Wojciech Eichelberger – Wariat na wolności

Fot. Szymon Szcześniak/LAF

Wariat na wolności to tytuł szczerej autobiografii jednego z najważniejszych polskich psychoterapeutów. Z młodości wyskoczył jak z domu wariatów, by stać się niepokornym buddystą, zbuntowanym terapeutą, konspiratorem, autorytetem. Pokazuje, jak wpływają na nas relacje z innymi. Namawia: dotknąłeś prawdy, idź dalej – to nie wszystko.

W książce zastanawia się pan, na ile uporał się z problemem relacji z mamą.
Na szczęście nie tylko nad tym się zastanawiam w tej książce. Ale skoro zaczynamy od mamy, to ona właśnie jako pierwsza kobieta, jaką poznałem w życiu, w dużej mierze uwarunkowała moje późniejsze relacje z kobietami. Nawet nie wiem, czy ten proces pojmowania przeze mnie konsekwencji relacji z mamą się już zakończył. Bo dopóki żyję, mogę jeszcze coś głębiej zrozumieć. Generalnie miałem wiele wymuszonych i niewymuszonych okazji do refleksji nad swoim życiem, np. w ramach własnej psychoterapii. Pomaganie ludziom też zmusza mnie do nieustannego przyglądania się sobie w kontekście rozumienia ich problemów i emocji. Bo terapeuci należą do specyficznej enklawy ludzkiej skazanej na refleksję nad sobą. Zdecydowałem się więc na napisanie tej książki między innymi po to, by ci, którzy ją przeczytają, byli bardziej skłonni do dobrowolnej autorefleksji na temat swoich psychologicznych uwarunkowań i ograniczeń. To naprawdę przydaje się w życiu.

Podczas tej autobiograficznej pracy przeżył pan katharsis?
Aż tak to nie, ale zdałem sobie sprawę z paru ważnych rzeczy. Głównie z tego, że wczesne relacje z ważnymi dla mnie ludźmi uformowały moją psychikę bardziej, niż dotąd myślałem.

Zacznijmy od tej pierwszej, najważniejszej – z mamą. Pana ojciec został zamordowany z rozkazu Ukraińskiej Powstańczej Armii w dniu swoich 36. urodzin w okolicach Podlisek koło Lwowa. Pana mama była w szóstym miesiącu ciąży. Trzy miesiące później pana urodziła. Urodził się pan z traumą?
Z pewnością tak. Sześciomiesięczny organizm dzielący krwiobieg ze swoją matką musi współdoświadczać jej traumy. Gdy matka dowiedziała się o śmierci ojca, wpadła w czarną rozpacz, odechciało jej się żyć. Nie jest to miłe uczucie być w brzuchu kogoś, komu nie chce się żyć. Odkryłem to w trakcie własnej treningowej terapii, czyli sprawdzania na sobie pewnej ciekawej metody terapeutycznej. Tak się akurat złożyło, że rozpoczął się wtedy kryzys prawie 30-letniego związku z matką wspólnych dzieci i bardzo boleśnie przeżywałem odrzucenie przez ówczesną żonę. Stało się to zapewne wyzwalaczem tamtego pierwotnego doświadczenia z brzucha matki, które uformowało w mojej psychice nieświadome przekonanie, że nie wolno mi sprawić matce żadnego kłopotu, bo może tego nie wytrzymać. Gdy dorosłem, przeniosło się to na wszystkie bliskie mi kobiety.

Mama próbowała zastępować ojca?
Siłą rzeczy. Musiała walczyć o ekonomiczne przetrwanie naszej okaleczonej rodziny. Ale w sprawach męskich odsyłała mnie do mężczyzn. Z reguły byli to trenerzy sportowi. Pracowała chyba na dwóch etatach, często wyjeżdżała służbowo, więc wraz z bratem chodziliśmy z kluczami na szyi, często bez żadnej kontroli. W tej sytuacji niesprawianie matce kłopotów wymagało ode mnie sporo samodyscypliny. Tym bardziej że brat, odreagowując swoje wojenne traumy i niedożywienie, dużo chorował. Byłem więc podwójnie zobowiązany do bycia niekłopotliwym dzieckiem.

Kiedy pan to sobie uświadomił?
Dość wcześnie, chyba w podstawówce. Kiedy obrywałem w bójkach ze starszymi kolegami albo działo się w szkole coś trudnego, nigdy nie dzieliłem się tym z matką. Byłem bardzo niegrzecznym chłopcem, ale matka o tym nic nie wiedziała. Kiedyś, gdy dowiedziała się jednak o jakimś moim kłopocie w szkole, usłyszałem: „Przecież bym ci pomogła, gdybym wiedziała”. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem: „Kurczę, może matka nie jest taka delikatna, jak myślę”, ale i tak nadal ją oszczędzałem.

Tęsknił pan za ojcem?
Nie znałem go. Nie znałem jego głosu, nie poczułem jego ciepła, dotyku, siły czy zapachu. Życie bez ojca było więc dla mnie całkowicie naturalne. Tęskniłem nie za ojcem, ale za jakimś wspierającym, abstrakcyjnym mężczyzną w domu, zwłaszcza gdy obserwowałem domy kolegów, w których byli ojcowie. Te rodziny żyły na zupełnie innym od naszego poziomie materialnym i na innym poziomie bezpieczeństwa. Zazdrościłem im. Rozpaczliwą tęsknotę za realnym ojcem odkryłem dopiero w okolicach czterdziestki.

Jak pan go sobie wyobrażał?
Nie musiałem. Przetrwały liczne fotografie. Sporo o nim słyszałem od matki, od ciotek i wujów. Aby zrekompensować mi brak ojca, wszyscy wokół go idealizowali. Tak więc i ja go sobie wyidealizowałem.

Synowie często słyszą od matek: „Żebyś nie był taki jak twój ojciec”. Pan słyszał coś innego?
Zdecydowanie. Matka była głodna moich sukcesów, bo marzyła, żebym stał się substytutem jej ukochanego mężczyzny, który zginął, zanim zdążył zrealizować swój potencjał. Nie wiadomo przecież, jak potoczyłoby się jego dalsze życie…

Opowiadała o wojnie?
Bardzo niewiele. Mówienie o przeszłości chyba było dla niej zbyt trudne. W opowiadaniu ograniczała się do ogólników: uciekaliśmy, baliśmy się, było trudno itp. Tylko kilka barwnych historii. Reszty musiałem się domyślać.

Wychowywał się pan na ruinach Warszawy. Co pan pamięta?
Całe Śródmieście było wielką kupą gruzów. Przetrwały pojedyncze domy. Na Marszałkowskiej z gruzów wystawały tylko stalowe kikuty zbrojeń i fragmenty kominów. Szkoła Podstawowa nr 1, do której chodziłem, na początku mieściła się na rogu Nowogrodzkiej i Marszałkowskiej. Budynek cudem ocalał. Uczyliśmy się w dwóch dobrze zachowanych ogromnych mieszkaniach. Któregoś dnia nauczyciel otworzył drzwi, do których nie wolno nam było się zbliżać, i pokazał nam wielką dziurę w podłodze. Wielka bomba–niewypał przebiła dach, kilka stropów i wylądowała w piwnicy. Tam podobno została rozbrojona. W trakcie naszych zabaw w ruinach na porządku dziennym było wykopywanie ludzkich i zwierzęcych kości, zardzewiałej amunicji albo broni.

Bawiliście się w wojnę?
Bez przerwy. W książce jest zdjęcie, na którym z jakiegoś pistoletu – pewnie zardzewiałego znaleziska – mierzę w głowę mojego kolegi. No i długie godziny spędzane w kinach Polonia albo Palladium, które były dla mnie absolutnym cudem i wyświetlały wyłącznie radzieckie filmy wojenne. Mimo to zostałem na wiele lat zagorzałym kinomanem.

Nawet chciał pan później zdawać na reżyserię.
Tak, miałem taki pomysł po skończeniu psychologii. W liceum i na studiach fascynowało mnie kino Bergmana, Felliniego, francuska Nowa Fala i analizowanie psychiki bohaterów tych filmów. Oczywiście, Marilyn Monroe. Jako nastolatek byłem w niej cudownie zakochany. Szczególnie po filmie „Pół żartem, pół serio”. Po latach dopiero zrozumiałem, że była dla mnie kwintesencją tej kobiecości, z którą od czasu poznania własnej matki najczęściej miałem do czynienia – zewnętrznie zachwycającej i pociągającej, lecz wewnętrznie obolałej, a często nawet tragicznej.

Uratował pan mamę?
Nie było potrzeby jej ratować. Mimo wewnętrznych zranień była dzielną, odporną na przeciwności losu, optymistyczną i kreatywną kobietą. Nigdy nie widziałem jej w stanie załamania, w depresji czy nawet w smutku. Pewnie nie chciała nas tym obciążać. Ale od czasu do czasu, na szczęście rzadko, dostawała krótkotrwałych napadów gniewnego szału.

Fot. Szymon Szcześniak/LAF

To mama opowiedziała panu o okolicznościach śmierci ojca?
Najwięcej powiedział mi o tym pod koniec swojego życia brat ojca, kiedy go docisnąłem. Są dwie wersje sytuacji poprzedzającej śmierć ojca. Według pierwszej sam chciał pojechać po mleko dla żony w szóstym miesiącu ciąży i czteroletniego synka, a matka go nieskutecznie powstrzymywała. Według drugiej, która jest wersją mojego brata, to matka namawiała ojca, żeby pojechał po mleko. Pewnie z tego powodu mój brat miał skrajnie ambiwalentny stosunek do matki, w którym miłość splotła się z żalem i nienawiścią.

Dostał pan imię po ojcu.
Tak, Tadeusz to moje pierwsze imię. Na pamiątkę. Sprawiło mi to mnóstwo kłopotów, bo jednak miałem używać drugiego imienia, które ojciec zdążył mi wybrać. W podobnej sytuacji był ojciec, którego pierwsze imię Leon było nieużywane.

Pojechał pan po latach zobaczyć miejsce, w którym ojca zabito. Rozpoznał je pan z opowieści. To była mogiła, to, co pan zobaczył?
Raczej świeżo wykopany płytki dół, dokładnie taki, jakby ktoś miał w niego włożyć trumnę czy złożyć tam ciało człowieka. Dreszcz mi przeszedł po plecach i zabrakło mi odwagi, aby się do niego zbliżyć. Zbieg okoliczności albo przebiłem się do jakiejś równoległej rzeczywistości. Poszukiwanie ojca było jednym z lejtmotywów mojego życia. Niekoniecznie tego fizycznego, biologicznego, bo chyba bardziej jeszcze ojca jako wzorca, wzorca mężczyzny.

Trzy książki pomogły mi zrozumieć relacje synów z ojcami – „List do ojca” Franza Kafki, „Nagi sad” Wiesława Myśliwskiego i pana „Zdradzony przez ojca”. Pan napisał, że ojcowie, nawet jeśli są, to są nieobecni.
Szczególnie bolesna jest nieobecność ojca żywego. Nieobecność ojca martwego jest faktem, którego syn nie musi odnosić do siebie: „Pewnie to przeze mnie, pewnie ze mną jest coś nie tak, skoro ojciec mnie opuścił”. Tego bólu i tej wątpliwości nie musiałem przeżywać. To zasadnicza różnica pomiędzy synami pogrobowcami a synami porzuconymi lub zdradzonymi przez ojców.

Mama mówiła, w czym przypomina pan ojca?
Nigdy wprost. Raczej dawała do zrozumienia, że jest ciągle głodna moich osiągnięć czy sukcesów, że jeszcze nie dorastam do jej oczekiwań i że nie realizuję w pełni moich możliwości. Ale też nie dała po sobie poznać, że jest niezadowolona z mojego wyboru zawodu czy niekonwencjonalnego stylu życia. Czułem, że ją to niepokoiło, ale powstrzymywała się od wyrażania swoich wątpliwości czy krytyki.

Komuna na Słupeckiej nie była na jej mapie?
Nie była. Nigdy mnie tam nie odwiedziła.

Ale wiedziała, że pan tam mieszka?
Doskonale wiedziała. Nie ukrywałem tego, a trwało to przecież kilka ważnych dla mnie lat. Idee hippizmu i spójny z nimi styl życia wydawały się wówczas szansą na głęboką rewolucję kulturową, na ucieczkę od obyczajowej, politycznej i religijnej hipokryzji, od tej wszechogarniającej nas ściemy. Naczelny postulat hippisów: Make love, not war, jest wart przywołania i ofiarnego praktykowania szczególnie w obecnym czasie i w naszym kraju.

Pisze pan: „Kręciliśmy się w kółko w chocholim transie, tak jak nasz kraj i cała cywilizacja. I Can’t Get No Satisfaction stał się więc najczęściej i najgłośniej granym w komunie na Słupeckiej utworem […]. Rozdział hippisowski w moim życiu trwał blisko cztery lata. Utopia umierała długo, ale jakże pięknie”.
To fragment autoironiczny. Tak naprawdę ta utopia umarła, bo nie stać nas było na stworzenie nowego, pięknego świata. Presja społeczna i kulturowa oraz własna wrodzona hipokryzja i konformizm sprawiły, że porzuciliśmy ten piękny projekt i każdy z nas dostosował się jakoś do większości nieszczęśliwego plemienia.

W książce dość szczerze pisze pan o relacji z kobietami. To była trudna decyzja, tak to opowiedzieć?
Dość szczerze, ale nie do końca szczerze. Na pełną szczerość można sobie pozwolić tylko w mówieniu o sobie, a nie o innych, i tylko w rozmowie z kimś, kto chce wysłuchać i zrozumieć i na kogo dyskrecję mogę liczyć. Nie wolno mi tego wymagać od wszystkich czytelników i wprawiać ich w zakłopotanie, epatując moją niepowstrzymaną szczerością. Mam nadzieję, że nie przekroczyłem tej cienkiej, ważnej granicy. Redakcja Znaku bardzo mi w tym pomagała, bo chwilami traciłem wyczucie. Najszczerzej mogłem opowiedzieć o najważniejszych wątkach mojego życia, czyli o poszukiwaniu ojca i o skomplikowanej, wielowymiarowej relacji z matką. Wątek matki w dużej mierze przyczynił się do napisania najpopularniejszej z moich licznych książek „Kobieta bez winy i wstydu”.

Mówił pan w niej o kulturowym przenoszeniu pewnej martyrologii gwałtu, przemocy… To również dziś brzmi mocno.
A napisałem ją 30 lat temu pod wpływem jakiegoś natchnienia, stając się bodajże pierwszym po Boyu-Żeleńskim i jego „Piekle kobiet” polskim autorem, który te trudne kobiece sprawy poruszył. W nagrodę Katarzyna Grochola okrzyknęła mnie wtedy największą polską feministką, co, niestety, nie zaskarbiło mi sympatii prawdziwych feministek. Mężczyzna nie może być feministą, najwyżej trochę mądrzejszym, wrażliwszym i bardziej świadomym mężczyzną.

Fot. Szymon Szcześniak/LAF

Jakiego siebie zobaczył pan, pracując nad książką?
Jak już powiedziałem, przystępując do tej pracy, miałem aroganckie przekonanie, że niczego nowego się o sobie nie dowiem – ale się jednak sporo dowiedziałem. W rezultacie więc spokorniałem i zobaczyłem siebie jako człowieka silnie uwarunkowanego, popełniającego wiele błędów, ale szczęśliwie zdolnego do refleksji i wątpliwości na własny temat, nadal poszukującego odpowiedzi na swoje ważne pytania. Ufam, że dzięki tej książce przynajmniej część czytelników zmieni zdanie, urealni sobie nie tylko mnie, lecz także psychoterapeutów w ogóle.

Mówi pan szczerze, że zdarzało się panu podnieść rękę na synów?
To jeden z przykładów na to, że jestem tylko człowiekiem. Ponieważ sam byłem bitym dzieckiem, więc nie zdołałem tego w porę ogarnąć – choć wiedziałem, że tego robić nie wolno. Świadome, zgodne z naszym wewnętrznym światłem życie nie jest stanem, tylko nieskończonym procesem, nieustannym zmaganiem się z naszym kulturowym i rodzinnym sformatowaniem. W tym sensie terapeuci dzielą ten sam los co ich pacjenci, ale mają odpowiednie narzędzia i procedury, aby lepiej i szybciej radzić sobie ze swoim sformatowaniem.

Pana synowie mieli nieobecnego ojca?
Z trudem się do tego przyznaję. Ale myślę, że na szczęście nie mieli powodu wątpić w to, że gorąco ich kocham. Emocjonalnie byłem obecny zawsze. Fizycznie bywało różnie. Zadecydowały o tym w dużej mierze burzliwe okoliczności historyczne, czyli stan wojenny i moje zaangażowanie w konspirację, a potem przemiany ustrojowe po roku 1989. Dorastali w trudnym dla Polski czasie przemian ustrojowych, a ja musiałem ratować materialny byt rodziny i w tej sprawie dużo i na długo wyjeżdżałem z domu.

Pisząc „Zdradzonego przez ojca”, myślał pan o swoim?
Tak, chociaż, jak już wspomniałem, nie miałem poczucia bycia porzuconym. Natomiast w terapii i na licznych warsztatach, które prowadziłem, dużo pracowałem z mężczyznami. Szybko zorientowałem się, że nieobecność ojca jest powszechna, szczególnie w co najmniej dwóch pokoleniach powojennych. Bo polscy ojcowie, zwłaszcza przez ostatnie sto lat, stale musieli się w coś arcyważnego angażować. W odzyskanie niepodległości po rozbiorach i odbudowę państwa, potem w kolejną wojnę i odbudowę kraju, potem w wyzwalanie się z komunizmu i budowę kapitalizmu, a teraz zanosi się na to, że trzeba będzie wyzwalać się z ultraliberalnego kapitalizmu i ratować planetę przed przegrzaniem.

Fot. Szymon Szcześniak/LAF

Ta historia to też historia męskiego zranionego ego.
Tak, to wielopokoleniowa, transgeneracyjna męska trauma. Stąd takie duże wzięcie ma u nas polityka godnościowa i wstawanie z kolan. Lecz, niestety, forma, w której jest uprawiana, daje tylko znieczulający erzac dla zranionego męskiego ego większości Polaków.

Według pana nadzieja w kobietach. Pisze pan, że potrzeba nam teraz kobiecej odwagi, wrażliwości, kompetencji, energii. Tylko wtedy coś będziemy mogli zmienić?
Proszę spojrzeć, co dzieje się na świecie. To ciągle nienasycone i zranione męskie ego musi szukać nowego potwierdzenia swojej potęgi. Mamy coraz gorszych liderów, którzy poprzez swoją działalność prawdopodobnie kompensują własną wewnętrzną traumę upokorzenia. Dochodzi do tego ucieczka przed poczuciem winy, bo to głównie mężczyźni doprowadzili tę cywilizację i planetę na skraj katastrofy. Stąd tak powszechne zaprzeczanie bijącym po oczach problemom i zbliżającej się katastrofie, odwracanie uwagi od tego, co najważniejsze, poprzez zajmowanie się duperelami, konsumpcją i obyczajówką, ciągłe zbrojenie się, rozniecanie konfliktów, rywalizacja i nadymanie się. To wygląda na tragikomiczny męski bal na „Titanicu” połączony z konkursem męskiej piękności.

Jak nas sterapeutyzować?
Nie jest to proste. Bo tylko prawda może nas wyzwolić, a prawdy się boimy. Na pewno nie czas teraz na kolejną mistyfikację i obsesyjne pompowanie ego. Mistyfikacja ma to do siebie, że nigdy się nie wysyca. Trzeba ją stale podtrzymywać, coraz bardziej pompować, czyli wyobrażać sobie, że jesteśmy nadzwyczajni, że jesteśmy Chrystusem narodów, wybawicielami od wszelkiego zła, narodem zawsze szlachetnym, niezłomnym i bohaterskim. A to jest ekspresja kompleksu uzurpatora. Podobnie zrobił to Hitler, informując swój upokorzony klęską wojenną naród, że jest wybranym plemieniem nadludzi. Ale nie minęło dziesięć lat, a pseudonadludzie stali się armią zaślepionych morderców. Tak kończy się leczenie kompleksu niższości złudzeniem wielkości. Dlatego mężczyźni muszą wypracować nowy, postpatriarchalny wzorzec mężczyzny, a w międzyczasie pozwolić dojść do głosu kobietom, szczególnie w polityce.

Wojciech Eichelberger, psycholog, coach, doradca biznesu, felietonista, autor książek. Współtwórca Laboratorium Psychoedukacji i Instytutu Psychoimmunologii IPSI, zajmującego się humanizowaniem biznesu. Autobiografię „Wariat na wolności” opublikowało wydawnictwo Znak Literanova.