fbpx

Wywiad z Julią Pietruchą

Wywiad z Julią Pietruchą
fot. Rafał Masłow

Szczęściara, wariatka, uwielbia sytuacje ekstremalne. A na oko taka spokojna, empatyczna Blondynka! Hanka Halek próbuje rozgryźć Julię Pietruchę. Zobaczmy, z jakim skutkiem…

Julio, czy ktoś nauczył cię czułości?

Życie, doświadczanie życia, bo z tego, co opowiadała moja mama, jako małe dziecko miałam straszny problem z czułością – reagowałam na nią dziko. Ku rozpaczy bliskich, którzy chcieli pogłaskać mnie po główce albo wziąć na kolana. Nie jestem w stanie powiedzieć, z czego ten mój opór wynikał, ponieważ był to tak wczesny wiek, że po prostu nie pamiętam. Jednak… widzę, że jest coraz lepiej. Może nie jestem jeszcze „misiata”, ale lubię już przytulać się, ściskać, całować. Na pewno trochę tego czułego balsamu przywiozłam z Kalifornii, gdzie ludzie lubią okazywać sobie uczucia.

Sylwia, którą grasz w „Blondynce”, to również osoba czuła, szczególnie na cudzą krzywdę. Jak blisko jej do ciebie?

Ona jest stuprocentową altruistką. Ja jestem bardziej skupiona na sobie, ale oczywiście staram się pomagać ludziom i zwierzętom, najlepiej jak potrafię. Zdaję sobie sprawę, jaką wartość i wagę mają moje działania w kontekście mojej rozpoznawalności. W pełni świadomie wykorzystuję więc swoją popularność do różnych inicjatyw, ponieważ widzę, jakie to jest ważne i potrzebne: wzbudzić uśmiech u dziecka czy pomóc komuś finansowo. I lubię o tym mówić, bo w taki sposób ludzie mogą otrzymać sygnał, impuls do działania.

Zdjęcia do serialu kręciliśmy w przytulisku w Kruszewie, gdzie mieszka około 400 psów plus koty. To wielka przestrzeń bez klatek, każdy pies ma swoją osobną budę. Zwierzęta nie są od siebie odizolowane, funkcjonują razem, mając szansę na stworzenie hierarchii. To się rzadko zdarza w schroniskach. Każde zwierzę jest dokarmione, zadbane, a właściciele odnoszą się do nich bez cienia agresji. To mnie zafascynowało, tym bardziej że wyznaję zasadę, iż taka agresja nie powinna występować w żadnych relacjach. To nie jest dobra forma porozumienia. Przecież my, ludzie, mamy rozum i jesteśmy w stanie przekazywać informacje na tysiąc sposobów, bez krzyków, złości, gniewu. Korzystam z komunikacji miejskiej i obserwuję np., jak rodzice zachowują się w stosunku do swoich małych dzieci. To jest dramat! A najbardziej boli fakt, że niemal nikt nie reaguje. Pewnie ze strachu przed konfrontacją, że usłyszy: „Pani się zamknie, bo to nie pani sprawa”.

A ty reagujesz?

Staram się, i na ogół robi się z tego akcja „jeden na jednego”. Ja zwracam uwagę, ktoś coś odszczeknie i nikt inny się nie włącza… Ale wiem, że ostatecznie to do niczego nie prowadzi, bo nie ma społecznego zaangażowania w temat. Dlatego cieszę się, że mogę to teraz powiedzieć głośno. Reagujmy wspólnie, wykazujmy społeczną niezgodę na takie zdarzenia! Także na nieczułość w stosunku do zwierząt. Wielokrotnie, szczególnie poza miejskimi aglomeracjami, spotykam się z niesprawiedliwością wobec nich. Najlepszy przykład – pies na łańcuchu. Ludziom brak czułości, wyobraźni, która pozwala współodczuwać cierpienie zwierzęcia. To część, nawet nie wiem, jak to nazwać, ale chyba jakiejś naszej spuścizny. Dlatego tak bardzo cieszy, że są takie miejsca jak przytulisko, o którym wspomniałam. Kiedy z ekipą „Blondynki” braliśmy udział w programie „Jaka to melodia”, wygraną przekazaliśmy prosto do Kruszewa. Wiem, że empatyczni właściciele spożytkują ją najlepiej, jak się da.

Pomagasz też twoim siostrom, dla młodszej jesteś przykładem, starszej dałaś pracę – została twoją agentką.

To jedne z najważniejszych osób w moim życiu. Wychowałyśmy się w babskiej atmosferze. Jesteśmy rodziną i pomagamy sobie od zawsze. To jest dla mnie absolutnie naturalne.

Czego się od nich nauczyłaś?

Od młodszej Gabrieli na pewno czułości, od Natalii, ponieważ różnica wieku między nami była mniejsza – dwa lata, uczyłam się wszystkiego. Poznawania świata w gronie towarzyskim, literatury, pisania wierszy. Teraz przelałam swoją poezję na teksty piosenek, bo piszę także muzykę i gram na gitarze.

Wyrecytujesz ze dwa wersy?

Mogę ci zaśpiewać.

We care so much
And not touch the ground
We let the flowers bloom in the spring
All of the people they hum in the wind
Tearing their clothes and washing their sins

Now we’re all so set up
But barely alive
Still we made an effort to survive
Slowly controlling somehow

Jak słyszysz, nie potrafię, ot tak, po prostu śpiewać o miłości. Wolę ją wkładać w historie. Taki Bob Dylan czasami z tego wychodzi, tak przynajmniej lubię myśleć (śmiech).

Która polska wokalistka robi na tobie wrażenie?

Bardzo lubię stare płyty Kayah, Maria Peszek też jest spoko na pierwszej płycie, bo dalej poszła już w jakieś dziwactwa. To tyle. Lubię Kabaret Starszych Panów, Eugeniusza Bodo…

I Karin Stanek, na której tekstach uczy się polskiego twój chłopak.

Tak jest! Korzystamy jeszcze z płyt Heleny Majdaniec (śmiech). Teksty są trochę infantylne, ale mają w sobie ogromną szczerość.

Jak to się stało, że udało ci się do naszej smutnawej Polski sprowadzić chłopaka z radosnej Kalifornii?

To już jego trzeba zapytać (śmiech). Jest tutaj, ma zamiar tu zostać i otworzyć prawdziwą meksykańską knajpę. Jestem dobrej myśli. Powiem tylko, że nie musiałam go nakłaniać.

Dużo pracujesz, ale też wiele podróżujesz. Jak ty to łączysz?

To wyłącznie kwestia dobrej organizacji i ustalenia priorytetów. Dla mnie aktorstwo jest pasją, lubię grać, tak zarabiam na życie. Dzięki temu mam czas na inne rzeczy i mogę wykorzystać zarobione przez siebie pieniądze na pozostałe pasje, np. podróże czy na opłacenie studia, by nagrać płytę. To wszystko są naczynia połączone. Ale przyznaję, że jestem szczęściarą.

A może na to wszystko zapracowałaś?

Moje szczęście polega na tym, że to wszystko się tak pięknie układa, że mogę robić to, na co mam ochotę. Że mogę np. wyjechać sobie na trzy miesiące w podróż, z której przywożę mnóstwo nawet nie wrażeń, bo one szybko się ulatniają, tylko świadomości przekroczenia własnych barier. I to mi zostaje na stałe, nie odpływa w codziennym życiu. Chodzi nie tylko o bariery kulturowe, ale też takie, które mam wewnątrz siebie: ile jestem w stanie wytrzymać fizycznie i psychicznie.

Ostatnio w Indiach przez cały czas byłam „na świeczniku”. Mimo że chodziłam w długich spodniach, nie prowokowałam, starałam się nie zwracać na siebie uwagi – obserwowano każdy mój ruch. Przykuwałam spojrzenia swoją europejskością. Początkowo bardzo mnie to irytowało, któregoś dnia zapaliłam sobie papierosa, co wywołało skrajnie negatywne opinie na mój temat. I co? Paradoksalnie poczułam się zajebistą kobietą. Gdzieś tam narodziła się we mnie świadomość siebie i decyzja, by nie zwracać uwagi na to, co myślą inni, odpuszczać sobie ich analizy. Poczułam ulgę. Wróciłam tu i od maja jestem szczęśliwa, spełniona. Bez punktów odniesienia, porównań, stereotypów.

Spojrzałam też na tamtejsze kobiety, które są tak strasznie zamknięte na świat, stłumione w swojej naturze, i poczułam się naprawdę wolna. My nie musimy w wieku 18 lat wychodzić za mąż, możemy sobie jeszcze powariować. Popatrzeć, poszukać, sprawdzić, poszaleć (śmiech). To dopiero szczęście!

Ty jesteś wariatką?

Trochę tak. Nie, no, na pewno jestem wariatką. Rafał, fotograf, powiedział, że jestem crazy (śmiech).

Na stole zatańczysz, gdy wymaga tego chwila?

Tak.

Poprzeklinać lubisz?

No jasne. Oczywiście w odpowiedniej atmosferze i odpowiednim towarzystwie. Widzisz, bo to jest tak, że pracować zaczęłam jako bardzo młoda osoba, już jako nastolatka grałam w teatrze, a do tego dochodził modeling i wyjazdy. Obracając się niemal przez cały czas w otoczeniu starszych ludzi, dorasta się w ciągu pięciu minut i traci się trochę tego dziecka w sobie. Pewnych rzeczy po prostu nie miałam kiedy przeżyć, teraz zatem w ramach wyrównywania proporcji muszę się wyszaleć (śmiech).

Pociągają cię sytuacje ekstremalne?

Kocham je! Skok ze spadochronem. Tak. Paralotnia. Idę w to! Może kupię sobie motocykl? Na razie są to trochę luźne koncepcje, ale zaraz się czegoś złapię, zobaczysz.

A najbardziej niebezpieczna rzecz, na którą sobie pozwoliłaś?

Nie powiem, no, nie mogę (śmiech).

Niekoniecznie towarzyska.

Taka filmowa? Na planie „Tataraku”: Warka, most kolejowy, pod nim rzeka i zadanie aktorskie do zrobienia bez gadania: przejść z moim partnerem po tym strasznym moście. „Akcja!”. Idę w cieniutkich butkach,czując pod stopami każde okienko metalowej kratownicy, a tam nagle metrowa przerwa w kratce, pod spodem wielka woda. Nogi mi drżą, tym bardziej że wiem, że nikt wcześniej tego ani nie sprawdził, ani nie przygotował. Klasyczna prowizorka. A ja mam lęk wysokości, więc ryczę…, a na twarzy ma być pogoda. Mój partner łapie mnie za rękę i mówi: „Jak spadniesz, to cię jakoś wyciągnę”. Uff. Udało się! I wtedy słyszę głos pana Andrzeja Wajdy: „Nie, no, nie, niech tak jakoś żwawiej idzie” (śmiech). Myślałam, że umrę.

Pamiętam jeszcze, gdy jako 16-latka byłam na zdjęciach w Kapsztadzie, gdzie ostrzegano naszą ekipę, żebyśmy przypadkiem nie wychodzili po zmroku. Oczywiście jeszcze tego samego wieczoru poszliśmy na miasto. Weszłam na rynek, ciemny, mroczny i nagle widzę, jak spod licznych koców błyskają białka bezdomnych, otwierają się ich oczy. Ciarki mnie przeszły! Bo tam noce nie należą do białego człowieka.

Czy takie chwile, ryzykowne, czasem niemądre, nie pozwalają jednak na dłużej pozostać dzieckiem?

To na pewno! Należę do osób, które nie są w stanie zaplanować sobie życia na najbliższe trzy miesiące. Jeśli ktoś dzwoni i pyta, co robię np. 7 stycznia, to nie mam bladego pojęcia. Może wyjadę? Z tygodnia na tydzień jestem w stanie postanowić, że wyruszam w podróż na dwa miesiące. Nie lubię się ograniczać. Nie znoszę kalendarza. Funkcjonuję trochę na własnych zasadach, żeby nie tracić siebie w tym wszystkim. Wychodzi na to, że chyba aż tak bardzo nie zależy mi na show-biznesie (śmiech).

A czy gotowa jesteś na jakąś alternatywę?

Koniec aktorstwa nie byłby dla mnie końcem świata. Mam wyobraźnię i gdyby nagle telefon przestał dzwonić, bo też biorę to pod uwagę, albo gdyby aktorstwo przestało sprawiać mi przyjemność, to natychmiast zmieniłabym zawód. Teraz jednak wszystko jest OK, nie mam na co narzekać. W Boga nie wierzę, ale w energię – tak. Wiem, że nie można za dużo chcieć i brać, trzeba też dawać i pozwolić tej energii płynąć.

Wyrastasz już powoli z „Blondynki”?

Chyba nie, jeszcze uczę się i doświadczam jej z wielką ciekawością. Ja przecież nie kończyłam szkoły teatralnej, która poza nabytą w niej wiedzą, jest sama w sobie doświadczeniem interakcji międzyludzkich, konfrontacji z profesorami, innymi aktorami, samą sobą. Tam bada się też swoje granice.

Zagrałaś wampirzycę. To było przekroczenie granic?

Tak, bo to była pierwsza moja rola po angielsku i w dodatku taka dzika. Z żywego ciała przekształcam się w ducha, z oczami pełnymi jakiejś przezroczystości i pustki. Fascynujący projekt… Dotychczas nie miałam tak naprawdę do czynienia z postacią, która byłaby bardzo różna ode mnie albo połamana, bo gram raczej postaci, w których mogę pokazać siebie. Teraz dostałam propozycję wykreowania postaci żony Bohdana Chmielnickiego. Połowa XVII wieku, dziewczyna w moim wieku, ale jakże inna… Myślę, że to będzie bardzo ciekawe i już chyba dojrzałam do tego typu roli. Mam 24 lata i może coś tam już przeżyłam, ale możliwość stworzenia nietypowej postaci jest dla mnie nadal wyzwaniem. Do niedawna jeszcze nie miałabym z czego czerpać, nie byłabym w stanie nawet sobie wyobrazić tak skomplikowanej postaci. Teraz zaczynam się otwierać.

A brak szkoły teatralnej coś ci dał? W czymś pomógł?

Dał mi pewność, że można inaczej poznać granice swojej wytrzymałości… np. pojeździć po Indiach przez 20 godzin z rozwolnieniem (śmiech). Prawda jest taka, że nie zgadzam się trochę z systemem edukacji zarówno szkoły teatralnej, jak i muzycznej. Zdawałam swego czasu do szkoły muzycznej na wokal, przeszłam do ostatniego etapu, ale… z informacją, że chętnie mnie przyjmą, jeśli przestanę śpiewać swoje utwory, bo śpiewania to już oni mnie nauczą. Tymczasem ja zawsze wierzyłam, że ten talent we mnie, jakikolwiek by był, będzie się sam rozwijał. Warto mu na to pozwolić. Ciężko to porównać z wykształceniem, które przekłada się w życiu 1:1, jak np. ekonomia, bo jeśli chodzi o kwestie artystyczne, to wszystko jest tak nieuchwytne… Wiem na pewno, że jeśli ma się silną osobowość, wyobraźnię i wrażliwość, to resztę można tak naprawdę wypracować samemu. W szkołach teatralnych odławia się naprawdę fascynujące talenty, ale one potem często gdzieś się gubią. Wiele osób kilka lat po skończeniu szkoły mówiło mi, że są teraz w procesie odnawiania siebie sprzed edukacji. Przypominania sobie własnego indywidualizmu, który szkoła zabiera. W takim razie to nie jest progres. Gdy przychodzę czasem na castingi, słyszę, jak rozmawiają moje koleżanki aktorki: identycznym głosem, ustawionym, niskim. Zamykam oczy i nie wiem, która jest która. One są nie do odróżnienia. Kurczę, co to jest?!

Tak… Niby ciepła, empatyczna, w środku kawał cholery? To ty?

Nie wiem. Myślisz, że mnie rozgryzłaś? (śmiech).

Może nadgryzłam? A są rzeczy, których nie zrobisz, nie wiem, nie zareklamujesz czopków dopochwowych, szamponu przeciwłupieżowego?

Dopóki mogę sobie na to pozwolić, nie robię rzeczy, które mi uwłaczają. Wiem, że czasami robi się jednak coś wbrew sobie. Nie wykluczam więc sytuacji, że będę zmuszona przekroczyć swoje własne granice w konfrontacji z rzeczywistością. Na przykład gdy będę miała trójkę dzieci i zabraknie mi pieniędzy…

Julia Pietrucha, ur. w 1989 roku w Warszawie. Debiutowała w 2007 roku w Teatrze Syrena jako Gerda w „Królowej Śniegu”. Pięć lat później zagrała jedną z głównych ról w serialu „Kochaj mnie, kochaj!”. W roku 2007, za kreację Zosi Paluch w filmie „Jutro idziemy do kina”, otrzymała Specjalną Nagrodę Aktorską na 32. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Obecnie występuje w Teatrze 6. Piętro jako Juliet w sztuce „Central Park West” i serialu „Blondynka”. Pisze teksty, komponuje muzykę, gra na gitarze. Strona Julii: https://pl-pl.facebook.com/juliapietruchafanpage

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze