fbpx

Spotkania: Julia Hartwig

Spotkania: Julia Hartwig
fot. Rafał Masłow

O jej poezji napisano, że ma moc ocalania. Julia Hartwig sama obserwuje ją z ciekawością, cieszy się nieustającą zmianą. W najnowszym tomie wierszy „Zapisane” odsłoniła się być może najbardziej – patrzy na życie, w którym dni są liczone do końca, i na to, co zostaje. To wielki hymn życia.

Dzisiaj chętniej mówi pani o sobie?

Jestem tak ukształtowana, że trudno mi mówić o bardzo osobistych sprawach. Pisanie najczęściej nie pochodziło u mnie z emocji, chociaż emocje grają rolę w każdym pisaniu. Kiedy powstał pierwszy wiersz z tomu „Zapisane”, zrozumiałam, że jest zupełnie inny od tego, co dotąd pisałam, i że następne będą kontynuacją tej formy. Wiersze zaczęły się składać w jeden duży poemat o ludzkim losie, o wartości życia, tworząc książkę bardzo osobistą, a jednak daleką od obnażania siebie. Właściwie o żadnej książce tak nie myślę jak o tej, że jest naprawdę moja.

Czytelnicy znajdują w tych wierszach coś, co powoduje, że pytają panią jak filozofa albo kogoś, kto zapewne wszystko o życiu wie. Słyszałem, jak ktoś panią zapytał: „Po co jest życie?”. Jak pani się z tym czuje?

To dla mnie kłopotliwe, bo nie poczuwam się do wiedzy o dobrym życiu. Oczywiście, człowiek, który zajmuje się sztuką, wie o życiu więcej. Sztuka daje możliwość odpowiedzi, bo jej dzieło przeszło przez naszą wewnętrzną próbę. To, co napisane, to wynik tej próby. Czytelnicy pytają, bo mają do mnie zaufanie. Starają się do mnie dotrzeć poprzez to, co piszę. Tak to jest pomyślane.

„Zapisała” pani również Paryż, miasto przez siebie ukochane, jako „dzisiaj samotne”. Dlaczego?

Widzę je jako samotne beze mnie i nie widzę w nim nikogo bliskiego.

Dużo spacerowała pani po Paryżu?

Bardzo.

Nocami też?

Tak. Zawsze była otwarta jakaś kawiarnia, mogłam zejść na kawę, przyjrzeć się ludziom. To były wspaniałe spacery. Miałam poczucie, że nic nie muszę. Wszystko było i należało do mnie.

fot. Rafał Masłow

Zdarza się pani myśleć o powrocie?

Pobyty w Paryżu to było chodzenie, dużo już bym teraz nie uchodziła, ale nie jest wykluczone, że jeszcze tam wrócę kiedyś.

Jest jakaś ulica, za jaką pani tęskni?

Chętnie bym wróciła na rue de Tournon, gdzie mieszkałam, po drugiej stronie Saint Germain. Nie byłby to Paryż do zdobywania, tylko do przypominania. Poszłabym na targ, który miałam obok, do restauracyjki z ostrygami. Jestem ciekawa, czy jeszcze sprzedają kwiaty na straganach, które pamiętam.

A jeśli nie ma ani restauracyjki, ani straganów?

Rozpaczy nie ma. Ale mogę powiedzieć: to było. To też jest dla mnie przeżycie.

O Paryżu napisała pani: „miasto pożegnane”.

A wciąż cicho nawołujące. Tak jest dalej w tym wierszu.

A Lublin?

Rozgrywa się w innej przestrzeni pamięci. Tam jest rodzina. Dobre wspomnienie dzieciństwa. Czyli to, co później nie było już dla mnie ważne. Lubię być w Lublinie. Tam na cmentarzu mam właściwie połowę mojej rodziny. Mamę na cmentarzu prawosławnym, a siostrę i ojca – na katolickim.

Pamięta pani mieszkanie lubelskie?

Pamiętam wszystkie mieszkania, nawet to, kiedy jeszcze noszono mnie na rękach. Rodzice przyjechali z Rosji. To było bardzo skromne mieszkanie, na ulicy Staszica, na trzecim piętrze – okna wychodziły na dach, było wgłębienie w dachu. Pamiętam, że Walenty, mój brat, późniejszy lekarz, który bardzo lubił się opalać, tam się w słoneczne dni układał. Pamiętam dwa pokoje, które tam mieliśmy, i ciemny korytarz, który nas dzielił od kuchni. Obok mieszkała tylko jedna osoba, pan Jan, który pracował w cukierni Semadeniego na dole. Bardzo eleganckiej. Wiedzieliśmy, kiedy idzie do pracy, bo słychać było jego stukanie laską na korytarzu. Na podwórzu była piękna akacja, którą opisuję w moich wierszach. Od strony podwórka biegł drewniany balkon przez całą długość domu. Późniejsze mieszkanie było dwa piętra niżej, już o wiele elegantsze, po lekarzu, który się wyprowadził – trzy duże pokoje i kuchnia, ale byliśmy w nim mniej szczęśliwi.

Bo tam mama odeszła?

Tak. Ale od początku nie było atmosfery w tym mieszkaniu, część rodzeństwa wyjechała na studia, ja się trochę pałętałam. Potem zaczęłam pisać, drukowałam w gazetce szkolnej. Wszyscy się rozbiegli i jak to najmłodsza, wchodziłam w życie sama. Nigdy nie skarżyłam się na samotność, bo w niej najwięcej mogłam zrobić.

Pracowitość to cecha, która w pani była zawsze?

Nie pamiętam, żebym w młodości była taka pracowita jak teraz. Oczywiście, miałam ambicje, ale pracowitość zaczęła się tak naprawdę wtedy, kiedy przestałam się bawić życiem. Praca jest nagrodą, kiedy pojawia się samotność, kiedy istnienie jest już pojedyncze. Oczywiście, jeśli robimy to, co kochamy. A pisanie jest dla mnie bardzo ważne. Jeżeli długo nie piszę wierszy, to się tym martwię, chociaż nie mam na to wpływu. Pracuję teraz nad esejem o Witoldzie Lutosławskim. Ogromnie go lubiłam, dobrze się znaliśmy, nieraz obcowaliśmy ze sobą – również poprzez Wajdów, którzy się z nim przyjaźnili. Spędzaliśmy u nich kolejne sylwestry. Lutosławski pisze z absolutną pewnością, że dobrego utworu muzycznego nie można napisać bez natchnienia. Znam ten stan domagający się wypowiedzi. Czasem wiem dokładnie jakiej, a czasem nie, aż w końcu siadam i piszę. Samotność temu sprzyja. Kiedy człowiek jest sam, zmuszony jest do wewnętrznej powagi.

A bawienie się życiem, z którego pani zrezygnowała, było ważne?

Wtedy było ważne. Bardzo lubię życie. Prawie zawsze byłam osobą pogodną, chociaż niewiele mogło wywoływać u mnie optymizm. Życie w Polsce było takie, że czasem woleliśmy nie wiedzieć o tym, co się dzieje – tak nas to bolało. Ten smak na życie był też w zachłanności czytelniczej, w ciekawości. Kiedy jeździłam za granicę, pisałam dzienniki, widywałam ciekawych ludzi. Mam w sobie pamiętnik świetnych spotkań.

W tej zabawie bywał taniec czy tylko przyjemność spotkania?

Kiedy byłam młoda, chodziłam na tańce, ale nie przepadałam za tym. To zawsze było przypadkowe. Natomiast zależało mi, żeby być z kimś, kto mi się podoba, kto jest ciekawy. Może to powód odsunięcia się w samotność. Tak straszną ilość banałów słyszałam w ciągu dnia, że w końcu pomyślałam: „Właściwie po co mi to?”. Mogę od czasu do czasu porozmawiać z wybranymi przyjaciółmi. A potem przyjaciele poodchodzili.

Pani mąż Artur Międzyrzecki też nie lubił tańca?

Nie. W ogóle nie tańczył. Ale muzyka była zawsze dla nas ważna.

W „Zapisanym” muzyka urasta do rangi czegoś nadludzkiego, pisze pani o wrotach muzyki, które się rozwierają jak wrota nieba czy piekła.

Ciągle żyję z muzyką. Mam świadomość, że jej nadużywam. Bardzo często słucham, pracując. I wtedy, oczywiście, muzyka jest tylko tłem. Pomaga mi, bo nie czuję się tak samotnie, jest mi pogodniej.

fot. Rafał Masłow

Jaka jest dzisiaj obecność Artura Międzyrzeckiego w pani życiu?

Wracam czasem do jego wierszy. Artur powraca w snach. Mam poczucie, że jest stale obecny. To mi bardzo pomaga. Jego osobowość mnie zagarnęła. Wpłynął na to przebieg jego życia. Był dzieckiem, kiedy rodzice oddali go babce. Przypuszczam, że czuł się pokrzywdzony, czego dokładnie nie mówił. Miał strasznie trudne życie. Na początku wojny schronił się we Lwowie, stamtąd bolszewicy wywieźli go do Rosji. Tam na szczęście nie trafił do obozu, ale pracował u jakiegoś wieśniaka. A potem przyszła wiadomość, że formuje się polskie wojsko w Kujbyszewie. Była zima, a Artur próbował się tam dostać, musiał przejechać całą Rosję, bardzo często jechał na zewnątrz wagonu, trzymając się drzwiczek. Kiedy dotarł do celu, było już kilka trupów ludzi, którzy doszli i padli, bo zabrakło im sił. Potem było Monte Cassino i wojna. Ale nigdy się nie skarżył. Patrzył na przeszłość z czułością. Potem było lepiej. Był we Francji, gdzie skończył nauki polityczne, ożenił się. Przyjechał do Polski. Był rok 1950, ogień stalinizmu. Musiał pogodzić się ze wszystkim, co go tu czekało. Pisał wiersze. Potem była normalna praca literacka, duży udział w pracach społecznych. Był przewodniczącym polskiego Pen Clubu i wiceprezesem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Miał wielki temperament organizacyjny i łatwość obcowania z ludźmi. Był pogodny. Kiedyś pojechałam z nim razem na konferencję Pen Clubu we Francji, weszliśmy do sali i zobaczyłam, jak wszyscy wołali: „Artur! Artur!”. Był bardzo lubiany. Miał w sobie wiele dobroci. I to się wyczuwało. A potem już pan wie, był uznany, miał wyjątkowe miejsce społeczne.

A moment waszego spotkania?

To było we Francji, po prostu poznaliśmy się. A potem spotkaliśmy się już w Warszawie. Artur był żonaty, ja byłam mężatką. Nasze spotkanie i bardzo pewna decyzja, że chcemy być razem, wymagały przezwyciężenia – trzeba było się rozwieść, trzeba było się potem pobrać. Ale z Arturem wszystko było łatwe. Choć dobrze wiedział, że życie może być straszne.

Pani też wiedziała – samobójstwo mamy, historie wojenne pani braci, śmierć Ksawerego Pruszyńskiego…

To są doświadczenia, o których nie zapominam. Ale nie lubię tak patrzeć na własne życie. Uważam, że jakoś przez to wszystko przebrnęłam. A jak już nie było Artura, moje życie kompletnie się zmieniło. Bo wcześniej… Ja pracowałam w tym pokoju, a Artur w tamtym malutkim. Całymi dniami pracowaliśmy, nie rozmawiając ze sobą. Artur strasznie dużo palił, co się potem na nim zemściło. Z małego pokoiku wydostawały się kłęby dymu.

Pani nie paliła?

Bardzo krótko, ale właściwie nigdy mi się to nie podobało. Przychodzili do nas ludzie, prowadziliśmy dom otwarty. Dzisiaj sobie nie wyobrażam, jak można tak żyć. Umieliśmy pogodzić jedno z drugim. Byliśmy zaangażowani w opozycję. Wszystko było wspólne. Paryż też był wspólny, chociaż lubiłam oglądać wystawy, a Artur mniej. Najbardziej chciał widzieć się z ludźmi. Doskonale znał emigrację polską, intelektualistów. Widywaliśmy się z Brandysami, Hertzami – Zosię Hertz znał jeszcze z wojska. Paryż to ogromne bogactwo wspomnień.

Czy zdecyduje się pani napisać więcej o Ksawerym Pruszyńskim?

Chciałabym coś o nim napisać, ale strasznie trudno to zrobić. Czuję, że powinnam. Z mojej strony to nie jest konieczność, ale to był jednak bardzo ważny fragment w moim życiu. Właściwie myśmy się mieli pobrać, z nikim innym tego nie zamierzałam. A potem była ta katastrofa – wypadek, w którym zginął… Potem z tego nieszczęścia, po tej rozpaczy pojawił się Artur – jako wielkie szczęście, bo nigdy ani przez chwilę nie żałowałam, że z nim jestem, i byłam bardzo wdzięczna losowi, że mnie z nim połączył.

Była pani szczęśliwa przy Pruszyńskim?

Chyba bardzo. To był człowiek wielkiej pogody, ale udręczony. Niewątpliwie czuł się zagrożony w sensie politycznym. Nigdy mi tego nie mówił, ale wiem, że tak było. Nigdy nie wiedział, czy mu coś nie grozi. A były to czasy, kiedy to było bardzo łatwe.

Okoliczności wypadku chyba nie są jasne.

Są bardzo niejasne i można mieć prawdziwe podejrzenia. Nie mamy na to dowodów, a rodzina woli tego tak nie interpretować. Jestem w bardzo dobrych stosunkach z jego synem Stasiem. Pamięta mnie z czasów, kiedy jeździłam do nich, do Hagi, z Paryża na Boże Narodzenie. Miałam tam pokój. Staś był wtedy małym chłopcem, miał dziewięć lat, Marysia miała pięć. I on mnie ciągle pamięta z tamtych czasów. Czuję jego przywiązanie. Jest człowiekiem życzliwym, dzwoni do mnie, zaprasza. Staś to Staś, bo jest świadkiem tamtego życia, życia z Ksawerym. Mówię: „Widzisz, o mały włos, a byłabym twoją macochą”. I śmiejemy się.

Napisała pani: „Odpływa strumień, nikogo nie zasmucając”.

Nie trzeba się smucić, że życie płynie. Można się smucić, kiedy nam czegoś brak. A tutaj, co? Mija. Gdyby mnie zapytano, jaki okres chciałabym wskrzesić, nie wskazałabym żadnego.

A łódź, o której pani pisze? Na dziobie łodzi żadnego dokąd, na rufie żadnego dlaczego.

Ktoś w niej siedzi. I to jest beznadziejne… Pasażer jest pogodzony, ale jest w tym trochę desperacji. Bo gdyby się naprawdę zastanowić, czemu życie służy… Życie było, ale nie ma echa, bo komu je powierzyć? Nikt nie jest ciekaw. To jest właśnie poczucie osamotnienia.

Kiedyś pisała pani o latach „królewskich” w swoim życiu.

Bo były. Pamiętam je i jestem za nie wdzięczna. Za bardzo wiele doświadczeń, które ludzie uważają za naturalne, a ja uważam za przywilej, za dobro. Wdzięczność pomaga żyć.

„Odchodzisz z krainy kwiatów/i śpiewających ptaków/wchodzisz w ciszę piasków/i odległego morza…”

Niech pan się domyśli, co to znaczy. Odchodzi się w coś o wiele mniej barwnego, co przygotowuje do czegoś, co będzie potem.

Za czym będzie pani tęsknić?

Mnie się zdaje, że za radością życia, bo ciągle we mnie jest. To musi odejść, nie ma rady. A gdybym chciała wracać, to nigdy nie na smutki i na bóle. Ale do czegoś dobrego, co porzucam.

Więcej było dobrego?

W moim odczuciu więcej. Nie myślę, że moje życie było nieudane czy szczególnie bolesne. Było bardzo dużo nieszczęść, ale przyjmuję to w sposób naturalny. Mam pozytywny stosunek do życia i jakbym odchodziła, to z poczuciem wdzięczności za istnienie, za możność skorzystania ze świata, bo wiele pięknego mnie spotkało. Spotkałam ludzi, którzy byli mi bliscy i życzliwi. To wielki skarb. Uważam, że to, co mam, mnie się należy. Bo się o to staram, szanuję to, chcę wykonywać to, co mi zapisane. Jestem osobą pełną dobrej woli. Gdyby mnie skrzywdzono, czułabym się bardzo źle. Liczę się z taką możliwością. Ale może nie będzie? No, dobrze, skończmy. Aleśmy się wdali…

 

JULIA HARTWIG poetka, eseistka, tłumaczka. Wydała wiele tomów wierszy, w ostatnich latach m.in. „Zobaczone”, „Błyski”, „Nie ma odpowiedzi”, „Mówiąc nie tylko do siebie. Poematy prozą”, „Zwierzenia i błyski”, „Bez pożegnania”, „Wiersze amerykańskie”, „Gorzkie żale”, „Zapisane”. Laureatka wielu nagród. Aktualnie pracuje nad drugim tomem „Dziennika”.

Wywiad pochodzi z numeru „Zwierciadła” 2/2014.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>