Taco Hemingway – poeta Millenialsów

Taco Hemingway, Ilustracja: Arobal

Wywiady? Nie udziela. Nagrody? Nie odbiera. Nie zapowiada premier swoich płyt, ale kiedy wrzuca do sieci nowy album, serwery rozgrzewają się do czerwoności. Taco Hemingway – raper, poeta Milenialsów.

Skacowany wiecznie, rozdarty i „nieposklejany” wciąż. Smutny, porzucony, samotny. Dryfuje po nocnej Warszawie, obserwuje miasto i ludzi. Składa obrazy w poetycką opowieść i snuje ją na zgrabnych muzycznych podkładach tworzonych głównie przez jego kumpla z liceum Rumaka. Tyle. Ale to wystarczyło, by Taco Hemingway został głosem Milenialsów, „pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia”, i jednym z nielicznych polskich muzyków, których fani potrafią zapełnić wielkie areny. I chyba jedynym polskim raperem, którego teksty znają też ludzie dwa razy od niego starsi.

Wrzuca płyty do sieci kiedy chce, często nocą. Każdy może ich słuchać, może też pobrać za darmo albo odpalić w serwisie streamingowym. Nie robi wielkich akcji promocyjnych, nie lansuje się w mediach, nie odbiera przyznawanych mu przez branżę nagród. Wywiady z nim można policzyć na palcach jednej ręki, a i tak wszystkie pochodzą z czasów, gdy Taco Hemingway dopiero wchodził do szerokiego muzycznego obiegu. Premiery kolejnych epek i albumów zazwyczaj zaskakują nawet jego fanów, ale i tak w chwilę po publikacji do czerwoności grzeją się serwery. Nie urodził się w proletariackim blokowisku, nie epatuje dziarami i biżuterią, nie nosi hiphopowego mundurka, tylko zwykłe T-shirty, kraciaste koszule, wąskie spodnie, prochowiec. Wszystko no logo. Wygląda jak każdy, a przynajmniej jak większość bywalców modnych warszawskich miejsc. Prekariacki everyman. W 2017 roku był drugim najczęściej słuchanym u nas (pierwsze miejsce zajął Ed Sheeran, trzecie – jedna druga najnowszego projektu Taconafide, czyli Quebonafide) artystą na Spotifyu. Nie tylko polskim, w ogóle artystą.

Korporap

Mówi się, że jego kawałki to hip-hop dla tych, którzy hip-hopu nie słuchają, że robi taki korporap dla korpoludków i o nich. Jego „Następna stacja” – poetycki zapis podróży warszawskim metrem – latem 2015 roku wdarła się na listę przebojów Trójki i tygodniami trzymała podium. Tak zwani prawdziwi raperzy i co bardziej ortodoksyjni recenzenci wytykają mu braki warsztatowe, niedoskonały i zmanierowany flow (czyli sposób wyśpiewywania rymów) czy lekką wadę wymowy. I co z tego? Ostatnie dwa sezony należą do Taco Hemingwaya – czyli Fifiego, Filipa Szcześniaka. Ten też będzie jego. Najnowsza płyta nagrana do spółki z niezwykle popularnym raperem Quebonafide zdobyła platynę już w przedsprzedaży. Trasa ją promująca, a są to głównie wielkie areny, została wyprzedana na pniu. Refren „tylko pić, jeść, spać, jak Tamagotchi” (prawie 28 mln wyświetleń na YouTube w miesiąc) podśpiewują tacy, którzy nigdy nie zapamiętali albo nawet i nie słyszeli ani jednej linijki Fisza, O.S.T.R.-y, a nawet Rycha Pei czy Popka. Takiego zjawiska nie tylko w polskim hip-hopie, ale w ogóle w rodzimej muzyce dotąd nie było.

Zaczęło się w metrze

„Jarzyna miał urodziny, pojechałem na Młociny
Rano kac dopiero przyszedł, gdy mijałem Wawrzyszew
Stale pijany, mijam Stare Bielany
Stale nabuzowany, w starych ubraniach, stale zaspany
Jakbym był religijny, tobym poszedł na spowiedź
Ale mam kłopoty z Bogiem, myślę, widząc Słodowiec
[…]”.

Podmiot liryczny, którego – jak uczą w szkole – nie należy mylić z autorem, choć ma mnóstwo jego rysów, rymuje o swojej prywatnej odysei następującej po urodzinowej imprezie u kumpla, w której kolejnymi interwałami są wyliczane nazwy stacji. W tle słychać nagrane z jego głośników zapowiedzi lektora z charakterystycznym przedniojęzykowym „ł”, odgłos zasuwających się drzwi wagonu. Słuchając, czujemy się, jakbyśmy byli wewnątrz, jechali razem z nim. Widzieli, jak leżąc, pokonuje Warszawę z góry na dół, z prawej strony na lewą. Plastycznie opisuje kacowe obolenie towarzyszące nocnemu powrotowi z kolejnej imprezy. O tym mieście przeciętym rzeką na pół i jego mieszkańcach już dawno nikt nie rymował tak doskonale i nie odtworzył jego obrazu z perspektywy pogubionego, rozciągającego w nieskończoność podróż między dzieciństwem a dorosłością prekariatu – urodzonych w wolnej Polsce dzisiaj dwudziestoparolatków na śmieciówkach:

„W tym pokoleniu, na umowie-zleceniu
Nie gada się o przyszłości i ZUS-ie, ubezpieczeniu
Ci ludzie nie chcą gadać o wpłatach na lokatach premium
I polityce/Tych pozycji raczej nie mamy w menu
(ale, ale) idę na balet i żyję wspaniale”.

Taco mówi o nich z lekkim dystansem i wielkim zrozumieniem. W końcu jest jednym z nich:

„Mam dwadzieścia parę lat, moje plany giną
Kręcę się po mieście z wiecznie zblazowaną miną
Mózg jak karabin, mógłby zabić kogoś, zgładzić myślą
Ciągle w pogoni za tą straszną liczbą
Czyli sześć zer”.

On jak inni próbuje rozpaczliwie pogodzić życie za mniej niż dwa tysie z życiem, o którym marzą: podróżami, wolnością, realizowaniem własnych pomysłów i pracą dla siebie, nie dla korporacji. Sześć zer załatwiłoby problem rozdarcia między potrzebą zarabiania na życie a życiem.

Torpeda Taco

– Taco to było coś kompletnie nowego w polskim hip-hopie. Już jego „Trójkąt warszawski” z końca 2014 roku zapowiadał wyjątkowy talent. On nie ględził tylko o sobie, jak większość raperów. Mówił rzeczy ważne i prawdziwe o całym pokoleniu i to go od początku wyróżniało. A o parę miesięcy późniejsza „Umowa o dzieło” miała już wszystkie zadatki na hit: świetne teksty i przyzwoite podkłady – mówi Hirek Wrona, dziennikarz muzyczny radiowej Trójki. – Chodziłem po radiu z tą epką, pokazywałem wszystkim, gardłowałem, przekonywałem, że trzeba to puścić na antenie. Słyszałem, że nie, że warszawkowa nisza, że nikt tego nie będzie słuchał. W końcu się udało. I co? I wielotygodniowa okupacja szczytu listy przebojów i zainteresowanie, które nawet mnie zaskoczyło. W jakimś sensie czuję się ojcem chrzestnym Taco. Nie Taco w ogóle, tylko tego mainstreamowego – żartuje. – Bo to ja wyciągnąłem jego muzę z internetowej niszy i wprowadziłem do głównego nurtu, szerokiego obiegu kultury – chwali się.

To rzeczywiście był przełom. Torpeda Taco odpaliła z hukiem, choć tak naprawdę wszystko zaczęło się znacznie wcześniej.

Urodził się 29 lipca 1990 roku w Kairze, gdzie pracowali jego rodzice. Kiedy miał dwa lata, przeprowadzili się z Egiptu do Chin, a w 1996 roku do Polski. Jest dwujęzyczny. Z mamą i siostrą rozmawiał po angielsku, z ojcem po polsku. Skończył w Warszawie prestiżowe liceum im. Mikołaja Kopernika z międzynarodową maturą, później kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Studiował też antropologię na London’s College University.

W 2008 roku wrzucił do sieci dwa parominutowe filmiki, fragmenty „Upadku” z wmontowanymi własnymi absurdalnymi tekstami. Pamiętacie Hitlera, który rozkazuje swojemu sztabowi znalezienie w Warszawie imprezy, wyliczając przy okazji wszystkie ówcześnie modne w stolicy miejscówki i informując o pożarze, który zniszczył kultową Jadłodajnię Filozoficzną? Ten wiral stworzył właśnie Filip Szcześniak. Wkrótce potem dostał dość zaskakujący dowód uznania, a mianowicie propozycję pracy. – Nie tylko Filip przerabiał „Upadek”, ale to właśnie z jego tekstów umieszczanych na zmontowanych kadrach z filmu Olivera Hirschbiegela przebijał ewidentny literacki talent – wspomina Michał Wolniak, wtedy szef agencji Heureka, teraz należącej do amerykańskiego giganta reklamowego VML. – Dotarłem do niego. Był zszokowany i początkowo odrobinę nieufny, jakby trudno mu było uwierzyć, że ktoś odnajduje początkującego studenta i proponuje mu pracę. Zgodził się. Został copywriterem i szło mu bardzo dobrze, naprawdę miał talent. No, kiedy już to robił, bo zawsze miał jakieś swoje zajęcia, projekty, które go pochłaniały – śmieje się Wolniak.

Robotnik słowa

– Fascynował się muzyką, ale którego nastolatka czy dwudziestokilkulatka ona nie kręci? Jego pierwsze próby były po angielsku. Poradziłem mu, by połączył ją ze swoim talentem w kreatywnych tłumaczeniach filmów. Zaczął to robić, z sukcesem – mówi Wolniak. Błyskotliwy i przemyślany okazał się też napisany już w całości po polsku „Trójkąt warszawski”. Sam pomysł na tę epkę był oryginalny. Na polskiej scenie hiphopowej tak zwanych konceptalbumów płyt fabularnych jest jak na lekarstwo. Choć nie był pionierem w tym nurcie, stworzył album wybitny. To fabularnie spójna siedmioodcinkowa opowieść o wciąż zakochanym chłopaku zaliczającym kolejne znane kluby i knajpy w poszukiwaniu swojej eks, o niej i o jakimś Piotrku, dla którego prawdopodobnie narratora „Trójkąta…” zostawiła. Sam autor mówił, że to w sumie sztampowa historia. Zrealizowana jednak w sposób od sztampy daleki. W tle dźwiękowym przewijają się fragmenty starych kronik filmowych, w których porządni obywatele narzekają na hałasy i młodzieżowe libacje („Bo jak się popiją, to łomot, krzyki, wrzaski”).

Wypuszczona niespełna pół roku później „Umowa o dzieło” stała się hitem. Miejski prekariat ma swojego poetę, który trafia we wrażliwość dorastających ludzi i opisuje świat tak, jak oni go widzą:

„Jestem głosem pokolenia,
które nie ma nic do powiedzenia.
Mimo to relacjonuję wszystko,
wszystkie posiedzenia.
Każde wyjście, szybkie piwo.
Jeszcze szybszą miłość”.

Z ironicznym dystansem pokazuje to „wszystko”, na co on i oni mają jakikolwiek wpływ. I nazywa też ich lęki:

„Znowu dziś w Warszawie wieje wiatr,
włosy rozhuśtane jak ten biały dym z marlboro.
Znowu dziś się trupem ściele świat,
wojna przyjdzie tutaj i od ciebie mnie zabiorą”.

Pan poeta?

Rymowane pejzaże Taco to poezja czy tylko poklejone słowa? Sprawdzamy. – Adam Zagajewski powiedział mi parę lat temu, że w USA biją w tej chwili dwa żywe źródła poezji: jedno na uniwersytetach, drugie – na ulicy, wśród najbardziej uzdolnionych raperów. Taco Hemingway paradoksalnie łączy oba te źródła: niby posługuje się frazą uliczną, ale podszytą znaczną wiedzą o kulturze – mówi publicysta „Newsweeka” Piotr Bratkowski. – Czy w takim razie to poeta, czy tylko hiphopowy nawijacz z większą niż u innych samoświadomością? Pytanie trochę akademickie. Faktem jest, że ma ogromną łatwość budowania oryginalnych metafor i że słuchając go, częściej ma się skojarzenia literackie niż piosenkowe. „Umowa o dzieło” czy „Wosk” przywołują prozę Jakuba Żulczyka; bohater „Marmuru” ma coś z Mannowskiego Hansa Castorpa i trochę z Kafkowskiego Józefa K. Ten chłopak niesamowicie szybko się rozwija, ma też ogromną świadomość własnej przemiany. Nie zdziwiłbym się, gdyby któregoś dnia doszedł do wniosku, że jest już za stary, by jego nawijki brzmiały przekonująco. I wtedy, tak jak Pablopavo, może napisać świetną prozę – mówi Bratkowski.

Nieprzespane noce

Błądzący po zaczynającym się dopiero dorosłym życiu przedstawiciele pokolenia, „które nie ma nic do powiedzenia”, jak rapuje o nim Taco, zostali także bohaterami interesującego i cenionego fabularyzowanego dokumentu „Wszystkie nieprzespane noce” Michała Marczaka. Jego Krzysiek, Michał i Eva są jakby żywcem wyjęci z rymowanych opowieści Filipa Szcześniaka. Idą przez „miasto betonu i pogubionych telefonów” „ścieżką usłaną szklanym szronem iPhone’ów”. Bo „w tym pokoleniu, na umowie-zleceniu/nie gada się o przyszłości i ZUS-ie, ubezpieczeniu”. Marzy się o zarobieniu „sześciu zer”, a częściej na pytanie mamy, czy wysłać przelew, odpowiada się: „Bardzo proszę”. – Przedstawiciele tego pokolenia nie idą do pracy jeszcze na studiach, nie biorą kredytów, które na całe życie wiążą ich z miejscem zamieszkania i bankiem, który dał im pieniądze na jego zakup. Oni chcą się rozwijać, żyć tak, by nie musieć całkowicie rezygnować z marzeń, by nie pracować na kogoś przez całe życie. Zaczynają kumać, że jest bardzo wiele dróg, nie tylko ta, w którą zapędził nas kapitalizm. Dryfują, tworzą własne ekosystemy, po swojemu układają świat – opowiada Marczak. – Czeka nas społeczna rewolucja i to oni ją zaczynają. Coraz bardziej wierzę, że ci długo dryfujący, a przynajmniej wielu z nich, zmienią świat – podkreśla.

Taco już od paru lat świat układa po swojemu i zmienia. Nie podpisał kontraktów reklamowych z odzieżowymi „lejbelami”, jak ma to w zwyczaju większość raperów. Choć miał propozycje już po pierwszych, w porównaniu z dzisiejszą skalą naprawdę niewielkich sukcesach, nie związał się też z żadną dużą wytwórnią, bo kontrakt odebrałby mu wolność. Dołączył za to do hiphopowej stajni Marcina „Tytusa” Grabskiego – właściciela oficyny Asfalt Records. To u niego wydaje swoje płyty. Zaczął w sierpniu 2015 roku od reedycji płyt „Trójkąt warszawski” i „Umowa o dzieło”. Potem w dwa lata (2016–17) wrzucił do sieci cztery płyty. Kolejno: „Marmur”, „Wosk”, „Szprycera”. Pod koniec marca 2018 roku ukazał się pierwszy krążek Taconafide pt. „Soma 0,5 mg”. Podobnie jak poprzednie pojawił się w sieci trochę znienacka, poprzedzony paroma przeciekami i plotkami.

Bo strategia komunikacyjna Taco to nie komunikować. Nie dyskutować z krytykami, czy to, co tworzy, to rap czy nie rap, nie chodzić po czerwonych dywanach, o sobie opowiadać tylko to, co sam chce opowiedzieć. W piosenkach. Konsekwentnie stosuje strategię marketingową przez jej… zaniechanie. Robi muzę, daje ją fanom i każe jej samej się bronić. Albo ktoś ją kupuje, albo nie. – To zaniechanie było raczej świadome, ale to nie był jakiś makiaweliczny plan promocyjny – mówi Michał Wolniak. – Filip to otwarty, szczery artysta. Tak, słyszałem, że teraz wiele osób zarzuca mu przybieranie póz, kreowanie się, takie wyrachowane działania, a to kompletna nieprawda. Gdy media zaczęły się nim interesować, on to zwyczajnie olewał.

Olewał też klasyczny model biznesowy: nagraj, pilnuj, żeby ci nie spiratowali, sprzedaj, zarabiaj. Wrzucanie całych płyt do sieci, czyli w praktyce ich rozdawanie, powoli staje się popularne, ale prawie cztery lata temu, gdy Taco zaczynał, aż tak powszechne nie było. On nadal konsekwentnie tej drogi się trzyma. Psuje rynek, jak twierdzą starzy showbiznesowi wyjadacze?! Bynajmniej. On ten rynek doskonale rozumie. Wie, że się zmienił i walka z trendem nie ma sensu. Zaskakujące może się wydawać to, że ludzie, którzy mogą mieć muzykę za darmo, chcą za nią płacić. – To nie jest zaskakujące. Fani hip-hopu to najbardziej lojalna grupa. Jeśli krążek im się spodoba, kupią go, a potem zapłacą za bilety na koncert i w ten sposób wspierają swego artystę – podkreśla Hirek Wrona.

Sześć zer zarobił szybciej, niż mógł się tego spodziewać. – Widziałem jego próby scenariuszowe i literackie i założę się o dobry koniak, że zobaczymy go w jeszcze innej roli niż rapera – mówi Wolniak.

Nie zakładam się. Czuję, że mogłabym przegrać.