fbpx

„Grubasy” – recenzja

W foyer Instytutu Teatralnego roznosi się zapach pączków. Piramidy ułożone z kawałków bloku czekoladowego drażnią nozdrza czekających na rozpoczęcie spektaklu widzów. Dwie szczupłe panie przyglądają się plakatowi zapowiadającemu dzisiejsze wydarzenie.
Uwagę przykuwa żółta, potężna czcionka układająca się w jedno tylko słowo-tytuł: „Grubasy”.
„Czy nie można by jakoś inaczej, delikatniej?” – pyta jedna z oczekujących.
No właśnie jak się okazuje- delikatniej rzadko się zdarza. Grubas to i tak eufemizm. Inne określenia wydają się być bardziej sugestywne: gruba świnia, tłuścioch, spaślak, krowa – to litania przezwisk, które aktorzy Agnieszki Błońskiej słyszą od dzieciństwa. W przestrzeni Instytutu Teatralnego, w obecności widzów, na tle wyświetlanych zdjęć z dzieciństwa powtarzają je, dosadnie fundując publiczności nie lada próbę: mierzenie się oko w oko ze swoimi uprzedzeniami, najbardziej wstydliwymi i nieuzasadnionymi niechęciami, które w spektaklu zostają zdemaskowane i wystawione na pokaz.

Realizacja Agnieszki Błońskiej to kolejny, dotykający istotnego problemu społecznego, projekt Instytutu Teatralnego. Ponownie na casting zostają zaproszeni amatorzy,których doświadczenia, wrażliwości, wspomnienia tworzą scenariusz i formę końcowej prezentacji. Jako pierwsze tego typu przedsięwzięcie można wskazać osławiony i znany już nie tylko w Polsce, ale i za granicą Chór Kobiet – zbiorowy, żeński głos skandowany w zmiennym rytmie, który z siłą polifonii przemawia zarówno na tematy pozornie banalne, jak i całkiem poważne, problematyzując kwestię współcześnie rozumianych kobiecości.

Po Chórze do Instytutu został zaproszony Rafał Urbacki – choreograf Strzępki i Demirskiego (sławnego teatralnego tandemu z Wałbrzycha). Jego warsztat, pod hasłem alternatywnych form ruchu, zgromadził osoby niepełnosprawne i zaowocował przedstawieniem „W Przechlapanem”. Teraz przyszedł czas na kolejne społeczne tabu – otyłość.

Tytułowe grubasy mówią o niej bez żenady – podobnie jak o swojej wadze i obwodzie bioder – ze swoistą dumą wyzwoloną po latach tłumienia żalu, kompleksów. Nawet z pewną bezczelnością obnażającą i nazywającą chamstwo, brak taktu i ksenofobiczne oceny, z którymi przychodzi się im stykać na co dzień. Z oskarżeniem wymierzonym wprost w rodzinę – która w kolejne święta powtarza życzenia „żebyś miała mniejszy apetyt”, w znajomych i kolegów – strojących niewybredne żarty, w całkiem nieznajomych – którzy z pogardą prychają i rzucają ukradkowe spojrzenia twierdząc, że „każdy grubas to grubas z wyboru”.
Aktorzy rekonstruują swoje wspomnienia i poddają badaniu zbiorową wyobraźnię, która nie radzi sobie z kimś, kogo uważa za pozornie innego od większości.

Kolejne sceny spektaklu zbudowano jako wielowątkową, przeplatającą się narrację, w której głosy każdego z występujących pojawiają się naprzemiennie. Uzupełniają, komentują te symboliczne aranżacje i prowizoryczne odtworzenia choreografii i dialogów z codziennego życia osoby otyłej. Przerysowane gesty i dziwaczne zbiorowe układy, jak trening biegania, czołganie się do lodówki, dieta z liściem sałaty, która kończy się zjedzeniem talerza, składają się na karykaturalne studium społecznej nietolerancji i międzyludzkiego okrucieństwa. W powietrzu nieustannie wisi pytanie o to, kto i dlaczego ustala normy i dyskursy operujące wokół kategorii ciała.

W prostych tekstach, improwizacjach aktorskich i przywoływanych hasłach-kluczach pojawiają się reminiscencje rodzinnych spotkań, bolesne, wyryte w pamięci komentarze. Ich powtarzanie, przepowiadanie, ich zapętlone w nagraniu brzmienie ma w sobie coś z terapeutycznego oswojenia i zostaje ośmieszone, zneutralizowane. Bolesny rytuał wejścia na wagę zostaje przemieniony w scenę kontemplacji ciała, które w geście pomnikowego zastygnięcia prezentuje się jako piękne, klasyczne, reprezentacyjne. Podobnie w scenie operowej, która jest jak nałożenie ramy: oto dotychczas niezdarne, ciężkie figury zamieniają się w niezwykły obraz, jakby barokową grupę malarską.

Ostatecznie, po kilkudziesięciu minutach trudno pozbyć się przekonania, że miarą szczęścia jest polubienie siebie i tautologiczna zgoda na to, że jestem sobą w całości, w pełni. Szalony taniec w koszulach w poprzeczne pasy to finałowa scena, manifest obfitego piękna, który jest jak wyzwanie rzucone widzowi. Bo, jeśli ktoś czuje się pod koniec wieczoru odrobinę niezręcznie, to właśnie widz.

„Grubasy”, reż. Agnieszka Błońska, Instytut Teatralny