1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Hanna Samson: Potyczki z życiem

Hanna Samson: Potyczki z życiem

123rf.com
Podobno milion Polaków bierze leki antydepresyjne. Ale czy medykamenty są antidotum na brak poczucia bezpieczeństwa i bezradność w świecie, w którym coraz trudniej sobie poradzić?

Jaka jest recepta na dobry felieton? Najlepiej znaleźć sobie przeciwnika, który głosi bezsensowne poglądy, i bezkompromisowo się z nim rozprawić. Nic tak nie niesie tekstu jak błyskotliwy atak w imię słusznej sprawy, nic tak nie ostrzy pióra jak szkodliwa bezmyślność adwersarza. Dowodem na to jest świetna książka Tomasza Stawiszyńskiego „Potyczki z Freudem. Mity, pułapki i pokusy psychoterapii”, której autor w serii esejów czy felietonów polemizuje nie tylko z Freudem, ale w ogóle z psychologią. I choć od czasu do czasu przypomina, że jego zarzuty dotyczą jedynie pewnych nurtów psychologii lub pewnego rodzaju myślenia ujawnionego w wywiadzie z konkretną psychoterapeutką, to w polemicznym zapale często traktuje psychologów en masse i atakuje ich błędne poglądy na wszystko. Kłopot w tym, że owe poglądy przypisuje im bezpodstawnie.

Zaczyna się już we Wstępie. Stawiszyński zadaje pytania, które – jak rozumiem – wyrażają poglądy psychologów, a z którymi on się rozprawi w kolejnych rozdziałach. „Czy ciężkie doświadczenia z dzieciństwa rzeczywiście – jak przekonują dzisiaj w mediach liczni psychologowie – w ogromnym stopniu determinują nasze dorosłe życie? Czy jeśli nasi rodzice się rozwiedli, byli alkoholikami albo stosowali wobec nas psychiczną i fizyczną przemoc, już do końca życia będziemy musieli »przepracowywać« naszą przeszłość na spotkaniach Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA) albo w trakcie długoterminowej psychoterapii? Czy powinniśmy dążyć za wszelką cenę do wewnętrznej integracji, wygaszenia »negatywnych emocji«, bezwarunkowego wybaczenia tym, którzy nas skrzywdzili?”. Tych pytań jest znacznie więcej i autor odpowiada na nie jasno: „nie”. W pełni się z nim zgadzam. I tu tkwi problem. W tym, że stoję po tej samej stronie, a jestem wystawiona przez niego jako cel ataków razem ze wszystkimi psychologami. Aż się prosi, żeby w odwecie zaatakować autora i machnąć porywający felieton, ale skoro stoję po tej samej stronie, spróbuję to wykazać.

Weźmy na przykład „negatywne emocje” z jego pytań. Psychologowie zwykle tłumaczą osobom, z którymi pracują, że to określenie nie ma sensu. Można mówić o emocjach, których doświadczanie nie jest przyjemne, ale one nie są negatywne, bo informują o naszym stosunku do tego, co się dzieje. Dlaczego mielibyśmy więc dążyć do ich wygaszenia? Albo weźmy pierwsze z pytań, a właściwie odpowiedź autora, który chce nas wyzwolić z  klatki dzieciństwa. W tej klatce zamykają nas psychologowie, podczas gdy autor stwierdza: „Coraz więcej badań wskazuje, że doświadczenia z dzieciństwa, a zwłaszcza relacje pomiędzy dzieckiem a rodzicami, nie odgrywają istotnej roli w kształtowaniu się osobowości. Nie odgrywają, bo za wszystko – zdaniem takich tuzów, jak Judith Harris albo Steven Linker – odpowiada mikstura złożona z genów oraz tego, czego uczymy się nie od mamy i taty, ale od rówieśników”. Oczywiście, można by wysunąć przypuszczenie, że grupa rówieśnicza, do której trafimy, i nasze miejsce w niej, zależą jednak w jakimś stopniu od rodziców. Nawet jeśli ich wpływy wychowawcze nie miałyby żadnego znaczenia, to nasze podstawowe poczucie, czy jesteśmy „w porządku”, czy nie, i czy świat jest przyjaznym miejscem, jakoś od nich zależą. Ale znacznie ważniejsze wydają mi się wnioski, do których autor dochodzi i proponuje, żeby „zamiast traktować ciężkie momenty jako traumy, które upośledzają nasze funkcjonowanie – zobaczyć je jako przeżycia, które kształtują nasz charakter, nadają życiu niepowtarzalny rys”. Bardzo słusznie. Tym właśnie zajmują się psychoterapeuci. Czy nie lepiej, żeby autor zajrzał do gabinetu, zamiast kopać w otwarte drzwi?

Od jakiegoś czasu jestem w kiepskim nastroju. Gdy mówię o tym znajomym, słyszę: „Ja też. Biorę leki, po nich mi lepiej”. Ja nie biorę, bo wiem, dlaczego jestem w kiepskim nastroju. Naszły mnie lęki o przyszłość. Co będzie, jak zachoruję i nie będę w stanie pracować? A co to ma wspólnego ze Stawiszyńskim? Otóż jest taki rozdział w jego książce, który porusza problem dręczący mnie od dawna. Coraz częściej w swojej pracy spotykam się z sytuacjami, w których moja pomoc zda się na nic. Bo jak mam sprawić, żeby ciężko chora kobieta, która nie ma czym płacić za mieszkanie i grozi jej eksmisja, poczuła się lepiej?

W „Poszerzeniu pola walki” Michela Houellebecqa bohater, który cierpi na depresję, rozmawia z psycholożką. Ta zwraca mu uwagę, że mówiąc o swoim cierpieniu, używa terminów socjologicznych, zamiast się skupić na sobie. „Jako psycholog nie mogę zaakceptować takiego dyskursu ani popierać go w jakikolwiek sposób. Rozprawiając o społeczeństwie, ustanawia pan barierę, poza którą pan się chroni; moim zadaniem jest zniszczyć tę barierę, żebyśmy mogli pracować nad pana osobistymi problemami”. I tu widzę błąd terapeutów, bo czy jest sens, żeby ludzie rozwiązywali indywidualnie globalne problemy? O tym pisze również Stawiszyński. Jego mistrz, James Hillman, wśród przyczyn epidemii depresji wymienia: kryzys ekonomiczny, bezrobocie, brak perspektyw, bezduszność kapitalizmu. – twierdził Hillman – powinna wyjść z gabinetów na ulice. Powinna aktywnie zaangażować się w kształtowanie przestrzeni społecznej, bo właśnie w tej przestrzeni rodzą się problemy, z jakimi zgłaszają się na terapię przytłoczeni życiem pacjenci”.

W pełni zgadzam się i z Hillmanem, i ze Stawiszyńskim. Zanim wszyscy zaczniemy łykać tabletki, lepiej zmieńmy świat. Łatwiej to zrobić razem niż przeciwko sobie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze