fbpx

W podomce, ale dama. Irena Santor

W podomce, ale dama. Irena Santor
Do wszystkiego musiałam dojść sama i bardzo się z tego cieszę, bo mam szacunek dla tego zawodu - mówi Irena Santor. (Fot. Marlena Bielinska)

Mimo kilkudziesięciu lat na scenie nadal zachwyca głosem, klasą i otwartością na zmiany. Szanuje swoją prywatność, ale nie kryje wieku. A nade wszystko lubi być zwyczajna. Nam opowiada o sztuce, która pomaga przetrwać trudne chwile, i o ludzkiej dobroci, w którą bardzo wierzy.

Cała Polska nazywa panią „Santorką”. Lubi pani to?
Bardzo, bo to jest odniesienie do Ordonki – artystki, którą szanuję i uwielbiam za to, że nie tylko była utalentowana, ale mocno pracowała nad sobą, i stała się symbolem epoki.

I jest w tym pewna bliskość: „Santorka”, wielka artystka, dama, ale nasza, nie zdystansowana.
Zawsze pragnęłam, żeby publiczność zaakceptowała moją zwyczajność. Kiedy idę do warzywniaka, nie muszę mieć starannego makijażu. Nie mówię, że mam chodzić zaniedbana, uważam, że z szacunku dla ludzi trzeba być dobrze ubranym i umytym, ale po pietruszkę idę sobie jako ja, a nie jakaś znana postać. I kiedy sprzedawczyni mówi: „o, byłam wczoraj na pani koncercie i bardzo mi się podobało”, to odpowiadam: „dziękuję, jest mi bardzo miło, poproszę jeszcze trzy marchewki”. Wysyłam informację, że jestem zupełnie zwyczajnym człowiekiem i bardzo mi zależy, żeby tak mnie postrzegano i aprobowano. Moja przyjaciółka kłóci się o to ze mną, mówi: „jeśli znów pójdziesz po pietruszkę bez klipsów i makijażu, to nie chcę cię znać!”. Terroryzuje mnie już od dziesiątków lat, ale daremnie. Jestem artystką na scenie, tam mam do przekazania pewną intencję, sztukę. Ale w domu, jeśli państwo przyjdą do mnie na herbatę, to proszę się nie gniewać, że będę w podomce. Może ładnej, ale w podomce.

W podomce, ale dama! Zacytuję Jerzego Waldorfa: „First Lady polskiej piosenki, wyróżniająca się swoim zachowaniem w każdej dziedzinie”. Od lat ma pani taki wizerunek. Jak to się robi?
Nie znam jakiejś specjalnej techniki, po prostu jestem, jaka jestem. Szanuję swoją prywatność, nie znoszę publicznego wywlekania własnych spraw, nigdy nie łączę ich z występami. To, co miałam zakodowane od początku, to pewność, że muszę śpiewać siebie. Może to się podobać albo nie, ale to musi być moje. Zachować artystycznie siebie i oddzielić od tego prywatność – jest bardzo trudno, bo na to, co wyśpiewam, ma przecież wpływ także to, co przeżywam, chociaż o tym nie opowiadam… Zresztą na pewne refleksje potrzebne są lata przemyśleń. Ja dopiero teraz odważam się o nich mówić, dlatego że już schodzę ze sceny. Teraz mogę powiedzieć, co było dla mnie ważne i najważniejsze.

Co było najważniejsze?
Publiczność. Z czym wyjdzie z sali koncertowej, co przeżyje, co zapamięta. Jak reaguje, bo koncert odbiera się natychmiast. My, artyści, wyczuwamy, które brawa są szczere, a które grzecznościowe. A bywa też, że publiczność nagrodzi kogoś ponad zasługi, więc trzeba się pilnować. Ja na przykład mam swojego krasnoludka na ramieniu. Siedzi tam i mówi:
„o, kochana, to było niezasłużenie!”. Wredny jest bardzo, bo zawsze mówi prawdę. A bywa, że podczas występu coś się omsknie. Może nawet to być niezauważalne dla słuchacza, ale krasnal czuwa i szepcze swoje do ucha, a człowiek ma do siebie pretensje, mówi: „cholera, nie tak poszło!”. Chociaż nie ma dziś obowiązku śpiewania tak kryształowo, że każda nutka powinna być czysta jak łza – dla mnie to wciąż ideał.

Jest pani perfekcjonistką?
I samoukiem – z podsłuchu i podglądu. Widzi pani, ja do swojego zawodu dochodziłam długo, długo i cierpliwie. W latach 60. nie było dostępu do tego, co dzisiaj jest normalną rzeczą: do szkół estradowych, nauki baletu czy kształcenia określonego gatunku śpiewu. Do wszystkiego musiałam dojść sama i bardzo się z tego cieszę, bo mam szacunek dla tego zawodu.

Co było szczególnie trudne?
Przejście od stylu ludowego na styl estradowy. Muzyka ludowa to potężne źródło, przecież sięgali do niego najwięksi artyści: Chopin, Kilar, nawet Penderecki. I ja piłam z tego źródła, ale kiedy po ośmiu latach w „Mazowszu” odeszłam z zespołu, trudno mi było ot, tak się przeobrazić. Pomogła mi Barbara Fijewska, która wówczas reżyserowała „Kram z piosenkami” w Teatrze Ateneum. Ona tłumaczyła mi, czym jest śpiewanie estradowe. Poprosiła dyrektora Janusza Warmińskiego, żeby pozwolił mi śpiewać w chórku. To było bardzo kształcące: być wśród śpiewających aktorów, których domeną jest interpretacja słowa. Słuchałam ich i zastanawiałam się, na czym to polega, że wykonanie tak mi się podoba, mimo że przecież oni ciut fałszują… Podglądałam ich, podsłuchiwałam. Potem wiele dała mi praca w Teatrze Syrena, który był gniazdem najwybitniejszych artystów, grali tam Krukowski, Bielenia i Brusikiewicz, Sempoliński, Dymsza, Kwiatkowska, Korsakówna, Kraftówna, Janowska, Bielicka… Z kolei praca w radiu była wielkim egzaminem. W orkiestrze grali świetni muzycy, kształceni jeszcze przed wojną, początkującym jak ja stawiali wysokie wymagania. Trzeba było przychodzić perfekcyjnie przygotowanym do występu. Śpiewało się utwór od początku do końca, nie było dubli i powszechnego teraz przycinania i montażu tekstu. Była próba na wyłapywanie błędów w zapisie, potem pierwsze nagranie „na brudno”, potem „na czysto”, i do widzenia.

Śpiewała pani w radiu i była już znana słuchaczom, kiedy przyszedł wielki triumf na festiwalu w Sopocie.
Tak, na walc „Embarras” spływają laury, debiutantka dostaje pierwszą nagrodę. Może się człowiekowi przewrócić w głowie! Ale mnie to zachęciło, żeby się dalej uczyć. Bo czy ja po tym walcu umiałam wszystko? Skąd! Zaczynałam raczkować. Chciałam pójść do szkoły dramatycznej, ale profesor Aleksander Bardini powiedział, że muszę zdać egzamin, uczęszczać pięć lat na zajęcia, a potem dopiero wyjść na estradę. Nie miałam na to czasu. Pracując czynnie na scenie, nagrywając w radiu, nie można odejść na pięć lat, żeby uczyć się zasad dykcji, zresztą dobrą dykcję dostałam od Pana Boga w prezencie. Chciałam pójść do szkoły tak trochę w czapce niewidce, żeby zobaczyć, w jaki sposób oni uczą się odczytywania tekstu, interpretacji.

W podomce, ale dama. Irena Santor
(Fot. Marlena Bielinska)

Na wizerunek, prócz głosu i interpretacji, składa się także gest i strój. Czy sama dobierała pani suknie?
Suknię na festiwal w Sopocie zaprojektowała Krystyna Wolińska, projektantka i autorka tekstów, to ona pisała słowa do piosenki „Maleńki znak”. Uszyła ją Moda Polska, ale sama za nią zapłaciłam, bo nikt artystom strojów nie fundował. A Moda Polska też nie przyjmowała zamówień tak od wszystkich. Uszyto mi suknię, bo chodziło o festiwal, i to było dużym wyróżnieniem. To były inne czasy, wszystkiego brakowało, materiałów też.

Ówczesna dyrektor Mody Polskiej Jadwiga Grabowska miała swoje kontakty we Francji i jeździła do Paryża. Mogła kupić trochę materiału za dewizy. Bywało, że dostawałam poufną informację: „mamy taki kawałek, pani Irenko, gipiura przeznaczona dla jakiejś ważnej klientki, ale na szczęście pani dyrektor kupiła parę metrów więcej…”, i tak to miałam gipiurową suknię na Sopot. Wtedy elegancja na scenie była obowiązkiem. Zasadą było: stój przy mikrofonie i śpiewaj, ręce opuszczone, mało ruchu, jeśli coś chciało się zaakcentować, to tylko głosem. Gest to była wielka rzecz – żeby gestykulować, trzeba było mieć odwagę, dopiero potem młodzież nas nauczyła, że na scenie można się poruszać, chodzić, tańczyć.

Ale to młodzież uczy się od autorytetów. Co radziłaby pani młodym artystom?
Radzić nic nie można, najwyżej powiedzieć, czego doświadczyłam. Że wykonanie zależy od wielu rzeczy: od tego, co właśnie przeżywam, na jakim koncercie byłam, co czytałam, kogo spotkałam. Na przykład „Maleńki znak”. To piosenka o Warszawie, refleksja, że ta Warszawa jest biedna, nie taka, jaką pamiętam z dzieciństwa, ale jest cudna – mogę pójść do Łazienek, nad Wisłę. Być może któryś artysta zaznaczy inne akcenty, zaśpiewa to dynamicznie i radośnie. Wykonanie zyska inny wymiar, ale też będzie prawdziwe. Trzeba tekst przefiltrować przez siebie, a to nie jest łatwe. Za to pozwala śpiewać każdy utwór po swojemu. Czy to będzie utwór kolegi, gdybym chciała śpiewać covery, czy mój własny, bo ta sama piosenka na każdym etapie życia może znaczyć co innego.

Warto dbać o własną osobowość, rozwijać ją i nie oszukiwać. Bo warsztat warsztatem, talent talentem, ale jednak uczciwość i prawdziwość są bardzo ważne.

Wizerunek – zwłaszcza jeśli jest sztuczny –może okazać się pułapką?
Jak można stworzyć siebie na jakiś obraz, i potem już się nie zmieniać do końca życia? Boże, nie wolno! Przecież nie jestem jednowymiarowa. We mnie jest dużo różnych osobowości, różnych emocji i to wszystko jestem ja, dzisiaj taka, jutro inna.

Obecna Irena Santor jest inna niż ta z lat, powiedzmy, 60.?
Oczywiście! Kiedyś oglądałam ze znajomymi jakiś mój występ z archiwum telewizyjnego, i mówię: „słuchajcie, ale przecież ona popełniła tam błąd!”. „Kto: ona?”, „No ona, czyli ja sprzed laty”. Wszyscy się śmieli, ale dla mnie to jest „ona”, ona już była.

Ale lubi ją pani, tę dziewczynę z dawnych lat?
No lubię ją, bardzo ją lubię, bo gdybym nie lubiła, to nie miałabym nadziei na rozwój i pełną dojrzałość.

Czym jest dla pani dojrzałość?
W książce Doroty Goldpoint „Serce nie ma zmarszczek” wypowiadam się w rozdziale pod tytułem, który sobie wymyśliłam: „Trwam przemijając”. Mam szacunek dla swojego wieku i nie robię z niego tajemnicy ani z tego, że się starzeję, że w gruncie rzeczy odchodzę. Nie mówię sloganów w rodzaju: „każdy etap jest świetny, w każdym wieku jesteś piękna”. Staram się dbać o siebie, słucham lekarzy, badam się. Przykładam wagę do wyglądu, uczesania, stroju, maluję się i używam pudru, ale nie zrobiłabym sobie operacji plastycznej. Wymagam od ludzi, żeby szanowali mój wiek, akceptuję swoje zmarszczki. I to jest zwycięstwo mojego człowieczeństwa i mojej kobiecości nad upływem czasu.

Ale mówi pani, że to wcale nie jest łatwe?
Tak, bo chociaż mówię, że „trwam przemijając”, jest dla mnie rzeczą bardzo trudną przyjąć tę nieuchronność. Mam jej świadomość, ale w jakimś sensie traktuję jako przemoc wobec mnie. Nie pojmuję jej i czekam, żeby mi ktoś mądry to wytłumaczył. Gdybym ją zaaprobowała i zrozumiała, zyskałabym spokój absolutny i poczucie szczęścia.

Ma pani jakieś niespełnione marzenie zawodowe?
Nie zagrałam w musicalu. A poszłam pracować do Syreny, bo obiecano mi taką rolę. Dyrektorzy już mieli licencję musicalu na biurku, już, już miały zacząć się prace… Dwa lata to trwało, nie doczekałam się. Szkoda, bo uważam, że rola w musicalu, w której mogę się poruszać, mówić i śpiewać, to byłby dla mnie następny krok, rozwój w życiu zawodowym.

A co panią ratowało w trudnych momentach?
Mój zawód dawał mi siłę. Kiedy dopadła mnie choroba (nowotwór piersi w 2000 r. – przyp. red.), miałam mocną motywację do walki, bo chciałam jeszcze śpiewać, pojechać w kilka miejsc z koncertami. Myślałam sobie: „Jest jeszcze potencjał zawodowy, a tu jakaś choroba. No to trzeba z nią walczyć! Wyzwolić się”. Mam za sobą przeżycia osobiste tak tragiczne, że można byłoby się załamać, ale muzyka, scena przypominały, że istnieje jeszcze inna perspektywa. I nie mówię tylko o swoich występach, ale o tym, że istnieje sztuka, że mogę się w nią wtopić, ukryć, zaczerpnąć sił. Idę do filharmonii albo do teatru i mówię: „Boże, jak ten ktoś cudownie gra!”. Niemożliwie, fantastycznie, tak, że człowiek się podnosi. Nie jestem bardzo silną osobą, czasem ulegam nastrojom, ale muzyka i sztuka to mój oręż.

Bardzo wcześnie musiała pani nauczyć się żyć samodzielnie. Tata zginął w pierwszych tygodniach wojny, mama zmarła na gruźlicę w początkach lat 50. Doznawała pani wsparcia od obcych?
Kiedy jako nastolatka zostałam sama na świecie, ludzie bardzo mi pomogli. Nauczyciele, wychowawcy, sąsiedzi uczyli mnie życia i alfabetu, wiele im zawdzięczam. Moim zdaniem słusznie śpiewał Czesław Niemen, że „ludzi dobrej woli jest więcej”. Owszem, zdarzało się, że ktoś mnie zawiódł, oszukał. Zawsze byłam człowiekiem ufnym, więc dostawałam także ciosy i ciosiki, i one uczyły mnie, by patrzeć na świat trochę realniej, ostrożniej, ale nadal nie tracić wiary w ludzi. Mało tego: szukać takich, na których mogę się oprzeć, którym mogę zawierzyć. Dlatego ich szukam, tych ludzi dobrej woli, i wciąż znajduję.

Mam szczęście do przyjaciół, myślę czasem, że przyjaźń jest ważniejsza niż miłość. Chociaż to, co napisała o miłości Olga Tokarczuk, jest moim wielkim odkryciem. To, że czułość jest najskromniejszą odmianą miłości, nie „malutką”, ale najskromniejszą. Jeżeli ludzie się szanują, mają sobie coś do dania, mają dla siebie czułość, to euforyczne uczucie miłości jest przy tym blade. Zdarza się, i oczywiście pięknie przeżyć takie całopalenie. Ale u źródła jest czułość i ona zostaje, gdy ognisko przygasa, bo czułość się nigdy nie wypala.

Irena Santor – urodzona w 1934 r., w latach 1951–1959 solistka zespołu „Mazowsze”. Po odejściu kontynuowała karierę solową, nagrała kilkadziesiąt albumów. Jest wykonawczynią wielu przebojów, m.in. „Embarras”, „Maleńki znak”, „Już nie ma dzikich plaż”. W 2017 r. uhonorowana doktoratem honoris causa Akademii Muzycznej w Łodzi

Prezentowane portrety stanowią część projektu „The Inner Power”, który ma na celu wsparcie dojrzałych kobiet i przywrócenie szacunku dla autorytetów. Na projekt składa się książka Doroty Goldpoint „Serce nie ma zmarszczek” oraz fotografie autorstwa Marleny Bielinskiej, która uchwyciła piękno ambasadorek projektu: Ireny Santor (honorowa ambasadorka), Grażyny Szapołowskiej, Katarzyny Grocholi, Agaty Młynarskiej, Anny Korcz, Alicji Węgorzewskiej-Whiskerd, Joanny Kurowskiej, Katarzyny Żak i Jolanty Fraszyńskiej.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze