fbpx

Winona Ryder: „Bez romantyzowania, proszę”

Winona Ryder: "Bez romantyzowania, proszę"
Winona Ryder (Fot. East News)

Wróciła. A właściwie to świat sobie o niej przypomniał wraz z ogromną falą popularności serialu „Stranger things”, w którym zagrała jedną z głównych ról. Winona Ryder – intrygująca, od zawsze trochę tajemnicza. Co u niej słychać? Gdzie była, kiedy jej nie było? I jak to się stało, że na tyle lat o niej zapomnieliśmy?

Winona Ryder gwiazdą była już przed maturą. Za rolę w „Śmiertelnym zauroczeniu” sypnęły się pierwsze nominacje do filmowych nagród, za „Edwarda Nożycorękiego” – następne. W tamtym czasie Winonę Ryder chciał mieć na okładce każdy kolorowy magazyn, a fakt, że jej chłopakiem był Johnny Depp, budził i zawiść, i fascynację. Grała z najlepszymi i u najlepszych. Choćby w „Wieku niewinności” (Martina Scorsesego) z Michelle Pfeiffer czy u Woody’ego Allena w „Celebrity”. Za rolę w „Małych kobietkach” dostała nominację do Oscara. Ale to filmy takie jak „Orbitowanie bez cukru” i „Przerwana lekcja muzyki” zrobiły z niej „twarz pokolenia X”.

Trudno uwierzyć, że zaledwie parę lat wcześniej dzieciaki w szkole średniej wołały na nią „czarownica”. I to właśnie wtedy, kiedy miała nadzieję, że rola w „Soku z żuka” Tima Burtona przysporzy jej sympatii wiecznie gnębiących ją rówieśników. Ale właśnie dlatego, że była mało popularnym wśród kolegów i koleżanek kujonem, rodzice pozwalali jej na pracę i castingi. Tylko pod warunkiem, że utrzyma dobrą średnią. Wiadomo było też, że pochodzi z „dziwnej” rodziny. Państwo Horowitz (tak brzmi prawdziwe nazwisko aktorki) przyjaźnili się z elitami literackimi i artystyczną bohemą. W ich domu bywali poeta Allen Ginsberg, pisarz Philip K. Dick, a ojcem chrzestnym Winony był uznawany za jednego z inicjatorów powstania ruchu hipisowskiego Timothy Leary. Horowitzowie wierzyli, że dla dzieci najważniejsze są poznawanie świata, kultura i natura. Dlatego przenieśli się na farmę w Mendocino, gdzie mieszkali z kilkoma innymi rodzinami. Rodzice uważali, że telewizor to zbędny mebel. Dzieciaki, zamiast siedzieć przed ekranem, budowały szałasy i szukały skarbów w pełnym sekwoi lesie lub czytały książki.

„Żyliśmy nie w sekcie czy komunie, tylko we wspólnocie sąsiedzkiej” – wielokrotnie podkreślała Ryder. Na próżno, łatka „dziecka hipisowskiej komuny” przylgnęła do niej na lata. O wiele bardziej krzywdząca była jednak inna etykietka, którą zyskała krótko po tym, jak odbierała własną gwiazdę na hollywoodzkim deptaku sławy przed Dolby Theatre. To właśnie wtedy Ryder przyłapano na próbie kradzieży ubrań wartych ponad pięć tysięcy dolarów. Tabloidy miały o czym pisać. Została skazana na karę więzienia w zawieszeniu i grzywnę. Donoszono, że choruje na depresję i że jest uzależniona od leków. Z aktorskiego olimpu spadła w niebyt.

Skutki skandalu były dalekosiężne. Producenci marzący o pracy z nią nie mogli ubezpieczyć filmu z Ryder w obsadzie. A ona? Grała w niezależnych produkcjach i trzymała się z dala od czerwonych dywanów. Dopiero dzięki serialowi „Stranger Things” i roli matki zaginionego chłopca (do tej pory premierę miały już trzy sezony, a wkrótce oglądać będzie można czwarty) wróciła do Hollywood z podniesioną głową. Od 17 marca możemy ją oglądać w innej serialowej produkcji – w „Spisku przeciwko Ameryce” według powieści Philipa Rotha.

Po drodze obiecała sobie, że nigdy nie zaloguje się do mediów społecznościowych, i dotrzymała słowa. Jest wierna maksymie: „Rób swoje i chroń swoją prywatność, a dramat zostaw tam, gdzie jego miejsce, na ekranie”.

Nie założyłaś sobie Instagrama?
Moja wiedza o nowych technologiach jest skandaliczna. Jestem nieobyta do tego stopnia, że jeszcze do niedawna myślałam, iż Snapchat to przekąska o nazwie snack chat. Co zabawne, mojej niechęci do nowych mediów dziwią się nie młodzi aktorzy, z którymi zagrałam w serialu, tylko koleżanki w moim wieku. „W sieci masz głos!” – przekonują mnie. Ale ja nie chcę się zadowalać obecnością w miejscu, gdzie mówią wszyscy, a więc tak naprawdę nie słychać nikogo. Chcę przemawiać tam, gdzie kobiety nie są dostatecznie słyszalne. Dlatego kibicuję pisarkom, reżyserkom czy dziennikarkom, które walczą o to, by pokazać pogłębiony kobiecy punkt widzenia, a nie krzykliwy wpis na kilka linijek na Facebooku.

Uważasz, że Internet i media społecznościowe nam szkodzą?
Kiedy nie było nowych mediów, wydawcy dokonywali większej selekcji. Na łamy trafiały artykuły, które się wyróżniały, niosły ze sobą jakąś wartość. Teraz publikuje się wszystko, a my nie mamy narzędzi do weryfikowania, co jest prawdą, a co fikcją. Zaufanie do tradycyjnych mediów maleje, a jednocześnie ludzie coraz częściej wierzą w propagandowe przekazy, za pomocą których jedni próbują manipulować innymi. Dopiero na planie „Spisku przeciwko Ameryce” to zrozumiałam.

Co takiego wydarzyło się na planie?
Patrzyłam, jak John Turturro ustami swojego bohatera podjudza najpierw Żydów do buntu przeciwko amerykańskim politykom, których oskarża o antysemityzm, a potem na odwrót – polityków przeciwko Żydom. W myślach błagałam go, żeby zamilkł. John jest wybitnym aktorem, więc każda wygłaszana przez niego fraza brzmi autentycznie. Cedził słowa z tak wielką żarliwością, że trudno było je zignorować. To samo dzieje się dzisiaj w mediach społecznościowych. Jeśli jakaś treść ma poparcie w postaci lajków, przyjmujemy ją za prawdę bez weryfikowania jej. Czytałam, że w pewnej wiosce w południowej części Indii doszło do morderstwa, bo ktoś rozpuścił w Internecie nieprawdziwe informacje na temat jednego z mieszkańców. Dokonano na nim samosądu bez sprawdzenia, czy informacja jest prawdziwa. Zastanawiałam się, jak coś takiego jest w ogóle możliwe. Uważam, że w dzisiejszych czasach na rodzicach ciąży ogromna odpowiedzialność. Muszą nauczyć dzieci krytycznego myślenia, ostrożności wobec różnych newsów. To oni są za to odpowiedzialni.

Sama też czujesz taką odpowiedzialność?
Nie jestem rodzicem, ale w „Spisku…” zagrałam z bardzo młodą obsadą. To samo dotyczy „Stranger Things”. Przez trzy sezony zdążyliśmy się do siebie zbliżyć. Ufamy sobie i całkiem dobrze się nawzajem poznaliśmy. Na początku tak nie było. Zdarzało mi się, że się wygłupiałam, a potem ze zdziwieniem odkrywałam, że dzieciaki wzięły moje słowa na poważnie. Dlatego wiele razy powtarzałam im, żeby nic nie brały za pewnik. Żeby zawsze dwa razy upewniały się nie tylko, czy na pewno jest tak, jak ktoś powiedział, ale też czy to, co się im wydaje, jest zgodne ze stanem faktycznym. Wiem, jak to jest, kiedy wydaje ci się, że jest się czegoś stuprocentowo pewnym, a potem okazuje się, że pamięć jednak płata nam figle.

Mówiliśmy o fake newsach w sieci. Tymczasem także w erze sprzed Internetu nieraz padłaś ich ofiarą. Media wypisywały o tobie różne rzeczy.
Kiedy pod koniec lat 80. zaczęłam pojawiać się w głośnych filmach – „Soku z żuka”, „Śmiertelnym zauroczeniu” czy „Syrenach” – udzieliłam kilku wywiadów, w których pojawił się temat mojego dorastania. Mówiłam, że moi rodzice żyli na własnych warunkach. Media zrobiły z mojej matki i ojca nieodpowiedzialnych hipisów, którzy żyli w komunie i częstowali swoje dzieci narkotykami. Gazety, jedna za drugą, z nonszalancją te bzdury przedrukowywały. A kiedy próbowałam tłumaczyć innym dziennikarzom, że nikt nie dawał mi żadnych narkotyków, udzielano mi dobrych rad, przestrzegając przed niepożądanymi skutkami uzależnienia. Mało kto był zainteresowany prawdą. Romantyczna wizja młodej aktorki dorastającej w dziwacznym domu była o wiele bardziej nęcąca.

Twoi rodzice pojawiają się w „Spisku przeciwko Ameryce”.
To nie do końca tak. Na planie obecni byli moi dziadkowie. A mój ojciec pojawia się jedynie na portrecie, który wypożyczył nam, by „zagrał” obraz przodka jednego z bohaterów. To był w ogóle „rodzinny plan”, bo w naszym serialu zagrali też bliscy jego twórcy, Davida Simona. To rzadka możliwość, żeby poznać ludzi, którzy bezpośrednio wpływali na tak wybitne umysły. W dodatku dzięki kostiumom i scenografii moi dziadkowie przenieśli się w czasie do lat 40., czyli do swojej młodości.

To musiała być dla nich sentymentalna podróż.
Nie musieli niczego grać. Z łatwością odnaleźli się w sytuacji – kostiumy leżały na nich jak ulał, doskonale znali zasady ówczesnej etykiety, których my musieliśmy się nauczyć. Cieszyłam się, kiedy na nich patrzyłam, a jednocześnie dopadał mnie dojmujący smutek, kiedy uświadamiałam sobie, jak makabryczną, pozbawioną bezpieczeństwa młodość mieli.

Serial jest adaptacją prozy wybitnego pisarza Philipa Rotha, w której autor przedstawił alternatywną wersję historii Stanów Zjednoczonych. W jego wizji wybory prezydenckie wygrywa nie Franklin Roosevelt, tylko zwolennik izolacjonizmu Charles Lindbergh. W tej wersji zdarzeń antysemityzm błyskawicznie rozprzestrzenia się na cały kraj, a wszelkie ruchy emancypacyjne – zarówno kobiet, jak i mniejszości – tracą na sile. Młodość dziadków była może mniej dramatyczna, ale widmo zwycięstwa Lindbergha było wtedy tak samo realne jak reelekcja Donalda Trumpa.

Akcja serialu zaczyna się w przeddzień eskalacji nienawistnych wystąpień. Twoją bohaterkę Evelyn Finkel poznajemy, gdy przeprowadza poważną rozmowę ze swoim żonatym kochankiem. Mężczyzna informuje ją, że nie zostawi dla niej rodziny, na co liczyła. Uważasz Evelyn za naiwną?
Nie. W jej postawie dostrzegam raczej uniwersalny konflikt uczucia i konwenansów. Nie wiem, czy jej wybranek nie chce z nią być, bo jej nie kocha i chciał się tylko zabawić, czy faktycznie nie jest gotowy zostawić dla niej rodziny. Wiem natomiast z opowieści moich bliskich, jak wtedy traktowało się kobiety. Mój ojciec ma siostrę, która jest od niego młodsza. Mieli zawsze dobry kontakt. Trzymali się razem nawet w tym trudnym wieku, kiedy wchodzi się w dorosłość i rozluźnia relacje z członkami rodziny. Oni to przetrwali. Ojciec bardzo ją szanował, nigdy niczego jej nie narzucał. Jednak kiedy ciotka Mildred wkraczała w 32. rok życia, dziadek nie wytrzymał, wziął ojca na rozmowę. Nakazał mu zaingerować w to, jak Mildred się ubiera, bo jeśli nie zmieni swojego stylu, to nigdy nie znajdzie sobie męża i zostanie starą panną. Oczywiście, jestem przeciwna ingerowaniu w cudze życie uczuciowe i potępiam podejmowanie decyzji za innych. Z drugiej strony – znam mojego dziadka i wiem, że on chciał dla swojej córki dobrze. Czasy się zmieniły i jego sposób wyrażania miłości był już mocno nieaktualny.

Jesteś tak blisko z rodziną, ale na zdjęciach z premier czy rautów trudno wypatrzyć twoich rodziców.
Nie chcę się z tego tłumaczyć. Oczywiście, rozumiem, że jako osoba publiczna wzbudzam ciekawość i zainteresowanie. Nie mam o to pretensji. Podzieliłam się z mediami moimi przejściami, opowiadałam o tym, co mnie boli i z czym mam problemy, bo chciałam, żeby te trudne i nieprzyjemne dla mnie tematy były przedstawione z mojej perspektywy, a nie jako wypadkowa domysłów i przypuszczeń. To moja walka z romantycznymi wizjami.

Kolejny raz używasz tego określenia. Uważasz, że mamy skłonność do romantyzowania ludzkich tragedii?
Straciłam w szkole średniej przyjaciółkę, która targnęła się na swoje życie. Doskonale pamiętam reakcje otoczenia na to wydarzenie. Moi rówieśnicy byli zazdrośni, bo cała uwaga skupiła się na jej odejściu. Można było „zmierzyć”, jakim zainteresowaniem się moja przyjaciółka cieszy. Kiedy jest się nastolatkiem, myśli się o śmierci jako o swego rodzaju sprawdzianie. Wyobrażamy sobie, że gdybyśmy umarli, ludzie w końcu by nas dostrzegli, rodzice poczuliby nasz brak, a przez to zobaczyli, co naprawdę byliśmy warci. To bardzo niebezpieczne myślenie. Tak samo niebezpieczne jak propaganda wojenna, która każe młodym mężczyznom wierzyć, że nie ma nic piękniejszego niż śmierć na froncie. Śmierć to śmierć, nieważne, w jakich okolicznościach.

Myślisz, że „Spisek przeciwko Ameryce” skłoni widzów do rozprawienia się z romantycznymi wizjami narodowych tragedii?
Wierzę w to. Kiedy czytałam scenariusz Davida Simona, miałam wrażenie, że ten tekst powstał wczoraj. Wydawał się tak aktualny, jakby napisano go w reakcji na dyskusję wokół ocieplenia klimatu, któremu wielu ludzi wciąż zaprzecza mimo niezbitych dowodów i zgodnych opinii naukowców. We mnie ta jałowa dyskusja wywołuje złość. W Davidzie Simonie też, ale on w przeciwieństwie do mnie umie ją w coś twórczego przekuć.

Role nie przynoszą ulgi? Nie pomagają rozprawić się z własnymi demonami?
Zdecydowanie jestem osobą, która za dużo myśli. Czasami nawet chciałabym mieć zdolność wyłączania mojego umysłu. Projekty, przy których pracuję, jeszcze głębiej mnie w tych myślach zatapiają, bo widzę swoje życie z punktu widzenia moich bohaterek. Zastanawiam się, jak bym na swoje wybory popatrzyła z ich wiedzą i wrażliwością. Ale to prawda – my, aktorzy, mamy ten przywilej, że na jakiś czas wcielamy się w kogoś innego, przez co możemy zdystansować się wobec samych siebie.

Żeby to zrobić, muszę głęboko wejść w świat postaci, poznać okoliczności, w jakich przyszło jej żyć.

Opowiesz, jak wchodziłaś w świat Evelyn?
Na potrzeby tej roli musiałam zrobić ogromny research. Nie wystarczyło przecież przeczytać powieści Rotha. Zatopiłam się w świecie dokumentów na temat Pearl Harbor, dużo też czytałam. Problem polegał na tym, że po przeczytaniu „Spisku przeciwko Ameryce” chciałam jak najszybciej pochłonąć kolejne tytuły tego wybitnego pisarza. Na planie okazało się, że nie ja jedna, bo razem z Johnem Turturrem przytachaliśmy na plan te same książki. Gdybyś patrzył na tę sytuację z boku, nie uwierzyłbyś, że to nie było wyreżyserowane.
Tak samo zresztą jak nasze rozmowy z ekipą. Niesamowite, jak „czuliśmy” materiał, nad którym pracujemy.

Czuliśmy? Co masz na myśli?
Przede wszystkim to, że poczuliśmy, że za chwilę możemy nie mieć planety. Jeszcze 30 lat temu, kiedy zaczynałam grać w filmach, takie wątki poruszano w prozie i kinie science fiction.

Dzisiaj to realna obawa, która nie pozwala mi czasami spać w nocy. Rozmawiałam o tym z dziadkiem, który uświadomił mi, że to, jak zmieniło się jego życie w okresie od dzieciństwa do dojrzałości, jest niczym w porównaniu z tym, jak zmieniło się moje. Zawsze mi się wydawało, że to za jego czasów doszło do najgwałtowniejszych przemian, mówimy w końcu o czasach drugiej wojny światowej i o tym, co działo się po niej. Tymczasem okazuje się, że stoimy przed nie mniejszym wyzwaniem. I wciąż mam nadzieję, że nie zmierzamy ku katastrofie.

Winona Ryder, rocznik 1971. Rozgłos zyskała jako muza Tima Burtona, zagrała w jego „Soku z żuka” i „Edwardzie Nożycorękim”. W latach 90. uchodziła za nową twarz Hollywood. Dzięki roli u Martina Scorsesego w „Wieku niewinności” walczyła o Oscara i zdobyła Złoty Glob, a kreacja w „Małych kobietkach” przyniosła jej drugą nominację do nagrody Akademii, zanim o aktorce zrobiło się ciszej. Prywatnie od 2011 roku Winona Ryder jest związana z projektantem Scottem Mackinlayem Hahnem.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>