fbpx

Zuchwały thriller o największych marzeniach. Nowa powieść Zygmunta Miłoszewskiego „Kwestia ceny”

"Kwestia ceny" nowa powieść Zygmunta Miłoszewskiego
Zygmunt Miłoszewski (Fot. Karolina Zajączkowska/materiały prasowe)

Brawurowa, błyskotliwa, poruszająca i pełna akcji – taka jest nowa powieść Zygmunta Miłoszewskiego, która właśnie trafiła do księgarń. Publikujemy fragment „Kwestii ceny”, czyli thrillera przygodowego na nowe czasy. 

Pisałem „Kwestię ceny” w zupełnie absurdalnych warunkach. Zacząłem na statku handlowym, płynącym z ładunkiem holenderskiej stali przez Atlantyk, kończyłem w czasie pandemii, internowany w domu kultury w Olsztynie. Czytałem wiadomości i widziałem, jak świat bez przerwy dopisuje kontekst do mojej fabuły, której osią jest marzenie o zdrowiu i długowieczności. Bez względu na cenę – mówi o swojej najnowszej książce sam jej autor, Zygmunt Miłoszewski.

Tam, gdzie autor pisał, tam też zaczyna się przygodowa fabuła: na morzu. A w niej nietuzinkowi bohaterowie. Benedykt Czerski, wielki uczony i badacz dalekich plemion Syberii, który obsesyjnie pilnował skrzyń, zawierających bezcenne zabytki tajemniczego ludu Ajnów. Bogdan Smuga, chłodny naukowiec i wyznawca religii rozumu, który wierzy, że wśród zbiorów Czerskiego kryje się prawdziwy skarb, mogący odmienić przyszłość ludzkości. I wreszcie Zofia Lorentz, słynna historyczka sztuki i poszukiwaczka zaginionych arcydzieł, mierzy się z tajemniczym zanikiem pamięci męża. Gdy Smuga proponuje jej udział w odnalezieniu zbiorów, przywiezionych przez Czerskiego z Syberii – podkreślając, że kwestia ceny nie ma w tym wypadku żadnego znaczenia – przyjmuje zlecenie.

Tak zaczyna się niezwykła wyprawa, która zaprowadzi bohaterów między innymi na rosyjską Wyspę Przeklętą, do Paryża i na statek-widmo. Ich przygody okażą się decydujące dla dalszych losów cywilizacji. I jak to u Miłoszewskiego, wszystko okaże się nie tym, czym zdawało się na pierwszy i drugi rzut oka. By jeszcze bardziej podsycić ciekawość publikujemy fragment „Kwestii ceny” Zygmunta Miłoszewskiego.

Zygmunt Miłoszewski „Kwestia ceny” – fragment

Pierwszy raz pomyślała, że to się nie może skończyć dobrze, kiedy usłyszała strzały za plecami. Drugi, kiedy na końcu ogrodu, z którego wyjście stanowiła furtka wąska jak ucho igielne, pojawił się błyskający światłami radiowóz. Kradzież artefaktu z muzeum, ucieczka przed policją, no bardzo się zdziwi, jeśli skończy się na grzywnie. Normalnie polski konsulat stanąłby na głowie, żeby włos jej z głowy nie spadł, ale po ostatniej awanturze w Warszawie awansowała na wroga publicznego, więc nie liczyłaby na znaczącą pomoc ze strony Rzeczpospolitej. Zaczęła zwalniać, żeby poddać się z godnością, wtedy Smuga ponownie ją pociągnął, tym razem w bok.
– Szybciej, już blisko – zawołał.
Pobiegła, nie mając pojęcia, gdzie jest blisko, ale nie widząc za bardzo innego wyjścia. W sensie metaforycznym, w sensie dosłownym zobaczyła je jak najbardziej, przez małą furtkę wyskoczyli na paryski bulwar, Smuga pociągnął ją na ulicę, między trąbiące samochody, i tak gwałtownie wskoczył na schody do metra, że prawie ją zrzucił.
– Zwariowałeś! – zaprotestowała.
– Trzymaj! – Wcisnął jej w rękę biały kartonik z literką „t”, bilet do paryskich środków komunikacji. Wzięła i posłusznie włożyła w czytnik, kiedy dobiegli do wejścia na perony, myśląc, że uciekający przed policją przestępcy, którzy grzecznie kasują bilety, to jednak scena jak ze slapstickowej komedii. Powinni w pełnym biegu przeskoczyć nad bramkami, roztrącając przechodniów, pokrzykując i uchylając się przed świszczącymi kulami. Tymczasem oni grzecznie przystanęli, skasowali bilety i dopiero wtedy pobiegli na pustawy o tej porze dnia peron, z którego odchodziły pociągi piątej linii w kierunku Bobigny. Smuga potruchtał w stronę północnego krańca peronu, jednocześnie rozmawiając przez telefon, a ona grzecznie za nim.
–Jeszcze tylko kawałek, sto metrów i jesteśmy bezpieczni – wydyszał na końcu peronu. Rozejrzała się. Nie było tu żadnych stu metrów. Peron się kończył, tory naziemnego na tym odcinku metra biegły dalej wiaduktem w kierunku ślicznego stalowego mostu kolejowego, przerzuconego nad Sekwaną. Usłyszała krzyki. Ze schodów wyprysnęli mundurowi i obsypany jakimś śmieciem policjant w cywilu z bronią w ręku, który ze swoją płową grzywką i takimiż wąsami wyglądał na Polaka.
– Proszę się zatrzymać – zawołał po polsku. – Jestem policjantem, on kłamie!
– Nie słuchaj – syknął Smuga. – To straszny typ. Cyngiel korporacji, najemnik po Legii Cudzoziemskiej. Szybko! I zeskoczył na tory.
I zeskoczyli na tory. Do kurwy pierdolonej nędzy, pomyślał, to się nie dzieje naprawdę. Zerknął na znajdującą się nad jego głową tablicę, wedle której pociąg właśnie wjeżdżał na stację i faktycznie, za jego plecami szumiało wjeżdżające metro. Metalicznie zazgrzytały hamulce, maszynista musiał zobaczyć zamieszanie i postanowił wyhamować wcześniej.
– Nie pozwólcie mu ruszyć! – wydyszał do policjantów i zeskoczył na podkłady, za nim podążyło dwóch mundurowych. Wyglądali na młodszych od niego o połowę, a i tak byli czerwoni na gębach i z trudem łapali oddech, milenialsi, psia ich mać. Zacisnął zęby i przyśpieszył, wybiegając z budynku dworca. Od Smugi i Lorentz dzieliło ich siedemdziesiąt metrów, nie więcej. Uśmiechnął się. On trenował dwie dekady, oni to jajogłowy laborant i muzealniczka od oleju na płótnie. On ma broń, oni nie. I nie mają dokąd uciec. Poczuł się jak bohater filmu przyrodniczego o lamparcie doganiającym jelonka, który odłączył się od stada. Chcieliście historii naturalnej, to proszę, kurwa, uprzejmie.
Przebiegł nad dworcowym parkingiem i biegnącą wzdłuż Sekwany ulicą, zgarbił się lekko, kiedy najpierw ich, a potem jego minął jadący z naprzeciwka pociąg. Dystans cały czas się zmniejszał, pięćdziesiąt metrów, nie więcej. Zobaczył strach w oczach Lorentz, kiedy zerknęła przez ramię. Strzelił dwa razy w powietrze, skulili się, zwalniając i pozwalając mu zyskać kolejne metry.
– Stój, bo strzelam! – zawołał, pewien, że teraz się zatrzymają. I widział, że Lorentz była gotowa to zrobić, ale Smuga mocno ją pociągnął. Idiota, co on myśli? Że dobiegnie do następnej stacji i tam złapie taksówkę? Pokręcił głową i biegł dalej. Skacząc z podkładu na podkład, minął kamienne główki mostu i znalazł się nad Sekwaną. I zdębiał, ponieważ Smuga przesadził barierkę i skoczył do rzeki.
– Skacz! – krzyknął, stojąc na dachu unoszącej się na rzecznych falach barki. – Skacz, to blisko! Rozejrzała się niepewnie, odnotowując, że sam most stanowił wyjątkowe dzieło sztuki inżynieryjnej. W porównaniu do tej ażurowej stalowej konstrukcji wieża Eiffla zdawała się toporna, ciężkawa i prymitywna, naprawdę piękny to był most, ale chyba nie aż tak, żeby na nim umrzeć. Wąsaty jegomość, zwany przez Smugę cynglem i najemnikiem, stał zbaraniały, zapewne sądząc, że popełniają właśnie samobójstwo, skacząc do Sekwany. Sam Smuga stał na dachu barki z wyciągniętymi rękami. Blisko? Przełożyła nogę przez barierkę, zeszła na najniższą krawędź. Stąd na dół musiały być ze cztery metry. To dużo czy mało? Wystarczająco, żeby złamać nogę. Ale czy wystarczająco, żeby skręcić kark?
– Smuga! – krzyknął cyngiel. – Mam ją na muszce! Poddaj się!
Spojrzała zdziwiona i stwierdziła, że faktycznie, cyngiel ma ją na muszce. Mało tego, dokładnie widziała zarówno muszkę, jak i szczerbinkę, jak i wylot lufy, niepokojąco czarny i niepokojąco nieruchomy. Cyngiel celował w nią, trzymając broń oburącz i wolno skracając dystans. – Oddaj to albo będziesz ją miał na sumieniu. Wiesz, że jestem do tego zdolny. Odruchowo podniosła ręce.
– Zofia! Skacz!
Nie była pewna.
– On cię i tak zastrzeli, błagam, Zofia. To morderca, a ty za dużo wiesz.
Skoczyła. Spodziewając się, że usłyszy za sobą świst kul i ich grzechot o metalową konstrukcję mostu, ale nic takiego nie nastąpiło. Leciała na tyle długo, że zdążyła się zdziwić z tego powodu, po czym nieelegancko grzmotnęła o dach nadbudówki, przetoczyła się po nim, myśląc, że albo nic nie złamała, albo wszystko połamała, tylko adrenalina nie pozwala jej tego poczuć, po czym spadła jak worek kartofli na pokład barki, plecami w dół, patrząc w przestraszoną twarz Smugi, przepiękne przęsło mostu i szare zimowe niebo nad Paryżem. Usłyszała głuche huknięcie i okropna wibracja przeszła przez całe jej ciało, od czaszki po palce u stóp, powodując niewyobrażalny, rozrywający ból. Chciała krzyknąć, ale nie mogła. Zapadając w ciemność, nie czuła nic oprócz zwierzęcego przerażenia, że skoro nawet nie może krzyknąć, to musi być koniec.
Szkoda.

"Kwestia ceny" nowa powieść Zygmunta Miłoszewskiego
„Kwestia ceny”, Zygmunt Miłoszewski, Wydawnictwo W.A.B.