Umberto Eco: dżentelmen z zamiłowaniem do książek

fot. BewPhoto

Pasowało do niego wiele określeń: geniusz, bibliofil, erudyta, mistrz, człowiek… Jego postawa to przykład na to, jak godnie i bezszelestnie przejść przez życie, zostawiając po sobie uśmiech i wielką literaturę.

Był prawdziwym człowiekiem renesansu. Pisał, podróżował, rysował mapy i plany budynków, kolekcjonował dokumenty i listy, a czasami szkicował plany okrętów. Gdy pracował nad „Imieniem róży”, wykonał portrety wszystkich mnichów, którzy pojawili się w jego książce. Z kolei aby w „Wahadle Foucaulta” opisać nocny spacer przez Paryż, kilka nocy z rzędu między drugą a trzecią nad ranem chodził tą trasą po mieście, zapisując na kieszonkowym dyktafonie wszystko, co widział, „tak, by później każda nazwa ulicy i każde skrzyżowanie zgadzały się z rzeczywistością” – jak wyjawił w „Wyznaniach młodego pisarza”. Co ciekawe „Wyznania” pojawiły się 28 lat po opublikowaniu jego pierwszej powieści i tuż przed 77 urodzinami. „Dlatego” – napisał Umberto Eco we wstępie do książki – „uważam siebie za bardzo młodego i wielce obiecującego pisarza, który jak dotąd wydał tylko pięć powieści i który w następnych pięćdziesięciu latach z pewnością wyda wiele następnych”.

Dar niebios

Dziadek pisarza był podrzutkiem, stąd „rodowe” nazwisko Eco, będące akronimem łacińskiego zwrotu ex caelis oblatus, który oznacza „dar niebios”. Umberto urodził się 5 stycznia 1932 roku w prowincjonalnej Alessandrii we Włoszech. Jego ojciec Giulio miał dwanaścioro rodzeństwa i pracował jako księgowy, dopóki nie został powołany do armii. W czasie II wojny światowej Umberto wraz ze swoją mamą Giovanną przeprowadził się do małej miejscowości położonej u zbocza góry Piemont.

Rodzice, głównie ojciec, marzyli o tym, by syn został prawnikiem. Eco jednak fascynował się średniowieczem, filozofią i literaturą. Swoją pracę doktorską poświęcił Tomaszowi z Akwinu. Został wychowany na katolika, ale stracił wiarę. Sam nie określał siebie jako ateisty, chociaż w wywiadach twierdził, że lepiej żyć tak, jakby Boga nie było. Uważał, że takie podejście jest niezbędnym warunkiem moralności, i dodawał: „Gdybyśmy wiedzieli, że Bóg istnieje albo nie istnieje, nie byłoby ani filozofii, ani teologii”.

Bycie agnostykiem z pewnością pomagało mu utrzymywać relację z kardynałem Carlo Marią Martinim. Efektem ich spotkań była książka „W co wierzy ten, kto nie wierzy”, która jest jednym z przykładów na niezamierzone lekcje szacunku wobec drugiego człowieka, jakich Eco udzielał nam przez całe swoje życie. Zresztą wszystkie jego książki, łącznie z „Imieniem róży”, precyzyjnie skonstruowane, stworzone były od samego początku z respektem dla słów i czytelników.

Młodzi adepci psychologii, którzy dopiero co zdobyli umiejętności asertywnej odmowy, wyrażania się „komunikatem ja” czy aktywnego słuchania, czasami sprawiają wrażenie obdarowywania swojego rozmówcy pełnym szacunkiem. Patrzą w oczy, pozwalają kończyć zdania, parafrazują i potakują głową, nie potrafiąc jednak przestać oceniać, interpretować i szukać w słyszanych wypowiedziach dowodów na ukrytą patologię rozmówcy.

To przywara nie tylko wielu psychoterapeutów, ale również trenerów i coachów, którzy pod wypowiedzianym żartem, ironią czy sarkazmem widzą ukrytą złość czy deficyty w relacji z matką. Pozorna zgoda na słyszane słowa ukrywa protekcjonalność, a pozorna otwartość na drugiego człowieka i chęć niesienia pomocy zmienia się czasami w litość. W takim spotkaniu nie ma miejsca na szacunek, na zrozumienie, że pomiędzy dwójką osób może być sporo różnic, które nie stoją w opozycji do głębokiej więzi. Tak postrzegane różnice nie wykluczą rozmowy pełnej emocji i porozumienia. „Jeśli mamy wieść dialog, to musi on obejmować także obszary, na które nie ma zgody” – napisał Eco w książce „W co wierzy ten, kto nie wierzy?”.

Po pierwsze, dyskrecja

Dowcipny, towarzyski, rodzinny. Życie spędził u boku żony, Renate Ramge, pochodzącej z Niemiec nauczycielki sztuki. Pobrali się w 1962 roku, mieli syna i córkę. Z szacunku do siebie i swoich bliskich Eco dbał, by chronić swoją prywatność. Jak powtarzał, na szczęście jego życie nie było spektakularne, a nawet interesujące. „Bardzo trudno byłoby sfotografować mój udział w orgii, trudno też byłoby mnie nakręcić w przebraniu baletnicy w chwili, gdy poddaję się nieumiarkowanym praktykom seksualnym jakiegoś generała karabinierów” – tłumaczył Jarosławowi Mikołajewskiemu z „Gazety Wyborczej”. Inną strategią zniechęcającą media do grzebania w prywatności było zdaniem Eco publiczne nagłaśnianie: „Gdybym na przykład miał jakąś wstydliwą chorobę, prawdopodobnie natychmiast nadałbym temu rozgłos: Słuchajcie, złapałem chorobę weneryczną! Od razu wszyscy przestaliby się tym interesować. Taką zasadę można stosować oczywiście tylko w przypadku rzeczy błahych – wystarczy je ogłosić publicznie. Jeśli chodzi o rzeczy ważne, to po prostu należy dyskretnie milczeć. Jestem dżentelmenem i jeśli miałem stosunek z jakąś panią, to nie powiem o tym nawet po trzydziestu latach, nawet najbliższemu przyjacielowi. A więc nikt nie będzie miał okazji do plotek, ponieważ nikt nie będzie się nawet domyślał, że ja coś takiego robię”.

Średniowieczny kryminał

Eco był nie tylko dżentelmenem, ale i idealistą. Chciał zostać dziennikarzem i zajmować się sztuką, ale podobno kilka dni w więziennym szpitalu zabiło jego marzenia. Ostatecznie wybrał karierę naukową, chociaż to mu nie wystarczało, i już pod koniec studiów zaczął pracować w telewizji, a później w wydawnictwie. Został profesorem zwyczajnym, autorem wielu książek naukowych, otrzymał również kilkadziesiąt tytułów doktora honoris causa, między innymi od Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

Nie marzył o życiu pisarza, a pomysł na napisanie „Imienia róży”, które przyniosło mu międzynarodowy rozgłos, pojawił się przypadkowo. Znajoma dziennikarka zgłosiła się do niego z propozycją napisania opowiadania kryminalnego. Eco odmówił, twierdząc, że nie ma talentu do dialogów. „Dla żartu powiedziałem jej, że gdybym miał napisać opowiadanie kryminalne, jego akcja rozgrywałaby się na pewno w średniowiecznym klasztorze, a sama książka miałaby co najmniej 500 stron. Ale kiedy tylko wróciłem do domu, proszę mi wierzyć, natychmiast zacząłem sporządzać listę imion zakonników. A więc mogę powiedzieć pod słowem honoru, że nawet nie poprzedniego dnia, lecz trzy godziny wcześniej, zanim zacząłem pisać »Imię róży«, nie myślałem, że kiedykolwiek napiszę powieść” – zdradził w rozmowie z Jarosławem Mikołajewskim.

Książka została opublikowana w 1980 roku i przetłumaczona na 44 języki, a jej nakład przekroczył 30 milionów egzemplarzy. Pisarz miał wtedy 48 lat. Żartował, że w tym wieku zazwyczaj mężczyzna ucieka ze striptizerką – podczas gdy on napisał powieść.

Zawsze w cieniu swoich książek

Im dłużej żył, tym bardziej zmęczony był prośbami o opinię, komentarz, wypowiedź – przywoływał Sokratesa, jednego z największych intelektualistów, który powtarzał, że wie tylko to, że nic nie wie. Gdy w 1994 roku jego rodzinną Alessandrię dotknęła powódź, dziennikarze pytali go, co o tym myśli. „Wrzeszczałem do słuchawki: A co ja, do jasnej cholery, mam myśleć o powodzi?! Chce pan usłyszeć ode mnie, że jestem zadowolony?
Że jest mi przykro? Kiedy umarła Greta Garbo, pytali mnie, co ja o tym myślę. Więc znowu wrzeszczałem: A co pan chce, żebym powiedział?! Że jestem szczęśliwy, że ta stara baba wreszcie umarła?! Mogę powiedzieć: O tak, umarła wielka aktorka, ale proszę zwrócić uwagę, że to samo może powiedzieć pański dozorca. Niech pan zapyta dozorcy, o takie rzeczy nie trzeba pytać intelektualistów! Zawsze trzeba się strasznie namęczyć, żeby się zwolnić z funkcji wyroczni delfickiej” – mówił w wywiadzie. Z tego powodu, zmęczony nagabywaniem o opinię, przestał chodzić na wystawy, koncerty.

Postawa Eco była zaprzeczeniem tego, czego wymaga współczesny, medialny świat, zaprzeczeniem postawy wielu osób, które odniosły sukces albo o sukcesie marzą. Pisarz, wybitny intelektualista, był świadomy, że to, co stworzy, może mieć większą wartość od niego samego. Inwestował w swój umysł, w rzemiosło, którym się posługiwał. Nie bał się zabierać głosu w sprawach publicznych i krytykować polityków swojego kraju, by z podobną lekkością wyznać, że najciekawsze książki czyta w toalecie. Jednak nigdy nie epatował swoją prywatnością, życiem osobistym, nie wyprzedał się.

W rozmowie z Mikołajewskim Eco opowiedział o mężczyźnie, który założył w Internecie stronę, po to by pokazać własne jelita – sfotografowane podczas kolonoskopii. „O ile interesuje mnie to, co znajduje się w moich własnych jelitach, ponieważ od tego zależy moje życie, to wygląd jelita tego człowieka nie obchodzi mnie w najmniejszym stopniu. A jednak ten mężczyzna, tylko po to, żeby się pokazać publicznie, zamieścił w Internecie fotografię swojego wnętrza. Prawdopodobnie nie znalazł innego sposobu na to, by wymknąć się anonimowości, uciec od szarości życia” – spuentował.

Epitafium dla bibliofila

Kiedy zmarł, 19 lutego 2016 roku w wieku 84 lat, po trzech latach zmagania się z rakiem trzustki, Justyna Sobolewska, krytyczka literacka, na łamach „Polityki” napisała: „Bliski mi był szczególnie ten Eco – bibliofil, posiadacz księgozbioru złożonego z około 50 tysięcy tomów. Kiedy ktoś zadawał mu pytanie, czy wszystko przeczytał, miał dwie odpowiedzi: Pierwsza: »Nie. Są tu tylko książki, które muszę przeczytać w przyszłym tygodniu. Te, które już przeczytałem, znajdują się na uniwersytecie«. I druga: »Nie przeczytałem żadnej z nich. W przeciwnym razie po co miałbym je tutaj trzymać?«”.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »