1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Chroniczne zmęczenie pracą – jak go uniknąć?

Chroniczne zmęczenie pracą – jak go uniknąć?

Chroniczne zmęczenie pracą to jeden z pierwszych objawów wypalenia zawodowego. (fot. iStock)
Chroniczne zmęczenie pracą to jeden z pierwszych objawów wypalenia zawodowego. (fot. iStock)
Każdy z nas od czasu do czasu bywa zmęczony i sfrustrowany pracą. To normalne. Warto jednak dbać, by ten stan nie przeszedł w chroniczne zmęczenie. Jak?

Według Christine Louise Hohlbaum, autorki książki „The Power of Slow: 101 Ways to Save Time in Our 24/7 World” (101 sposobów oszczędzania czasu w naszym 24/7 świecie), chroniczne zmęczenie pracą wywołane jest przez przewlekły stres i objawia się emocjonalnym i fizycznym wyczerpaniem. Tracimy wówczas motywację do pracy i przestajemy być w niej skuteczni.

Chroniczne zmęczenie pracą to prosta droga do wypalenia zawodowego. Pojawia się, gdy jesteśmy nadmiernie obciążeni obowiązkami, nie mamy kontroli nad swoimi zadaniami, nie doświadczamy odpowiedniej nagrody za pracę, brakuje nam poczucia wspólnoty w miejscu, w którym pracujemy, odczuwamy, że nie jesteśmy sprawiedliwie traktowani, nasza praca jest sprzeczna z wartościami, które wyznajemy.

Jeśli podejrzewasz, że dokucza ci chroniczne zmęczenie pracą, zadaj sobie następujące pytania:

1. Czy zaczynasz zaniedbywać swoją pracę?
2. Czy tracisz motywację do pracy?
3. Czy czujesz lęk w związku z pracą?
4. Czy straciłaś zamiłowanie do pracy?
5. Czy stresują cię relacje z kolegami?
6. Czy czujesz się częścią wspólnoty w pracy?

Odpowiedzi pomogą ci określić stan w jakim się znajdujesz.

Jak zapobiegać wypaleniu w pracy?


1. Bądź czujna na to, kiedy twoja praca przestaje być pasją. Jeśli budzisz się z podniecającym ogniem w brzuchu na myśl o pracy to znaczy, że twoja pasja żyje. Jeśli jednak jest to ścisk w żołądku, nie jest dobrze. Warto rozpoznawać stan, kiedy praca staje się ciężarem, kiedy izolujesz się od współpracowników, kiedy zawodowe osiągnięcia cię nie cieszą.

2. Rozpoznaj swoją sytuację i pracuj w kierunku rozwiązań. Zadawaj sobie pytania: „Czy jestem pasjonatką?”, „Dlaczego robię to, co robię?”, „Jak bym się czuła, gdybym zmieniła moją sytuację?”, „Co mogę w tym kierunku zmienić dzisiaj?”, „Jakie działania mogę podjąć, aby zmienić moją sytuację?”.

3. Codziennie znajduj czas tylko dla siebie. To nie musi być koniecznie poranny jogging, ale 20 minut w ulubionej kawiarni spędzone po pracy. Dobrze jest, jeśli przez przynajmniej godzinę dziennie, możemy po prostu być, nic nie robiąc. Znakomicie relaksuje położenie się do łóżka 30 minut przed zaśnięciem z ciekawą książką.

4. Rozmawiaj o pracy z zaufaną osobą. Szukaj wsparcia i innego spojrzenia niż twoje. Dobrze, żebyś mogła rozmawiać o swojej pracy z kimś, kto jest obiektywny i zainteresowany twoją sytuacją.

5. Bądź otwarta na własne uczucia i potrzeby. Staraj się zawsze być czujna na to, czego potrzebujesz. Może to być kanapka albo weekendowy wyjazd. Podjęcie wyzwania albo odpuszczenie sobie. Trudna rozmowa z szefem albo wzięcie wolnego dnia. Słuchaj siebie, a nie dopuścisz do stanu, kiedy będziesz chronicznie przemęczona pracą.

Christine Louise Hohlbaum jest specjalistką public relations, blogerką, częstą komentatorką w dużych mediach (CNN.com, NPR). Gdziekolwiek się znajduje, uczy zasady „mniej znaczy więcej”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dziecięce lęki często przenosimy na grunt zawodowy

Jeśli czujesz, że praca obarczona jest wieloma lękami, to chwieje twoim podstawowym poczuciem spełnienia. (fot. iStock)
Jeśli czujesz, że praca obarczona jest wieloma lękami, to chwieje twoim podstawowym poczuciem spełnienia. (fot. iStock)
Praca odtwarza mnóstwo podświadomych mechanizmów psychicznych. To pole, gdzie rozgrywają się nasze dziecięce lęki. Kiedy jakiś służbowy lęk nas zalewa, dobrze jest go dokładnie zbadać. Bo czasem strach jest „zamiast”, maskuje nasze dawne uczucia – twierdzi Tomasz Tuszewski, psycholog i psychoterapeuta

Ludzi można podzielić na dwie grupy: wewnątrz i zewnątrz sterownych. Pierwsi, źródeł sukcesów i niepowodzeń upatrują w sobie, drudzy poza sobą. A jeśli zewnętrznym czynnikom przypisują decydującą moc, czują, że nic od nich nie zależy, nad niczym nie panują – są bardziej lękowi. Gdy ktoś zdaje sobie sprawę, jak wiele zależy od niego, ma większe bazowe poczucie bezpieczeństwa, wie, że nawet jak będzie się źle działo, poradzi sobie. Stąd ci zewnątrz sterowni są bierni i boją się nowego, wewnątrz sterowni są aktywni i biorą byka za rogi.

Pewne czynniki zmniejszają lęk, np. świadomość, że mam fach, który jest poszukiwany; ogólne zaufanie do życia dyktujące, że nawet gdy ma się gorszy okres, to przy odrobinie wysiłku można poprawić swój los. – Ale gdy ktoś mówi, że zupełnie się nie boi straty pracy, przyglądam mu się uważniej – mówi psycholog Tomasz Tuszewski. To są ludzie, którzy boją się zależności, długiego zaangażowania. Takie osoby często zmieniają pracę z lęku, że ominie je coś lepszego. – W życiu prywatnym wybierają z reguły seryjną monogamię, a nie małżeństwo na całe życie – mówi psycholog. – To typowe dla osób, które w dzieciństwie doświadczyły nadmiernej zależności od rodziców, która naruszała ich bezpieczeństwo czy hamowała możliwość rozwoju.

Strach przed rywalizacją

– Zdarza się, że ktoś zupełnie sobie nie uświadamia własnej rywalizacyjnej postawy, albo czasem ją sobie uświadamia, ale nie akceptuje. W efekcie większość swoich impulsów projektuje na innych. Wtedy własna postawa wraca jako przekonanie, że w tej firmie jest ogólny wyścig szczurów. Budzi się lęk, że wszyscy chcą nas wygryźć – mówi psycholog.

Dlaczego wypieramy rywalizację i obarczamy taką intencją innych? Być może w dzieciństwie rodzice w ogóle nie uznawali rywalizowania. Prezentowali postawy typu „kiedy ludzie się kochają, nigdy nie jest im ciasno”, „nie pchaj się przed brata”. Taki model wychowania uczy dziecko, że trzeba wszystko oddać, nie pragnąć za dużo, nie starać się wyprzedzić innych.

Uświadomienie sobie, że rywalizujemy, choć nie mieści się to w naszym systemie wartości, generuje w nas lęk bycia zdemaskowanym. Skoro innym pokazujemy, że nam na awansie nie zależy, a jednocześnie chcemy mieć więcej, zdystansować innych – zaczynamy się bać kary. Bo co innego mogłoby nas spotkać, gdy zdemaskowana zostanie nasza np. chciwość?

I zaczynamy rozgrywać to na zewnątrz: to inni mają problem z rywalizacją, nie my. Korzenie zjawiska znów sięgają dzieciństwa: prawdopodobnie rodzice „krzywili” się, gdy chcieliśmy za dużo. Czuli się zagrożeni przez nasze osiągnięcia. Oczywiście, każdy rodzic powie, że chce, by jego dzieci odnosiły same sukcesy. To na świadomym poziomie. Na podświadomym czasem kryje się lęk, że dzieci go prześcigną. Kiedy to się zdarza, dziecko czuje się winne. W dorosłym życiu fakt, że przerasta zespół, wywołuje u niego poczucie winy, a impuls, by mieć coś więcej niż inni – wstyd.

Na szczyt? Za nic!

Co widzisz, kiedy patrzysz na szefa? Władzę, sukces, kompetencje? To dobrze. Bo niektórzy widzą głównie samotność. Badania nad wpływem stresu na zdrowie wykazały, że największy jego poziom to zmora menadżerów. Dlaczego? Bo brak im wsparcia społecznego. Nikt ich nie poklepie po plecach i nie powie „stary, jutro będzie lepiej”. Nie mogą się nikomu poskarżyć. Z tego powodu wiele osób się boi awansować.

– Ludzie boją się wykluczenia z grupy – tłumaczy Tuszewski. – Lęk budzi nie tylko konkretny awans, ale jakikolwiek większy sukces: boją się, że spotka ich zawiść kolegów. Sukces może izolować i każdy impuls, by chcieć czegoś więcej, powoduje lęk. To może prowadzić do postawy bierności.

Strach przed sukcesem paraliżuje jeszcze z innych powodów: możemy się obawiać, że jeśli już odniesiemy jeden sukces, trzeba będzie go powtarzać. To zmusza do ciągłej walki o pozycję – a przecież nikt nie może być najlepszy cały czas.

– To zależy od temperamentu: niektórych „kręcą” wysokie wymagania, fakt, że są wyraźniejsi, że inni myślą, iż stać ich na więcej – uważa psycholog. – Ale to niewielki odsetek. Sukcesu boją się osoby wysoko reaktywne. Silnie reagują na bodźce i raczej starają się je sobie ograniczać. Mogą marzyć o osiągnięciach, ale jednocześnie cenią sobie święty spokój i boją się wychylić, by tego spokoju nie stracić.

Taka osoba nie przyzna się do sukcesu, nawet jeśli go odniesie. Gdy na zebraniu koledzy zechcą oklaskać autora, powie „to nie ja, to zespół”. I więcej nie wychyli się z żadnym projektem. Może też tak zaprezentować swój pomysł, że nie zostanie przyjęty. Przecież próbowała, ale nie wyszło. To środowisko jest takie niedobre i nie ceni jej pomysłów… A święty spokój? Nic mu nie zagraża…

Jedni przystają, drudzy odstają

Pod jednym względem wszystkie grupy są do siebie podobne: ten, kto myśli inaczej, jest odrzucany. Pewien stopień konformizmu jest pożądany. Nie chodzimy w końcu do pracy, by odgrywać monodram ze sobą w roli głównej. Ale bywa, że boimy się „wychylić”, potakujemy...

Dostosowujemy się. Niektórzy za bardzo.

– Gdy dziecko wraca ze szkoły i zastaje pokłóconych rodziców i powietrze gęste od pretensji, a rodzice nie potrafią go od tego oddzielić, bierze na siebie poprawienie atmosfery. Odkłada swoje problemy i potrzeby, stara się pocieszyć, stanąć po czyjejś stronie. Jako dorosły czuje, że harmonia i bezpieczeństwo całego zespołu zależą od jego dostosowania się. Musi więc zrezygnować z tego, czego sam chce.

 
Czasem jednak chcemy odstawać. Czujemy się inni niż reszta i chcemy to zaznaczyć. – Pielęgnowanie w sobie przekonania o tym, że bardzo różnimy się od grupy, tworzenie nieadekwatnych obrazów, podkreślanie rozbieżności też może wypływać z lęku – podkreśla psycholog. – To może być strach przed tym, że jeśli spróbuję wejść do grupy, odrzucą mnie – więc dystansuję się z góry. Wchodzenie do grupy generuje sporo lęku, bo nigdy nie wiemy, co stanie się dalej… Przyjęcie przez grupę oznacza, że trzeba zaakceptować reguły, jakie w niej panują.

– Są zespoły ludzi, w których zaprzecza się pewnym emocjom. To tworzy niezwykle napiętą atmosferę. W niektórych środowiskach nacisk na dbanie o pozory jest szczególnie silny – mówi Tuszewski. – Kiedyś pracowałem z nauczycielami. W szkole narastała fala agresji wśród uczniów i wielu pedagogów źle sobie z tym radziło, nie tylko dlatego, że uczniowie byli trudni. W tej grupie nie można było powiedzieć „nie radzę sobie”, głośno przyznać się do słabości.

– Gdy nie można z nikim pogadać ani się przyznać do lęku, nie wiemy, jak z tego wybrnąć. Narasta presja, która się może skończyć nerwicą, zobojętnieniem na drugiego człowieka. Dobrze jest znaleźć w pracy kogoś, z kim można pogadać. Jest wtedy szansa, że zaczniemy odczarowywać niezdrowe zaprzeczenia, bo koledzy mogą przyznać, że też się czegoś boją – radzi Tuszewski.

Życie wśród wilków

Pod służbowym graniem może kryć się też wiele cech i uczuć, których w sobie nie akceptujemy. Przykład? Agresja. Są ludzie, którzy nawet na torturach nie przyznają, że odczuwają złość lub chęć, by komuś zrobić coś złego. Wtedy projektują: przypisują innym swoje emocje. To inni są agresywni, to środowisko jest wrogie – ale przecież nie ja. – Ktoś zwrócił nam uwagę, a nam się wydaje, że źle nas potraktował, że żyjemy wśród wilków – uważa Tuszewski.

Kiedy dopuścimy do siebie myśl, że agresywne impulsy są ludzkie, zaczynamy oswajać tę część naszej natury. Terapeutyzujące jest samo uświadamianie sobie, że różne zachowania nas złoszczą, że nie tylko padamy ofiarami czyjejś agresji, ale też czasem irytują nas inni. To zmniejsza lęk, sprawia, że nie jest tak obezwładniający.

Strach przed agresją często się łączy z lękiem przed krytyką. Jest on charakterystyczny dla osób nie tolerujących poczucia winy. I znów musimy się cofnąć do dzieciństwa. – W rodzinie nie było miejsca na błędy – mówi Tuszewski. – Kiedy błędy są dopuszczalne, dziecko to czuje, nawet jeżeli czasem jest karane. Jeśli błędy tolerowane nie są, nie można sobie pozwolić na żadne potknięcia – także w dorosłym życiu.

Poczucie winy jest całkowicie wypierane, ponieważ budzi nieznośny lęk. Tak silny, że w umyśle takiego człowieka nie ma miejsca na przyznanie się do jakiegokolwiek błędu. Rozgrywamy swoje problemy na zewnątrz, widząc siebie zawsze jako ofiarę sytuacji. Kiedy popełnimy błąd, uznajemy, że to wina kogoś lub czegoś. Im bardziej nam nie wychodzi, tym bardziej ustawiamy się w roli ofiary. – Takiej osoby nie można skrytykować nawet w koleżeńskich warunkach, bo zaraz poczuje się atakowana – tłumaczy Tuszewski. – Ponieważ zupełnie nie jest w stanie uznać, że coś zostało zawalone przez nią, nie przyjmie krytyki, powie najwyżej „znowu wszystko na mnie”.

Chętnie bym wam pokazał, ale…

Każdy, kto pisząc CV kiedyś nieco w nim przesadził, wie, jak nieprzyjemny jest lęk przed zdemaskowaniem. A że podoba się nam szacunek otoczenia, podtrzymujemy fałszywy wizerunek.

– Częściej tylko wyobrażamy sobie, że inni widzą nas jako lepszych – uważa Tuszewski. – Ale otoczenie wcale nie „kupuje” naszej wersji. Zauważa nasze ograniczenia, ale mimo to przyjmuje, akceptuje.

Są jednak osoby naprawdę kompetentne, które nie cenią same siebie i tylko czekają, aż ktoś je rozszyfruje. Skąd ten lęk? Może w dzieciństwie rodzice wciąż nas porównywali z rodzeństwem, które – oczywiście – zawsze wypadało lepiej? Może nigdy nie byli z nas zadowoleni i nigdy nie pochwalili, nawet, jeśli odnosiliśmy sukcesy? Może w dorosłym życiu widzimy, że osiągnęliśmy więcej niż rodzice i czujemy się z tego powodu winni, bo zgarnęliśmy dla siebie więcej niż ta najważniejsza osoba? Możliwy jest każdy z tych wariantów – i każdy z nich prowadzi do obniżonego poczucia wartości.

Na zakończenie: niezależnie od tego, z jakim problemem borykasz się w pracy i jakie prześladują cię lęki – nie pozwól sobie wmówić, że to „tylko praca”, że powinniśmy mieć w życiu ważniejsze rzeczy. Jeśli czujesz, że ci w niej nie idzie albo jest ona obarczona wieloma lękami, to chwieje twoim podstawowym poczuciem spełnienia. Masz prawo traktować ten problem poważnie.

Tomasz Tuszewski: psycholog, psychoterapeuta. Ukończył m.in. Studium Psychoterapii w Laboratorium Psychoedukacji i Studium Psychoterapii Analitycznej. Prowadzi praktykę psychologiczną od 1995 roku, aktualnie zajmuje się długoterminową psychoterapią indywidualną i grupową. Prowadzi również zajęcia w Studium Psychoterapii.

  1. Psychologia

Praca - jak rozwiązywać problemy bez złości, z pozycji dorosłego?

Problemy, również te w miejscu pracy, raczej nie rozwiążą się same. Z drugiej strony - ich rozwiązanie wymaga dojrzałego podejścia. (fot. iStock)
Problemy, również te w miejscu pracy, raczej nie rozwiążą się same. Z drugiej strony - ich rozwiązanie wymaga dojrzałego podejścia. (fot. iStock)
Starasz się i pracujesz po godzinach, nawet przekładasz urlop, lecz zamiast pochwały dostajesz następną stertę papierów do zrobienia? Może już pora przestać uskarżać się na szefa i zacząć rozwiązywać problemy z pozycji dorosłego?

Tymon patrzył na kopertę, którą rano wręczyła mu sekretarka, i chociaż sytuacja nie przedstawiała się najlepiej, oprócz złości odczuwał pewien rodzaj ulgi – najgorsze, czego się spodziewał, właśnie nastąpiło, więc teraz po raz pierwszy od dawna mógł wreszcie odetchnąć. W kopercie było wypowiedzenie umowy o pracę – niezły prezent jak na pierwszy dzień po urlopie. Wszyscy już wiedzieli, poznał to po zachowaniu kolegów, którzy unikali jego wzroku i nie byli zbyt rozmowni. Oczekiwał przynajmniej odrobiny współczucia, ale natykał się na obojętność. Nie rozumiał, dlaczego tak się dzieje. „Jacy oni wszyscy są beznadziejni” – pomyślał i złość znowu dała znać o sobie.

Nikt mnie nie docenia...

Tymon pracował w firmie informatycznej od czterech lat. Prawie zawsze wychodził ostatni, ciągle przesuwał urlop na luźniejszy czas, często podejmował się obsługi tzw. nagłych wypadków, wykonywał sumiennie swoją pracę i w głębi duszy czuł, że jest dobry w tym, co robi. Nigdy jednak nie doczekał się jakiegokolwiek docenienia. Czekał cierpliwie tyle czasu, ale w te wakacje postanowił, że wreszcie zrewanżuje się pięknym za nadobne. Skoro do dyrektora nie dociera, ile Tymon robi dla firmy, to może jak przestanie to robić, to wreszcie szef pójdzie po rozum do głowy. Akurat w czerwcu był naprawdę napięty czas: trzeba było dokończyć projekt, który był obwarowany wysokimi karami umownymi za niedotrzymanie terminu. Właśnie w takim momencie Tymek złożył podanie o dwa tygodnie urlopu i pomimo prośby dyrektora, żeby zaczekał do końca projektu, był nieugięty: „Tym razem nie zmienię planów” – powiedział, wprawiając dyrektora w osłupienie, i dostał podpis zatwierdzający urlop. Tymek nie bawił się dobrze na swoim wyjeździe, bo czuł ciągnący się za całym wydarzeniem cień. Tymczasem jego koledzy w pracy wieszali na nim psy, bo przez jego niespodziewany urlop musieli siedzieć po 10 godzin w biurze. Dlatego nie było w ich oczach współczucia, kiedy zobaczyli go z wypowiedzeniem w ręce.

Efekt domina

Jak inaczej można było rozwiązać opisaną sytuację, tak aby nie pozwolić na uaktywnienie wirusa złości? Przede wszystkim należałoby zacząć od rzucenia światła świadomości na etap nieświadomy – czyli nie chować pojawiających się pierwotnych uczuć pod dywan i rozpoznać niezaspokojone potrzeby, na które one wskazują.

Kiedy w głowie Tymka pojawiły się myśli, że jest niedoceniany w pracy, był to moment na to, żeby uświadomił sobie swoją niezaspokojoną potrzebę bycia zauważonym przez innych. Nie powinien czekać, aż problem rozwiąże się sam, tylko wykazać się własną inicjatywą: porozmawiać z szefem o możliwości dodatkowej gratyfikacji, odebrania godzin nadliczbowych czy jakimś innym rozwiązaniu, które byłoby satysfakcjonujące dla obu stron. Druga sprawa to odczucia Tymka w stosunku do kolegów z pracy. Kiedy zaczął ich osądzać: „nie współczują mi, są beznadziejni” – był to moment na uchwycenie tych myśli, zatrzymanie się przy nich i powrót do schowanego uczucia samotności. Dzięki temu Tymek byłby w stanie odkryć, że potrzebuje więcej zrozumienia i wsparcia oraz że lepszym rozwiązaniem niż nakręcanie się na temat beznadziejności innych byłoby danie im szansy na lepsze zrozumienie: wytłumaczenie, że ma dość niepisanej w firmie normy pracowania ponad limit etatowych godzin. Podejmując temat, rozpocząłby dialog i dałby szansę kolegom na pokazanie, jak to wygląda z ich perspektywy – co stworzyłoby możliwość wypracowania rozwiązania akceptowalnego dla wszystkich.

Z kolei dyrektor, myśląc o Tymku: „jest nieodpowiedzialny i powoduje kłopoty”, mógłby odkryć, że tak naprawdę najważniejsze dla niego jest, by pracownicy mogli liczyć na siebie nawzajem, i tak poprowadzić rozmowę, żeby dać szansę Tymkowi na zmianę stanowiska: „Wiesz, dla mnie jest ważne, żebyśmy wspierali się w trudnej sytuacji. Twój urlop w natłoku rzeczy, jakie mamy do zrobienia, spowoduje poważne turbulencje. Czy jest coś, co mogę zrobić, żebyś zmienił zdanie?”.

Natomiast koledzy Tymka z pracy, zamiast od razu zakładać, że to z kimś innym jest coś nie tak: „Przez niego mamy teraz piekło, z nikim się nie liczy”, mogliby odkryć, że tak naprawdę najistotniejsza jest dla nich zasada współpracy, i zastanowić się, jakie rozwiązanie zapewniłoby porozumienie pomiędzy nimi i Tymkiem. Mogliby mu powiedzieć: „Słuchaj, stary, z tego, co mówisz, wynika, że potrzebujesz jakiegoś rozwiązania, bo długo tak nie pociągniesz, ale może najpierw pogadamy i coś wspólnie wymyślimy, zanim trzaśniesz drzwiami i zostawisz nas na pastwę goniących terminów i niezadowolonego klienta”.

Razem, a nie osobno

Oczywiście gdyby wszyscy zachowywali się tak, jak powinni, żylibyśmy w pracowniczym raju. A jest inaczej. Warto jednak zwrócić uwagę, że którakolwiek z proponowanych zmian w sposobie porozumiewania się byłaby w stanie zatrzymać proces osądzania i dokopywania sobie w sytuacji, która i i tak nie przedstawiała się zbyt optymistycznie. Jako że tak się nie stało – uaktywniły się mechanizmy wzajemnej wrogości, powodujące mało konstruktywne zachowania. Każdy okopał się na swojej mało otwartej na potrzeby własne i innych pozycji.

Może się wydawać, że najbardziej poszkodowany był Tymek, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się problemowi widać wyraźnie, że każdy wyszedł z tej potyczki poobijany: dyrektor stracił wydajnego pracownika, zespół – współpracownika, Tymek – pracę. A stało się tak dlatego, że pod wpływem emocji wszyscy zaczęli działać nawykowo, nie byli w stanie kierować się rozsądkiem i ulegli mechanizmowi powstawania złości. Zapomnieli, że są elementami tego samego systemu, i to, co nie służy jednemu z elementów, w konsekwencji osłabia wszystkie. Można zażartować, że gdyby członkowie zespołu (w końcu – informatycy) mieli rozpisany algorytm powstawania gniewu, byliby w stanie dotrzeć do swoich niezaspokojonych potrzeb (prawdziwych przyczyn frustracji) i przestać je mieszać z bodźcami wywołującymi złość (osądzanie siebie lub innych).

Skupianie się na bodźcach wywołujących gniew prowadzi zawsze do działań destruktywnych.
Skupienie się na potrzebach inspiruje do poszukiwania rozwiązań, zwiększa kreatywność i prowadzi do działań konstruktywnych. Żeby przyjąć ten drugi sposób postępowania, trzeba nauczyć się, że nie warto chować problemów pod dywan. Każdy może zainicjować takie podejście: „whatever the problem, be part of the solution” – jakikolwiek byłby problem, bądź częścią rozwiązania.

  1. Psychologia

Co potrafi nasz umysł? Jak działa? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
W pracy, w domu wciąż wymaga się od nas jeszcze i jeszcze. Przydałby się jakiś dodatkowy zasób, z którego moglibyśmy czerpać. Czy to prawda, że na co dzień wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości mózgu? Jak sięgnąć po te 90 pozostałych? I co ma z tym coś wspólnego psychoterapia? – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak to jest z mózgiem? Badania zebrane w „50 wielkich mitach psychologii popularnej” Scotta O. Lilienfelda, Stevena Jaya Lynna, Johna Ruscio i Barry’ego L. Beyersteina nie potwierdzają, że mamy w nim jakiś ukryty potencjał. Ale chcemy wierzyć, że jednak on tam jest.
Nie jestem neurobiologiem ani neurokognitywistą, tylko psychoterapeutą, i dlatego zajmuję się umysłem, a nie mózgiem. Programem, jak można by powiedzieć, a nie samym komputerem, którym w tym ujęciu nazwałbym mózg. Ale też z mojego doświadczenia wynika jasno, że to właśnie umysł decyduje o tym, co może mózg. On mu to nawet dyktuje! To umysł decyduje o tym, jak postrzegamy siebie i świat, a więc co myślimy. Źródłem umysłu jest oczywiście kultura, w której żyjemy, język, którym mówimy, ale też emocje i wydarzenia z życia, wątki biograficzne, a więc to, czym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeuta. I myślę – na co mam wiele dowodów – że to umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. Przyszedł do mnie prezes firmy z wypaleniem zawodowym i depresją. Jego mózg stracił zdolności kreatywne i firma, którą stworzył, popadła w stagnację. Stał się drażliwy, a nawet agresywny, co psuło mu kontakty z pracownikami i niszczyło atmosferę w domu. Zapytałem go o marzenia i o plany, które musiał porzucić dla swojej wyczerpującej pracy. Okazało się, że od dziecka marzył o grze na fortepianie. Poradziłem mu, że jeśli chce odzyskać siły i kreatywne możliwości umysłu, powinien wziąć sobie sześciomiesięczne wolne i w tym czasie zająć się przede wszystkim fortepianem. Pojawił się po pół roku, szczęśliwy i rozpromieniony, o wiele lat młodszy. Okazało się, że zrobił tak, jak mu doradzałem, i że dalej poświęca nauce gry na fortepianie dwie godziny dziennie. W międzyczasie wyzdrowiał – pokonał depresję, twórczo zreorganizował firmę i podniósł ją na zupełnie inny poziom. Znakomicie też poprawił swoje relacje ze współpracownikami i z rodziną.

Odzyskał zdolności kreatywne, dodając sobie zajęć?
Gdy nasze ciało nabiera nowych umiejętności, a na pewno gra na fortepianie tego wymaga, mózg musi te nowe umiejętności „zapisać”. Związane jest to z powstawaniem większej ilości połączeń między neuronami. Te zazwyczaj mają ich kilka, a mogą wielokrotnie więcej. Powstaje więc sieć, która być może jest tym właśnie ukrytym potencjałem. Tak czy inaczej, ucząc się nowych rzeczy, rozwijamy umysł i mózg. Mamy też – słuszne zresztą – poczucie, jakbyśmy stali się mądrzejsi. Myślę, że gdybyśmy zbadali mózgi ludzi przed psychoterapią i po niej, to okazałoby się, że zmieniła się ich aktywność. Badania mózgów ludzi kreatywnych, które miałem okazję zobaczyć, wykazały, że kreowanie nowych wizji i rozwiązań jest powiązane z inną niż przeciętna aktywnością elektryczną kory mózgowej.

Ale gdy podłączono mózg do urządzeń pozwalających obserwować jego pracę (EEG, PET, fMRI), nie znaleziono nieaktywnych obszarów.
Może nie chodzi o zwiększenie aktywnego obszaru, ale o rodzaj tej aktywności? A mówiąc znów o umyśle, adepci psychoterapii wprost stwierdzają: „Czuję, że mózg mi się otworzył. Że mam więcej przestrzeni w głowie. Jakbym więcej widział, czuł i przede wszystkim rozumiał”. Te obserwacje są trafne. Oddają to, co – upraszając – można ująć tak: łatwiej myśleć, gdy nie przeszkadzają w tym trudne emocje, kompleksy czy lęki, a nawet fobie. One zdecydowanie zmieniają nasze widzenie świata i relacje – także ze sobą. Przyszła do mnie bardzo światła osoba, pani profesor, nauczycielka akademicka, która panicznie bała się kotów. W trakcie terapii okazało się, że jej trudne doświadczenia z dzieciństwa zainstalowały w jej umyśle program, który kazał jej kojarzyć wszystkie kocie cechy z karą i odrzuceniem. W dzieciństwie nie wolno jej było się bronić, walczyć o swoje, korzystać z wolności, bawić się, poszukiwać komfortu i przyjemności, zajmować się swoim ciałem itd. Gdy zdała sobie z tego sprawę i przy mojej pomocy zmieniła ten program, otwierając się na swoje wcześniej wyparte potrzeby i możliwości, jej życie się zmieniło. Zaczęła dawać sobie więcej uważności i troski. Odpuściła też innym, bo miała wreszcie siebie pod opieką.

A więc czasem mamy w głowie za dużo lęku, by postępować mądrze, czyli na przykład zadbać o siebie czy po prostu móc skupić się na nauce i pracy.
To częsta sytuacja, kiedy przepracowanie trudnych emocji i wydarzeń sprawia, że człowiek nie ma problemów z zadbaniem o swoje sprawy, z koncentracją, z nauką, z jąkaniem się, z migreną czy nawet z dysgrafią. Dzieje się tak, bo znikają filtry, które zakłócały mu poznanie świata i szczere relacje z innymi.

W autobiografii „Mózg i serce, magiczny duet” neurochirurg James R. Doty opisuje, jak będąc chłopakiem, opanował zasady uspokajania ciała i umysłu, co pomogło mu zostać lekarzem, a potem profesorem. Zyskał nie tylko zdolność do błyskawicznej koncentracji, ale też posługiwania się intuicją. Ale nic by z tego nie było, gdyby nie pokonał kompleksów, a wstydził się nawet śmiać, bo uważał, że ma straszne zęby.
Moje doświadczenie psychoterapeuty potwierdza badania i obserwacje Doty’ego. Mózg potrafi przekształcać się pod wpływem umysłu, a więc pracując nad umysłem, możemy doprowadzić do pozytywnych zmian we własnych neuronalnych drogach. I on tego dokonał już jako dziecko, ucząc się przez wiele wakacyjnych tygodni metody uspokajania umysłu. A potem, kiedy jako lekarz wychodził ze spustoszeń po zawale mózgu i odzyskiwał sprawność. Opowieść Doty’ego jest także niezbitym dowodem na to, że świadomość nie jest produktem mózgu, lecz że jest wobec mózgu pierwotna. A więc siła umysłu decyduje o tym, w jakim stopniu wykorzystamy nasz potencjał.

No właśnie, najważniejsze pytanie na dziś to: jak domowymi metodami sięgnąć po ten ukryty potencjał umysłu czy mózgu?
Warto wiedzieć, że umysł może być nastawiony na to, aby poszukiwać, być otwartym na świat i na nowe. Ale może też być konserwatywny i bronić się przed zmianami. W przeciwieństwie jednak do komputerów mamy samoświadomość i ona nam pomaga przeprogramować nasze umysły. Wielu z nas z tej szansy, jaką daje bycie człowiekiem, korzysta, i to często nieświadomie. Dla przyjemności czyta dużo, i to także autorów o kontrowersyjnych poglądach. Próbuje zrozumieć to, co awangardowe, a nawet skandalizujące w sztuce. Nie żeby podziwiać, tylko żeby wiedzieć. Podróżuje, poznaje inne kultury i dziwne egzotyczne obyczaje. Interesuje się rozwojem nauki, filozofuje. Medytuje, uprawia wymagające dyscypliny sportu, udaje się na odosobnienia lub pielgrzymki. Ci zaś, których umysły są raczej konserwatywne, czyli chcący się kontaktować wciąż z tą samą opowieścią o świecie, nie mają nowych wyzwań ani nowej wiedzy do zasymilowania. Nie ma więc powodu, by neurony w ich mózgach zatrudnić do cięższej pracy, a więc uruchomić ten dodatkowy potencjał.

Po dniu pracy w dzielnicy biurowców zmuszać się do nowego?! Gdy ciągną nas seriale, jakiś kryminał, może wino... Wierzymy też, że skutecznie uczyć się można do 20. roku życia.
Zarówno mózg, jak i umysł pozostają plastyczne przez całe życie. Nigdy nie jest za późno, aby coś inaczej zobaczyć, zrozumieć, zmienić się. Bycie otwartym pomaga, bo trzymanie się starych rozwiązań w zmieniającym się świecie skazuje nas i ludzi wokół na fiasko, na zamieszanie i cierpienie. Pamiętajmy o tym, bo nasz umysł – zwłaszcza w sytuacjach kryzysu – ma tendencję do sięgania po stare rozwiązania. A my nie dostrzegamy, że te sprawdziłyby się w tamtych realiach, a dziś spowodują dodatkowy kłopot. Na przykład kiedy nastolatek domaga się swobody, zaufania i szacunku, to co robią rodzice? Na ogół przykręcają śrubę, sięgając po rozwiązania konserwatywne: „Musimy zabronić, musimy więcej wymagać, musimy zdyscyplinować, byliśmy zbyt pobłażliwi”. Choć problem wydaje się stary jak świat, to szybko okazuje się, że stare sposoby nie zdają egzaminu. Bo młody człowiek wzrastał w świecie zupełnie różnym od świata, w którym wzrastali jego rodzice, np. od czasu gdy nauczył się posługiwać komputerem, miał nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy. Rodzice są imigrantami w świecie elektronicznych mediów, a młodzi się w tym świecie urodzili. Wiele wskazuje na to, że mają inaczej ukształtowane mózgi. Ich umysły konstruują inny obraz świata, inną prawdę o nim.

No i rozbolała mnie głowa. Zażyję tylko tabletkę i…
Na szczęście nie rozmawiamy o empatii, bo wtedy – odradzałbym. Badania brytyjskie dowodzą, że paracetamol zmniejsza zdolność do rozumienia i reagowania na potrzeby i uczucia innych. To, co w układzie nerwowym oraz w mózgu odpowiada za odczuwanie bólu fizycznego, odpowiada też za współodczuwanie z innymi. Połkniesz tabletkę i może nie być dla ciebie jasne, czemu partner marudzi, a przyjaciółka płacze.

Ale kiedy boli głowa, również trudno o empatię.
Zaskakujące, jak wiele czynników może wpływać na to, co myślimy, a nawet czego oczekujemy. Na przykład szefowa, którą często boli głowa, będzie więcej wymagać od pracowników, ale mniej ich rozumieć. A możemy mówić o paracetamolowym stylu zarządzania w Polsce, biorąc pod uwagę ilość spożywanych leków przeciwbólowych. Polacy konsumują około dwóch milionów tabletek rocznie. Ale Wisły kijem nie zawrócimy.

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Ciekawostka

Jak pisze Ałbena Grabowska, dr nauk medycznych, neurolożka i pisarka: Półkule mózgowe ze sobą współpracują, ale też zazwyczaj jedna dominuje. Jeśli nie ma między nimi połączenia, to np. śmiejemy się, gdy coś nas rozbawi, choć nie wiemy czemu. Jeśli z kolei są równorzędne, to piszemy obiema rękami tak samo sprawnie, ale też nasz umysł może znacznie więcej, bo jedna myśl toruje drogę drugiej, a to podstawa geniuszu. Ten dar miał malarz i wizjoner Leonardo da Vinci.

  1. Zdrowie

Główne rodzaje i skutki stresu – jak zwalczać jego skutki?

Stres mobilizuje nas do działania, podnosi poziom energii, stymuluje rozwój. Niestety, w dzisiejszych czasach nadmiar stresu, a może raczej nieumiejętność jego rozładowania, obraca się przeciwko nam. (fot. iStock)
Stres mobilizuje nas do działania, podnosi poziom energii, stymuluje rozwój. Niestety, w dzisiejszych czasach nadmiar stresu, a może raczej nieumiejętność jego rozładowania, obraca się przeciwko nam. (fot. iStock)
Najbardziej typową i odczuwalną reakcją ciała na stres jest silne spięcie mięśni, gotowych do wysiłku. W poszczególnych organach zachodzą błyskawicznie reakcje: serce i oddech przyspieszają, ciśnienie rośnie, wyostrzają się zmysły, obniża się odporność i maleje wrażliwość na ból. Ciało jest w pełnej gotowości, aby „się ratować”. 

Jednak pamiętajmy, że stres niejedno ma imię. Sprawdź, jakie są rodzaje stresu i których z nich doświadczasz!


Eustress – towarzyszy ekscytującym wydarzeniom. To pozytywny, a nawet niezbędny rodzaj stresu.

Under-stress – stres spowodowany niedociążeniem, bezruchem, znudzeniem, poczuciem beznadziei; przeciwieństwo eustresu.

Over-stress – nadmierny stres, pojawiający się wtedy, kiedy przekraczamy swoje możliwości (to ten z typów stresu, który towarzyszy np. biznesmenom, ale też maratończykom).

Dystres – czyli najbardziej typowy, długotrwały, objawiający się różnego rodzaju cierpieniem: frustracją, obawą, złością, zamartwianiem się, rozpaczą. Częste są też objawy fizyczne (psychosomatyczne).

Co powodują w organizmie wymienione główne rodzaje stresu?

Serce i układ krwionośny – stres wywołuje przyspieszone bicie serca, wzrost ciśnienia krwi i jej odpływ do mięśni z organów, co powoduje ich niedokrwienie;

Mózg – osłabia pamięć i koncentrację, zdolność do uczenia się, ponadto pod wpływem negatywnych typów stresu zwiększa się poziom beta-amyloidu peptydu, którego złogi uszkadzają tkankę mózgu i są przyczyną choroby Alzheimera;

Płuca i oskrzela – nasila objawy astmy, przewlekłe zapalenie oskrzeli oraz kaszel;

Układ trawienny – kortyzol pobudza komórki tłuszczowe do gromadzenia zapasów oraz zwiększa wydzielanie insuliny, co sprawia, że szybciej robimy się głodni;

Żołądek – następuje silne zwężenie naczyń krwionośnych, stąd wrażenie skurczu. Częsty stres powoduje uszkodzenia błon śluzowych żołądka;

Trzustka – wyrzut kortyzolu powoduje podwyższenie poziomu cukru we krwi, a to prowadzi do rozwoju cukrzycy;

Układ odpornościowy – stres hamuje aktywność limfocytów T, dlatego łatwiej wtedy o infekcje;

Włosy – zarówno rodzaje stresu fizycznego, jak i psychicznego mogą doprowadzić do nadmiernego wypadania włosów, a nawet łysienia plackowatego;

Mięśnie – kumulują napięcie, usztywniają się wskutek odczuwania jednego z wymienionych typów stresu, a to z kolei może osłabiać kręgosłup.

Czytaj więcej na temat stresu i skutków dla ciała w artykule:

  1. Psychologia

Kot wie lepiej – manifest bezproduktywności

Kot prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. (Fot. iStock)
Kot prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. (Fot. iStock)
W dzisiejszych czasach dominuje przekonanie, że coś jest z nami nie tak, jeśli zatrzymujemy się, nie gonimy i nie produkujemy. Tymczasem, jak twierdzi dr Joanna Heidtman, bezczynność i odpoczynek są równie istotne jak praca. A nawet istotniejsze!

Współczesna kultura programuje człowieka tak, aby wciąż coś robił, działał, produkował. Jeśli się zatrzymasz, świat cię „wypluje”…
I to dość szybko. To model, który przyszedł do nas ze Stanów Zjednoczonych. Self-made man, ekstremalny kowal własnego losu, czyli wytwór protestanckiego ducha, na którym wyrosła amerykańska kultura – „Kto jest produktywny, ten jest błogosławiony przez Pana” czy „Bezczynne ręce są narzędziem szatana”. Według socjologów tak się narodził kapitalizm, to właśnie protestantyzm leży u jego źródła – ludzie wytwarzali, nie korzystali z tego, co wytworzyli, i znowu inwestowali w ciąg dalszy wytwarzania. Oczywiście dziś jesteśmy już daleko od tych korzeni.

Ale coś nam zostało…
Zostało globalnie rozpowszechnione i „lokalnie”, w większości z nas, zinternalizowane przekonanie, że coś jest z nami nie tak, jeśli zatrzymujemy się, nie poprawiamy, nie zmieniamy, nie gonimy i nie produkujemy.

Doskonalimy nie tylko „produkt”, ale i samego siebie, bo przecież ciągle słyszymy: „Bądź lepszą wersją siebie”.
No właśnie, te wszystkie trendy rozwojowe, dobre w swojej intencji, zakorzenione z kolei w psychologii humanistycznej, skończyły się tym, że wciąż siebie poganiamy z batem, bo za mało celów jeszcze osiągnęliśmy. Nie można siebie polubić, zaakceptować, po prostu ze sobą być.

Choć z drugiej strony słyszymy też, że mamy siebie akceptować, co prawda raczej warunkowo.
I wychodzi na to, że nawet coś takiego jak akceptacja siebie jest… długofalowym projektem! Aż w końcu działanie staje się naszym uzależnieniem. Ostatnio – zresztą nie robiłam nic szczególnego, a tylko luksusowo czekałam na pociąg – mój wzrok przyciągnął tytuł artykułu z wystawy kiosku: „Zaprojektuj swoje życie, bądź jego architektem”. Zrobiło mi się słabo na samą myśl, że miałabym podjąć się takiego zadania, od razu poczułam się zmęczona. Model produktywności objął niemal każdą sferę naszego życia.

Wspomniała pani o uzależnieniu od działania. Czy jego symptomem jest na przykład sytuacja, kiedy wieczorem mamy wyrzuty sumienia, bo zdarzył nam się dzień, kiedy nie zrobiliśmy niczego, co dałoby się: wziąć do ręki, policzyć, wymienić po przecinku czy użyć? Czujemy się winni i mówimy, że „dzień przeleciał nam przez palce”.
Powiem tak: nie opisała pani jeszcze scenariusza beznadziejnego! Mam klientów, którzy przyznają, że kiedy tylko przystaną w biegu choćby na moment, w głowie natychmiast mają galop myśli, włącza się wewnętrzny krytyk poganiacz, mobilizujący bez względu na to, jakie są potrzeby. Pojawia się niepokój. Takie osoby nie mają szansy poczuć wyrzutów sumienia, o których pani powiedziała, bo do nich nie dopuszczą. I to jest już uzależnienie.

Rozumiem, że wyrzuty sumienia po dniu nicnierobienia są zapowiedzią nałogu?
Bez wątpienia ich pojawienie się powinno zapalić czerwoną lampkę, uruchomić alarm. Natomiast jeśli przystanek w pędzie wywołuje niepokój, oznacza to, że nasz system nerwowy już uzależnił się od napięcia, od bycia w ciągłej mobilizacji, pozostaje pod stałym wpływem układu przywspółczulnego. Jeżeli człowiek przez dłuższy czas – miesiące czy lata – nie przełącza się z systemu mobilizacji na system regeneracji, organizm się w końcu do tego adaptuje i normą staje się dla niego bycie w napięciu.

A koszty są ogromne!
Organizm w trybie mobilizacji to organizm niedotleniony, niedożywiony rozmaitymi substancjami, które krew powinna rozprowadzać, podtruty hormonami stresu. A w konsekwencji pojawiają się fizyczne dolegliwości: stany zapalne, bóle itd. Tak wygląda mobilizacja bez regeneracji. I wbrew pozorom wcale nie tak trudno jest osiągnąć ten stan. Nie pilnujemy siebie, w pewnym momencie przestajemy słuchać swoich potrzeb, bo bezustannie stymulujemy się a to kofeiną, a to tauryną, generalnie wciąż ma być „więcej, dalej, szybciej, jeszcze”.

Czy to oznacza, że produktywność ma sens tylko wtedy, kiedy idzie w parze z naszymi rzeczywistymi potrzebami?
Powiem więcej – tylko wtedy w ogóle będzie produktywnością! Jest bowiem taka prawidłowość: wyobraźmy sobie, że ktoś próbuje osiągnąć jakiś cel, wydatkuje przy tym dużo energii fizycznej i psychicznej, w pewnym momencie pojawia się zmęczenie, jednak cel każe mu je ignorować tak długo, aż sięgnie ono zenitu. Wtedy produktywność – co zrozumiałe – spada. A człowiek wciąż nastawiony na cel jeszcze mocniej dokręca śrubę, czyli pobiera jeszcze więcej z już wyczerpanego organizmu. Łatwo się domyślić – idzie mu coraz gorzej.

Błędne koło.
Produktywność albo bardzo spada, albo kończy się zupełnie. Przypomina mi się teraz „metoda kota”, o której mówił Wojtek Eichelberger. Jak działa kot? Prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. To wszystko wydaje się banalne, wiadomo, samochód nie pojedzie bez benzyny. Każdy to wie, tylko to „nietankowanie” jest realnym problemem wielu ludzi. Każdy z nas ma nad sobą szefów, dyrektorów, nauczycieli. Ten, który nie traci czasu na wizyty na stacji benzynowej, przez długi czas jest doskonałym żołnierzem! Idealnym, to prawda. Widzę to w naszym pokoleniu, pokoleniu 40-, 50-latków. Zasada była i wciąż jest taka: żyje się po to, żeby pracować. „Kupiliśmy” ten schemat, uwielbialiśmy być poganiani, chcieliśmy przeć do przodu, osiągać sukcesy. Byliśmy pierwszym pokoleniem, które zaczęło pracować w nowym systemie społecznym, po transformacji.

Uchylono bramę…
A my weszliśmy, a nawet wbiegliśmy radośnie w ten kolorowy świat, gotowi na wszystko, ku uciesze kiełkujących korporacji. Na szczęście w tym młodym pokoleniu dostrzegam coraz częściej hołdowanie odwrotnej zasadzie – oni pracują, żeby żyć. Nie zamierzają być armią, która idzie na stracenie. To jest lekcja, jaką część młodych odebrała, obserwując pokolenie swoich rodziców, którzy się rozwodzą, wpadają w uzależnienia, wypalają się zawodowo…

Tylko się cieszyć.
W naszym pokoleniu wahadło zdecydowanie za mocno wychyliło się w jedną stronę. Teraz wraca. Na szczęście. Bo konsekwencje uwielbienia produktywności są potężne. Wypalenie obejmuje dziś coraz szersze grupy, kiedyś było charakterystyczne dla tak zwanych zawodów pomocowych. Równie źle sytuacja wygląda, jeśli chodzi o statystyki dotyczące depresji, ona oczywiście ma wiele innych źródeł, ale to jest z pewnością jedna z jej znaczących składowych.

Co możemy zrobić, by nie dopadło nas uzależnienie od działania?
Utrzymanie energetycznego balansu wymaga dyscypliny. Jak już wiemy, mamy tendencję do tego, aby nadużywać swojej energii, żeby ignorować potrzebę odpoczynku, więc – nie ma wyjścia – trzeba narzucić sobie reżim relaksu. Mówię zupełnie poważnie. Już wiele lat temu pisano o „korporacyjnym atlecie”. Naukowcy porównali osoby pracujące w korporacjach do wyczynowych sportowców. Otóż, zawodowy sportowiec ma bardzo rygorystyczną dyscyplinę, jeśli chodzi o trening, i dokładnie tak samo rygorystyczną, jeśli chodzi o regenerację. Jeśli więc chcemy być naprawdę produktywni, musimy regularnie zmuszać się do odpoczynku.

A jak to miałoby wyglądać w praktyce?
Na przykład tak, że wpisuje sobie pani odpoczynek w kalendarz – dokładnie tak samo, jak wpisuje pani: spotkania, zebrania, wolne weekendy, urlopy, aktywność fizyczną itd. I tak jak spotkanie jest sprawą świętą – idzie pani na nie, nawet jak „nic się nie składa”, nie spóźnia się pani z szacunku do osoby, z którą jest umówiona, tak samo wychodzi pani na spacer, gdy „nic się nie składa”, o konkretnej porze, z szacunku dla osoby, z którą się pani umówiła, czyli z szacunku dla samej siebie, a także w trosce o swoje cenne zasoby energii oraz o swoją produktywność. To jedna ścieżka ratunku.

Czyli jest jeszcze jakaś?
Mam na myśli pewien rodzaj wglądu w siebie. Bywa tak, że „produkujemy” na potęgę, bo jeśli tego nie robimy, czujemy się bezużyteczni. Czyli czujemy, że nie jesteśmy warci miłości, akceptacji, pochwały, uwagi. Nie możemy po prostu tylko i aż być. Tutaj źródeł trzeba oczywiście szukać w przeszłości, w sposobie wychowania. Jeśli więc złapiemy siebie na takim ciągłym poczuciu winy i konieczności zasłużenia na miłość, szacunek itd. – warto spróbować zadać sobie kilka pytań: „Dlaczego mam poczucie winy?”, „Kto mi mówi, że muszę działać, bo inaczej mnie nie ma?”. Taką autodiagnozę czasem da się wykonać w domowym zaciszu. A czasem trzeba zwrócić się do psychoterapeuty.

Pomyślałam teraz o tym kocie, który „nic nie robi”, zastanawiam się, co ma tu do powiedzenia czysta biologia. Czy człowiek z natury stworzony jest do działania, czy do regeneracji? Nasz przodek, owszem, polował na mamuta, ale tylko po to, żeby przetrwać. Jeśli nie musiał, raczej specjalnie się nie przemęczał...
Na pewno jesteśmy istotami ciekawskimi, więc dążenie do wrażeń, doznań, które przynosi działanie, jest dla nas ważne. Ale z drugiej strony, na przykład z myśleniem, które jest bardzo energochłonne, nie przesadzamy. Kiedy nie musimy – mkniemy przez życie na automatyzmach. Nasza przodkini używała żaren tylko dlatego, żeby zmielić mąkę. I tyle. Potem je odkładała. Z tego wynikałoby, że zaprogramowani jesteśmy jednak bardziej w stronę tego kota. A to dopiero kultura umieściła nas w blokach startowych. Kultura potrafi być silniejsza niż biologia – „Zrób jeszcze jeden obrót tymi żarnami, żeby do ciebie złe myśli nie przychodziły, człowieku”. I wielu z nas dało się jej przekonać, uwieść.