Ten Typ Mes: Zamach na przeciętność

Ten Typ Mes, fot. Wiktor Franko

Powiedzieć o nim, że jest jednym z najbardziej znanych polskich raperów, to jednak mało. Bo Ten Typ Mes swobodnie przekracza granice gatunków, a lista artystów, z którymi współpracuje, jest imponująca. Ten rozmach nie ogranicza się zresztą do muzyki. Przyznaje: – Potrzebuję odpowiedniej dawki silnych wrażeń, żeby czuć, że żyję.

Ten Typ Mes jest dla polskiego hip-hopu tym, czym Alexis dla »Dynastii«”, to słowa jednego z twoich współpracowników. Brzmią złowieszczo.
To, że wziąłem sobie za cel być w kontrze i staram się kilofem swojego warsztatu, talentu i poglądów robić wyłom, wynika raczej z dobroci serca niż z niecnych zamiarów.
Mam radykalne poczucie sprawiedliwości zarówno społecznej, jak i artystycznej, i nie mieści się w nim to, że osoby, które mają problemy z wysławianiem się i poczuciem rytmu, piszą teksty, wydają płyty i znajdują odbiorców. Za dużo ludzi się do sukcesu hiphopowego pcha, wartość artystyczna kłóci się z możliwością zarobienia dużych pieniędzy. Dlatego jeśli pytasz mnie o polski hip-hop, będę występował raczej z pozycji opozycji.

Co ci chodziło po głowie, kiedy przy słynnym projekcie „Albo inaczej” zapraszałeś do współpracy Krystynę Prońko, Ewę Bem czy Zbigniewa Wodeckiego? Skąd wziął się tamten pomysł, żeby tacy artyści śpiewali klasykę polskiego hip-hopu w nowych, głównie jazzowych aranżacjach?
Poza pierwszą myślą, żeby to zrobić, bo to będzie ciekawe i odświeżające, chciałem połączyć świat dobrych tekściarzy i ludzi, którzy zajmują się wokalem.
Pamiętam, że na początku była konsternacja. Musiałem odpowiadać na pytania, po co te wszystkie przekleństwa, czy na pewno są konieczne. Tłumaczyłem, że chodzi o swobodę wypowiedzi, nie ma barier, żadnej autocenzury, coś, co dla mnie samego, kiedy byłem nastolatkiem i ciągnęło mnie do hip-hopu, było najbardziej atrakcyjne. Ale już w czasie nagrań widziałem zmianę – łączność między asami pokroju Krystyny Prońko czy Zbigniewa Wodeckiego a tekstami, przez które mieli się przedrzeć. Widziałem, jak się w nich coś otwiera, że to czują. Byli w stanie wyrzucić z siebie mnóstwo słów w odpowiednim rytmie, słychać było, że dostrzegają podobieństwo do tych wszystkich jazzowych standardów wypełnionych ciasno sylabami.

Jesteś chyba na naszym rynku rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę muzycznych kooperacji. Nagrywałeś choćby z Dawidem Podsiadłą, Marią Peszek, Moniką Borzym, pisałeś teksty dla Korteza i Mroza. To sprawa wrodzonej nadpobudliwości czy ambicji łączenia muzycznych światów?
Ktoś, kto zna tylko moją jedną imprezową piosenkę, może myśleć, że nie robię nic, tylko piję wódę od rana, a ja właśnie nie chcę grać ciągle tej samej piosenki przez 50 lat. Nie chcę jak artysta folkowy zap…..lać tego samego utworu na bandżo przy akompaniamencie fletu. Pewnie można tak żyć, ale mnie od jednego instrumentarium już po trzech latach odpadłby mózg. Za to nie mam nic przeciwko, żeby z takim folkowym artystą współpracować. Jest tyle pięknych dźwięków. Chciałbym je mieć, okiełznać. To, że nagrywam ballady, muzykę elektroniczną, jazz, wynika z mojego głodu muzyki, chcę zrobić jak najwięcej, zanim umrę.

Ta chęć, ten głód są także pozamuzyczne?
Powiedzmy, że potrzebuję w skali roku odpowiedniej dawki silnych wrażeń, żeby czuć, że żyję.

Komu pierwszemu powiedziałeś, że chcesz być raperem?
Nie pamiętam, byłem jeszcze przed liceum. Słyszałem skandaliczny rozdźwięk między tym, jakie to wszystko jest profesjonalne i piękne, świetnie napisane, doskonale zmiksowane i nagrane w Stanach, czyli jak to powinno brzmieć, a jak brzmi u nas. Próbowałem słuchać Liroya czy pierwszego Kalibra 44 i nie mogłem, nie słyszałem, co mówią. Więc zakasałem rękawy i wraz z przyjaciółmi postanowiłem przełożyć ten amerykański profesjonalizm na polski realizm.

To właśnie oznajmiłeś rodzicom? Że tym masz zamiar zajmować się w przyszłości?
Nadmiar ambicji nie jest w naszej rodzinie niczym dziwnym. Ale też jestem z domu, w którym dopóki się czegoś nie osiągnie, nie ma o czym mówić. Poza tym warto pamiętać, że chodziło o czasy, w których to, że nie pisałem piosenek o tym, jak przetrwać na ulicy albo ile blantów jaram, było zasadniczym problemem. Problemem, który niejednokrotnie musiałem rozwiązywać pięścią, w defensywie, o czym zresztą świadczą moje liczne hospitalizacje i blizny.

Mama radiolog, ojciec chirurg. Ty też miałeś zostać lekarzem?
Bylebym studiował, to było najważniejsze, już w mojej gestii było co. Mama uważała, że wyższe wykształcenie jest gwarantem, że wyjdę na ludzi. Nie winię jej za to, jest trochę z innej epoki, urodziła się w powstaniu warszawskim. Mnie przyszło żyć w czasach, kiedy mnóstwo ludzi, którzy mogli zająć się czymś bardziej pożytecznym, poszło na różne turystyki, hotelarstwa, nie wiadomo po co tracili pieniądze i czas.
No więc miałem się uczyć, ale się nie uczyłem i w momencie, kiedy rzuciłem studia – byłem przez sekundę studentem reklamy, a potem przez drugą sekundę studentem dziennikarstwa na prywatnych uczelniach – nastąpiło pewne tąpnięcie. Drugie tąpnięcie nastąpiło po tym, jak wyprowadziłem się z domu w wieku lat 20. Dla mnie ani wcześnie, ani późno, ale mama myślała chyba, że zostanę z nią trochę dłużej, mój brat i siostra już dawno wyszli z domu. Całe szczęście w naszej rodzinie niezależność była przyjmowana raczej dobrze niż źle, nikt mnie nie prowadził na rodzinnej smyczy. Nie udawałem przed mamą, że jednak chodzę na te studia, nie bałem się powiedzieć, że się wyprowadzam, czyli jednak dobrze mnie wychowała.

Ojciec?
Miałem z nim ograniczony kontakt. Pewnie dowiedział się od kogoś z rodziny, że wydałem płytę, a kilka miesięcy później ja mu tę płytę wręczyłem.

Jak sobie wyobrażałeś cały ten hip-hop? Że to coś, co przyniesie ci pieniądze, sławę, tłumy zapatrzonych w ciebie dziewczyn?
Raczej zakładałem plan minimum. Żebym nie miał długów, nie był dla nikogo ciężarem, miał na jedzenie i na flaszkę, mógł żyć z muzyki. Dziewczyny? Młodzieńczą wersję siebie zapamiętałem raczej jako kogoś, kto obsesyjnie boi się odrzucenia. Gdybym miał najkrócej wytłumaczyć, dlaczego nie należy zostawiać własnych dzieci, tobym powiedział, że właśnie dlatego – żeby ich nie spier….ć. Niektóre blokady, nawet jak je przepracujesz, i tak w tobie zostają. Oczywiście, moi dzietni rozwiedzeni znajomi odpowiedzą, że nie wiesz, jak fatalnie mogłoby być w domu, gdyby jednak rodzice zostali razem, i pewnie obie strony mają rację.

Mówisz o nieobecnym ojcu, jakie w takim razie były twoje wzorce męskości?
Brat, przez te lata, kiedy jeszcze z nami mieszkał, i popkultura. No wiesz, goście z „Miami Vice”, „Vabanku”. Zajebistą postacią był mój dziadek ze strony mamy, założył lotnictwo ratunkowe w Polsce, ale jego nie poznałem, umarł, zanim się urodziłem.

A teraz? Masz poczucie, że twoja rodzina jest z ciebie dumna?
Myślę, że coś się ruszyło 10–12 lat po moim debiucie. Fajnie, natomiast o ile w życiu osobistym i emocjonalnym miałem problemy z różnymi rzeczami, o tyle nigdy nie miałem wątpliwości, że jestem dobry w tym, co robię. Więc kiedy moja mama czy brat zorientowali się, że może coś ze mnie jednak będzie, to moją reakcją nie było: „Mój Boże, tyle lat starałem się wam to udowodnić!”. Tylko raczej: „A nie mówiłem?”.
Dzieci mojej siostry znają moje teksty mimo przekleństw. Z adnotacją, że tak się nie mówi.

Odwołujesz się do Etgara Kereta, Mariny Abramović, Marka Edelmana. Zwracasz się do słuchaczy wielkomiejskich i dobrze wykształconych?
Gdybym mierzył kogoś wykształceniem, byłby to chyba największy chichot losu. Chodzi raczej o pewien rodzaj wrażliwości. O tego chłopaka w klasie, który czuje się tak, jakby był sam na świecie.

W piosence „Codzienność” z Dawidem Podsiadłą śpiewacie o horrorze wspólnego życia na kredyt w złotówkach lub frankach. Na płycie „Zamach na przeciętność” wspominasz o chłopaku, który jest najsmutniejszym gościem na swoim ślubie. Nie jesteś fanem stabilizacji?
Moje życiowe sprawy są ustabilizowane od jakichś 15 lat. Wspomniałem, jaki plan zakładałem sobie, mając lat naście. Że będę sam, bez długów, nie będę od nikogo finansowo zależny, co mi się udało, a teraz to samo udaje nam się we dwoje. Nie jesteśmy dla nikogo ciężarem, tworzymy niezależną komórkę społeczną, płacimy podatki i wysoko cenimy pracę z sensem. Moja dziewczyna jest nauczycielką, uczy dzieci, ja staram się swoją muzyką dokładać coś sensowego do rzeczywistości.

Na ślubach podobno nigdy nie gratulujesz parom.
Bo nie jestem fanem ślubów, zwłaszcza jeśli mówimy o sakramencie. Za to jestem fanem miłości. Nie walczę z tym, że jakiś Paweł z Magdą się kochają i chcą mieć dzieci, i też nie sądzę, żebym kogoś zdołał zakrzyczeć ani komuś popsuć radość ze ślubu.

Zawód, który uprawiasz, ma skutki uboczne?
Dziesiątki. Jeszcze nie zwariowałem, ale już kilka razy byłem na granicy. Oczywiście, znam swoje miejsce w społeczeństwie, wiem, jak moje zawodowe obciążenia mają się do 12-godzinnej zmiany pielęgniarki czy do pracy strażaka, który jedzie na akcję, bo metan ulatnia się w kopalni. W porównaniu z nimi moja robota jest spoko, mogę narzekać na mechanizmy rządzące show-biznesem, ale na swoje życiowe wybory już nie. A jednocześnie trudno wytłumaczyć komuś, kto zajmuje się czymś innym niż ja, że jednak ta robota mąci w głowie. Że dochodzi do przedziwnego sprzężenia. Najpierw wychodzisz na scenę, wcześniej się strasznie tremujesz, czy dobrze wyjdzie. Załóżmy, że wychodzi nawet spoko, i publiczność, i ja dobrze spędzamy czas. Idziemy więc się po koncercie napić, porozmawiać, bo zawsze częścią moich koncertów jest after z ludźmi, i ja jestem całkowicie do ich dyspozycji. Można podejść, macać mnie, zrobić sobie ze mną zdjęcie, pić ze mną alkohol. Ta sama rzecz, która mnie karmi, jednocześnie powoduje, że at the end of the day odklejam się od rzeczywistości.
I kiedy bus zawozi mnie pod dom i teoretycznie napięcie powinno ze mnie ujść, nie jestem w stanie wrócić do normalnego rytmu. Czasem wystarczy to przespać, wyrównać gospodarkę chemiczną organizmu. Czasem nie.

Dobrze zrozumiałam? Serio mówiłeś o tremie?
Miałem jakiś czas temu szybkie spotkanie z Katarzyną Nosowską, zostaliśmy zaproszeni na występ zespołu Xxanaxx w Stodole. I w tej Stodole, na tym backstage’u, chodzimy oboje jak struci, widać po nas, że w tym konkretnym momencie chcielibyśmy być wszędzie, tylko nie tam, nienawidzimy tej sekundy. No więc patrzę zdziwiony na Nosowską: „Myślałem, że z tego się wyrasta!”. A Katarzyna na mnie: „Ni cholery!”. No właśnie, nie wyrasta się.

To, że w tekstach się odkrywasz, przynosi ulgę? Jest dla ciebie czymś w rodzaju sesji terapeutycznej czy, jak kto woli, spowiedzi?
Spowiedzi w to nie mieszajmy, ale tak, to dość skuteczny zrzut emocji, porównywalny do terapii. Na scenie, ale też już w procesie pisania, kiedy nazywam rzeczy po imieniu. Zostawmy ogólniki, niech inni piszą tępym ołówkiem, ja jestem zajarany, że dotkniemy jakiejś prawdy o człowieku. Bo wcale nie czuję się wyjątkowy i myślę, że dotykając prawdy o sobie, dotykam też prawdy o innych, którzy te same problemy będą mieli przede mną czy po mnie.

W tym roku będziesz kończył 37 lat. Robi ci różnicę, że powoli dobijasz do czterdziestki?
Robi. Nie mam wątpliwości, że w moim przypadku nadejdzie kryzys wieku średniego, zresztą przecież nie ja ukułem ten termin, tylko ludzie mądrzejsi ode mnie. Uważam to za jednocześnie zabawne i żenujące, że coś się jednak bezpowrotnie skończy.

Na przykład co?
Z cyklu „problemy pierwszego świata” – uważam, że gość powyżej czterdziestki w czapce typu full cap, czy jak kto woli garnek (prosty daszek i duża kopuła), to jest skandal. Drugą skandaliczną rzeczą są buty do koszykówki, za kostkę. Jeśli nie jesteś młody albo nie jesteś koszykarzem, to ich nie noś! Jak to możliwe, że kobiety wypuszczają tak mężczyzn z domu na miasto? Teraz to się wymądrzam, ale czy aby sam nie stracę trzeźwej oceny sytuacji w okolicach 40. urodzin? Będę się musiał wszystkich naokoło pytać, czy to, co wyprawiam pozamuzycznie, nie jest przypadkiem skrajnie żałosne.
Efekt może też być inny, lepszy; zacznę z większym luzem przyjmować krytykę. I może przewrotnie o to chodzi gościom w tych czapkach i gigabutach – nie o lans, ale o manifest luzu i zdrowej obojętności? Przekonam się niebawem.

Ten Typ Mes, fot. Wiktor Franko

TEN TYP MES (właśc. Piotr Szmidt) – rocznik 1982. Raper, wokalista, producent muzyczny, autor tekstów (m.in. dla Korteza) i felietonów do magazynu kulturalnego „Co Jest Grane 24”, jest też współwłaścicielem wytwórni muzycznej Alkopoligamia. Ma na koncie dziesięć albumów, w tym trzy, które zdobyły status złotej płyty. Był dwukrotnie nominowany do nagrody Fryderyki.