująca ciałem Katarzyna Chmielewska) – niemej siostry Ewy, którą ta zabiera do domu z zakładu opiekuńczego wbrew woli i bez wiedzy matki. Jej wycofanie, powolna psychiczna agonia spowodowana jest dawnym urazem z przeszłości, o którym Charlotte nie miała lub nie chciała mieć pojęcia. Delikatnie oświetlona konturowym światłem, bosa i bardzo silnie obecna poprzez swoje uparte milczenie, dopełnia obrazu toksycznej relacji łączącej teoretycznie najbliższe sobie osoby. Cień nieżyjącego ojca i męża Leonarda straszy wszystkie trzy kobiety i nie pozwala Charlotte zasnąć i odpuścić choć na chwilę. Starzejąca się piękność, wspaniała artystka – podobnie jak córka Ewa – marzy o chwili czułości i akceptacji, której sama także nie dostała od swojej matki. Nie umiała więc dać jej własnym dzieciom. Tak bardzo bała się odrzucenia z ich strony, że stała się prawdziwym dążącym do perfekcji potworem. Nie zauważała zdrad i podłości męża, rzucała się w kolejne romanse, podróżowała po świecie, wszystkie emocje i uczucia wkładając w swoje granie. W spektaklu słychać fragmenty rapsodii Chopina w emocjonalnej wersji Ewy, pianistki kościelnej, i perfekcyjnej i nostalgicznej matki – nadal zapełniającej sale koncertowe w Europie. Gra Ewy niebawem zostanie poddana bezwzględnej ocenie technicznej Charlotte, córka po raz kolejny nie doczeka się z jej strony uznania. Nie zamierza jednak odejść pokonana.

Tego typu zachowania nie są obce i dzisiejszym matkom i córkom. Pytanie, jak można temu zaradzić. To pytanie, wraz z nadzieją, którą reżyser daje nam w ostatniej scenie spektaklu pozostaje otwarte. I na tym także polega siła i wiarygodność tego spektaklu.

„Sonata jesienna”, Ingmar Bergman, tłum. Zygmunt Łanowski, reż. Kuba Kowalski, premiera 28 maja 2018, Teatr WARSawyw Warszawie