fbpx

Kamilla Baar: Raczej słucham, niż narzucam własne zdanie

Kamilla Baar: Raczej słucham, niż narzucam własne zdanie

„Dowód na istnienie drugiego” w Teatrze Narodowym opowiada o przyjaźni Witolda Gombrowicza ze Sławomirem Mrożkiem. Kamilla Baar gra w nim żonę Gombrowicza. Kobiecą, uległą Ritę. W serialu „Na krawędzi 2” jest silną policjantką. W filmie „służby specjalne” – żoną agenta służb specjalnych. Dzięki tym przemianom skłonna do analizy Kamilla jest w swoim żywiole i odnajduje równowagę.

fot. Marta Wojtal

Gombrowicz jest ci bliski?

Tak. Grałam wcześniej w dwóch spektaklach na podstawie jego tekstów: w „Błądzeniu” i „Kosmosie”. Zawsze fascynowała mnie jego twórczość i przejmował jego los – wybitnego intelektualisty i analityka. Człowieka w Polsce niedocenionego. A był przecież naszym rentgenem.

Prześwietlał nas z oddali. Szkoda, że jego diagnozy niewiele zmieniły…

Niebywałe, ale gdy dzisiaj czyta się „Dzienniki”, są wciąż aktualne – od polityki po naszą narodową osobliwość. I to jego fantastyczne poczucie humoru, które jest nam wszystkim niezbędne do życia. Jan Englert, Gombrowicz w spektaklu, mówi: „Jestem za życiem, ale tylko do pewnego stopnia”. Ważna jest jakość życia. A wracając do skuteczności jego diagnoz, literatura nie zawsze ma bezpośredni wpływ na rzeczywistość. Szkoda. A może odpowiedzialna jest za to nasza narodowa cecha – nie lubimy swoich przywar i być przedstawiani w tak uszczypliwy sposób. Jakże to byłoby fantastyczne, gdybyśmy pod wpływem takich twórców jak Gombrowicz umieli się rozwijać i zmieniać.

Ty jesteś otwarta na zmiany? Zdecydowana jak twoja bohaterka w „Na krawędzi 2”?

Jestem. Choć wolę przemiany. Zmiana to coś prostszego: zmieniam, bo coś mnie męczy, z czymś przestałam się dobrze czuć. A ja wszystko dogłębnie analizuję. Staram się być we wszystkim totalnie – w życiu i w pracy. Jeśli „cud zaangażowania” dogłębnego mi się nie zdarza przez dłuższy czas, coś się musi zmienić. Takie sytuacje zachęcają mnie do przemian. Dzięki nim ciągle znajduję się na nieznanym gruncie.

Zdarza ci się czasem powierzchowność?

Zawsze kiedy osuwam się na chwilę w powierzchowność – coś mnie omami albo chcę jakąś sprawę załatwić bez wnikania w nią – nic mi się nie udaje. Zazwyczaj i tak muszę wrócić do punktu startowego i zacząć od nowa, z prawdziwym zrozumieniem. Staram się nie tracić czasu na łatwe rozwiązania. One nigdy nie przynoszą mi spokoju.

W „Tangu” Sławomira Mrożka rolę, za którą dostałaś nagrodę na festiwalu Dwa Teatry, grasz od pięciu lat. Co się dzieje, kiedy spędza się z postacią tyle czasu?

To jest faktycznie ciekawe. Początek sezonu jest momentem granicznym. Kiedy wracam do teatru po przerwie, pytam siebie, jak zmiany we mnie wpływają na rozumienie postaci. Kiedy zaczynałam grać Alę, miałam 30 lat. Już wtedy musiałam się odmładzać, bo to wyzwolona dziewczyna, która staje się kobietą. Teraz jest inaczej. Jestem matką, mam najpiękniejszy okres w życiu, jak to kobiety między 30. a 40. rokiem życia. Czuję, kim jestem. W tej chwili Ala, którą gram, jest od początku do końca kobietą. Kiedy bierze ślub, robi to świadomie, a nie jak pięć lat temu z przekory czy chęci sprawdzenia siebie. Teraz ta rola jest chyba głębsza. Nie odtwarzam stanów, jakie towarzyszyły mi, kiedy budowałam tę rolę pięć lat temu. Ona zmienia się ze mną. Przypomina to fotografię – portret wielokrotny Witkacego. Siedzi jeden Witkacy. A jest ich kilku. Każdy inny, bo lustro przetwarza jego odbicie. Tak samo z aktorem. Mamy w sobie ten zwielokrotniony portret. Wszystko, co się dzieje w życiu, ma odbicie w rolach i odwrotnie.

Nauczyłaś się czegoś ważnego od którejś swojej postaci scenicznej czy filmowej?

Zdarza mi się często, że emocje, na które w prywatnym życiu sobie nie pozwalam – bo staram się nie obciążać innych swoimi problemami i trudne stany przeżywam w samotności – pojawiają się w moim życiu zawodowym, wyrażam je na scenie. Dzięki rolom mogę stanąć oko w oko z prawdziwymi emocjami przeżywanymi w relacjach z rodziną czy obcymi ludźmi, z mężczyznami. Jakimś cudem mogę grać to, czego aktualnie potrzebuję. W kinie czy teatrze widz patrzy bardzo uważnie. Często dużo uważniej, niż patrzymy na siebie w życiu. Nie jestem osobą, która lubi skupiać na sobie uwagę. Raczej słucham, niż narzucam własne zdanie, a tu mogę sobie pozwolić na wiele. Nawet na ciszę, która ma wielką wagę. Wiem, że ta cisza będzie usłyszana. Mogę powiedzieć, że moje role uczą mnie pewności siebie. Dzięki nim znajduję równowagę.

Nie kusiło cię, żeby po prostu te emocje przeżywane samotnie ujawniać, by nie dbać o kontrolowanie siebie. Być taką Włoszką, która rzuca talerzami…

Jak w słynnej scenie z „Ojca chrzestnego”? Nie wiem. Miałam w swoim życiu etap, kiedy byłam totalną Włoszką. Ale takiej siebie nie lubiłam. Tak naprawdę zagłuszałam to, co myślę i czuję. Emocje rządziły moim życiem, a nie ja. To zostawiało po sobie głośną ciszę. Uważam, że z wyładowywaniem emocji trzeba umieć się obchodzić. Ze względu na samego siebie. Bo to, że inni mogą różnie na to reagować, już pomijam. Silne emocje zakłócają komunikaty. Na przykład na krzyk na scenie trzeba sobie ciężko zapracować. Bo tylko dzięki bardzo przemyślanej konstrukcji może właściwie zafunkcjonować. A w życiu krzyczymy i zazwyczaj niewiele z tego wynika. Tak naprawdę wtedy nas nie słychać. Kiedy ktoś na mnie krzyczy, chcę tylko to przeczekać. Dopiero kiedy emocje mijają, mogę się naprawdę skupić. Co nie znaczy, że staram się w życiu zawsze kontrolować sytuację i mieć do wszystkiego instrukcję obsługi. Są takie chwile, kiedy uwielbiam, jak życie mną rządzi. Wtedy wsłuchuję się i wpatruję. Słucham rozmów, które się toczą, i znaków, które spotykam na swojej drodze. To zaspokaja moją potrzebę metafizyki. Zauważam, że jedne rzeczy się przyciągają, a inne odpychają. I staram się żyć w zgodzie z tym, co się dzieje.

Wolisz poddawać się życiu – zbiegom okoliczności – czy kreować je, podejmować własne decyzje? Myślę, że często brak nam odwagi, by te własne decyzje czasem wbrew okolicznościom podejmować.

I wracamy do Gombrowicza, który mówił o tym, że w Polaku jest lęk, brak hardości. A „trzeba się odważyć istnieć!”. To jego słowa. Wystarczy porównać Polaków i Amerykanów. Oni się nie boją swoich marzeń. A w nas jest niepewność. Myślę, że tę odwagę podejmowania decyzji trzeba w sobie szkolić. Zaczynać od najmniejszych odważek. Żeby budować w sobie poczucie siły, które się bierze z docenienia siebie. Trzeba tworzyć w sobie poczucie wyjątkowości. Oczywiście, bez przesady. Tu przypominają mi się słowa Mai Komorowskiej: „Pychę od pokory dzieli mały kroczek”.

Czym się kierujesz w podejmowaniu ważnych życiowych decyzji?

Intuicją. Są sytuacje, gdy czuję, że kumulują się wokół mnie znaki, których nie mogę przegapić. Pojawia się mus wewnętrzny. Intuicja mówi: „zrób tak”. A kiedy indziej czuję, że życie to gra. I w tej grze ja dyktuję zasady. To wymaga odwagi. Zwłaszcza że nie jest mi łatwo ingerować w czyjąś przestrzeń. Miałam różne etapy, także takie, kiedy ingerowałam. Uchodzę za osobę o silnej osobowości. Zgadzam się z tym, ale moja siła wynika z namysłu. Kiedy zdarzenia w moim życiu rozgrywają się jak na szachownicy, nie naciskam zegara, żeby szybko skończyć partię. Wolę kosztem utraty ruchu czy kilku punktów poczekać.

I udaje ci się?

Staram się. Każdego dnia. Bo spełnienie jest we mnie. Staram się nie uzależniać swojego poczucia szczęścia od okoliczności zewnętrznych. Życie to ciągłe równanie z jedną albo wieloma niewiadomymi. I akceptacja tego jest rozwiązaniem.

Niełatwym. Ciężko zachować równowagę nie tylko wobec dramatycznych wydarzeń, ale nawet wobec zwykłych nieoczekiwanych zwrotów akcji, które zdarzają się w życiu nieustannie.

Jest trudno, ale szczęście ukrywa się w prostocie. W radości z małych rzeczy. Bo na te wielkie – choroby, wypadki – nie mamy wpływu. Najbardziej optymistyczne nauki Buddy zaczynają się od stwierdzenia: cierpienie jest. Ja się też lękam. Ale cieszę się chwilami, które mi się zdarzają. I trudności też mnie cieszą. Nie uciekam przed nimi.

Skąd u ciebie ta równowaga?

Jestem Wagą [śmiech].

Ja też jestem Wagą. I to nie jest żadna odpowiedź… [śmiech].

Jak tylko tracę równowagę w życiu i gromadzi się hałda emocji, które mi ciążą, trafiam przed publiczność czy przed kamerę i mogę te emocje wykorzystać. Przypomina mi się scena z „Wyboru Zofii”, kiedy Meryl Streep musi zdecydować, które z jej dwójki dzieci przeżyje, i mówi do oficera SS: „Zabierz moją córkę”. Kiedy szlocha, jest dla mnie oczywiste, że to są jej emocje. Już wtedy sama była matką. Ale nauczenie się wykorzystywania w aktorstwie swoich przeżyć to krok drugi. Najpierw trzeba te przeżycia mieć. Każdy aktor, który pasjonuje się swoim zawodem, wie, że nie może uciekać przed przeżyciami. To jest jego warsztat, kapitał. Latami każda zmarszczka, blizna na sercu czy ciele tworzą osobowość aktora. Choć dzisiaj bardzo modne jest mówienie, że aktorstwo to żadna misja. Po prostu zawód, który ma sprawiać ludziom przyjemność. A aktor to rzekomo celebryta, który charakteryzuje się tym, że nosi fajne ciuchy, jeździ dobrym samochodem, jada w świetnych restauracjach i często wyjeżdża za granicę. Nic złego w dobrych samochodach czy ciuchach. Ja jeżdżę bmw, jestem twarzą firmy Marc Cain i bardzo się z tego cieszę. Pracowałam na to latami uczciwie. Jedno drugiemu nie przeczy – grać odpowiedzialnie swoje role i jeździć dobrym samochodem. To jest moim zdaniem dobra równowaga.

Twoje rozumienie aktorstwa?

To zawód potrzebny. Najstarszy artystyczny zawód. Już w starożytności raz w roku przez cały tydzień ludzie siedzieli w teatrze z koszykami winogron, serów i butlami wina. Po to, żeby przeżywać. Piękno aktorstwa polega na tym, że aktor może z własnych doświadczeń życiowych tworzyć ważne role, które zapadają ludziom w pamięć i mogą sprawić, że nie czują się samotni. To jak dobra książka – może zmienić czyjś los. Albo jeszcze bardziej, jak nagle odkryty, kupiony w galerii obraz, z którym codzienny kontakt na ścianie naszego mieszkania zmienia, poprawia nasze życie. Polecam takie inwestycje… One pomagają nam dokonywać przemian w nas samych.

Planujesz monodram o kobietach…

Został już prawie napisany. Chciałabym, żeby to był spektakl afirmujący kobiecość. Żeby każda kobieta, która wyjdzie po spektaklu, pomyślała sobie: „Jestem fantastyczna!”. Jak Dustin Hoffman przebrany za Tootsie, który na ulicy uświadamia sobie po raz pierwszy, jakie robi wrażenie. Bo życie jest zbyt krótkie na kompleksy, na obwinianie się, na szukanie błędów w sobie i w innych. Lepiej traktować siebie z miłością. I szukać w sobie kobiecej siły. Uważam, że nie możemy w kółko bać się, bać się mężczyzn. Mam nadzieję, że w tym monodramie będzie o tym wszystkim. Życz mi powodzenia.

Kobiety dzięki emancypacji znalazły już wiele sposobów i odwagi, żeby żyć tak, jak chcą. Tymczasem trochę zagubili się mężczyźni. Jakby ilość energii była stała. A przecież nie chodziło o zamianę miejsc.

Wolałabym skupiać się na kobietach. Mężczyźni dadzą sobie radę. Tysiące lat ich dominacji jest na to dowodem. Zastanawiam się, dlaczego kobiety, które osiągają sukces i przewagę nad mężczyznami, często nie są jednak szczęśliwe. Moim zdaniem to dlatego, że my nie jesteśmy predestynowane do walki tak jak oni. Nie możemy z nimi walczyć. A jeśli walczymy, to tracimy. I to boli. Często kończy się wtedy nasza relacja z nimi. Z szefem, z mężem. Cała trudność polega na tym, żeby zamiast walczyć, umieć twardo postawić na swoim i być silną w realizacji swoich priorytetów. Dobrze jest, kiedy to się dzieje bez wojny. Z wojen męsko-damskich biorą się nasze smutki. A my lubimy się śmiać. Jesteśmy stworzone do pokoju, do życia w zgodzie. Czasem mam wrażenie, że kobiety chcą odebrać mężczyznom siłę, by się z nimi bić. To kierunek do narożnika życiowego.

Mówiłaś, że chcesz żyć tak, jak chcesz. Czy takie założenie jednak nie zakłada kompromisów i rezygnacji?

To kwestia konfiguracji. Tajemnicy spotkania między kobietą a mężczyzną. Uzupełniać się w taki sposób, żeby sobie wzajemnie nie przeszkadzać, a czerpać z siebie nawzajem. Ogólnej recepty na relacje nie da się stworzyć. Jest przecież wiele kobiet, które mają w sobie dużo męskiej siły, odwagi, wojowniczości, zajmujących kierownicze stanowiska. One rządzą nawet mężczyznami. Takie kobiety z reguły czują się fatalnie, kiedy są wyłącznie żonami, matkami, Ja wierzę w równowagę pierwiastka męskiego i kobiecego. Warto szukać takiej relacji, w której puzzle do siebie pasują. Jest wtedy przestrzeń na rodzinę, na pracę zawodową, na realizację ambicji. Jest wzajemność. A napięcia, konflikty warto rozwiązywać… w łóżku [śmiech].

Co ci się wydaje ważne w relacjach między kobietami?

Istotne jest, żeby kobiety sobie uświadomiły, jak wielką siłę mogą czerpać od innych kobiet. Matki od córek. Wnuczki od babć. Przełożone od swoich pracownic. Wzajemne wsparcie, szczerość, współpraca – to buduje. I przyjaźń! Żeby mieć kobietę, przy której możemy się nie wstydzić, nie obawiać. Przy której możemy otwarcie mówić. Która ma cierpliwość, by słuchać. Takie poczucie ważności może stworzyć tylko kobieta kobiecie. Wtedy masz poczucie, że nie jesteś sama, że uzyskujesz głębokie zrozumienie w kobiecej przestrzeni.

Bo w relacji z mężczyzną nie da się wszystkiego?

W relacji z tym jedynym, wybranym mężczyzną dobry jest kawałek jakiegoś misterium. Świadomość istnienia tajemnic między płciami. To napędza oboje. Tajemnica spotkania, rozmów, miejsc, miast, języków obcych, wspólnego patrzenia na fale czy niebo. To dla mnie ważne rzeczy. Mam 35 lat i są obszary życia, w których czuję, że mogę powiedzieć: „Już wiem”. Każdego dnia dowiaduję się nowych rzeczy. Ale są też takie sfery, w których wciąż „wiem, że nic nie wiem”. Dzieci każdego ranka budzą się inne, a my, dorośli, powtarzamy pewne rytmy. A przecież każdego dnia możemy zrobić coś inaczej. Nawet coś całkowicie prostego, co przełamuje rytm, a już nas zmienia.

Mamy szansę przez to stać się bardziej uważni?

I skoncentrowani. Staram się koncentrować na bliskich i nie tylko. Stawiać granice, ale nie budować dystansu. Nie dawać sobą manipulować, ale nie tracić kontaktu z drugim człowiekiem. Jestem w pewnym sensie dość staroświecka. Może trochę jak Jane Austen. Kominek, przetwory, wspólne zbieranie owoców… Od lat nie mam telewizora, bo czuję, że odbiera nam umiejętność kontaktu z drugim człowiekiem. Dlatego tak bliskie mi jest kino psychologiczne, które się nie boi płynącego czasu, skupienia. Pozwala przeżyć, zrozumieć. Jak filmy Johna Cassavetesa czy Asghara Farhadiego, czy dawne filmy Kieślowskiego, Zanussiego. Wierzę, że rośnie młode pokolenie filmowców polskich, dla którego najważniejsze jest i będzie to, co czuje widz. Jego oczekiwania. Potrzeby. A nie ciągłe oferowanie widowni podróbek z metką amerykańską, francuską czy niemiecką, a w istocie made in Poland. Uwielbiam opowieści, które mają oddech, nie realizują pośpiechu przejętego z mediów. O rolach w takim kinie marzę.

Jaka jest twoja tajemnica?

Każdy wywiad jest dla mnie trudny. Bo z jednej strony chciałabym wygarnąć wszystko, co myślę, a z drugiej – zachować moją tajemnicę. Kiedyś grałam kelnerkę w sushi barze w Nowym Jorku. Wiesz w „baarze” przez dwa „a” [śmiech]. To było w Teatrze Rozmaitości, w sztuce „Obróbka” Martina Crimpa. Podchodził do mnie Andrzej Chyra, który grał poszukiwacza ludzkich historii. Pytał: „Nie chcesz, żeby ktoś cię odkrył?”. A ja odpowiadałam: „Nie, nie chcę być odkryta”. To tak jak w życiu. Jestem jak duży bar. W którym jest duży wybór. Możesz degustować. Ale nigdy nie odkryjesz do końca smaków, które w sobie kryje.

KAMILLA BAAR (rocznik 1979); ukończyła Akademię Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Jej debiutem teatralnym była rola w przedstawieniu „Miłość do trzech pomarańczy” w reż. Igora Gorzkowskiego w 2002 roku. Na dużym ekranie debiutowała w 2004 r. świetną rolą Magdy w komedii sensacyjnej „Vinci” Juliusza Machulskiego. Od 2005 roku jest aktorką Teatru Narodowego, ale współpracuje też z innymi teatrami. W 2013 roku została laureatką Wiktora w kategorii: odkrycie telewizyjne roku (m.in. za rolę w serialu „Na dobre i na złe”), a w tym roku dostała Telekamerę w kategorii: aktorka.

Wywiad pochodzi z numeru 11/2014

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>