„Wenus w Futrze”, recenzja

„Wenus w Futrze", recenzja
Monolith Films

To propozycja zarówno dla miłośników reżyserii Romana Polańskiego, jak i fanów teatru telewizji, bo „Wenus w futrze” – przez swoją inscenizację – przypomina trochę teatralny spektakl na wielkim ekranie. Spektakl, który trzyma w napięciu!

Jeśli podobała wam się genialna „Rzeź” rozpisana na zaledwie czterech aktorów, to wybierzcie się na „Wenus w futrze”. Tu aktorów jest dwoje, statyczna sceneria starego teatru z nieciekawymi scenicznymi rekwizytami. Roman Polański zdaje się stawiać sobie wyzwanie, ile może wydobyć ze sztuki przy mocno ograniczonych środkach. To, że potrafi to zrobić, pokazał już „Nożem w wodzie”, gdzie mogliśmy podziwiać trójki aktorów uwięzionych przez reżysera na łódce. Tu przestrzeni mamy więcej – całą scenę teatru, na której dochodzi do niemal genderowego eksperymentu.

Thomas jest reżyserem teatralnym, który przesłuchuje aktorki do roli w swojej sztuki „Wenus w futrze”. Żadna nie spełnia jego oczekiwań. Rozgoryczony, w rozmowie telefonicznej, wykrzykuje, że sam zagrałby postać kobiety dużo lepiej. W tym momencie do teatru wkracza Vanda – w skórzanej spódniczce, pończochach i obroży na szyi, rozmazanym makijażu, w dodatku nie wygląda na osobę bystrą ani nawet zaznajomioną z tematem sztuki – spóźniona na przesłuchanie. Choć już na wstępie wydaje się zupełnie nie pasować do postaci, jaką ma zagrać, udaje się jej przekonać Thomasa, by odegrali wspólnie kilka scen.

Gdy zakłada suknię z epoki, Vanda niemal na naszych oczach przeistacza się nie tylko w swoją imienniczkę ze sztuki, ale zdaje się stawać inną osobą – oczytaną, świetnie znającą swoje kwestie, wręcz reżyseruje kolejne sceny. Stopniowo relacja między reżyserem a aktorką zaczyna się zmieniać. On z władczego i nadającego ton między nimi staje się bardziej potulny, poddaje się jej instrukcjom, by w końcu przyjąć wręcz kobiecą uległość. Ona z roztrzepanej, nierozgarniętej i głupiutkiej aktorki, przeistacza się we władczą dominę, zajmując tym samym pozycję mężczyzny w tym układzie. To ogromna przyjemność śledzić na ekranie ich przemianę, obserwować, jak oboje zrzucają maski, przywdziewają nowe, bawiąc się zarówno formą, jak i rolami kobiecymi i męskimi.

Film już teraz okrzyknięto feministycznym, ale Roman Polański w kolejnych wywiadach odżegnuje się od takiej interpretacji. Jego adaptacja sztuki Davida Ivesa miała być satyrą na powszechny seksizm, a stała się trzymającą w napięciu słowną szermierką między kobietą a mężczyzną o stereotypach męskich i kobiecych. Zabawa jest tym lepsza, że rozmowy przywołują różne teksty kulturowe, od antycznych „Bachantek” zaczynając. Gdy Vanda przekracza próg teatru, reżyser Thomas jawi się nam niczym kapłan rozdzielający role i pozycje. W trakcie spektaklu, to właśnie Vanda staje się ową kapłanką, wściekłą i mściwą. Pikanterii dodaje fakt, że grający Thomasa aktor Mathieu Amalric do złudzenia przypomina młodego Polańskiego, a w roli Vandy wystąpiła rewelacyjna Emmanuelle Seigner, prywatnie żona reżysera. „Wenus w futrze” to prawdziwa intelektualna uczta, ale też trzymające w napięciu kino.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze