Wywiad z Olgą Bończyk

Wywiad z Olgą Bończyk
fot. mat.MTJ

O własnym szlaku na Mount Everest, czułości i samodzielności, o cenie
za spełnione marzenia – opowiada Olga Bończyk.

Słuchałam przed naszym spotkaniem utworu z najnowszej pani płyty „Nie zatrzymuj się”. Zacznij żyć, marzenia mają sens… Czy to pani życiowa filozofia od zawsze?

Nie, oczywiście, że nie! Właściwie od chwili przekroczenia magicznej czterdziestki. Nie z dnia na dzień, ale stopniowo zaczęłam zamykać pewne drzwi i przestałam szarpać się ze sobą. Przekonałam się, że to, co było, to już minęło, że trzeba z tego wyciągnąć wnioski. Czas iść naprzód, nie oglądać się i nie zatrzymywać, tak jak w tym refrenie. Bo bez względu na wszystko świat ucieka i naprawdę ma w nosie, czy nam akurat jest dobrze, czy nie.

Sami musimy zrobić wszystko, żeby było dobrze. Właśnie po czterdziestce odczułam to całą sobą – wcześniej wciąż myślałam, że nie wszystko jest w mojej mocy, że moja kariera zależy od czyjejś pomocnej dłoni. Uświadomiłam sobie, że to jest absolutna bzdura. Sami musimy spełniać marzenia i to swoje, a nie czyjeś. To bardzo ważne. Bo często wpadamy w pułapkę tego, że spełniamy oczekiwania: męża, mamy, przyjaciół, dzieci… Za wszelką cenę. A niby dlaczego? Ja po przekroczeniu czterdziestki pozwoliłam sobie na to, aby być sobą! Owszem, wiele osób może się nami wówczas rozczarować, ale prędzej czy później pojawiają się ludzie, którzy nas zaakceptują w prawdziwej skórze. Im więcej robimy dla siebie, tym więcej robimy dla innych. Płytę wieńczy piosenka „Świat po czterdziestce”. Ciągle ktoś nam mówi, że my, czterdziestoletni już jesteśmy starzy, że w parku czeka na nas ławeczka w cieniu brzóz, że mamy oddać pałeczkę młodym… Kolejna bzdura, dopóki ciągle nam się chce działać i tworzyć! Mam wrażenie, że kiedy przekroczyłam czterdziestkę, wreszcie zaczęłam żyć. Naprawdę: żyję tu i teraz, Olga Bończyk jest Olgą Bończyk, a nie osobą, która żyje pod presją ocen i wskazówek innych.

Sama pisała pani teksty?

Tak, tekst do „Nie zatrzymuj się” napisałam ja, a muzykę Witek Cisło. Ale nie zakładałam, że będę autorką wszystkich tekstów. Gdy zwróciłam się do Magdy Czaplińskiej, poprosiła mnie o tzw. rybki, czyli, żebym pogrupowała sylabówki według rytmu muzyki. Zależało mi, żeby dobrze to zrobić, więc usiadłam i zaczęłam pisać – o czym będzie ta muzyka. Wysłałam pani Magdzie, a ona odpowiedziała, że teksty przecież już są, i to bardzo dobre! I tak zostały, powstała autorska płyta, o mnie. Po raz pierwszy opowiadam o rzeczach, które sama przeżyłam. Najbardziej osobista jest piosenka „Moja mama” – napisałam ją, by podziękować mamie, rodzicom za to, że dzięki nim dziś jestem tym, kim jestem. Za to, że sami niesłyszący pozwolili mnie i mojemu bratu wejść w świat dźwięków, stanąć na scenie i spełniać swoje marzenia.

Mama od przedszkola motywowała panią w edukacji muzycznej, chociaż nie mogła usłyszeć jej efektów.

Tak, to było dla niej bardzo bolesne… W szkole muzycznej są przecież tzw. popisy – koncerty, na które zapraszani są rodzice, ona też przychodziła. Zawsze kiedy schodziłam ze sceny, widziałam, że ociera łzy, musiało to być dla niej trudne przeżycie. Tyle nam poświęciła, a nigdy nie usłyszała choćby jednego dźwięku – muzyki, którą tworzyły jej dzieci.

Zmarła w progowym momencie mojego życia, kiedy zdawałam maturę. Podczas choroby nie mogła odżałować tego, że nie wprowadzi mnie w dorosłe życie. W dzieciństwie – prawdopodobnie ze strachu – trzymała mnie pod kloszem. Mieszkaliśmy na peryferiach Wrocławia, nie było telefonów, a nawet gdyby były, to na cóż nam by się przydał telefon… W domu panowała dyscyplina. Nie mogłam nigdy nocować u koleżanek, o dziesiątej musiałam być w domu, inaczej odchodziła od zmysłów. Martwiła się też, żebym przypadkiem nie zeszła na manowce, mówiła: „Uważaj na chłopaków, bo wyrządzą ci krzywdę”. Stawiała wokół mnie zasieki, nie zdając sobie sprawy, jak mogą skutkować w moim dorosłym życiu. Dorastałam w przekonaniu, że na mężczyzn trzeba uważać, ale też że facet to głowa rodziny i kobieta jest jego podnóżkiem… Wystartowałam ze schematami, które później zbierały żniwo w moich relacjach damsko-męskich. Nie wiem też, czy zostałabym aktorką, gdyby mama żyła. Obawiała się tego, była konserwatywna w sprawach religii i moralności, nie chciała, żebym np. rozbierała się na scenie. Zawsze jej mówiłam, że jest aktorka, która się nie rozbiera na scenie – Irena Kwiatkowska. Nie przekonywało jej to…

A pani tata?

Pracował zawodowo, wracał o 16, obiad czekał na stole. Też był głuchoniemy. Najpierw pracował jako szewc, potem zmienił zawód i został malarzem. Pękaliśmy z dumy, bo jeśli ktoś we Wrocławiu chciał mieć pięknie wymalowane mieszkanie, wiedział, że mój tata zrobi to najlepiej. Nauczyłam się od niego solidności i odpowiedzialności, i jeśli dziś o mnie w kwestii zawodowej mówi się: „rzetelność, pracowitość, uczciwość” – to dzięki niemu. To cechy, które wprawdzie przynależą do Koziorożca, ale to jest też coś, co wyniosłam z domu. Podobnie jak to, że potrafię sama wbić gwóźdź, naprawić kran, pomalować ściany. Majsterkowanie nie jest mi obce. Mam nawet swoją skrzyneczkę z narzędziami… Gdy coś się zepsuje, nie wołam żadnego pana Stasia z jego orszakiem. Wiem, to mało kobiece, ale daje niezależność. Trochę też walczę z taką postawą.

Ostatnio, za sprawą kulinarnych zdolności mojego partnera Rafała, otworzyłam się na nową przestrzeń. Sama znakomicie gotuję i nie wyobrażałam sobie, żeby ktoś szwendał mi się

po kuchni, a jeśli już, to chyba tylko żeby obrać marchewkę, i to po mojemu. Natomiast Rafał ma obłędne wyczucie smaku. Jest mistrzem kuchni hinduskiej i tajskiej. Dlatego chyba po raz pierwszy w życiu pozwoliłam mężczyźnie przejąć stery w kuchni, a sama zajęłam się nakrywaniem do stołu. I czuję się z tym znakomicie, czerpię z tego wielką przyjemność.

mat.pras.

Jakie marzenia już się pani spełniły?

Wiele. Spełniły się te z dzieciństwa i młodości: zostałam aktorką, mam swoją publiczność, koncertuję z najlepszymi muzykami – osiągnęłam wiele i bardzo jestem z tego dumna. Kiedyś usłyszałam, że inni w moim wieku osiągnęli dużo więcej w tym zawodzie. Ale tylko się uśmiechałam, bo przecież każdy ma swój własny Mount Everest. Własną górę, na którą musi wejść. Są takie chwile, kiedy myślę, że gdyby Pan Bóg powiedział: „Olga, zabieram cię dzisiaj do siebie” – nie miałabym o to żadnych pretensji. Pewnie, że mam plany, ale mam też poczucie, że tak wiele udało mi się zrobić, że dziś każdy mój dzień, każdy zrealizowany projekt to bonus od losu. Kiedy śpiewam koncert z orkiestrą symfoniczną, kiedy ludzie wstają i proszą o kolejne bisy, kiedy nie chcą mnie wypuścić ze sceny – to czuję, że jestem nieprawdopodobnie szczęśliwa. Wypracowałam to sobie, idąc własną ścieżką, może wolniej, może dłużej, może towarzyszyła temu cięższa praca – ale zrobiłam to po mojemu.

Cena za te osiągnięcia?

W pewnym sensie utrata dzieciństwa. Byłam w szkole muzycznej i kiedy wracałam o 16, musiałam jeszcze odrobić lekcje i ćwiczyć na fortepianie. Gdy lekcje były odrobione, nikogo już nie było na podwórku. Ale z drugiej strony czułam się wyróżniona, chodziłam do elitarnej szkoły. Kiedy zdarzyło się, że coś zawaliłam, zwłaszcza z gry na fortepianie, kiedy wpadła jakaś dwója, to mama mówiła: „Cudownie! Proszę bardzo, od poniedziałku idziesz do rejonówki, ja zamykam pianino na kluczyk, a ty idź bawić się na podwórko”. To byłaby dla mnie najgorsza kara, straszna degradacja, ten numer mamie sprawdzał się za każdym razem, od razu wracałam do ćwiczeń. A od siódmej klasy moją mistrzynią była pani prof. Janina Butor – ucząc się u niej, miałam przekonanie, że obcuję z mistrzem, że ona uczy nie tylko fortepianu, ale i odczuwania sztuki. O muzyce opowiadała obrazami, wiele jej zawdzięczam. Nauczyła mnie szukać własnej drogi, także w sztuce.

Nie miałam dzieciństwa, mnóstwa rzeczy nie doświadczyłam: zabawy na trzepaku, całowania się w bramie, nie jeździłam na nartach, bo strach o ręce – o tyle jestem uboższa, ale też szczęśliwsza z tym, co robię. Może komuś taka cena wydaje się zbyt wysoka, ale ja wiem, że było warto, bo jestem wśród tych niewielu szczęśliwców, którzy wstając rano, mają uśmiech na twarzy. Kocham swoją pracę, dlatego wolę to, co mam, od tego, co mogłabym mieć.

Do czego nawołuje pani jako ambasadorka Fundacji Orange, realizującej „Dźwięki marzeń” – program rehabilitacji dzieci dotkniętych wadą słuchu?

Zawsze powtarzam, że dziecko niesłyszące, rehabilitowane od dnia urodzenia, ma szansę powrotu do pełnego zdrowia! To bardzo ważne, a większość ludzi tego nie wie. Oczywiście to długi i mozolny proces. Na przykład implanty słuchowe, które założone bardzo wcześnie, dają ogromną szansę powrotu do świata dźwięków. Rehabilitacja i praca logopedów to kolejny i niezbędny etap zajęć z niesłyszącymi maluchami.

Jest taki film o roku z życia Amelki, która urodziła się niesłysząca i została zaimplantowana. Na końcu piękny kadr: najazd kamery na Amelkę, która coś ogląda, słychać, jak jej tata woła: „Amelka!” i ona odwraca się na głos ojca…

Projekt „Dźwięki marzeń” powstał siedem lat temu. Fundacja Orange może pochwalić się już dużym stadkiem dzieci, które udało się wyrwać ze świata ciszy. Takie świadectwa są bezcenne, a radość i wdzięczność rodziców – bezgraniczna.

W tym numerze SENSu piszemy o czułości. Czy była pani przytulana jako dziecko?

Bardzo! Mama nas ciągle przytulała, ja to uwielbiałam i brak mi tego w dorosłym życiu. Jestem „przytulaśna”, uważam, że chwile czułości upewniają nas, jak bardzo blisko siebie jesteśmy. Zauważyłam taką rzecz – lubimy, kiedy pies lub kot przychodzi i przytula się, prawda? Dlaczego więc nie potrafimy dawać tego samego i domagać się od swoich bliskich, partnerów? Nie powinniśmy naszego codziennego życia sprowadzać do rytualnych gestów, które mają nas upewniać, że on czy ona „należy do mnie”. Zastanawiam się, jak często mi się zdarzało mieć poczucie, że jestem już tylko po to, by robić obiad, prać i być obok… Jeśli przez cały dzień nie ma między partnerami budowania czułości, to jak potem mają się kochać, iść ze sobą do łóżka? Ja tak nie potrafię. Na szczęście mój obecny partner jest wyjątkowo czuły, a ja sama domagam się gestów czułości.

„Piąta rano” – skąd wziął się tytuł płyty? Czy stoi za tym jakaś bezsenność?

Nie, piąta rano to dla mnie godzina graniczna. Często wstaję o piątej rano – kiedy gdzieś wyruszam w trasę albo na plan filmowy. Ale też bywa, że o tej porze dopiero wracam z pracy do domu. Czyli o piątej zaczynam albo kończę swój kolejny dzień życia. Chyba zasługuje na tytuł…

Olga Bończyk, aktorka filmowa i teatralna, piosenkarka, ambasadorka programu „Dźwięki marzeń” Fundacji Orange, pasjonatka sztuki kulinarnej. Pochodzi z Wrocławia, obecnie mieszka i pracuje w Warszawie. Jej ostatnia płyta „Piąta rano” ukazała się w listopadzie.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze