1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Podróż do Argentyny – w kierunku wolności

Podróż do Argentyny – w kierunku wolności

123rf.com
123rf.com
Na początku swojej zawodowej drogi robiłam mnóstwo ciekawych rzeczy. Byłam dziennikarką, tłumaczką, uczyłam angielskiego, wspinaczki i nurkowania, byłam członkiem grupy poszukiwawczo-ratowniczej… I nie umiałam z niczego zrezygnować – mówi Beata Maia Gellert tancerka, choreografka, instruktorka tanga argentyńskiego.

Pracowałam od świtu do nocy, a nocą, żeby choć na chwilę się zatrzymać, chodziłam tańczyć tango. Poznawałam wielu ludzi, ale nikogo bliżej. Świat kręcił się w zawrotnym tempie, a ja byłam coraz bardziej zagubiona i bliska depresji. Aż pewnego razu wystąpiłam w pokazie tanga do muzyki kwartetu saksofonowego z Argentyny – De Cote. Zachwycił mnie ich latynoski luz, otwartość i radość życia. Postanowiłam kupić bilet do Argentyny i tam rozwiązać wszystkie swoje problemy.

Po miesiącu w Buenos zorientowałam się, że prawie nie widzę słońca (tańczyłam dniami i nocami), i zdumiałam się, że nic się nie zmienia – znów tłum dalekich znajomych i wrażenie, że jestem niesiona przez wartki nurt, ale nie dokonuję wyborów... Postanowiłam to zmienić – po swojemu. Znów zaczęłam się wspinać, zapisałam na kung-fu, tai-chi, balet i na koniec wróciłam do tanga. Po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że nie będzie jednak moją drogą. Pozycja kobiety w nim, w tamtych czasach, była dla mnie nie do zaakceptowania. I choć dalej nie wiedziałam, co chcę robić, zdałam sobie sprawę, że za nic nie chcę stracić mojej niezależności. Zrozumiałam też, że żadna z dróg, którymi szłam, nie była moją drogą. Pragnęłam czegoś własnego.

Po powrocie do Polski postanowiłam nie wracać do żadnego z zawodów. Wiele osób pytało mnie o lekcje tanga. Bardzo niechętnie zaczęłam uczyć. Swoją metodą – skupiając się na emocjach, ruchu, technice i ciele. Dziś nie zamieniłabym tej pracy na nic innego. Uczę tańca, świadomości ciała, komunikacji ruchem, pracuję indywidualnie, z parami, z grupami. Z ludźmi, którzy chcą tańczyć, i którzy poprzez ruch chcą dowiedzieć się więcej o sobie. Życie stało się soczyste. Taniec ukazuje prawdziwą mnie i to, co jest dla mnie ważne. Przed wyjazdem do Argentyny byłam człowiekiem w stu kawałkach i pilnowałam, żeby coś mi nie uciekło. Odkąd po raz pierwszy poszłam za impulsem: „zostaw, zmień, idź”, nigdy tego nie żałowałam. Ta decyzja dała mi siłę, poczucie sensu i bezpieczeństwa. Słucham siebie i czuję, że żyję. Zamiast iść utartą ścieżką, wydeptuję własną.

W Buenos Aires polecam:

Bary pod szyldem „Asaderia”, np. bar San Cayetano: podają tam narodowy przysmak Argentyny – steki, tak jak od lat jadają je mieszkańcy. To klasyczne bary mięsne, wyglądem przypominające nasze bary mleczne. Smak nie do opisania.

Wizytę w dzielnicach San Telmo, Palermo i Recoleta: są turystyczne, ale jednocześnie zachowały swój charakter.

Choć raz zobaczyć pokaz tanga: jak ognia radzę unikać typowo turystycznych „cena show”, czyli pokazów tanga do kolacji. Lepiej udać się na jedną z milong. Warto odszukać Salon Canning, Nino Bien lub Club Sunderland – zamówić stolik, wypić kieliszek wina i popatrzeć na tańczących, zanurzając się w autentyczną atmosferę milongi. Zazwyczaj na miejscu dostępne są także pyszne przekąski na ciepło.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Jak być finansowo odpowiedzialnym?

Nie myślmy o tym, co tracimy, oszczędzając (te wszystkie okazje i przyjemności), ale co zyskujemy (stabilność finansową). (Fot. iStock)
Nie myślmy o tym, co tracimy, oszczędzając (te wszystkie okazje i przyjemności), ale co zyskujemy (stabilność finansową). (Fot. iStock)
Nigdy nie będę bogata! Dlaczego? Bo co miesiąc powtarza się ta sama historia. Podobna do poniższych? Jeśli tak – mamy na to radę. Zapytaliśmy ekspertki, jak zaradzić codziennym trudnościom finansowym.

Wśród kobiet, które znam, tylko jedna zasługuje na miano Perfekcyjnej Finansistki. To Ania, moja nauczycielka angielskiego. Nie narzeka na brak pieniędzy, nie zaciska pasa na tydzień przed wypłatą, duże wydatki planuje z wyprzedzeniem, sukcesywnie realizuje swoje marzenia o zagranicznych podróżach, kolejnym kierunku studiów, kupnie nowego samochodu, mieszkania czy nowej sukienki. Do sklepu nie wychodzi bez spisanej listy, wie, co ile kosztuje i nigdy nie przepłaca. Ale Ania to chlubny wyjątek. Reszta moich koleżanek, mnie nie wyłączając, ma większe i mniejsze problemy ze swoim portfelem. I wszystkie chętnie byśmy się ich pozbyły.

Kłopot nr 1: „Jakoś się rozchodzą”

Znasz to? Pod koniec miesiąca zaglądasz na konto i z przerażeniem stwierdzasz, że zostało ci nie tysiąc – jak święcie wierzyłaś – ale sto złotych do pierwszego. Jak?! Skąd?! Przecież byłaś taka oszczędna. Nie jadałaś poza domem i nie miałaś żadnych poważnych wydatków, a tu katastrofa. Otóż, jak w wielu innych, tak i w kwestii pieniędzy, diabeł tkwi w szczegółach.

– Sytuację, w której kobieta mówi: „nie wiem, gdzie mi się rozchodzą pieniądze”, można porównać do takiej, w której kobieta mówi: „znowu mi przybyło dwa kilo, a tak się pilnowałam” – mówi psycholog ekonomiczny Agata Gąsiorowska. – Owszem, nie zjadła dziś obiadu, ale tego, że „w międzyczasie” skubnęła bułkę i poprawiła batonikiem, już nie pamięta. Wprawdzie kupuje w najtańszym sklepie, i to większe opakowania, żeby nie przepłacać, ale nie odnotowuje już takich wydatków jak kolorowe pismo czy kolejna kawa w kawiarni. Dlatego, tak jak chcącym schudnąć zaleca się zapisywanie wszystkiego, co zjedli, tak też dobrym sposobem na niekontrolowane wydatki jest zapisywanie każdego zakupu, albo – jeszcze lepiej – zbieranie każdego paragonu, nawet tego z kawiarni czy kiosku.

Wtedy łatwo wytropić dziedziny, na które wydajemy najwięcej i poczynić stosowne cięcia. Ku naszemu zdziwieniu może się bowiem okazać, że znaczne kwoty co miesiąc przepuszczamy na tak niewinne hobby jak zdrapki, że bardziej będzie się nam opłacało, jak kilka razy wrócimy tramwajem zamiast taksówką, a domowy budżet – i zdrowie – uratuje zerwanie z nałogiem palenia papierosów.

Zdaniem Izabeli Kielczyk, coach i psycholog biznesu, nierozsądnym wydatkom sprzyja używanie... kart płatniczych i kredytowych. Tracimy wtedy namacalny kontakt z pieniędzmi. Posługując się kawałkiem plastiku, stopniowo przestajemy pamiętać, czy chodziło o 50 czy 100 złotych… – Dlatego doradzałabym jak najczęściej płacić gotówką – mówi. – Wtedy naprawdę widzimy pieniądze, które mamy zamiar wydać, znacznie częściej przychodzi refleksja: „300 złotych za takie coś, to chyba jakiś żart!”.

Poleca też pewien eksperyment: – Weź do ręki całą wypłatę, odlicz pieniądze na rachunki i ponownie weź do ręki to, co ci zostało. Zmierz, zważ, możesz nawet policzyć banknoty. Zobaczysz, że trzy razy się zastanowisz, zanim je wydasz. Potem oddziel, ile chcesz przeznaczyć na jedzenie, ubrania i inne wydatki. I też fizycznie to poczuj.

A słynne listy na zakupy? Pomagają w organizowaniu domowego budżetu? – Zależy od intencji, w jakiej je robimy – mówi Agata Gąsiorowska. – Jeżeli po to, by utrwalić w pamięci rzeczy, które musimy kupić, ale poza tym jesteśmy otwarte na zakupy spoza listy – to w niczym to nie pomoże. Jeżeli natomiast robimy listę po to, by się jej trzymać, to taka praktyka ma większy sens. Można sobie też wgrać na komórkę program, który pomaga podliczać zakupy, albo wręcz porównuje ceny w różnych sklepach, ale jedno to wgrać, a drugie to z niego korzystać.

Kłopot nr 2: „Gdzie ja miałam głowę?”

Mechanizm za każdym razem jest podobny. Widzisz w sklepie cudowne buty (kurtkę, torbę, spodnie), takie, o jakich zawsze marzyłaś. W wyobraźni zakładasz je na rodzinne spotkanie, zauważasz, jak idealnie pasują do sukienki, którą ostatnio kupiłaś. Do tego są przecenione! Decyzja zapada w pięć sekund. A potem… W domu okazuje się, że nogi ci puchną po pół godzinie chodzenia w nowym zakupie, a kolor nie jest tak intensywny jak wydawał ci się w sklepie. I buty „jak marzenie” lądują na samym dnie szafy.

– Kobiety zbyt emocjonalnie podchodzą do zakupów – wyrokuje Agata Gąsiorowska. – Oczywiście to podejście nie ujawnia się podczas codziennych zakupów, jak masło i chleb, ale zawsze gdy idziemy kupić sobie „coś ładnego”. Wówczas częściej dokonujemy nieprzemyślanych zakupów, ponieważ wyobrażamy sobie, jak będziemy szczęśliwe, gdy dana rzecz wejdzie w nasze posiadanie. To zupełnie przesłania nam racjonalne myślenie. Odczucia, które pojawiają się, gdy rozpakowujemy zakupy w domu i myślimy: „Gdzie ja miałam głowę?”, porównałabym do kaca.

Jak zatem powstrzymać się przed nierozsądnym wydatkiem? – Zastanowić się, ile musiałabym pracować, żeby kupić daną rzecz – radzi Gąsiorowska. – Jeżeli odpowiedź brzmi: „dwie godziny”, to może rzeczywiście warto, ale jeśli odpowiedź będzie brzmiała: „tydzień” – nasze podejście może się już zmienić.

Izabela Kielczyk radzi, by – zanim podejdziemy do kasy – zadać sobie kilka pytań. „Po co jest ci to potrzebne?”, „Co ci to da?”. – Zapewne padnie odpowiedź: „Będę szczęśliwsza”. Wtedy warto ze sobą ponegocjować. Powiedzieć: „Dobrze, ale ile już razy w tym miesiącu dałaś sobie przyzwolenie na takie przyjemności?”. To dobry pomysł, by określić miesięczną liczbę zachciankowych zakupów lub sumę, jaką na nie możemy przeznaczyć – mówi. I dodaje: – Jeżeli zauważysz, że zbyt często jakiś zakup ma ci sprawiać przyjemność i dawać szczęście, zastanów się, czy nie możesz uzyskać tego w inny, „tańszy” sposób: iść na spacer, przeczytać książkę. A jeśli zdarza ci się to patologicznie – może powinnaś odwiedzić psychologa.

Kłopot nr 3: „Nie umiem odmawiać”

Psychologowie podkreślają, że kobiety mają duży kłopot z tym, by odmówić pożyczki pieniędzy, bo boją się, że przestaną być lubiane. Więc pożyczają wbrew sobie lub stosują milion uników, wijąc się w tłumaczeniach jak piskorz, co powoduje, że rzeczywiście można stracić do nich zaufanie.

– Wystarczy powiedzieć „nie” i nie podawać uzasadnienia – mówi Izabela Kielczyk. – Owszem, jest ryzyko, że ktoś się obrazi, ale może nie warto żałować tej znajomości. Kobiety boją się stracić relację, ale czy o każdą warto w taki sposób walczyć?

– To pokłosie wychowywania dziewczynek na „miłe” kobiety – twierdzi Agata Gąsiorowska. – Mężczyźni mniej się przejmują tym, co inni będą o nich myśleć. Potrafią oddzielić sprawy merytoryczne od spraw interpersonalnych. Powinnyśmy się tego od nich uczyć.

Dlatego, gdy przychodzi do nas ktoś i prosi o pożyczkę, oszacujmy koszty takiej inwestycji i ewentualne ryzyko, na bok odkładając emocje.

– Jeżeli nie masz pieniędzy na to, by je komuś pożyczyć, sytuacja jest prosta – mówisz: „Nie mam”. Dużo trudniej się robi, gdy pieniądze masz, ale nie chcesz ich pożyczyć, bo jest to za duża suma albo nie masz zaufania do drugiej osoby – przyznaje Agata Gąsiorowska. – Ja jestem zwolenniczką mówienia prawdy, nawet jeżeli miałoby to naruszyć relacje. Jeśli ktoś zawiódł twoje zaufanie, dlaczego masz mu znowu pożyczać? Jeśli jednak masz problem z powiedzeniem mu tego prosto w oczy, dobrym sposobem jest „odwrócenie kota ogonem”. Możesz więc powiedzieć, że aby pożyczyć taką sumę, musisz zerwać lokatę i ponieść koszty. Jeśli je pokryje – proszę bardzo. Założę się, że w takiej sytuacji przynajmniej część osób wycofa się z pożyczki.

Często boimy się pożyczać, bo mamy problemy z późniejszym egzekwowaniem długu, zwłaszcza jeśli pożyczka została udzielona bliskiej osobie. Jak asertywnie upominać się o zwrot?

– Niestety takie rzeczy trzeba uzgadniać na samym początku, wyznaczając konkretny termin zwrotu – mówi Agata Gąsiorowska. – My natomiast robimy tak, że pożyczamy i liczymy, że ktoś nam odda w najbliższym czasie, albo rzucamy: „oddasz, kiedy będziesz miała”. To nie daje nam żadnej podstawy do ubiegania się o pieniądze. Dlatego wyznaczajmy terminy, nawet jeśli pożyczamy pieniądze bliskim osobom. A im dalsza relacja, tym częściej powinniśmy zastanowić się, czy nie podpisać obustronnego porozumienia.

Kłopot nr 4: „Nie umiem oszczędzać”

Dlaczego akurat wtedy, gdy człowiek postanowi co miesiąc odkładać określoną kwotę, świat się sprzysięga, by się to nie udało? Nieoczekiwane wydatki, cudowna podróż, którą grzech sobie darować, albo urodzaj urodzin bliskich. I plany oszczędnościowe biorą w łeb.

– My, Polacy, jesteśmy przekonani, że nie stać nas na oszczędzanie w sensie finansowym, natomiast prawda jest taka, że nie stać nas na oszczędzanie w sensie umysłowym – mówi Agata Gąsiorowska. – Oszczędzanie wymaga podejmowania codziennie decyzji: „Nie kupię tego”, a to obciążające. To tak, jakbyśmy siedzieli przed pysznym ciastkiem i non stop sobie mówili, że nie możemy go zjeść. Ale skoro jestem na diecie, to w ogóle nie powinnam myśleć o ciastkach ani ich oglądać. Podobnie jest z pieniędzmi.

Nie myślmy o tym, co tracimy, oszczędzając (te wszystkie okazje i przyjemności), ale co zyskujemy (stabilność finansową).

Izabela Kielczyk, choć przyznaje, że przed niepohamowanymi wydatkami może nas uchronić fizyczny kontakt z pieniędzmi, w kwestii oszczędzania doradza dokładnie odwrotną praktykę.

– Najlepiej ustalić sobie stały przelew na konto oszczędnościowe. I nie obracać realnymi pieniędzmi – radzi. – Bo gdy wypłacimy konkretną sumę z konta, weźmiemy ją do ręki i będziemy chcieli wpłacić na rachunek, to może się zdarzyć, że po drodze będziemy „zmuszeni” jednak uszczknąć parę banknotów. Pieniędzy, które oszczędzamy, lepiej nie dotykać, utrudnić sobie do nich dostęp. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Opowiada też o ciekawym trendzie. Ostatnio coraz więcej osób organizuje sobie coś w rodzaju alarmów przed zbyt dużymi wydatkami. Funkcję przypominaczy pełnią bransoletki czy zawieszki z napisem „Oszczędzam”. Są też specjalne programy na komórkę, które sygnałem kilka razy dziennie przypominają o tym, że jesteś na finansowej diecie. – To przyjmuje swoistą formę samokontroli: „Pamiętaj, zobowiązałaś się. Nie wydawaj za dużo” – mówi.

Agata Gąsiorowska potwierdza, że kontrola przy oszczędzaniu jest konieczna i że czasem może dziać się ona bez naszej woli albo nawet jej wbrew. – Doskonałym tego przykładem jest tzw. oszczędzanie kontraktowe. Bardzo popularne jest w Wielkiej Brytanii, choć to wcale nie nowa rzecz – mówi.

– Kiedyś biedne rodziny zakładały (zwykle przed świętami) coś w rodzaju kas oszczędnościowych. Każdy się zobowiązywał, że będzie co tydzień wpłacał tam określoną sumę, za którą po jakimś czasie będzie mógł kupić na przykład gęś. Co ważne, były też przewidziane kary za niewpłacenie określonej sumy. Zwykle poległo to na tym, że jeśli zabrakło jednej czy dwóch rat, przepadały całe do tej pory wpłacone pieniądze. I na tym właśnie polega oszczędzanie kontraktowe. Zawieram umowę z jakąś instytucją, na podstawie umowy odkładam pieniądze, ale jeśli nie przestrzegam jej założeń, to jakiś procent tej sumy zostaje mi zabrany. Na tej zasadzie skonstruowane są chociażby indywidualne konta emerytalne. To bardzo skuteczne oszczędzanie, człowiek cztery razy się zastanowi, zanim nie odłoży odpowiedniej sumy.

Wspomina też o drugim sposobie, jakim jest założenie subkonta z utrudnionym dostępem, na przykład rachunku oszczędnościowego i stałego zlecenia przelewu zasilającego takie konto. Tuż po otrzymaniu pensji z konta głównego jest przelewana na rachunek określona suma pieniędzy. Tylko raz w miesiącu można wypłacić dowolną kwotę bez ponoszenia kosztów, a każdy następny jest objęty dużą prowizją. Psycholog doradza, by oszczędzać nawet małe sumy, ale konsekwentnie. – Ich braku nie odczujemy, ale docenimy wysiłek, kiedy po pół roku uzbieramy fajną sumę na wakacyjny wyjazd – przekonuje.

  1. Styl Życia

Kreatywne pisanie – co to jest i na czym polega? Wyjaśnia pisarka Andrea Goldsmith

Andrea Goldsmith urodziła się w 1950 roku w Melbourne w rodzinie australijskich Żydów. Pracowała jako logopedka i przez wiele lat uczyła kreatywnego pisarstwa na Uniwersytecie Deakin. Od lat 90. XX wieku koncentruje się w pełni na karierze pisarskiej. (Fot. archiwum prywatne)
Andrea Goldsmith urodziła się w 1950 roku w Melbourne w rodzinie australijskich Żydów. Pracowała jako logopedka i przez wiele lat uczyła kreatywnego pisarstwa na Uniwersytecie Deakin. Od lat 90. XX wieku koncentruje się w pełni na karierze pisarskiej. (Fot. archiwum prywatne)
Mój sposób na zrozumienie tego, co się dzieje, to odsunięcie tego ode mnie jak najdalej, zbudowanie dystansu – mówi Andrea Goldsmith, australijska pisarka, która debiutuje na polskim rynku. Jakie ma rady dla początkujących pisarzy?

Jak pandemia wpływa na panią jako pisarkę? Dla niektórych to bardzo produktywny czas.
Wiele zależy od tego, gdzie się mieszka. W Melbourne mieliśmy w zeszłym roku najdłuższy, najbardziej surowy lockdown. To były cztery długie, trudne miesiące zamknięcia. Za to dziś praktycznie nie mamy żadnych nowych przypadków zachorowań, żyjemy normalnie, tyle że na dwór wciąż wychodzimy z maską. Ale jest to rzeczywiście dziwny czas.

Niektórzy ze znanych mi autorów spędzają ten czas bardzo produktywnie, nieustannie piszą i wydają, a inni, w tym ja, niekoniecznie. Mam problemy z koncentracją, rozprasza mnie ten wszechobecny niepokój i nadchodzące ze świata ponure wiadomości związane z koronawirusem.

Niektórzy przyznają, że piszą dzienniki pandemiczne, bo to im pozwala zmniejszyć napięcie i dać ujście emocjom.
Odpowiem jako autorka pisząca fikcję. Mój sposób na zrozumienie tego, co się dzieje, to odsunięcie tego ode mnie jak najdalej, zbudowanie dystansu. Dla mnie siła fikcji polega właśnie na tym, że mogę dawać ujście moim emocjom, niepokojom i refleksjom poprzez ludzi, którzy nie są mną, czyli moich bohaterów. Zwłaszcza teraz szczególnie mocno zatopiłam się w fikcji, by odsunąć od siebie lęki i niepokoje. To wygodne: wziąć kilku bohaterów, obdarzyć ich różnymi cechami, doświadczeniami i zawodami, a potem patrzeć, jak sobie radzą na przykład z tematem wygnania i ucieczki. W „Mozaice życia”, która właśnie ukazuje się w Polsce, jest ich kilkoro. Galina, która po śmierci matki decyduje się na zawsze wyjechać z reżimowej Rosji i wybiera Australię, albo Andrew, mozaikarz, który towarzysko odcina się od innych, skoncentrowany na pracy. No i Sylvie, matka Andrew, która odrzuca swój potencjał i możliwości, jakie daje jej życie.

Bohaterowie „Mozaiki życia” wybierają ucieczkę z kraju, od ludzi...
…albo od siebie samych. Tak naprawdę to temat przymusowej migracji wywołał tę książkę. W latach 2012– 2013 Australia wprowadziła surowe i okrutne zasady postępowania z migrantami i uchodźcami. Ludzie przybywający z Afganistanu, Tajlandii i Iraku, wśród nich także przedstawiciele ludu Rohinga, byli demonizowani przez polityków, choć tak naprawdę potrzebowali naszej pomocy. Przecież nikt nie chce uciekać ze swojego kraju, ucieczka jest ostatnią opcją, która ci zostaje. Chciałam zwrócić na to uwagę. Specjalnie usytuowałam fabułę „Mozaiki życia” w latach 80. zeszłego wieku, bo wobec przykładów z przeszłości nabiera się innej perspektywy. Jest tu więc Rosja przed pierestrojką, bo właśnie wtedy Australia otworzyła granice dla uciekinierów ze Związku Radzieckiego. Wtedy przyjęliśmy zupełnie inną postawę.

Ale niewątpliwie jest to także książka o miłości.
Myślę, że nikt nie wie, co właściwie dzieje się za zamkniętymi drzwiami sypialni. Zależało mi, żeby to pokazać. Nie możemy z góry zakładać uczucia, jego braku czy jego końca. Widzę wśród czytelników tendencję, by myśleć, że jeśli ludzie są małżeństwem od wielu lat, to na pewno są najszczęśliwsi na świecie. Albo że jeśli młodzi, jak Galina czy Andrew, nie uprawiają gorącego seksu, to nic z tego nie będzie. Ale prawda jest taka, że ludzi przyciągają do siebie i trzymają razem bardzo różne motywy i potrzeby. Sylvie i Leonard, rodzice Andrew, urodzili się w latach 30., w czasach, gdy wielu gejów wybierało bezpieczne małżeństwo. Ale Sylvie kocha swojego męża, niezależnie od jego orientacji, i chce z nim być. Życie ludzkie nie jest jednowymiarowe, a nasze decyzje oraz intencje często są nieoczywiste i zaskakujące nawet dla nas samych.

Pisanie to także przepisywanie naszego życia, niektórych jego wydarzeń, korzystanie z doświadczenia, zasłyszanych historii. Jak to jest u pani?
Wszyscy moi bohaterowie są wymyśleni, podobnie jak sytuacje, w których się znajdują. Zawsze powtarzam moim studentom: nie piszcie o swoich przyjaciołach i rodzinie, jeśli chcecie, żeby nadal was lubili (śmiech). Autobiograficzne w moich powieściach są pomysły i idee, które chcę rozwijać. Zależy mi, by akcja rozgrywała się w Melbourne, bo tu mieszkam, więc możemy uznać, że miejsce także ma związek ze mną. No i czasem umieszczam w książkach mojego psa, Lottę. Tyle… Choć gdyby się bardziej zastanowić, to jest tego więcej.

Co na przykład?
Moja mama urodziła się w 1928 roku, czyli była niewiele starsza od książkowej Sylvie, i podobnie jak ona była bardzo inteligentną dziewczyną. Na tyle, że gdyby urodziła się chłopcem, wysłano by ją na uniwersytet. Ale jej rodzice nie mieli zbyt wiele pieniędzy, więc uznali, że nie będą w nią inwestować. Chciałam sprawdzić, co to znaczyło być moją matką i innymi kobietami z pokolenia urodzonego na przełomie lat 20. i 30. XX wieku. Dałam też Sylvie moje zamiłowanie do czytania listów, zwłaszcza cudzych, bo to trochę jak podglądanie czyjegoś życia przez dziurkę od klucza. Ale poza tym uwielbiam wymyślać historie, to jest to, co czyni mnie powieściopisarką.

Chciała pani zostać nią już jako ośmiolatka.
Nauczyłam się czytać jako bardzo mała dziewczynka. Moja pozycja w rodzinie była taka, że musiałam się raczej sama sobą zajmować, więc skupiłam się na książkach. Przez pewien czas nawet marzyłam o tym, by żyć w książce, w historii, którą akurat czytam. W końcu zrozumiałam, że opowieść, którą się zachwycam, ma autora, napisał ją jakiś człowiek. Wtedy już wiedziałam, że chcę pisać, że chcę zostać pisarką. Zaczęłam prowadzić pamiętnik, ale przestałam, gdy weszłam w dorosłość.

Poszła pani na studia, wybrała nauki ścisłe i ostatecznie została logopedką. Praca z dziećmi z porażeniem mózgowym musiała być bardzo wymagająca...
I była, dla mnie i dla nich. Wiedziałam, że ich aparat mowy jest na tyle uszkodzony, że już nigdy nie będą mówić, więc moje zadanie polegało na wypracowaniu z nimi innych form komunikacji. To były bardzo inteligentne dzieciaki, ale z powodu trudności z mówieniem chodziły do specjalnych szkół. Tak się złożyło, że moja decyzja o rezygnacji z pracy na rzecz pisania – w tym czasie pisałam już po nocach i w weekendy – zbiegła się ze zmianami w szkolnictwie. Moi podopieczni wreszcie dostali szansę rozwoju i uczenia się w zwykłej szkole. Uznałam, że to znak i ostatni moment, żeby potraktować pisanie jako priorytet, bo jeśli nie zacznę teraz, to potem już tego nie zrobię.

Jedna rzecz chcieć pisać, a druga – umieć. Jaka była pani metoda?
Piszę od dziecka, dla mnie jest to więc po prostu częścią życia. Zaczęłam od opowiadań i choć były dobre, to wiedziałam, że chcę tworzyć powieści. Jeszcze podczas pracy logopedycznej napisałam dwie książki „na próbę”. A potem już jako pełnoetatowa pisarka – swój pełnoprawny debiut, czyli powieść „Gracious Living”.

Coś pani wyznam. Pracy nad pierwszą książką towarzyszy uczucie niesamowitej wolności. Nikt przecież nie wie, kim jesteś, nikt się po tobie niczego nie spodziewa. Można napisać, co się chce, w sposób, w jaki się chce. Ale już przy drugiej powieści było inaczej – czytelnicy mnie znali, pojawiły się oczekiwania, wręcz czułam, że ktoś mi zagląda przez ramię.

Dziś uczy też pani, jak pisać...
Warsztaty kreatywnego pisania przyciągają wielu chętnych, i dobrze. Chciałabym jednak zaznaczyć, że tego typu zajęcia czy programy nie pokazują, jak zostać pisarzem. Jeśli masz być pisarką, to po prostu nią będziesz. Ale za to dzięki takim warsztatom masz szansę, jako początkujący pisarz, poznać osoby, które piszą i utrzymują się z tego, a czasem mają już kilka książek na koncie. Dla mnie to też ciekawe, bo podczas trwania takiego programu lub po nim, mogę zdecydować, czy chcę kogoś prowadzić dłużej, być jego czy jej mentorem. I to jest fascynująca współpraca.

Niektórzy nauczyciele uważają, że każdy powinien pisać. Sądzi pani, że to dobre ćwiczenie, by radzić sobie z emocjami, ale też by lepiej rozumieć siebie?
Uważam, że wszelkie kreatywne ćwiczenia to wspaniały sposób, by spróbować zrozumieć siebie, ale także odkryć swoje miejsce na Ziemi. Takim ćwiczeniem jest pisanie na przykład dziennika.

Moim drugim obszarem zainteresowań i ogromną pasją jest muzyka. Głęboko wierzę, że ona też ma moc ratowania, zwłaszcza tych, którzy przechodzą ciężkie chwile. Główny bohater książki, nad którą teraz pracuję – choć nie jest muzykalny – gdy pewnego dnia słyszy muzykę w restauracji, jest zachwycony, daje się jej porwać. To moment zwrotny w jego życiu.

Co potem się dzieje?
Mogę zdradzić jedynie, że zakochuje się w kobiecie 15 lat od niego starszej. Zawsze chciałam coś takiego napisać! Ale wracając do twórczych ćwiczeń... Znam osoby, które od stresu i napięcia uciekają w czytanie, zwłaszcza w poezję. Czytam właśnie – na potrzeby tej nowej książki – wiersze polskich poetów. Mam tu tomiki Szymborskiej, Zagajewskiego, Miłosza, Herberta, to jest coś wspaniałego!

Oprócz czytania, sposobem na radzenie sobie ze światem są dla wielu osób ćwiczenia fizyczne, choć ja akurat średnio z tego dobrodziejstwa korzystam. Moja siostra na przykład szyje patchworki... Wiem jedno – bez pasji, bez czegoś, co nas napędza i pozwala odpocząć od innych rutynowych czynności, jest nam w życiu o wiele trudniej.

Andrea Goldsmith urodziła się w 1950 roku w Melbourne w rodzinie australijskich Żydów. Pracowała jako logopedka i przez wiele lat uczyła kreatywnego pisarstwa na Uniwersytecie Deakin. Od lat 90. XX wieku koncentruje się w pełni na karierze pisarskiej.

Polecamy książkę: „Mozaika życia”, Andrea Goldsmith, Wydawnictwo Harde

  1. Styl Życia

Nowe mieszkanie, czyli wyzwanie, ale jakże przyjemne

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Stało się. Kupiłaś nowe mieszkanie i już oczami wyobraźni widzisz, jak urządzasz jego szczegóły i zmieniasz obcą na razie przestrzeń we własne miejsce na ziemi. Euforia nie jest niczym nadzwyczajnym, ale pamiętać trzeba też o sporych wyzwaniach, jakie niesie za sobą wykończenie mieszkania.

Kompleksowe wykończenie mieszkania to nie tylko wizja tego, jak ma być zabudowana kuchnia i który kolor farby wybrać na ściany. Zazwyczaj do zrobienia jest wszystko od wykończenia ścian przez położenie podłogi oraz dodatkowe instalacje. Otrzymanie kluczy do mieszkania powinno zostać poprzedzone staranną analizą, tego, gdzie i co znajdzie się w przyszłych czterech kątach.

Multimedialne dylematy, czyli gdzie ustawić router

Jeszcze przed wykończeniem mieszkania należy mieć konkretny plan rozciągnięcia wszystkich instalacji. Jak jest to ważne, pokazuje internet. Dla młodszego pokolenia oknem na świat nie jest już telewizja, ale właśnie szybka sieć - najlepiej światłowodowa. O ile jeszcze w przeszłości standardem był kabel poprowadzony do modemu, dziś nowoczesne budownictwo wymaga już pociągnięcia sieci bezpośrednio do wszystkich pomieszczeń. To efekt popularności, jaką zyskał internet rzeczy. Łączność z siecią ma już nie tylko komputer, ale też sprzęt AGD, konsola do gry, telewizor, radio internetowe czy chociażby system oświetlenia.

Operatorzy usług telekomunikacyjnych - wybierając internet w Krakowie, Warszawie, Łodzi, Poznaniu czy Gdańsku można swobodnie przebierać w ich ofercie - zapewniają coraz lepsze łącza, które bez problemu podołają największym nawet obciążeniom sieciowym. By tak się stało, nowe mieszkanie powinno być precyzyjnie rozplanowane kontekście infrastruktury kablowej.

Warto pamiętać również o dobrze zaplanowanym miejscu na router. Wi-Fi będzie niezmiennie potrzebne, chociażby dla smartfonów. Router do internetu bezprzewodowego powinien się znaleźć w centralnym miejscu nieruchomości i w miarę możliwości niebyć zasłoniętym przez szafy lub elementy zabudowy.

Jakie prace wykonać powinna ekipa budowlana?

Mając już pełen plan prac czas na ich realizację. Co jest szczególnie istotne, podczas wybierania ekipy, która zajmie się wykończeniem nieruchomości? To niewątpliwie kompleksowość usługi. Wiele osób wybiera jedną lub dwie ekipy, które mają zająć się, każdym aspektem prac wykończeniowych. A tych jest przecież sporo: m.in. gruntowanie ścian i ich pomalowanie, montaż w łazience urządzeń sanitarnych i baterii, układanie glazury oraz terakoty, pełna stolarka drzwiowa, położenie podłogi oraz listew przypodłogowych.

Choć z pewnością kusić może wizja dużych oszczędności i poszukiwania możliwie najtańszej ekipy wykończeniowej, będzie to duży błąd. Kierowanie się wyłącznie ceną to droga donikąd. Nie daje bowiem gwarancji, że prace wykończeniowe zostaną przeprowadzone z pełną dbałością oraz w oparciu o najwyższe umiejętności budowlańców. A przecież własne mieszkanie to nie przestrzeń, na której można eksperymentować.

Stan deweloperski, czyli właściwie co?

Warto w tym kontekście pamiętać, jaka właściwie jest definicja stanu deweloperskiego. Nowe nieruchomości są najczęściej zapewnione właśnie w tym standardzie. Ważne jest więc, by mieć pewność, co wchodzi w skład obowiązków dewelopera. Stan deweloperski oznacza wybudowanie mieszkania wraz ze wszystkimi mediami i obejmuje instalację elektryczną z gniazdami i łącznikami, instalację wodno-kanalizacyjną, system wentylacji, centralne ogrzewanie z grzejnikami, stolarkę drzwiową okna i parapety, wylewkę podłogową według ustaleń, ściany dostosowane już do malowania lub ewentualnie pokryte jedną warstwą farby - zazwyczaj białe.

Na co zwrócić uwagę kupując mieszkanie w stanie deweloperskim

Zakup mieszkania to oczywiście decyzja na lata. Nie powinna być więc podejmowana spontanicznie i bez głębszej analizy. Warto przeanalizować np. materiały wykorzystywane przez dewelopera już na etapie jego deklaracji co do standardu nieruchomości. Ważne są też szczegóły, które w przyszłości będą rzutować na komfort pobytu mieszkaniu. W przypadku nowoczesnego budownictwa dotyczy to parametrów stolarki okiennej i drzwiowej - szczególnie współczynnika przenikania ciepła. Wszystkie tego rodzaju kwestie powinna precyzyjnie uwzględniać umowa pomiędzy kupującym a deweloperem.

  1. Styl Życia

Szpital dla chorych i osieroconych nietoperzy

Kiedy osierocone dzieci rudawek trafiają do szpitala Tolga, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się ssać samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Małe rudawki są opatulane w miękkie szmatki. Taki becik ma zastąpić mamine skrzydła. W naturze przez pierwsze tygodnie po narodzinach żyją wczepione w futerko matek, żywiąc się ich mlekiem (Zdjęcie: JÜRGEN FREUND/NATURE PL/BE&W)
Kiedy osierocone dzieci rudawek trafiają do szpitala Tolga, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się ssać samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Małe rudawki są opatulane w miękkie szmatki. Taki becik ma zastąpić mamine skrzydła. W naturze przez pierwsze tygodnie po narodzinach żyją wczepione w futerko matek, żywiąc się ich mlekiem (Zdjęcie: JÜRGEN FREUND/NATURE PL/BE&W)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nie piją krwi, nie są nawet drapieżnikami – jedzą owoce. Rudawki okularowe to nietoperze, ale są pozbawione zmysłu echolokacji, więc nie potrafią latać w zupełnej ciemności. Mają za to całkiem niezły wzrok i słuch. Żyją w koloniach, dzień spędzają, wisząc głową w dół. Są pożyteczne, bo tak jak pszczoły zapylają rośliny. Chyba że na swojej drodze spotkają kleszcza.

W połowie lat 80. na płaskowyżu Atherton Tablelands, w australijskim stanie Queensland, ogromne liczby rudawek okularowych, zwanych potocznie latającymi lisami, zaczęły wymierać w tajemniczych okolicznościach. Przyczynę udało się odkryć dopiero w 1990 roku Bruce’owi i Ann Johnsonom.

Winowajcą okazał się najniebezpieczniejszy ze znanych kleszczy Ixodes holocyclus. Jego ukąszenie może spowodować paraliż ciała. I tak działo się w przypadku rudawek. Sparaliżowane – nie mogły już swoim zwyczajem wczepiać się stopami w gałęzie, spadały w leśne poszycie, by tam skonać. Dramatyzmu sytuacji dodawał fakt, że w ich ciała bardzo często wczepione były młode. Po śmierci matki próbowały o własnych siłach wspinać się na drzewa, nawołując żałośnie, jednak czekała je pewna śmierć. W 1997 roku grupa wolontariuszy w odpowiedzi na dużą skalę tego zjawiska stworzyła medyczny oddział ratunkowy, który z czasem przekształcił się w regularny szpital dla nietoperzy Tolga.

Sezon na kleszcza

Zmniejszanie się powierzchni lasów zniszczyło naturalne środowisko rudawek i znacznie ograniczyło im dostęp do głównego źródła pożywienia – miejscowych owoców i kwiatów. Nietoperze nie miały wyboru – w poszukiwaniu jedzenia musiały wypuszczać się poza obszar tropikalnego lasu, gdzie natknęły się na mordercze owady. Kleszcze wspinają się na rośliny takie jak dziki tytoń – który owocuje akurat w czasie sezonu rozrodczego latających lisów – by spokojnie czekać na nosiciela. Zainfekowane nietoperze zanoszą je potem do swojej kolonii.

Każdego roku szpital otrzymuje przeciętnie 800 zakażonych dorosłych osobników i 400 małych sierot. Zwierzęta są transportowane samolotem w specjalnie skonstruowanych pojemnikach, w których mogą wisieć sobie głową w dół tak jak na gałęzi. Wolontariusze i obsługa rezydują w Tolga od października do lutego, czyli w czasie gdy grozi ugryzienie kleszcza, zbiega się to z okresem narodzin rudawek (to dlatego sierot jest tak dużo).

Żłobek nietoperza

Maluchy są regularnie czyszczone, opiekunowie starają się im zastąpić nieobecne matki, wszyscy pacjenci są też ważeni, mierzeni i karmieni. Na końcu instaluje im się mikroczipy, żeby można było śledzić ich dalsze losy.

Kiedy osierocone dzieci latających lisów trafiają do szpitala, mają kilka tygodni i ważą nie więcej niż 200 g. Wolontariusze karmią je za pomocą strzykawki, dopóki nie nauczą się pić samodzielnie. Potem przechodzą na smoczki z butelek dla niemowląt. Następnym etapem jest przejście na owocową dietę, bo to właśnie owoce stanowią podstawę diety rudawek. Zanim to jednak nastąpi, małe nietoperze lądują w żłobku, gdzie przez większość czasu śpią okutane w miękkie szmatki, co ma imitować opiekuńcze skrzydła ich matek. Przy okazji beciki chronią skrzydełka i stopy maluchów, wyposażone już w pazury – dzięki temu nie kaleczą się nimi nawzajem. Jak tylko podrosną i stają się nieco bardziej energiczne, instynktownie wczepiają się w T-shirty opiekunów, tak jak wczepiłyby się w futra swoich matek, żyjąc z nimi w dziczy.

Ciężki los zapylacza

Drut kolczasty i siatki na drzewach owocowych to kolejna przyczyna obrażeń i wzrostu śmiertelności owocowych nietoperzy. Poza rudawką okularową do szpitala trafiają też inne gatunki, takie jak rurkonos i wiele małych nietoperzy. Jenny Maclean, założycielka Tolga, i jej wolontariusze opiekują się swoimi niezwykłymi pacjentami 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Poza szpitalem dla nietoperzy Jenny rozwinęła także uznane na świecie centrum badawcze oraz edukacyjne, żeby ludzie dzięki dostarczanym przez nie informacjom mogli poznać te zwierzaki i koegzystować z nimi bez strachu.

Powrót małych nietoperzy do naturalnego środowiska odbywa się stopniowo. Kiedy osiągają cztery miesiące, są umieszczane w lesie w klatce. Pozostaje zamknięta przez trzy dni, tak żeby mogły się zaaklimatyzować w nowym miejscu. Czwartego dnia drzwi klatki zostają otwarte, w nocy mogą więc dołączyć do żyjących na wolności nietoperzy. Jednak wciąż jeszcze wracają do swojego schronienia – przez pięć miesięcy znajdują tam pozostawiane dla nich owoce.

Rudawki okularowe pełnią funkcję zapylaczy i roznosicieli nasion wielu gatunków drzew rosnących w lasach tropikalnych, a to znaczy, że są niezbędne dla australijskiego ekosystemu. Pyłki przyczepiają się do ich futerka, gdy przenoszą się z kwiatu na kwiat i z drzewa na drzewo. Szacuje się, że jedna rudawka może rozdystrybuować aż 60 tysięcy ziaren pyłku jednej nocy. Niestety, nietoperze mają opinię szkodników niszczących uprawy, dlatego nie zapewniono im prawnej ochrony. Oddolne inicjatywy takie jak szpital Tolga to poruszający przejaw troski o ochronę tego gatunku. Dzięki efektywności programu ratunkowego do życia na wolności w lasach tropikalnych wróciły już setki nietoperzych sierot.

  1. Styl Życia

A po nocy przychodzi dzień. Roczny horoskop dla Raka

Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie. (Ilustracja: iStock)
Raki mogą odetchnąć, bo ciężkie lata twardych tranzytów Saturna i Plutona są już za nimi. Dla większości Raków będzie to spokojny rok, z czego z pewnością się ucieszą, bo uwielbiają nudę i stagnację. Świętego spokoju w nadchodzącym czasie im nie zabraknie.

Kiedy Saturn i Pluton były w znaku Koziorożca, tworzyły do znaku Raka opozycję, krzyżując plany, piętrząc problemy i nadwerężając odporność. Jeszcze tylko Raki urodzone między 17 a 21 lipca pozostają pod wpływem samego Plutona, który może stawiać je pod ścianą, by sięgnęły po wewnętrzną moc w zmaganiu się z rzeczywistością.

Raki z pierwszej dekady w lipcu skorzystają z dobrodziejstw Jowisza, który na ten czas zawita do Ryb, tworząc dla nich przyjazny trygon. Mogą zatem liczyć na wakacyjne lenistwo i dobrą zabawę. To też tranzyt korzystny dla spraw finansowych, sprzyjający prezentom od losu i wszelkim uciechom. Jowisz zamanifestuje się dla nich jako wspierająca siła, impuls do pozytywnego myślenia oraz skutecznego działania. Raki osiągną swoje cele niemal bez wysiłku, co sobie bardzo cenią.

Od stycznia do maja 2022 roku Jowisz na dobre zagości w Rybach i wszystkim Rakom pomoże w realizowaniu marzeń, sprawiając, że życie stanie się piękniejsze. To będzie miły i pomyślny tranzyt zwłaszcza dla tych, którzy przeszli ostatnio ciężkie chwile i trudności podcinające skrzydła. Pamiętajmy, że Jowisz Rakowi bardzo sprzyja, ponieważ w tym znaku jest w wyniesieniu – przynosi mu opiekę, pomyślność, wygodę. Z długofalowych wpływów trzeba wspomnieć jeszcze sekstyl Neptuna w znaku Ryb, który tworzy trygon do Raków z przełomu drugiej i trzeciej dekady. To harmonijny uspokajający tranzyt, który działa stabilizująco na emocje. Jest więc dla Raków szansa na wyciszenie, rozwój duchowy, a także artystyczne projekty. Kiedy wiosną przyszłego roku trygon Jowisza nałoży się na trygon Neptuna, Raki nie będą miały żadnych powodów do marudzenia, ponieważ życie będzie je rozpieszczać.

Analiza tranzytów Marsa na najbliższe miesiące pokazuje, że sierpień będzie miesiącem neutralnym, wręcz spokojnym. Trudniej będzie we wrześniu i październiku, ponieważ Mars utworzy do znaku Raka kwadraturę, przynosząc niepotrzebne szarpanie się i napięcia. Ostatnie miesiące roku, czyli listopad i grudzień, zapowiadają się za to rewelacyjnie, jeśli chodzi o skuteczność działań i poziom witalności. Rok 2022 dla Raków zacznie się wyśmienicie, a to za sprawą wspomnianego już Jowisza. Jedynie chwilowo w lutym i marcu Mars w Koziorożcu może przynieść krótkotrwałe przeciążenia i konflikty. W maju w sprzyjających dla nich Rybach znajdą się i Mars, i Jowisz, i Neptun, a ten zestaw trygonów może sprawić, że późną wiosną Raki będą rozpływały się w komforcie i szczęściu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej, www. solarius.pl.