1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Mniej znaczy więcej - recepta na proste życie

Mniej znaczy więcej - recepta na proste życie

Japończycy, mimo że wydają się bardzo nowocześni, żyją prosto i skromnie (fot. iStock)
Japończycy, mimo że wydają się bardzo nowocześni, żyją prosto i skromnie (fot. iStock)
Kupujemy, zdobywamy, gromadzimy. Coraz więcej i więcej. Ubrań, domów, samochodów, gadżetów. A kiedy to wszystko już mamy, okazuje się, że wciąż coś nowego jest do zdobycia.

 

My, ludzie Zachodu, nie potrafimy już żyć skromnie. Pracujemy, żeby mieć. A mamy zdecydowanie za dużo. Jedzenia, które marnujemy, wszelkiego rodzaju dóbr, które szybko nam się nudzą albo które uznajemy za niemodne. Wyrzucamy sprzęty, które można by naprawić, używamy coraz więcej przedmiotów jednorazowego użytku. Efekt? Zniszczone środowisko, życie na kredyt, a więc tak naprawdę przysparzanie sobie problemów, choć przecież chodzi nam o to, żeby ich uniknąć.

Francuzka Dominique Loreau przemierzyła świat wzdłuż i wszerz, ucząc francuskiego i poznając różne kultury i style życia. Wszędzie czegoś jej brakowało. Dopiero w Japonii poczuła, że ma wszystko, co potrzebne do szczęścia. Dlaczego właśnie tam? Bo Japończycy, mimo że wydają się bardzo nowocześni, żyją prosto, skromnie.

Dominique odkryła, że prostota nie ogranicza, ale wzbogaca, uwalnia od uprzedzeń i obciążeń. Zaczęła praktykować zen, przyjmować życie takim, jakie jest, być blisko natury. Najpierw jednak pozbyła się większości rzeczy, które miała. W książce „Prostota życia” pisze: „Żeby żyć, naprawdę potrzebujemy niewiele. Zyskałam głębokie, ugruntowane przekonanie, że im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i tym bardziej możemy się rozwijać”.

Coraz więcej ludzi zdaje sobie z tego sprawę. Coraz więcej z nas nie tylko rezygnuje z nadmiaru, przesytu, lecz także widzi głęboki sens w samoograniczaniu.

Sposób na minimalizm? Zrób to sam!

Mika Larsson, była attaché kulturalna Ambasady Szwedzkiej w Polsce, dziennikarka i działaczka społeczna, po powrocie do Szwecji zamieniła 115-metrowe mieszkanie na dwa pokoje, dużego saaba na małą hondę, która służyła jej głównie do tego, żeby wozić 94-letnią mamę. Sama jeździła rowerem albo chodziła pieszo. Pozbyła się mebli, ubrań. Bez żalu, bo wiedziała, czego chce.

– Mam dziennikarski temperament, potrzebuję ruchu, nowych wrażeń, poznawania ludzi, krajów. A ponieważ zdecydowałam, że nie wrócę do pracy na etacie, przez co moje zarobki będą niższe, musiałam zminimalizować stałe wydatki, żeby mieć środki na realizowanie pasji. Okazało się też, że w nowym mieszkaniu się nie mieszczę. Więc połowę rzeczy oddałam. Ale nie zrobiłam tego pochopnie. Wcześniej długo na ten temat rozmyślałam. Moje samoograniczenie było więc bardzo przemyślane.

Jacek Fenderson, działacz na rzecz środowiska, społeczeństwa obywatelskiego i uczciwego handlu, ogranicza kupowanie do minimum.

– Staram się żyć zgodnie z maksymą „zrób to sam”. Polega to na tym, żeby samemu opanować jak najwięcej umiejętności. Zamiast kupować półkę – zrobić ją samemu, zamiast nabywać nowy zegarek – naprawić stary.

Ma na sobie używane spodnie i bluzę zaprojektowaną przez kolegę, a uszytą przez zaprzyjaźnioną krawcową. Mieszka z kolegami na squacie. Większość mebli zrobili własnoręcznie – z drewna, metalu. Sami podłączyli wodę, wykorzystując do tego stare rury. Resztę potrzebnych sprzętów znaleźli na śmietniku.

Jacek po mieście jeździ na rowerze. Jeżeli już musi coś kupić, kieruje się trzema kryteriami: czy nie przyczynia się do zaśmiecania środowiska (unika kupowania plastikowych rzeczy), czy nie pogłębia konsumpcjonizmu (kupuje tylko to, co jest potrzebne) i czy produkty pochodzą ze sprawiedliwego handlu.

Tłumaczy po kolei: Produkowanie i konsumowanie coraz to nowych rzeczy obciąża środowisko. Lepiej reperować stare ubrania i sprzęty, bo w ten sposób ogranicza się kupowanie towarów, czyli popyt. A wiadomo, że popyt napędza podaż. Jeśli nie będzie kupujących, nie będzie też sprzedających i produkujących, a więc i zatruwania środowiska. A co do sprawiedliwego handlu – w gospodarce wolnorynkowej jest pęd do kupowania jak najtaniej. Odbywa się to często kosztem praw pracowniczych i warunków, w jakich przebiega produkcja. Na przykład w Chinach zatrudnia się niepełnoletnich, płaci ludziom śmiesznie niskie pensje. Muszą wybierać między śmiercią głodową a pracą za grosze.

– Moim zdaniem nie jest to żaden wybór. Dlatego nie chcę mieć na sobie nic, co zostało wyprodukowane przez niewolników. Jeżeli więc kupuję ubrania, to polskie. Nie chodzi o radykalne zaprzestanie konsumpcji – musimy coś jeść, w coś się ubierać, ludzie muszą zarabiać. Chodzi o to, żeby handel miał ludzki wymiar, żeby nie odbywał się kosztem zatruwania środowiska i niewolniczej pracy.

Zawsze sprawdza metki. Woli płacić więcej, ale mieć gwarancję, że produkty są dobrej jakości i pochodzą ze sprawiedliwego handlu. Jacek: – Stanowimy mniejszość, bo ludziom wmawia się, że muszą posiadać coraz to nowsze i lepsze produkty. Kiedyś kupowało się rzeczy, gdy się ich naprawdę potrzebowało. Teraz – bo wchodzi nowa promocja. I nagle okazuje się, że trzeba mieć jeszcze większy telewizor, a jak już się kupi ten największy, to i tak zaraz staje się przestarzały, ponieważ nie ma Internetu i nie wisi na suficie.

Second hand to jeden ze sposobów na zmniejszenie ilości śmieci. (fot. iStock) Second hand to jeden ze sposobów na zmniejszenie ilości śmieci. (fot. iStock)

Nie wszystko na sprzedaż

Mika wciąż musi odpowiadać sobie na pytanie, co jest dla niej ważne. Widzi piękne mieszkania, ubrania i przez głowę przemyka myśl: „Ja też chcę takie mieć”. Ale zaraz przychodzi myśl druga: „Czy aby na pewno jest mi to potrzebne?”. Na ogół odpowiedź brzmi: nie. Ostatnio, w Łodzi, zachwyciła się kurtką. Natychmiast ją kupiła, ale tylko dlatego, że dokładnie takiej od powrotu do Szwecji potrzebowała.

Psychologowie podkreślają, że samoograniczanie jest akceptowalne, gdy wynika z naszego wyboru. Wtedy nawet istotne ograniczenia dają poczucie wolności. – To tak jak z oddaniem się w ręce lekarza – mówi psycholog Jarosław Przybylski – Jesteśmy w stanie wiele wycierpieć, poddać się operacji, byleby tylko wyzdrowieć. Sami ograniczamy swoją wolność, ale to nasz wybór.Sami też musimy dostrzec pułapkę, jaka tkwi w żądzy posiadania. Zobaczyć niebezpieczny mechanizm nienasycenia.

Mika: – Musimy być świadomi tego nienasycenia. I w porę określić próg, za którym konsumpcja zaczyna być chorobą.

Jacek: – Świadoma konsumpcja nie jest trudna, choć wymaga ciągłej uwagi, planowania, patrzenia na metki. Uważam, że takie zachowanie ma głęboki sens. Warto poczynić wysiłek, chwilę dłużej przyjrzeć się produktom na półce, żeby wybrać ten najmniej obciążający środowisko, pochodzący ze sprawiedliwego handlu. To tylko kwestia przestawienia się. Nie umiałbym już bezmyślnie kupować, nie interesując się, skąd co pochodzi. Ale to nie znaczy, że godzinami siedzę w sklepach. Wprost przeciwnie.

Jacek nie zgadza się też z tendencją, która każdy przejaw ludzkiej aktywności każe traktować jako towar. Przecież pewne wartości, jak na przykład relacje międzyludzkie, nie są mierzalne i nie da się ich wycenić i sprzedać. – Wolałbym przygotować posiłek razem z rodziną, niż zamówić pizzę. Konsumeryzm jest nieludzki. Dla gospodarki byłoby najlepiej, gdybym mieszkał daleko od pracy, dojeżdżał samochodem, kupował benzynę, jadł na mieście. A ja nie chcę tak żyć.

 

Czy możemy chcieć mniej? Jak rodzi się sprzeciw?

Według Jacka to kwestia wychowania i wrażliwości społecznej. – Jak byłem młodszy, interesowałem się, dlaczego ludzie protestują, dużo o tym czytałem. I coraz bardziej zacieśniał się krąg znajomych o podobnych poglądach. Nie twierdzę, że wszyscy powinni być ascetami. Jeżeli ktoś chce więcej posiadać, ma do tego prawo. Ale powinien dokonać tego wyboru świadomie, a nie pod presją reklamy czy mediów.

Mika mówi, że jest dzieckiem raju. Urodziła się w bogatym społeczeństwie, które przez 200 lat żyło w pokoju i budowało dobrobyt. Jej rodzina była wielopokoleniowa, co jest bardzo nietypowe w Szwecji – babcia ze strony mamy (przeżyła o 50 lat dziadka Erika Axela Karlfeldta, laureata literackiej Nagrody Nobla) mieszkała w rodzinnym domu aż do śmierci. Opowiadała wnuczce o swoim życiu. O tym, jak pracowała od siódmego roku życia – trzy dni chodziła do szkoły, trzy do pracy, a jeden dzień miała wolny. O tym, jak przyjechała ze wsi do stolicy, żeby pracować u bogatych ludzi, i jak spotkała dziadka poetę.

Te opowieści były dla Miki bardzo kształcące. Sama nigdy nie doświadczyła prawdziwej biedy, choć jej rodzice raz mieli pieniądze, raz nie. Pamięta ubrania otrzymywane z darów, oklejone meble do sprzedaży za długi i rozpacz mamy. W latach studenckich miała trzy zasady oszczędzania: Nie rozmawiać z budki telefonicznej, bo z domu taniej. Nie jeździć tramwajem, tylko rowerem albo chodzić pieszo. Masło i ser na chlebie tylko w sobotę. Ale nie cierpiała z tego powodu.

– Nigdy nie lubiłam przesiadywać w drogich restauracjach czy klubach. Najbardziej cieszyło mnie i cieszy do dziś, gdy siedzę na ławce i przyglądam się ludziom. Ja to uwielbiam. Wyobrażam sobie, co myślą, robią, jak żyją.

Ukształtowały ją dwa bardzo głębokie doświadczenia. Pierwsze: Jako dziennikarka szwedzkiego dziennika ma napisać cykl artykułów na temat komputeryzacji przemysłu włókienniczego. Jedzie do fabryki w małym miasteczku, gdzie spotyka robotnicę, z którą potem przez lata utrzymuje kontakt.

– To był człowiek, który zrobił na mnie wielkie wrażenie. Parę lat później owa kobieta zadzwoniła do mnie już ze Sztokholmu, gdzie pracowała jako salowa w prywatnym szpitalu. Nigdy nie zapomnę jej słów: „Wiesz, Mika, co ja odkryłam w tym szpitalu? Że im więcej ludzie mają, tym większy ogarnia ich lęk. Boją się złodziei, kłótni w rodzinie o majątek po swojej śmierci. Im mniej posiadają, tym są łagodniejsi i pogodniejsi”. Ona zawsze tęskniła za lepszymi warunkami życia – opowiada Mika – a kiedy poznała lepiej sytuowanych ludzi, zobaczyła, że są nieszczęśliwi! To było jej wielkie odkrycie, które z kolei stało się i moim odkryciem. Powiedziałam sobie: Zapamiętaj, co ona mówi, bo to są mądre słowa o tym, jak żyć. I rzeczywiście te słowa towarzyszą mi do dziś.

I doświadczenie drugie: Rok 1981, Mika jest w Polsce korespondentką szwedzkiego radia i telewizji. Pewnego wieczoru nagle traci przytomność. Szpital, badania i diagnoza: rak mózgu. Wraca do Szwecji. W oczekiwaniu na tomografię komputerową przez 11 dni żyje w przekonaniu, że zostało jej niewiele czasu. Bliscy rozpaczają. To ona musi ich pocieszać. Po głowie tłuką się pytania: Czy byłaś sobą? Czy oddałaś się całkowicie miłości?

– Coś z samego środka mnie żądało odpowiedzi. Tylko na te dwa pytania. Reszta nie miała znaczenia. I kiedy później okazało się, że diagnoza była błędna i jestem zdrowa, wszystko mi się przewartościowało. Od tego momentu wiem, że kiedy mam gdzie spać i co jeść, powinnam zajmować się innymi sprawami, bo tam dopiero jest prawdziwe życie. Jestem też absolutnie przekonana, że kiedy człowiek podsumowuje swoje życie, wszystko jedno, czy ma na to dużo czasu, czy sekundę, to nie zastanawia się, czy ma nazwisko, czy jest bogaty, czy budził respekt, czy ludzie mu się w pas kłaniali, tylko zadaje sobie pytanie, czy był wierny sobie, czy miał odwagę słuchać swojego wewnętrznego głosu, nawet gdy inni uważali go za głupca i się z niego śmiali. I czy miał odwagę wybrać miłość.

Sztuka rezygnacji

To było tak silne doświadczenie, że stało się dla niej lekcją na całe życie. Największym owocem tej lekcji jest syn Jón, którego urodziła kilkanaście miesięcy później.

Odtąd praktykuje nieustannie sztukę rezygnacji. Kiedy Jón poszedł do szkoły, wybrała pół etatu, żeby być z nim co drugi dzień (wychowywała go samotnie). Postanowiła też, że dopóki on sam nie dorośnie na tyle, by zdecydować inaczej, nie będzie mu kupować nowych ubrań, tylko używane. A kiedy już dorósł, decydował: „Mamo, kup mi lepiej książkę, nie obchodzi mnie, co ludzie powiedzą”. Kiedy jako nastolatek dostał grant od państwa (w Szwecji ucząca się młodzież otrzymuje pieniądze na życie), Mika odbyła z nim poważną rozmowę na temat partycypowania w kosztach utrzymania.

Można zniszczyć dziecko, dając mu za dużo, bo ono będzie przekonane, że wszystko dostanie jak na talerzu. Jeśli chcemy przygotować je do życia, musimy mu pokazać, że tak nie będzie. Byłam w uprzywilejowanej sytuacji pod względem finansowym, więc tym bardziej musiałam chronić syna przed taką postawą. Teraz widzę tego niesamowite efekty. Ma 27 lat, zarabia duże pieniądze, a mimo to potrafi żyć oszczędnie.

Pod koniec lat 90. zrezygnowała z propozycji bardzo intratnej pracy. Wszyscy wokół radzili, żeby ją przyjęła, bo to dałoby jej gwarancję życia na wysokim poziomie. Ona sama myślała podobnie: „Pięć lat ostrej pracy i urządzę się na całe życie”. Jón miał wówczas jednak 14 lat i wymagał jej obecności. Doszła więc do wniosku, że to nie dla niej.

Kolejna rezygnacja: W listopadzie 2007 roku kończy pracę w ambasadzie, ale nie szuka nowej, choć jej emerytura do 65. roku życia jest mniejsza niż stypendium studenta. Decyzję podejmuje bardzo świadomie: – Wiedziałam, że umiem żyć za bardzo małe pieniądze. Ale byłam też ciekawa, czy umiem nic nie robić. Bo przecież się starzeję i na pewno przyjdzie dzień, w którym moje ciało odmówi posłuszeństwa. Czy ten stan obudzi we mnie lęk? Sprawdzenie tego, czy umiem żyć w spokoju, było dla mnie wielkim wy-zwaniem. Umiem. Wymagało to jednak nie lada samoograniczenia.

Mika ogranicza teraz kontakty z synem. Nie chce go sobą przytłaczać, hamować w rozwoju. On ma iść swoją drogą.

Co daje samoograniczenie?

Mika: – Przede wszystkim spokój. Harmonię. Świadome życie. Wiedzę, gdzie leży granica, za którą nie kontroluje się przedmiotów, tylko one nas kontrolują. Przekonanie, że wartość człowieka nie jest zależna od tego, ile się posiada.

Jacek: – Satysfakcję, że jestem w porządku wobec innych i naszej planety.

Antropolożka Joanna Tokarska-Bakir w jednym z wywiadów dla „Zwierciadła” trafnie uchwyciła sedno samoograniczania: – To droga, w której mamy na oku dobro większe niż tylko nasze własne. I dodała: – W ogóle doradzałabym przyglądanie się temu, co jest większe ode mnie i czego jestem częścią, i żyłabym z tym w zgodzie.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Samokontrola prowadzi do szczęścia i sukcesu

Umiejętności samokontroli można się nauczyć - silna wola nie jest cechą wrodzoną. (Fot. iStock)
Umiejętności samokontroli można się nauczyć - silna wola nie jest cechą wrodzoną. (Fot. iStock)
Jeśli umiesz odmówić sobie pysznego deseru, nie tylko zachowasz linię, prawdopodobnie odniesiesz też w życiu niejeden sukces. Psycholog Walter Mischel twierdzi: samokontrola to prosta droga do szczęścia.

Dlaczego jedni robią spektakularne kariery, są szczęśliwi w małżeństwie i wytrwali w przyjaźni, a drudzy nie kończą studiów, rozwalają kolejny związek i notorycznie nie dotrzymują obietnic? Odpowiedź wydaje się prosta – są ludzie wyposażeni w silną wolę i ci, którym jej brak. I nic na to nie poradzimy. Nieprawda!

Psycholog Walter Mischel od ponad pół wieku prowadzi badania nad silną wolą. I dochodzi do mniej i bardziej zaskakujących wniosków. Mniej zaskakujący: niektórzy przewyższają innych pod względem zdolności opierania się pokusom i radzenia sobie z emocjami. Bardziej zaskakujący: różnice te widać już w wieku przedszkolnym, utrzymują się przez większość życia i decydują o tym, czy odniesiemy sukces. Rewolucyjny: umiejętności samokontroli można się nauczyć. Silna wola nie jest cechą wrodzoną. Zatem koniec z wymówkami!

Dzieci wiedzą lepiej

Mieć coś na wyciągnięcie ręki, a jednak sobie tego odmówić, wiedząc, że zaszkodzi nam lub komuś innemu? Opanować złość, strach czy rozpacz, kiedy stają się zbyt groźne? Na tym polega samokontrola. Zdaniem Mischela nasze życie byłoby prostsze i szczęśliwsze, gdybyśmy nauczyli się zwłaszcza pokonywać pokusy, czy to w postaci (drugiej) dokładki obiadu, kupna kolejnej (zbędnej) pary butów, czy zdrady. W tym celu w latach 60. opracował metodę, którą nazwał testem Marshmallow (od nazwy słodkich pianek). Zamierzał nią badać ludzką umiejętność odraczania przyjemności na grupie raczej mającej problemy z samokontrolą – przedszkolakach. Prosty eksperyment miał sprawdzić, jak dzieci starają się zapanować nad sobą i nie zjeść słodkiej pianki, by za parę minut dostać dwie słodkie pianki w nagrodę. Część nie wytrzymała napięcia i zjadała pianki od razu, ale niektóre znajdowały bardzo ciekawe sposoby na to, by odwrócić swoją uwagę od smakołyku. Dało to badaczom materiał do refleksji nad tym, jak ludzki umysł radzi sobie z odraczaniem chwilowych przyjemności, aby w przyszłości doświadczyć większych.

Co robiły dzieci? Zamykały oczy, wymyślały twórcze zabawy lub inne angażujące zajęcia: układały zabawne piosenki, gry i zagadki lub... dłubały w nosie. Inne wyobrażały sobie, że pianka jest chmurką lub kulką waty, albo w myślach obrysowywały ją ramką, żeby wyglądała jak obrazek przedstawiający piankę (którego przecież nie można zjeść). Jeszcze inne przekonywały same siebie, że pianka jest niedobra w smaku lub że wcześniej podjadał ją karaluch.

Najciekawsza była jednak druga część eksperymentu, przeprowadzona po kilkunastu latach. Okazało się, że dzieci, które wykazały się większą samokontrolą, jako dorośli w wieku 25–30 lat świetnie radzili sobie w życiu, mieli lepszą pracę i bardziej udane życie prywatne niż dzieci, które zdecydowały się zjeść piankę od razu.

Gorące i zimne

To, co intuicyjnie robiły przedszkolaki podczas testu Marshmallow, to prosta technika, która pozwala radzić sobie z pokusami i odraczać nagrody. W skrócie polega ona na studzeniu systemu gorącego naszego mózgu.

Układ limbiczny, czyli gorący system emocjonalny znajdujący się w mózgu (ze szczególnym udziałem tzw. ciała migdałowatego), odgrywa największą rolę zwłaszcza w reakcji strachu oraz zachowaniach seksualnych i apetatywnych (związanych z jedzeniem). To on pozwalał przeżyć naszym przodkom w trudnych i niebezpiecznych prehistorycznych czasach, a dzisiaj jest odpowiedzialny za nasze błyskawiczne reakcje i nadaje życiu emocjonalną intensywność. Każe niemowlęciu płakać, gdy jest głodne, a dorosłym uciekać, gdy usłyszą hałas w krzakach. To on też powoduje, że trudno jest nam odmówić sobie zjedzenia pysznego ciastka, gdy bardzo mamy na nie ochotę.

Z systemem gorącym łączy się nierozerwalnie system chłodny, który mieści się w korze przedczołowej i aktywizuje o wiele wolniej. Odgrywa on kolosalną rolę w planowaniu i samokontroli. Oba systemy są ze sobą silnie powiązane – kiedy jeden przeważa, drugi staje się słabszy. Możemy jednak celowo „schładzać” swoje reakcje lub je lekko „podgrzewać”. Jak pokazał test Marshmallow, im większy dystans psychologiczny zyskujemy wobec danego przedmiotu bądź celu, tym łatwiej będzie nam podejść do niego racjonalnie. Zatem aby skutecznie oprzeć się pokusie kupna kolejnej pary butów, trzeba ją „schłodzić”, zdystansować się i uczynić abstrakcyjną. Na przykład skupić się na wadach – choćby wysokiej cenie butów, przypomnieć sobie, że poprzednio buty z takiego materiału obtarły nam piętę, wyobrazić sobie je jako obrazek w gazetce reklamowej lub… odwrócić wzrok od wystawy.

Co ciekawe, w życiu przydatne okazuje się też podgrzewanie pewnych celów, zwłaszcza tych długofalowych, jak odkładanie pieniędzy na emeryturę. Tak abstrakcyjna rzecz, jak nasza emerytura w wieku 60 lat, podczas gdy mamy 34, nie skłania do płacenia wysokich składek. Gdyby jednak ktoś zwizualizował nam to, jak będziemy wyglądać na emeryturze (tak jak zrobili to badacze podczas pewnego eksperymentu), moglibyśmy bardziej utożsamić się z samym sobą starszym o 30 lat i chętniej odkładalibyśmy pieniądze. Aby zadbać o przyszłość, musimy uczynić ją bliższą i bardziej wyrazistą, czyli ją „podgrzać”.

Nałogowcy i celebryci

Kluczowa zasada samokontroli brzmi zatem: ochłódź „teraz”, podgrzej „później” – w zależności od tego, na jakiej perspektywie potrzebujesz się skupić. Mischel wypróbował to na własnej skórze, rzucając palenie. Co prawda jego system chłodny odnotował, że jeśli będzie palił nadal trzy paczki dziennie, zachoruje na raka płuc, ale zrozumiał to dopiero, kiedy zobaczył wykończonego fizycznie pacjenta na oddziale onkologicznym. Od tej pory za każdym razem, kiedy miał ochotę zapalić, jego system chłodny celowo aktywizował system gorący poprzez przypomnienie sobie widoku tego pacjenta, co wywoływało w nim paniczny strach. Aby jeszcze bardziej podgrzać emocje, w momentach, kiedy był bliski temu, by ulec pokusie, wąchał słoik pełen niedopałków, by tak zmasowana dawka nikotyny pozbawiła go ochoty na „dymka”. Podjął też działania typowe dla chłodnego systemu: zawarł umowę ze swoją trzyletnią córką, która obiecała, że jak tata przestanie palić, to ona przestanie ssać kciuka, i zapowiedział swoim studentom, że rzuca palenie – czyli publicznie się do czegoś zobowiązał. Jak na dłuższą metę udana może być współpraca obu systemów, świadczy to, że Mischel do dziś nie pali.

Ale uwaga: samokontrola jest zdolnością, która może być wykorzystywana albo nie, w zależności od tego, czy jesteśmy do tego odpowiednio zmotywowani. Zależy to m.in. od tego, jak postrzegamy ewentualne skutki ulegnięcia pokusie i siłę tej pokusy. Duża część skompromitowanych celebrytów i osób publicznych, które po latach sukcesów w polityce (jak Bill Clinton) bądź sporcie (jak Tiger Woods) zostają nagle „przyłapani” na licznych romansach czy braniu narkotyków – prawdopodobnie wcale nie chciała oprzeć się pokusom, a do tego uważała się za lepszych i w związku z tym bezkarnych. Dlatego pamiętaj, nie wystarczy wiedzieć, jak się kontrolować, trzeba tego jeszcze chcieć.

  1. Psychologia

Bałagan w głowie równa się bałagan w życiu. Jak uprościć życie? Wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Minimalizm jest naszą naturalną, ludzką potrzebą. (Fot. iStock)
Minimalizm jest naszą naturalną, ludzką potrzebą. (Fot. iStock)
Ganiamy z językiem na brodzie wykonując setki czynności, często całkowicie zbędnych. Namiastkę szczęścia znajdujemy kupując gadżety i sprzęty, które „trzeba mieć”. Przestrzeń się kurczy, długi rosną, a my biegniemy dalej, po więcej i lepiej… Czarne myśli się kłębią, życie wymyka z rąk, stres rośnie - jak żyć w tym bałaganie? Z Wojciechem Eichelbergerem rozmawia Joanna Wilgucka-Drymajło.

Często powtarzamy - „nie mam czasu”. Pasje? Spotkania ze znajomymi? Odpoczynek? Jakoś trudno to wcisnąć do grafiku, gdy jest tyle pracy. Co się z tym czasem dzieje? Czyżby doba się skurczyła, a może nam tak obowiązków przybyło?
Doba nam się na pewno nie skurczyła, tylko obowiązków, pośpiechu i zamieszania lawinowo przybywa i obawiam się, że nadal przybywać będzie. Skoro więc nie możemy liczyć na to, że rzeczywistość się nad nami ulituje, to jedynym wyjściem i podstawowym zadaniem staje się walka z chaosem w naszej głowie. Bo tylko spokojna, jasna głowa umożliwi nam ustawienie priorytetów i pogodne nadążanie za przyspieszającym życiem. Jeśli nadal nie będziemy mieli ani chwili, ani sposobu, by uspokajać i ukierunkowywać nasz niespokojny, rozpędzony umysł, to nie usłyszymy własnych, istotnych potrzeb ani uczuć. W końcu całkowicie rozminiemy się z tym, co naszym życiu ważne.

W tym całym zagonieniu, w natłoku informacji - nie mamy raczej warunków do refleksji, rozliczenia się i poukładania sobie w głowie różnych spraw. Czy w tej sytuacji można stwierdzić, że nasz umysł zaczyna przypominać zagraconą szafę, w której trudno ustalić, co gdzie jest, że tworzy się jeden wielki chaos?
Dobre porównanie. Bałagan w szafie, chaos na biurku, zagracone mieszkanie. Gromadzimy i kolekcjonujemy rzeczy, sprawy i zadania, którym nie jesteśmy w stanie sprostać, ani ich zagospodarować - a o cieszeniu się nimi możemy w ogóle zapomnieć. Robi się tego tak dużo, że coraz więcej odkładamy na później - a zaległości rosną, szafy pękają, półki się uginają. W końcu przytłaczają nas tak, że w głowach, sercach i 24 godzinach doby brakuje miejsca na cokolwiek nowego, świeżego, kreatywnego. Bezmiar niezałatwionych spraw więzi naszą uwagę i energię w przeszłości, a to gwarantowany smutek czy nawet depresja.

Nie sposób pędzić przez współczesne, pokręcone i skomplikowane życie, patrząc we wsteczne lusterko. To musi się skończyć jakąś kolejną kraksą. Uciekamy przed przeszłością, ale nie mamy gdzie uciec. Bo przyszłość też nie rysuje się różowo. Przerażające wyobrażenia o skutkach naszych zaniedbań i niedoróbek każą uciekać także przed przyszłością. Zakleszczeni pomiędzy smutkiem a strachem, nie mamy gdzie i jak się wyrwać, by złapać trochę luzu i oddechu. Tu i teraz nie istniejemy. Nie łapiemy kontaktu. Z nikim nie możemy się spotkać. Bo trzeba by wyhamować, rozejrzeć się, usłyszeć, poczuć. Kto ma na to czas? I jak to zrobić?

Jak taka sytuacja rzutuje na jakość naszego życia, na nasze zdrowie, finanse, relacje z bliskimi? Można mieć bałagan w głowie – a nie mieć go w życiu?
Prawie zawsze bałagan w głowie równa się bałagan w szafie, na biurku, w domu - a także w życiu. A ten ostatni jeszcze bardziej nakręca bałagan wewnętrzny. Gonitwa smutnych, lękowych i agresywnych myśli wyzwala bezładne, często skrajne emocje - a te napędzają chaotyczne i destrukcyjne zachowania. W efekcie wzrasta ilość stresu i poczucie braku kierunku w naszych wyborach i działaniach. Błędne koło, które trudno przerwać. Bo stres - gdy staje się chroniczny - prócz zdrowia odbiera nam również możliwość dokonywania inteligentnych wyborów, a także możliwość doświadczania empatii i współczucia. (Za mało krwi dopływa do płatów czołowych mózgu.) To wystarczy, aby nasze relacje z ludźmi dramatycznie się pokomplikowały. Błędne koło stresu generując depresyjne, agresywne, złowrogie myśli i wyobrażenia - utrzymuje nas w narastającym napięciu. Bo ludzki organizm nie jest w stanie odróżnić realnego zagrożenia od wyobrażonego. W realu może być wszystko OK., lecz my i tak tego nie zauważymy.

Czyli potwierdza się przekonanie, że „Ludzie sami komplikują sobie życie”. Czy nie da się wyjść z tego błędnego koła?
Na szczęście – da się. Pierwsza lekcja: odróżniamy myślenie od myślactwa". To pomoże zdystansować się nieco od rozgadanego jarmarku w naszych głowach. Myślenie to uporządkowany proces uruchamiany pytaniem czy wątpliwością, prowadzący do rozwiązania. Rozwiązanie kończy myślenie na dany temat. Myślactwo" jest bezładną, samoistną, bezcelową gonitwą myśli. Można je porównać do spamu, który zawala nam skrzynkę mailową. Kradnie czas i energię, których i tak za mało mamy na sprawy naprawdę ważne. By przestać zajmować się mózgowym spamem - myślami, które odciągają naszą uwagę od tego, co w tej chwili rzeczywiście się dzieje i na co mamy realny wpływ - potrzeba wyostrzonej uwagi i dyscypliny.

Gdy choć trochę się tego nauczymy, to umysł zacznie się urealniać i porządkować, jak regularnie sprzątany i resetowany komputer. Wtedy na jego przejrzystym i przestronnym ekranie ujrzymy sprawy naprawdę dla nas istotne. Zrozumiemy, że najważniejszą z nich - bo nadającą naszemu życiu barwę, wyrazistość i sens - jest uważne, świadome i zaangażowane istnienie we wszystkim, co się nam realnie przydarza. Zapragniemy skończyć z przenoszeniem niespełnionej przeszłości w przyszłość, z życiem pomiędzy smutkiem i lękiem, aby w końcu odzyskać kontakt z naszym upragnionym, realnym, prostym życiem - tu i teraz.

„Nic nie poradzę, no taki mam nawyk...” - z uporem maniaka powtarza wiele osób, tłumacząc w ten sposób swoje np. problemy ze zdrowiem wynikające ze złego odżywiania czy długi będące efektem nieprzemyślanych zakupów. Czy raz nabyty nawyk to wyrok do końca życia?
Nie. Stosunkowo łatwo - jeśli się naprawdę do tego przyłożymy - możemy zmieniać nasze nawyki. Wystarczy przez 20 minut dziennie posiedzieć w spokoju, skoncentrować uwagę na oddechu, na jakimś harmonijnym dźwięku, na inspirującym symbolu/obrazie, albo na widoku kwiatu czy drzewa - do wyboru. I wtedy tylko patrzeć, tylko słuchać, tylko odczuwać. Te 20 minut to dla mózgu to samo, co resetowanie dla komputera. Uwolniony od nadmiernej, chaotycznej stymulacji umysł, zachowuje się jak pozostawione w spokoju szklane naczynie wypełnione wzburzoną, mętną wodą. Po jakimś czasie zanieczyszczenia opadają na dno, a woda robi się tak przejrzysta, że ku naszej ogromnej radości - można wreszcie zobaczyć przez nią świat. Wtedy to, co dla nas najważniejsze zostanie uświadomione, a szkodliwe nawyki ujawnią swoją szkodliwość z taką mocą, że wyzwolą ogromną, wewnętrzną, autonomiczną motywację i potrzebę zmiany. A to jest już połowa zwycięstwa. Umysł spokojny i prosty - poprowadzi nas prostą drogą do pożądanej zmiany.

Mówi Pan o tym, że warto dążyć do upraszczania swojego życia. Od razu przychodzi mi na myśl - „wyrzeczenia, rezygnacja, post”. Czy rzeczywiście może nam to przynieść jakąś korzyść? Czy sami się w ten sposób nie pozbawiamy czegoś istotnego, wartościowego?
Wręcz przeciwnie - minimalizm jest naszą naturalną, ludzką potrzebą. No bo na czym polega minimalizm? Na tworzeniu przestrzeni i czasu, w których możemy coś zauważyć w szczegółach, doświadczyć głębiej, przyjrzeć się, wsłuchać, zrozumieć. A to wszystko składa się na smak życia. Podobnie niemowlakowi, lepiej się żyje, gdy ma w swoim kojcu jednego ukochanego misia, a nie 20 kolorowych, konkurujących ze sobą pluszaków - i nie wiadomo, którym się zająć. W końcu rozkojarzone dziecko dostaje napadu wściekłej histerii i wrzeszcząc. wyrzuca z kojca wszystko. Dzieci odruchowo wybierają jedną rzecz, którą chcą się zajmować. Warto brać z nich przykład. Potrafią zająć się na długo najprostszą sprawą, której wagi, piękna i znaczenie zabiegani dorośli nie widzą - np. przez pół godziny z uwagą i zachwytem przyglądać się kałuży, kamykowi, mrówce czy kwiatu. To pouczająca demonstracja wrodzonej człowiekowi potrzeby minimalizmu. Niestety z upływem życia zostaje ona zagłuszona wyuczoną - destrukcyjną dla życia - potrzebą posiadania jak najwięcej i stymulowania się na wszystkie możliwe sposoby jednocześnie.

  1. Psychologia

Pieniądze szczęścia nie dają. Czy masz zdrowy stosunek do pieniędzy?

Musimy pamiętać, że pieniądze nie mają żadnej wartości, żadnej energii, dopóki to my sami nie zdecydujemy, jakie znaczenie im nadamy. (Ilustracja: iStock)
Musimy pamiętać, że pieniądze nie mają żadnej wartości, żadnej energii, dopóki to my sami nie zdecydujemy, jakie znaczenie im nadamy. (Ilustracja: iStock)
Dają wolność czy zniewalają? Stwarzają możliwości czy ograniczają? Oddzielają od innych czy łączą z nimi? Dają szczęście? Warto o nie zabiegać? Nasza relacja z pieniędzmi odzwierciedla to, kim myślimy, że jesteśmy.

Iwona Pochitonow, projektantka mody, pięć lat temu, po 28 latach działalności, zamknęła firmę, ponieważ „przestała kochać to robić”. Projekty jej kobiecych sukienek, żakietów, spodni, kostiumów i płaszczy modelki prezentowały na okładkach kobiecych pism, także „Zwierciadła”. „Byłam bogata” – mówi Iwona. Wybudowała duży dom pod Warszawą w otulinie starych drzew, podróżowała. Teraz sama tworzy naturalne mydła i kremy. Nie chce już firmy. Żyje za grosze w porównaniu z tym, ile zarabiała jeszcze kilka lat temu. Kiedyś uwielbiała rzeczy, zakupy, piękne przedmioty przywożone z zagranicy. Dziś – jak mówi – nie potrzebuje już ani rzeczy, ani nowych ubrań. Jest szczęśliwa, żyć nie umierać. Zawsze już będzie „podążać za radością”.

Iza Pawelec, aktorka z Wrocławia, przez dziesięć lat przebijała się w branży – rólki w teatrze, rólki w filmach, chałtury w reklamie. „Ledwo spinałam budżet” – mówi. W tym zawodzie trzeba o siebie dbać. Gdy opłaciła czynsz za wynajmowane mieszkanie, reszta wystarczała na masażystę, dietetyczkę, kosmetyczkę, fryzjerkę. Trochę ekojedzenia i po pieniądzach. Wakacje u znajomych na Mazurach. „Trochę głupio to przyznać – Iza zawiesza głos – ale odżyłam, gdy bogato wyszłam za mąż. Jakie możliwości dają pieniądze! Lepiej być bogatą”. Dwóm siostrzenicom opłaca prywatne studia. Chorej na serce mamie leczenie w dobrej klinice. Wakacje, gdy nie trzeba myśleć o pieniądzach, mają znaczenie dla dobrego samopoczucia. I tak dalej, i tak dalej.

Dają wolność czy zniewalają? Stwarzają możliwości czy ograniczają? Oddzielają od innych czy łączą z nimi? Dają szczęście? Podobno tylko szczęśliwym. Ale chcemy sprawdzić. Podobno nie dają szczęścia, ale – jak mawiała Marilyn Monroe – zakupy owszem. To też chcemy sprawdzić.

Warto o nie zabiegać? A co na to badania? Zdarza się, że wyniki badań się wykluczają. Jedne mówią o tym, że najszczęśliwsi są mieszkańcy krajów najbiedniejszych. Inne, że wręcz przeciwnie – największe zadowolenie z życia zgłaszają mieszkańcy zamożnych krajów Europy. Jeszcze inne badania pokazują, że nasze dobre samopoczucie nie rośnie wraz ze wzrostem dochodów. Jeśli mamy środki na podstawowe potrzeby (jedzenie, dach nad głową), to zdobycie pieniędzy na większy dom, lepszy samochód czy droższe wakacje nie spowoduje wzrostu naszego poczucia szczęścia.

Niezmiennie zdumiewają badania dotyczące ludzi, którzy wygrali duże sumy na loterii. Wyniki są zawsze takie same: w przeciągu kilku miesięcy ludzie ci tracą miliony, przegrywają w kasynie, wpadają w uzależnienie od alkoholu i narkotyków, a nawet popełniają samobójstwo. Publicznie żałują wygranej. Mówią nawet, że to był najgorszy dzień w ich życiu! Chcieliby wygrać może dwa tysiące euro, ale nie dwa miliony!

Energia, którą reprezentują pieniądze, jest mocna, ale i subtelna, może wzmocnić, ale może też zabić. Z całą pewnością uwrażliwienie na nią, przyjmowanie jej i oswajanie wymaga świadomości. Świadomości czego? Przede wszystkim tego, że pieniądze nie mają żadnej wartości, żadnej energii, dopóki to my sami nie zdecydujemy, jakie znaczenie im nadamy. Bez udziału naszej świadomości to tylko kawałki papieru. Badacze rozwoju świadomości zwracają uwagę, że dobra moda na minimalizm i proste życie sprawiają, iż nasza relacja z pieniędzmi także się zmienia. Przechodzimy niezwykły, czasem burzliwy i chaotyczny proces przemiany. Coraz wyraźniej widzimy, że pożądanie rzeczy, aby uśmierzyć wewnętrzny ból i pustkę, ten ból dodatkowo pogłębia. Używając pieniędzy do wzmacniania własnej pozycji i wizerunku, paradoksalnie osłabiamy siebie. Widać to jasno wtedy, gdy odkrywamy, że posiadanie nie daje nam radości ani wolności. Jesteśmy znużeni, zmęczeni i wypaleni.

Na naszych oczach i w głębi nas rodzi się nowe. Nowa świadomość. Nowa era pieniądza – jak nazywa te zmiany Mayuri Onerheim, autorka książki „Pieniądze. Duchowość. Świadomość...”, jeszcze do niedawna główna księgowa światowych korporacji. Relacja z pieniędzmi dla wielu z nas staje się fascynującym źródłem nowego sposobu życia. Ten nowy sposób to zupełnie inna perspektywa, inna narracja. Przeczuwamy, a niektórzy z nas już to wiedzą, że istnieje całkowicie inny sposób doświadczania pieniędzy niż do tej pory; że ich zarabianie i wydawanie nie musi łączyć się z bólem i lękiem. Że możemy puścić w ruch inny taniec energii – pieniędzy i miłości.

Zaczynamy od świadomości obfitości poza pieniędzmi. Jak pisze Onerheim: Jeden kwiat wystarczy. A czy to ważne, gdzie rośnie ten kwiat – w twoim ogrodzie czy w ogrodzie sąsiada? Nie posiadasz gwiazd, a przecież możesz się cieszyć ich widokiem. Nie posiadasz ptaków szybujących, a przecież cieszy cię ich śpiew. Nie potrzebujesz więcej rzeczy. Potrzebujesz większej wrażliwości, większej uważności na piękno wokół, uszu bardziej wyczulonych na muzykę, oczu artysty. Potrzebujesz wyobraźni, która przemienia wszystko w coś istotnego i znaczącego. Jesteś już bogata. Dostałaś już to, czego potrzebujesz. Niech to się rozwija, a wszystko, co masz w świecie zewnętrznym, okaże się wystarczające.

Świadomość obfitości to też świadomość naszych wewnętrznych skarbów: spokoju, pogody ducha, pokory, prawdomówności, odwagi. I bogactwa natury. Rzadko na co dzień zdajemy sobie sprawę z tego, że na Ziemi jest więcej jedzenia, niż kiedykolwiek mogłyby spożyć zamieszkujące ją istoty. Słońce wytwarza więcej energii, niż Ziemia mogłaby kiedykolwiek zużyć. Gdy powstawało nasze życie, miliony plemników wyruszyły w drogę, by zapłodnić jedno z tysiąca jaj czekających na to w organizmie naszej matki od chwili jej narodzin. Zadaniem wiśni jest, by w trakcie swojego życia dać początek dwóm kolejnym drzewom wiśniowym. W tym celu rodzi ona każdej wiosny tysiące kwiatów, a w ciągu lata – tysiące owoców, ciesząc tym nasze oczy oraz dając pokarm tysiącom owadów i ptaków. To tylko niewielkie przykłady bogactwa życia wokół nas, przepychu i luksusu, w którym żyjemy i którym jesteśmy jako część natury.

Pieniądze mogą się stać częścią tego obfitego świata. Kiedy połączymy je z sercem, zechcemy wydawać je na wszystko, co wzmacnia i wspiera życie. Poczujemy, że dzięki nim współtworzymy rzeczywistość, że mamy wpływ. W nowej erze pieniędzy wiemy już, że nasze decyzje i wybory naprawdę tworzą nasz świat. Wyobraźmy sobie, jak zmieniłoby się życie nas wszystkich, gdybyśmy widzieli i odczuwali ten przepływ.

To już się dzieje – na naszych oczach i w głębi nas. Ten duchowy – bo powiązany z miłością do życia – stosunek do pieniędzy idzie w parze ze świadomością, w jaki sposób zarabiamy, wydajemy i inwestujemy pieniądze. Klarowność i przejrzystość naszych transakcji finansowych wzmacnia nas i czyni wolnymi – tu badania są zgodne. Także w tym, że wszelkie długi działają obciążająco na naszą psychikę, ograniczają swobodę wyboru, kreatywność i szersze spojrzenie na spektrum życiowych możliwości.

Obserwując nasz stosunek do pieniędzy, nasze myśli i emocje z nimi związane, a także proces zarabiania i wydawania, stajemy się świadomi. Od tej chwili to my decydujemy, co dzieje się w naszym finansowym imperium.

Wdzięczność jest początkiem prawa wzrostu i tworzenia. To, za co dziękujemy dziś, będzie pomnożone jutro. Jeśli mamy w kieszeni kilka złotych i ucieszymy się z nich, życie je pomnoży. Jeśli natomiast obrazimy się na sytuację i będziemy opowiadać wszystkim naokoło, czego nam brakuje, ten brak będzie się powiększał. Wdzięczność pozwala cieszyć się tym, co już stworzyliśmy dla siebie, ucisza obawy i lęki, a nawet – w miarę praktykowania wdzięczności – całkowicie z nich wyzwala.

  1. Styl Życia

Jak uprościć swoje życie? Po prostu

Im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i możemy się rozwijać. (Fot. iStock)
Im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i możemy się rozwijać. (Fot. iStock)
Dominique Loreau, autorka kultowej „Sztuki prostoty”, twierdzi, że prostota uwalnia od uprzedzeń, ograniczeń oraz obciążeń, które nas rozpraszają i stresują. Dlatego jeśli miałabyś zrobić w tym roku tylko jedną rzecz ze swoim życiem, uprość je sobie.

Dominique Loreau, autorka kultowej „Sztuki prostoty”, twierdzi, że prostota uwalnia od uprzedzeń, ograniczeń oraz obciążeń, które nas rozpraszają i stresują. Dlatego jeśli chcesz zrobić ze swoim życiem tylko jedną rzecz - uprość je sobie.

DOM
Niech będzie skromnie urządzony, a znajdujące się w nim przedmioty i meble funkcjonalne i piękne: powinny zaspokajać potrzeby ciała i oka. Pozbądź się wszystkich niedziałających sprzętów, niewygodnych krzeseł oraz sztucznych materiałów. Doceń monochromatyczność w kolorach. Dom powinien być miejscem odpoczynku, azylem w otaczającym nas świecie. Miej w nim tylko to, co jest ci niezbędne i co ci odpowiada.

CZAS
Rób tylko jedną rzecz naraz. Codziennie wybierz się na półgodzinny spacer, rób sobie krótkie przerwy w pracy. Powoli odbieraj telefon. Naucz się mówić „nie” spokojnie i ze stanowczością. Nie bierz nadgodzin i nie pracuj w czasie wolnym. Bądź w pełni obecna w tym, co robisz. Unikaj rutyny: staraj się zmieniać co jakiś czas drogę do pracy czy to, co jesz na śniadanie. Ułóż harmonogram prac domowych, z podziałem na pomieszczenia i dni tygodnia. Rób listy zakupów. Oszczędzaj pieniądze – nie po to, by więcej wydawać, ale po to, by mniej pracować.

CIAŁO
Twoje ciało jest twoim domem. Nie powinnaś zaniedbywać służących mu zabiegów na korzyść troski o innych. Odżywiaj się właściwie, ćwicz i wystarczająco dużo pij, wysypiaj się, myj czystą wodą i myśl pozytywnie. Wypracuj w sobie dyscyplinę codziennej prostej i łagodnej pielęgnacji. Poranną toaletę wykonuj tak, jakby to było ćwiczenie fizyczne.

JEDZENIE
Złota reguła: by jak najdłużej zachować zdrowie i młodość, trzeba jeść mało. Inaczej organizm nie przyswoi w pełni składników z pożywienia. Jedz żywność świeżą i dobrej jakości. Staraj się też o przyjemne otoczenie i estetyczne podanie – jeżeli ich zabraknie, będziesz dążyła do tego, by zastąpić je większą ilością jedzenia. Jeść dobrze oznacza też jeść wytwornie, powoli, mieć szacunek do pożywienia i do swojego organizmu. Jedz, kiedy jesteś głodna, i smakuj każdy kęs.

UMYSŁ
Jeżeli umysł jest przepełniony, nie możemy normalnie funkcjonować. Kiedy unikasz jednych myśli, robisz miejsce dla innych, a ponieważ negatywnymi myślami wyrządzamy sobie tyle samo krzywdy, co niezdrowym jedzeniem czy paleniem papierosów, wyćwicz w sobie nawyk powracania przed snem do miłych momentów dnia. Ćwicz się także w dystansowaniu się do myśli, nieutożsamianiu się z nimi. Unikaj stresu i nie rozmyślaj nad nękającymi cię problemami. Wystarczy, że znasz ich istotę, by umysł sam znalazł drogę do rozwiązania. Jak najczęściej medytuj, by oczyścić głowę, najlepiej rano, w odosobnionym miejscu.

RELACJE
Zerwij bezowocne znajomości, zakończ te, które nie dają ci oparcia. W miłości nie bądź niewolnikiem drugiej osoby. Nie staraj się dostosowywać do niekomfortowych sytuacji i nie wymagaj od innych nadmiernej szczerości. Nie zmieniaj swoich planów, by zadowolić innych. Nie martw się, co pomyślą lub powiedzą na twój temat. Nie bądź osobą odpowiadającą oczekiwaniom innych, ale taką, którą sama chcesz być. Nie czuj się zakłopotana, gdy coś dostajesz, ale sama nie dawaj zbyt dużo. Zdobądź spokój płynący z przekonania, że wszystko, czego potrzebujesz, możesz osiągnąć sama. Mniej mów, więcej słuchaj. Nie krytykuj innych, bo w ten sposób tworzysz problem i umniejszasz swoją wartość. Zamiast zajmować się cudzymi wadami, zajmuj się swoimi, ale też nie zadręczaj się. Odnoś się do siebie z miłością, dzięki temu będziesz traktować innych z większym uczuciem. Wybaczaj dla własnego dobra. Nie próbuj zmieniać innych.

Dlaczego mniej znaczy więcej?

Według Dominique Loreau:
  • im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i możemy się rozwijać,
  • kiedy mamy niewiele, tworzymy miejsce dla spraw najważniejszych,
  • życie wśród małej liczby rzeczy podwyższa jakość egzystencji,
  • nie skupiając się na nadmiarze, masz czas, by skupić się na sobie: dowiedzieć, jaka jesteś,
  • mając mniej, zostawiasz przestrzeń dla kreatywności,
  • twoje decyzje stają się instynktowne, twój styl ubierania bardziej elegancki, dom wygodniejszy, a terminarz mniej zapełniony.

  1. Styl Życia

Minimalizm - modny trend czy pomysł na lepsze życie?

Minimalizm to trend zdawałoby się zupełnie nieprzystający do czasów konsumpcji i komercji. A jednak żyjemy przytłoczeni nadmiarem rzeczy, pomysłów, umów, ofert. (Fot. iStock)
Minimalizm to trend zdawałoby się zupełnie nieprzystający do czasów konsumpcji i komercji. A jednak żyjemy przytłoczeni nadmiarem rzeczy, pomysłów, umów, ofert. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Musi istnieć coś pomiędzy mieszkaniem w beczce a w Bizancjum. Jakaś przeciwwaga dla konsumpcjonizmu, nadmiernego gromadzenia dóbr, tego szaleństwa naszych czasów. Tylko jak chcieć mniej? W tym miesiącu Katarzyna Droga testuje minimalizm, by sprawdzić, czy to kolejny modny trend, czy pomysł na lepsze życie.

Minimalizm w życiu. Trend zdawałoby się zupełnie nieprzystający do czasów konsumpcji i komercji. A jednak. Jest jakaś racja w tym, że żyjemy przytłoczeni nadmiarem rzeczy, pomysłów, umów, ofert. Gdyby tak pozbyć się tego, co zbędne, przejrzeć wszystko – od mieszkania po relacje? Usunąć te elementy, które nie tylko zajmują przestrzeń, ale też hamują nasze działania. Minimalizm nie jako asceza, lecz jako pomysł na lepsze życie. No to jak odmówić kolejnej znakomitej ofercie kolejnego świetnego banku albo superoperatora. Jak sprawdzić, czy „mniej może znaczyć więcej” jak pisała Dominique Loreau, minimalistka, która czerpała mądrość z kultury japońskiej. Przyjaciółka mojej babci, pani Kazia, mówiła to samo prościej: „co masz wyrzucić jutro, wyrzuć dziś…”, ale Kazia, wzorowa gospodyni, miała na myśli stan spiżarni, podejrzany serek i podpleśniałe piętki chleba. Nie wiem, czy zgodziłaby się z minimalistami, bo chciwie gromadziła wiele przedmiotów, a jej kultowym sprzętem na strychu był kufer pełen staroci. Ja takiego kufra nie mam, ale jestem świeżo po przeprowadzce i sprawdziłam na własnej skórze: to fakt, że natłok rzeczy i spraw odsuwa w dal to, co prawdziwe. Gonitwa za posiadaniem i pośpiech przekładają się na stres, zmęczenie, strach o utratę dóbr. Koniec z tym!

Można uprościć sobie życie? Można. Przyda się jednak jakiś plan. Na przykład ten zaczerpnięty z warsztatów „Proste życie” psychologa Wojciecha Eichelbergera. Zgodnie z dzisiejszą wiedzą na temat działania mózgu, 21 dni wystarczy na zmianę przyzwyczajeń i wyrobienie nowych nawyków. To do mnie dociera, podobnie jak to, że każdy przedmiot w mojej przestrzeni zabiera mi cząstkę uwagi, czasu, emocji – kawałek mojego życia. Czy każdy jest tego wart? Zobaczymy. Postanawiam swoją przygodę z minimalizmem zacząć od posprzątania domu.

Przestrzeń mieszkalna

Dom mam nieduży, akurat, właściwie brakuje oddzielnego kąta do pracy. W ramach dążenia do minimum rezygnuję z planu dobudowania pokoiku na strychu. Tłumaczę sobie, że kiedy wszystko jest w laptopie, pokoik do pisania jest tak samo bez sensu jak absurdalny byłby mały loch pod piwnicą, mimo to oba pomieszczenia budzą we mnie chęć posiadania. Pokoik byłby absolutnie minimalny: tylko ja i laptop, biurko, krzesło, fotel, lampa, by poczytać, mała półka na książki. Loszek zaś jeszcze bardziej zgodny z filozofią M: wąski tapczanik z materacem, lampka, coś dla nadprogramowego gościa. Można w takiej celi odbębnić codzienny rytuał medytacji, a „Proste życie” radzi od niego zacząć dzień.

Najwyraźniej źle podeszłam do tematu, bo zamiast ująć, dobudowuję. Usuwam zatem loszek i pokoik na strychu z wyobraźni, biorę się do realnych książek w przeładowanej biblioteczce. Życie w zgodzie z minimalizmem każe zapytać: po co mi tyle książek? Powinnam je podać dalej do przeczytania, oddać do biblioteki, a zostawić te najważniejsze, potrzebne do pracy. Na przykład po co mi stary Tomek Sawyer, tomy o życiu Ani z Kanady i Polyanny? Sięgam po nie i wiem, że nie mogę się z nimi rozstać. Na marginesach mam notatki, które pisałam jako nastolatka. Wiele z tych książek wyniosłam: całe życie będę grać w zadowolenie („Polyanna”), wiem, że nie wolno ranić ludzkich uczuć („Ania z Zielonego Wzgórza”). Właściwie pasują do mojego programu – w warsztacie „Proste życie” jest ćwiczenie z nienarzekaniem. Przeglądam cały zbiór, książki zbierane latami, niektóre po rodzicach, do każdej czasem wracam. Nie chcę ich ani wyrzucić, ani oddać. Na tym polu klęska. Być może łatwiej pójdzie mi z trylionem drobiazgów na półkach i w szufladach.

Duperele, czyli pamiątki

Zajmują mi czas i zabierają energię. Budzą niepotrzebne emocje. W pudełku z napisem „starocie” lądują przedmioty z półek: popielniczka-muszla (nikt w domu nie pali), fajka z piany morskiej, mały flakonik z marmuru, szkatułka z kamieniami półszlachetnymi, które zbierał stryjek Lutek przed II wojną światową. Nie trzeba będzie odkurzać, pamiętać. Tyle tylko że pusta półka wygląda żałośnie i jednak wyciągam „te skarby” z pudła. Kiedy patrzę na muszlę, mam wrażenie, że są ze mną rodzice, którzy sporo palili i ta popielniczka zawsze była w zasięgu wzroku. Przeżyła ich, ale miło mieć złudzenie, że za chwilę ktoś położy na niej papierosa. Fajka należała do pradziadka sybiraka, mówił, że przyniosła mu szczęście. Flakonik przyjechał z podróży do Turcji, a każdy kamyk w szkatułce to osobna historia. Potrzebuję ich. Przeszły test minimum: potrzebne, wprawdzie nie do przeżycia, ale do pamięci o życiu innych.

Szuflada z zeszytami? Jakie ładne i jak porządnie prowadzone! Wołam córkę, niech zobaczy, albo nie – dwója za brak pracy domowej. Pamiętniki i zapiski, dzięki którym napisałam książkę. Kto by wpadł na pomysł, żeby to wyrzucać? Zostają. Stare numery „Przeglądu Sportowego” to co innego. Mogę też wyrzucić notatki ze swoich wykładów, ale już te napisane ręką ojca – nie, zbyt duża pamiątka. Testu nie przeszły: rachunki z roku 1955, zaświadczenia o stanie zdrowia sprzed dekady, dowody wpłat za nieistniejące już telefony stacjonarne. Jestem zadowolona, mam mniej szpargałów, więcej miejsca na pamiątki. Mój wniosek: nie wyrzucaj niczego, co ma swoją historię i budzi dobre emocje. Odkurzanie ich jest podróżą w czasie, a pustka po nich nie ma wartości.

Porządki w szafie - co naprawdę się przyda?

Tu będzie zdecydowanie łatwiej, bo prawie nie działa reguła sentymentu. Korzystam z podpowiedzi warsztatu „Proste życie” – ustawiam worki z napisami: „zima”, „do PCK”, „do wyrzucenia”. Zasada pierwsza: czego nie założyłam na siebie przez rok, nie włożę już nigdy. Do wora z tym! I po kolei: sukienka kupiona dwa lata temu, bardzo ją lubię, problem taki, że za ciasna. Ale może stanie się motywacją? Jak by to było przyjemnie schudnąć do niej na następny sezon? „Nigdy do niej nie schudniesz, tylko zawala miejsce” – skrzeczy głos rozsądku, lojalny z minimalizmem. Nienawidzę tego głosu. „Już mi się kiedyś udało” – odpowiadam mu – „i to było nieopisania dobre uczucie”. Niech czeka, kiecka i kilka spódnic, których jedyną winą jest to, że się nie dopinają. Jakże przydadzą się, kiedy wreszcie schudnę! Robię worek „po schudnieciu”. A co z tymi oto bluzeczkami, które sprały się i na pewno nie założę ich „do ludzi”. I stare dresy, wygodne jak żadne? Wyrzucić. Chwileczkę… Prócz ludzi istnieją w moim życiu chwile pracy w ogrodzie, sprzątania, remonty. Przydadzą się wtedy niechybnie. Zostają jako "domowe". Mam jednakże sukcesy: dwie kiecki, których nie założyłam od lat. Porządne, markowe, zupełnie nie w moim stylu, jedną kupiłam, bo była okazja, a drugą dostałam. Oddam z miłym poczuciem, że ktoś się ucieszy. Lądują w worku PCK, ten wygląda najlepiej, bo mam sporo rzeczy, z których wyrosły moje córki. Wpada mi w ręce własna sukienka ze studniówki, z aksamitnego materiału zdobytego w Peweksie. Przyda się… Nie, nigdy się już nie przyda, podobnie jak dwie sukienki ciążowe sprzed dwudziestu lat. A jednak… płaczę nad nimi z powodu upływu czasu i ze wzruszenia. Warsztat „Proste życie” powiada: nie siedź w przeszłości, wracaj do „tu i teraz”, dotknij chwili obecnej. To dotykam, słyszę zegar, patrzę na wskazówkę i stwierdzam, że straciłam na szafy dwie godziny. Na pociechę znajduję kilka rzeczy, których serdecznie nie znoszę, więc wrzucam je w niebyt worków. Klęskę z ciuchami usiłuję zatuszować redukcją przedmiotów kuchennych.

Kuchciki

Mam w domu kredensik z lat siedemdziesiątych, zwany słupkiem. W nim kuchciki – skarby prawdziwe: młynki do kawy, stare trzepaczki do białek, otwieracze, filiżanki z PRL-u, o proszę… znalazła się kamienna miseczka, której szukałam przed świętami. Zapasowy otwieracz też tu jest, jakże przydał się, gdy zaginął nowy! A kiedy zabrakło prądu, ręczne trzepaczki zastąpiły mikser. Cóż, ja żyję w Polsce, nie w Japonii. Potrzeba poczucia bezpieczeństwa jest najsilniejsza. Potrzeba – to słowo rozbłyska w mojej głowie jak żarówka Pomysłowego Dobromira. Po co ja to wszystko robię? Dla zyskania wolności, czasu i życiowej przestrzeni, zapanowania nad swoim życiem. Na razie straciłam sporo czasu, utknęłam na dobre w przeszłości, przestrzeni nie zyskałam wcale. Może trochę po słoikach, które są całkowicie pozbawione charakteru. Wnioski są raczej ponure: mam za dużo przedmiotów i nie umiem się ich pozbyć. Uciekam się do ćwiczenia polegającego na zapytaniu każdej rzeczy: Po co mi jesteś potrzebna? Czy korzystam z ciebie dla rzetelnych potrzeb? Laptop w liczbie jeden (starego, zostawionego na wszelki wypadek nie liczę), torebka naprawdę jedna, komórka, okulary, krzesło i biurko – wychodzą z analizy obronną ręką. Mogę usunąć z biurka flakon z kwiatami i zdjęcia członków rodziny, ale nie chcę. Potrzebuję zerknąć na twarze moich bliskich i lubię ładne kwiaty. Wracam do ćwiczenia, które przemawia do mnie najbardziej „po prostu posprzątaj po kolei”: przedpokój, kuchnię, pokój do pracy i sypialnię. Idę jak burza, wiem, że więcej znaczy mniej, a ładniej znaczy przyjemniej. To działa. Wniosek? Warto zweryfikować, czego potrzebuję naprawdę. Natomiast nie warto czynić z minimalizmu kolejnej zmory w życiu.

Katarzyna Droga, wieloletnia redaktor naczelna miesięcznika Sens, autorka sagi „Pokolenia”.