1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Wellness w życiu i pracy - czy dbasz o swój dobrostan?

Wellness w życiu i pracy - czy dbasz o swój dobrostan?

Wellness to nie tylko dobrostan fizyczny. To również nasze środowisko, równowaga życiowa, relacje z ludźmi, czyli komfort psychiczny. (fot. iStock)
Wellness to nie tylko dobrostan fizyczny. To również nasze środowisko, równowaga życiowa, relacje z ludźmi, czyli komfort psychiczny. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czym jest corporate wellness? Jeszcze piętnaście lat temu słowo „wellness” kojarzyło się z różanym mydełkiem i ekskluzywnym masażem w SPA. Dziś pretenduje do miana filozofii życia XXI wieku, która nie tylko wkrada się powoli do naszych prywatnych systemów wartości i zajmuje tam stałe miejsce. Staje się też niezbędnym warunkiem satysfakcjonującej i owocnej pracy. Przed nami złoty wiek wellnessu w firmie – mówi trener psychologii biznesu Beata Dyraga.

Co to właściwie znaczy wellness?
To filozofia i styl życia zarazem. Branie odpowiedzialności za jakość swojego życia, troska o samopoczucie i zdrowie, harmonijne dbanie o różne obszary naszego życia. Dążenie do dobrostanu i równowagi ciała, umysłu, ducha, intelektu.

Powiedziałabym, że to obco brzmiące słowo kojarzy się raczej z salonem odnowy biologicznej…
W takiej formie upowszechniło się w Polsce w latach 90., ale tak naprawdę opisuje szersze pojęcie. Twórcą filozofii i osobą, która w 1959 roku jako pierwsza użyła terminu wellness, był amerykański lekarz Halbert Dunn. Połączył on pojęcie wellbeing, czyli dobre samopoczucie, ze słowem fitness. Oznaczało ono wszystkie działania, które mają prowadzić do dobrej formy fizycznej i psychicznej. Dunn, wymyślając ten termin, miał na myśli holistyczne podejście do życia. Podejrzewa się, że korzystał z filozofii XIX-wiecznych niemieckich knapistów, którzy byli znani z praktyk łączenia zdrowia z przyjemnością i integrowania aktywności fizycznej z dietą i równowagą emocjonalną. Dunn uznał też, że może pora kilka elementów zapożyczyć z kultury Wschodu i przeszczepić je w amerykańską profilaktykę zdrowia. Zainspirować racjonalnych Amerykanów koncepcją, że dusza i ciało to wzajemnie wpływające na siebie naczynia połączone. A profilaktyka zdrowia w Stanach to bardzo istotna sprawa, co wynika z tamtejszego systemu ubezpieczeń. Jeśli unikniesz choroby, nie będziesz wydawał oszczędności życia na późniejsze leczenie. Amerykański wellness wyrósł więc z kultury zapobiegania chorobom. Dziś staje się filozofią XXI wieku w wielu krajach rozwiniętych.

Jak to się stało?
Do jej popularyzacji przyczynił się światowej sławy ekonomista i multimilioner Paul Zane Pilzer. Nazwał wellness rewolucją świadomości, która przez kolejne dekady będzie określała to, jak się odżywiamy, jak wyglądamy i spędzamy wolny czas. W latach 80. przewidział dynamiczny wzrost branży komputerowej, a na początku XXI w. – „branży zdrowia”. I jego prognoza się sprawdza. Pilzer zapowiedział, że aktywna „branża zdrowia”, czyli wellness, rozwinie się w odpowiedzi na „przemysł chorobowy”, czyli medycynę i farmację – sektory zarabiające na chorobach obywateli, a niekoniecznie rozwiązujące ich problemy zdrowotne. Dziś prawie każdy z nas jest zmuszony radzić sobie z niepowodzeniami, stresem oraz chorobami cywilizacyjnymi wynikającymi ze złego trybu życia, jedzenia żywności modyfikowanej, braku aktywności fizycznej i wciskania nam na każdym kroku medykamentów. I tak wellness stał się trendem również w Polsce.

Czym się właściwie przejawia?
Wystarczy spojrzeć na liczbę dostępnych warsztatów rozwoju osobistego czy duchowego, na poziom zainteresowania zdrowym odżywianiem, jogą, medytacją, liczbą biegających w parku czy trenujących triatlon. Kiedyś tego nie było. Ludzie poszukują dziś odpowiedzi na pytanie, jak aktywnie i praktycznie poprawić jakość życia. Dostrzegają połączenie między kondycją fizyczną a samopoczuciem, powodzeniem w pracy, ochroną środowiska a poczuciem osobistego szczęścia. Porównując obecny rynek w Polsce z końcówką lat 90., ostatnie 15 lat przyniosło gigantyczną zmianę w podaży usług „prozdrowotnych”. W ośrodku wellness, który wówczas prowadziłam, można było wziąć udział w zajęciach jogi – jednych z zaledwie trzech organizowanych w Warszawie. Dziś mamy jogę na każdym rogu.

Nowa filozofia padła na podatny grunt?
Tak. Przygniatająca większość Polek i Polaków jest po czterdziestce i choć trudno w to uwierzyć, za dekadę grupa ta ogarnie blisko trzy czwarte polskiej populacji. Przeciętny zatrudniony nie jest już młodym singlem, ale stateczną osobą w średnim wieku. Starzejące się społeczeństwo, coraz większa świadomość, szybki rozwój medycyny i imponująca długość naszego życia sprawiają, że dbanie o zdrowie i dobre samopoczucie traci rangę pustego frazesu. I… staje się stałym punktem na codziennej liście rzeczy koniecznych do zrobienia. Działania wellnessowe coraz częściej podejmowane są nie tylko przez osoby prywatne, ale też przez firmy i obejmują coraz więcej życiowych obszarów.

Wellness, który dotyczy różnych sfer życia, coraz częściej kojarzony jest z naszą pracą. Co zrobić, żeby nie doświadczyć wypalenia zawodowego, tylko podnieść jakość swojej pracy? (fot. iStock) Wellness, który dotyczy różnych sfer życia, coraz częściej kojarzony jest z naszą pracą. Co zrobić, żeby nie doświadczyć wypalenia zawodowego, tylko podnieść jakość swojej pracy? (fot. iStock)

Aż trudno sobie wyobrazić, że w czasach pogoni za zyskiem firma inwestuje w działania poprawiające samopoczucie zatrudnionych.
A jednak. Coraz więcej pracodawców odkrywa wpływ kondycji psychicznej i fizycznej pracowników na jakość ich pracy. To jakby zobaczenie nieodkrytego dotąd dla firmy potencjału. Za programami corporate wellness stoi coraz więcej badań. Mówią one, że sport, dieta, profilaktyka zdrowia, możliwość relaksu i zapewnienie warunków sprzyjających zachowaniu równowagi pomiędzy pracą a życiem prywatnym wpływają na to, jak pracujemy. Zadowolony i zrównoważony pracownik jest o ponad 130 proc. mniej podatny na wypalenie zawodowe i aż o 32 proc. bardziej zaangażowany w pracę. Badania pokazują też, że programy wellness w firmach prowadzą do wyższej lojalności, a brak lojalności wobec szefów oznacza np. lewe zwolnienia. To też mniejsza rotacja zatrudnionych, wyższa elastyczność, kreatywność i umiejętność radzenia sobie ze zmianą.  W firmie jest lepszy PR, komunikacja, współpraca. No i rzadziej występuje zjawisko tzw. biernej obecności. A to jeden z największych problemów, z jakim zmagamy się w firmach.

Na czym polega?
Bierna obecność to termin przetłumaczony z angielskiego – presenteeism. Oznacza, że wprawdzie jesteś fizycznie na terenie firmy, ale tak naprawdę nie ma cię. Programy corporate wellness pomagają zwiększyć twój stopień koncentracji i zaangażowania w służbowe działanie. A budowane są na podstawie badań pokazujących przyczyny biernej obecności. Statystycznie najczęściej odpływamy z przyczyn mentalnych, tkwiąc np. w myślotoku na temat problemów w domu. Na drugim miejscu są bóle kręgosłupa, na trzecim – głowy, a na czwartym – problemy gastryczne. Niemożność skupienia się na zadaniach służbowych to znacznie większy problem dla pracodawców niż absencja ich podwładnych. Prowadzi do wydajności obniżonej nawet o 40 proc. Nieobecnych ciałem od razu zauważamy, nieobecnych duchem – niestety, nie.

Podobno istnieje sześć obszarów życia, w które można wprowadzić wellness.
Tak. Rozwój w tych obszarach uruchamia pełnię naszego życiowego potencjału i wpływa na jakość naszej pracy. Pierwszy obszar obejmuje zdrowy styl życia i kondycję fizyczną. Możemy dbać o sprawne ciało, mocny kręgosłup czy zdrową dietę. Kolejny obszar – psychiczno-emocjonalny – to działania w takich sferach, jak samoocena, radzenie sobie z uczuciami, poziom odporności psychicznej w warunkach stresu. Bardzo popularnymi ostatnio zajęciami w tym obszarze są warsztaty z umiejętności wypoczywania czy stresu informacyjnego. Uczą selekcjonować docierające do nas treści i wiedzę. Współczesny człowiek miesięcznie narażony jest na taką ilość docierających do niego informacji, z jakimi nasi dziadowie mieli do czynienia przez całe życie. Jest się przed czym bronić. A mniej treści to większa uważność i sprawność umysłowa.

Trzeci obszar?
To środowisko. Nasz dobrostan w tym wypadku zależy od tego, jak aranżuję sobie środowisko zewnętrzne, żeby mi było dobrze. Na jakim materacu śpię, gdzie ustawię biurko. Ale też to, jak dojeżdżam do pracy: czy rowerem, czy autem, czy tramwajem. Czy mam fajne kolory w biurze, czy na ścianie wiszą zdjęcia moich dzieci, a na parapecie mam kwiaty. Albo czy w mojej firmie jest pokój do relaksu.

To chyba niezbyt często urządzane w firmach pomieszczenie?
Coraz częściej. Stoją w nim leżaki, jest miły zapach, można założyć na uszy słuchawki z relaksującą muzyką i popatrzeć na cieszące oko kolory. Przekonanie pracodawców do zorganizowania takiego pokoju nie jest trudne. Najistotniejsze to nauczyć pracowników korzystania z niego i pozwolić im doświadczyć efektów. Resetowanie zmysłów kilka razy w ciągu dnia sprawia, że ludzie pracują chętniej…

Duża część corporate wellness to praca nad balansem praca – życie…
Tak. Problemy w tym obszarze ujawniają się często podczas wewnętrznych badań satysfakcji pracowników. Z moich doświadczeń wynika, że problem ten może mieć różnorodne przyczyny począwszy od nie najlepszej organizacji pracy, skończywszy na złej komunikacji wewnętrznej czy polityce kadrowej. Wiele zależy od specyfiki miejsca pracy. Robimy ostatnio np. kompleksowy program w wybitnie męskiej firmie, która zajmuje się przenoszeniem fabryk za granicę. Trudna praca, ponieważ 11 miesięcy w roku jesteś poza domem. Uruchamia ci się syndrom marynarza. A to wszystko ludzie z rodzinami. Czym innym będą działania w obszarze balansu dla tej właśnie firmy, a czym innym np. u innego naszego klienta – z branży konsultingowej – zatrudniającego młodych singli, których praca przypomina pracę na giełdzie.

Nad jakimi jeszcze obszarami pracujecie?
Kolejny obszar naszych działań – społeczny – mieści w sobie relacje z ludźmi, umiejętności komunikacyjne, naszą rolę w społeczeństwie i w pracy, np. kobiety, ojca, szefa. Organizujemy tu np. warsztaty współpracy między kobietami a mężczyznami, kursy asertywności, skutecznej współpracy w zespole czy z trudnym klientem. No i ostatni obszar to obszar zawodowo-finansowy. Związany jest z rozwojem kompetencji zawodowych. Tu także mieści się moje poczucie misji, plany służbowe, kariera, kompetencje i moje CV.

Mam wrażenie, że obszary pracy w corporate wellness to wszystko wrzucone do jednego worka.
Trochę w tym racji, ale jedną z tajemnic skuteczności programów wellnessowych jest ich kompleksowość. Jeśli nie zadbam o wygodny fotel w biurze, to w pewnym momencie będę miała chory kręgosłup. A jak będę miała chory kręgosłup, siądzie moje samopoczucie. A wtedy nie pójdę do łóżka z mężem, czyli moje relacje domowe będą gorsze. Stres z domu będę przenosić do pracy itd. Poza tym to wielka sztuka, jak zrobić taki program tak, aby przyniósł konkretne wyniki. Widziałam w życiu różne programy corporate wellness w wielu krajach i wiem, jak łatwo wyrzucić pieniądze poprzez nieumiejętną strategię działania i błędne podejście organizacji. Także to włożenie do jednego worka bywa bardzo trudne...

Jak zmienia się moje miejsce pracy, kiedy zasmakuję filozofii i działań wellness?
Z czasem okazuje się, że w firmie jest jakby więcej świeżego powietrza. Ludzie mniej się boją, chętniej ze sobą rozmawiają, są wobec siebie bardziej otwarci. Zdecydowanie lepiej sobie radzą emocjonalnie np. z trudnymi klientami. Atmosfera w biurze poprawia się niewspółmiernie. Rozglądasz się i widzisz, że ludzie są bardziej elastyczni w obliczu zmiany i odporniejsi na nią, co jest niezwykle trudne dla naszej  kultury. W kulturze zachodniej trzymamy się tego, jak powinno być, w przeciwieństwie do wschodnich kultur – gdzie jest znacznie więcej akceptacji dla tego, co jest. Gdy wróciłam z pobytu w Indiach, jak zwykle zadziwiło mnie wielkie poczucie tymczasowości wszystkiego, co się tam dzieje, a jednocześnie tego, że nikt nie ma z tym problemu. Nie twierdzę, że stajemy się bardziej „wschodni”, ale z pewnością zmniejsza się poziom stresu w organizacji. Zmieniają się też nieco firmowe stołówki, pojawia się przestrzeń do relaksu i do integracji. Ludzie częściej uśmiechają się do siebie i chętniej angażują się w pracę.

Polsce zainteresowanie programami wellness na większą skalę pojawiło się niedawno. Czyżby kryzys rozwinął nas mentalnie?
Tak. Pobudził nas do refleksji. Pokazał, w jak bardzo galopującym tempie żyjemy i jak bardzo nie sprawdza się podążanie w życiu i biznesie jedynie za twardymi wskaźnikami zysku kosztem wszystkiego i wszystkich. Zwrócił naszą uwagę na całkiem inne wartości. I może przekręcił nasze myślenie o 180 stopni. Bo to dbanie o nasz psychofizyczny dobrostan tu i teraz może doprowadzić nas do materialnego dostatku. A przez cały XX wiek uważaliśmy, że jest dokładnie odwrotnie.

Beata Dyraga, prekursorka wellnessu korporacyjnego w Polsce, trener psychologii biznesu, coach, nauczyciel świadomego rozwoju. Założycielka i prezeska Grupy Prodialog.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Olga Bończyk o dzieciństwie pełnym miłości i traumy

„Bycie dzieckiem osób niesłyszących jest wyzwaniem. Dojrzewasz zdecydowanie szybciej, bo siłą rzeczy wprowadzana jesteś w sprawy dorosłych dużo wcześniej niż rówieśnicy”, mówi aktorka i wokalistka Olga Bończyk. I dodaje, że jako dziecko wielokrotnie występowała w bardzo trudnej roli łącznika między światem a niesłyszącymi rodzicami.

Mam dziesięć lat. Wracam ze szkoły do domu, dostałam kiepską ocenę, skarżę się mamie, że miałam zły dzień. Mama siada na kanapie, zawsze w tej samej pozycji, opiera się wygodnie i mówi: „Chodź, połóż się na mnie”. Siadam na niej okrakiem, nazywałam to „na żabkę”, wtulam się w nią bardzo mocno całym ciałem. Mama gładzi mnie po plecach, po głowie i spokojnym, kojącym głosem mówi: „Nic się nie martw, następnym razem będzie lepiej. Pamiętaj, na pewno dasz sobie radę”. To jest wspomnienie totalnego poczucia bezpieczeństwa. Ta scena powtarzała się wielokrotnie.

Wychowywałam się w rodzinie niesłyszącej, tata urodził się bez słuchu, mama straciła go, gdy miała kilkanaście lat, w wyniku wypadku. Oboje z bratem chodziliśmy do szkoły muzycznej, mama nie była więc w stanie pomagać nam w lekcjach, mam wrażenie, że te chwile w silnym uścisku były jej sposobem na okazanie oddania, wsparcia i wiary w moje siły, możliwości, w mój potencjał. Ten uścisk był dla mnie symbolem pewności, że niezależnie od wszystkiego ona zawsze będzie mnie kochać, że dla niej nie muszę zostać wirtuozem fortepianu, świetnym muzykiem, nie muszę zapracować sobie na jej uczucie. Nigdy nie cisnęła, wręcz podkreślała, że jeżeli tylko będziemy chcieli z bratem zrezygnować z nauki w dającej wycisk szkole muzycznej, ona nie ma nic przeciwko, w każdej chwili przeniesie nas do zwykłej rejonówki i absolutnie nie będzie rozczarowana.

Mama była boją, do której zawsze mogłam podpłynąć i się przytrzymać. Jej podejście, czułość, ciepło i bezwarunkowość jej miłości dały mi siłę na całe życie.

Mama wdrukowała mi też pewne zasady, ale muszę przyznać, że życie je zweryfikowało. Była idealistką, pamiętam, jak mi powtarzała: „Najważniejsze, żebyś żyła tak, by nikt przez ciebie nie płakał”. Zapomniała tylko dodać, że trzeba tę mądrość ostrożnie stosować, bo jak się przesadzi, to najpewniej samemu zapłacze się nieraz…

Rodzice Olgi Bończyk: Irena i Stefan Bockowie (1964). (Fot. archiwum prywatne)Rodzice Olgi Bończyk: Irena i Stefan Bockowie (1964). (Fot. archiwum prywatne)


Zazdrość i hormony

Mama zmarła, kiedy miałam 18 lat, nie zdążyłyśmy zaprzyjaźnić się ze sobą jak dwie dorosłe kobiety. Ale jestem prawie pewna, że gdyby żyła dłużej, zostałybyśmy bliskimi przyjaciółkami. Była niesamowicie otwarta, mimo swoich ograniczeń związanych z niesłyszeniem przyciągała moich znajomych jak magnes. Moje koleżanki i koledzy do niej lgnęli. Pamiętam wiele momentów, kiedy byłam wręcz zazdrosna. Z jednej strony o nią, a z drugiej – o moich znajomych. Tym bardziej że nie miałam ich wielu, szkoła i fortepian pochłaniały cały mój czas, na podwórko nie było miejsca. A kiedy już zdarzyło się, że ktoś do mnie przychodził, od drzwi wędrował prosto do kuchni, do mojej mamy… żeby choć przez chwilę z nią pobyć. Czasem byłam wściekła.

Wściekała mnie też nadopiekuńczość mamy. A ta wynikała przede wszystkim z jej ograniczeń, z niesłyszenia. Do szkoły miałam daleko, podróżowałam przez kawał miasta, mama zawsze się o mnie bardzo bała. Pamiętam, jak powtarzała: „Gdyby coś ci się stało, będę ostatnią osobą, która się o tym dowie”. Byłam więc pod kloszem, w reżimie wracania do domu o określonej porze. Aż w końcu zaczęłam się buntować; i te ostatnie lata życia mamy to był czas mojego rewolucyjnego myślenia i działania. Mama chorowała na raka, słabła, a jednocześnie nie mogła pogodzić się z brakiem kontroli nade mną. Ścierałyśmy się wtedy, czasem mocno, bo mimo ogromnej miłości do niej moje buzujące hormony nie chciały odpuścić. Kiedy mama zmarła, klosz się uchylił, „dorwałam się” do wolności, przez jakiś czas podejmowałam mocno kontrowersyjne, czasem niezbyt mądre decyzje, jakby bunt wciąż trwał, choć mamy już nie było…

Cisza i dźwięk

Moje dzieciństwo to była nieustająca „przepychanka” ciszy i dźwięków. Kiedy wracaliśmy z bratem do domu, rozkręcaliśmy wszystkie gałki: od telewizora, radia, wszystkich możliwych urządzeń. Brat ćwiczył grę na skrzypcach, ja siadałam do pianina, dom wtedy ożywał. A kiedy tylko kładliśmy się spać, mama wszystkie gałki skręcała do zera. Na wszelki wypadek, by przypadkiem, kiedy rano wyjdziemy do szkoły, a ona coś niechcący poruszy, nie zaczęło grać zbyt głośno, bo wtedy przeszkadzałoby sąsiadom. To były takie dwa rytuały – my wszystko rozkręcaliśmy, a mama zakręcała. W naszym domu cisza walczyła z dźwiękiem.

W domu osób niesłyszących zamiast dzwonka przy drzwiach zainstalowane jest światło, podłączone kablami w każdym pomieszczeniu tak, by mieszkańcy wiedzieli, że ktoś próbuje dostać się do mieszkania. U nas też tak było. Choć gdzieś podskórnie bardzo chcieliśmy z bratem, by nasz dom był zwyczajny, on taki nie był. Tak jak zwyczajne nie było nasze dzieciństwo. Mieliśmy swoje obowiązki, jak choćby ten, że codziennie wieczorem, kiedy w telewizorze były wiadomości, jedno z nas oglądało je z rodzicami, by im przekazywać treść. Mieliśmy takie dyżury, czy to lubiliśmy, czy nie, tak po prostu było. Pamiętam, że tłumaczyliśmy rodzicom czasem też filmy i wielką radością były dla nas dni, kiedy telewizja emitowała film radziecki, bo on zawsze był z napisami! Wtedy mówiłam sobie w myślach: „Hura, mam wolne!”.

Bycie dzieckiem osób niesłyszących jest wyzwaniem, ciężarem, nie da się tego ukryć. Dojrzewasz zdecydowanie szybciej, bo siłą rzeczy wprowadzana jesteś w świat dorosłych dużo wcześniej niż rówieśnicy. Kiedy rodzice musieli załatwić jakieś sprawy urzędowe, też zawsze potrzebowali jednego z nas w roli „tłumacza”. Pamiętam, jak strasznie trudne były dla mnie wizyty u lekarzy z chorującą na raka mamą. Nie dość, że musiałam bez żadnego filtra, który zwykle rodzice starają się nakładać na tego rodzaju informacje przekazywane dzieciom, usłyszeć diagnozę i rokowania, to musiałam jeszcze przekazać je mamie. To ja powiedziałam mojej mamie, że w każdej chwili może umrzeć. To z pewnością są zadania wykraczające poza to, co dzieciak może emocjonalnie udźwignąć.

Bycie słyszącym dzieckiem niesłyszącego rodzica czy rodziców to zjawisko, którym w pewnym momencie zajęli się psychologowie. Określili takie dzieci – dziećmi z syndromem CODA (z ang. child of deaf adult/s). Więc tak, jestem dzieckiem CODA. I bez wątpienia jest to rodzaj silnego naznaczenia. Muszę użyć mocnego słowa – w takie dzieciństwo wpisany jest pewien rodzaj traumy, niestety. Bo nie jest normalne, że dziecko występuje w roli dorosłego, jest opiekunem swoich rodziców. I żeby nie wiem, ile miłości, ciepła, czułości było w takim domu, a w moim było ich naprawdę bardzo dużo, nie ma szans, by uniknąć wspomnianej traumy.

Trzyletnia Olga ze starszym o cztery lata bratem Mirosławem (1972). (Fot. archiwum prywatne)Trzyletnia Olga ze starszym o cztery lata bratem Mirosławem (1972). (Fot. archiwum prywatne)

Ta najgorsza

Czas mojego dorastania naznaczony był także poczuciem bycia kimś gorszym od całej reszty. Jak masz „dziwny”, nienormalny, niepełnosprawny dom, to dla większości ty też jesteś nienormalna. I tak byłam traktowana przez dzieci. Bardzo z tego powodu cierpiałam. Moja codzienność pełna była też manifestów, ciągle wstawiałam się za rodzicami, broniłam ich jak lwica. Słyszałam, że jak mam głuchych rodziców, to znaczy, że mam też głupich rodziców. A przecież moi rodzice nie byli głupi, więc miałam w sobie ciągły przymus, by przekonywać świat o ich wartości.

Czułam się gorsza, bo tak traktowali mnie rówieśnicy, zawsze na szarym końcu, w ogonie, jako ta „wybrakowana”. Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy doszłam do ściany, nie potrafiłam opanować emocji. Ból i wściekłość wzięły górę. To było w drugiej klasie szkoły podstawowej. Mama była wtedy pierwszy raz ze swoim rakiem w szpitalu, miała amputowaną pierś. Przeżywałam to bardzo. Jedna z koleżanek, zresztą córka lekarki, która leczyła moją mamę, czyli ta dziewczyna sporo o mamie i jej chorobie wiedziała, powiedziała na forum klasy, że moi rodzice są głusi, więc nie można się z nimi porozumieć. Użyła jeszcze kilku stereotypów zasłyszanych od dorosłych. A we mnie coś wtedy pękło. Namówiłam dwie koleżanki, żeby podczas długiej przerwy związać tę dziewczynkę skakanką w piwnicy i ją tam zostawić. Zrobiłyśmy to, a ja powtarzałam jej wciąż: „To za moich rodziców”. Oczywiście, nie było to dobre zachowanie, ale pamiętam, że czułam się tak zdesperowana i zrozpaczona, że uznałam, iż tylko przemocą mogę okazać, jak to oczernianie mojej mamy i mojego taty strasznie mi się nie podoba, strasznie mnie boli.

Wystąpiłam na apelu, dostałam burę od wychowawczyni, naganę, ale to wszystko nie była żadna cena, miałam przez moment poczucie, że dzięki mnie sprawiedliwości stało się zadość.

Wrocław i zapach krochmalu

Wychowałam się w moim ukochanym Wrocławiu, najpiękniejszym mieście świata. Kiedy było ciepło, uwielbiałam uczyć się nie w domu, ale w ogrodzie botanicznym. Przesiadywałam tam godzinami. Prawie zawsze sama. Bo byłam typem samotnika. Nie tylko z wyboru. Kiedy moje koleżanki chodziły na dyskoteki, ja… ćwiczyłam na fortepianie albo byłam opiekunem i tłumaczem. Kiedy rówieśnicy szaleli na podwórku, ja… ćwiczyłam na fortepianie albo byłam opiekunem i tłumaczem itd. Nawet moja pierwsza miłość wydarzyła się dopiero, gdy miałam 17 lat. Byłam dość nieśmiała, wycofana. Niewiele mam wspomnień związanych z tak zwanym wolnym czasem, z tym, co „po szkole”. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz pojechałam na kolonie, moje koleżanki wiedziały już „wszystko” o miłości, o relacjach z chłopakami, ja byłam zupełnie zielona, znowu na końcu, w ogonie. Moje dzieciństwo, dorastanie były więc inne. Ale nigdy nie powiem, że nieszczęśliwe.

W naszym domu się nie przelewało, mama chorowała, więc tylko tata pracował i on nas utrzymywał. Jednak zawsze ja i brat byliśmy pierwsi na liście wszystkich potrzeb. Dla nas zawsze było wszystko, co tylko być mogło. Mama wybierała dla nas najlepsze kąski, sobie zostawiała, jak to mówił mój brat, „ochłapy”.

Prawie nic sobie nie kupowała, może raz w roku jakąś bluzkę czy sukienkę, ale zawsze była w niej klasa. Mogła mieć na sobie coś, co miało 20 lat, ale nosiła się w tym jak dama. Widziałam w niej królową. Siadała jak dama, miała gesty damy, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Do dziś mam pewność, że nie jest ważne, co ma się na sobie, ale jak to się nosi. Metki nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Taką lekcję kobiecości wyniosłam z domu. Mama nauczyła mnie także, że kobiecość to powściągliwość, ona zawsze czekała chwilę, nim coś powiedziała. Unosiła oczy, lekko przekrzywiała głowę, jakby zbierała myśli, dopiero potem mówiła. Nigdy nie paplała. Jestem taka sama.

Dom zawsze pachniał czystością, krochmalem, wszystko lśniło, wszystko miało swoje miejsce. Mama świetnie też gotowała, uwielbiałam jej rosół, pierogi ruskie czy mistrzowską zupę koperkową. Pamiętam, że kiedy wpadałam, jak to nastolatka, na pomysł, że będę się odchudzać, mama przygotowywała specjalnie swoje genialne ruskie pierogi i mówiła: „Tak mi szkoda, córeczko, że jesteś na diecie i nie możesz zjeść”. Miała wtedy sto procent pewności, że wcześniej czy później wpadnę do kuchni i rzucę się na ten przysmak! Zwykle nie trwało to dłużej niż 20 minut. Ruskie to bez wątpienia smak dzieciństwa!

Olga Bończyk, aktorka i wokalistka. Szerokiej publiczności znana z seriali: „Na dobre i na złe”, „Leśniczówka” i „Barwy szczęścia”. Gra na scenach wielu teatrów, ostatnio w spektaklach: „Za rok o tej samej porze”, „Atrakcyjna wdowa” czy „Kwartet”. Nagrała pięć solowych albumów. Najnowszy, „Ślady miłości”, miał premierę w marcu tego roku.

  1. Styl Życia

Wanda Wąsowska: "Nawet w najtrudniejszych czasach znajdziesz coś pięknego, jeśli masz pasję"

Wanda Siniarska-Czaplicka Wąsowska, ur. 1931, olimpijka, dwukrotna II wicemistrzyni Polski w ujeżdżeniu, trenerka i działaczka Polskiego Związku Jeździeckiego. Miłośniczka i wybitna znawczyni koni, mentorka i wychowawczyni wielu znakomitych zawodników. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Wanda Siniarska-Czaplicka Wąsowska, ur. 1931, olimpijka, dwukrotna II wicemistrzyni Polski w ujeżdżeniu, trenerka i działaczka Polskiego Związku Jeździeckiego. Miłośniczka i wybitna znawczyni koni, mentorka i wychowawczyni wielu znakomitych zawodników. (Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)
Nawet w najtrudniejszych czasach znajdziesz coś pięknego, jeśli masz pasję – mówi olimpijka i najwybitniejsza polska amazonka Wanda Wąsowska. Swoje umiejętności oraz miłość do koni przekazała już ponad 200 wychowankom. Jej życie jest dowodem na to, że jeździectwo buduje wiarę we własne możliwości, a zdobyta w stajni wiedza pomaga pokonywać życiowe zakręty.

Panienki ze szlacheckich dworków chyba nie marzyły o pracy w stajni...
Być może byłam wyjątkiem. Wychowałam się w rodzinnym majątku Niemojewo na Kujawach. Mój ojciec był zamożnym ziemianinem, a mama hrabianką. Miałam wszystko, co można sobie wymarzyć, ale bardziej niż lalki czy lekcje z niemieckojęzyczną boną interesowały mnie zwierzęta. Uwielbiałam rozmawiać ze stajennymi i ludźmi pracującymi w gospodarstwie. Mnóstwo się od nich nauczyłam i dużo im zawdzięczam. Kiedy bona okazała się niemieckim szpiegiem, a cały majątek przepadł, to właśnie wiedza zdobyta przeze mnie w stajniach i oborach pomogła nam przetrwać najtrudniejsze chwile. Po Powstaniu Warszawskim, kiedy nie można było jeszcze wrócić do stolicy, osiedliliśmy się na wsi. Były tam trzy krowy, a ja jako jedyna w rodzinie potrafiłam je wydoić. Z mleka mama robiła sery i masło, które sprzedawała na bazarze. Z tych pieniędzy utrzymywała się cała nasza rodzina. Wiele lat później dostałam pracę jako specjalistka od hodowli krów w stadninie koni „Rzeczna”. Moje podopieczne zdobyły 24 złote medale, 12 srebrnych i 44 brązowe. A ja dzięki temu otrzymałam Srebrny Krzyż Zasługi.

A kiedy w pani życiu pojawiły się konie?
Były w nim od zawsze. W czasach mojego dzieciństwa wszyscy jeździli wierzchem. Kiedy miałam sześć lat, rodzice podarowali mi najspokojniejszego konia w całym majątku, ślepą Baśkę. Jeździłam na niej po okolicznych polach i lasach. To właśnie wtedy po raz pierwszy odkryłam, jak niezwykła więź może powstać między koniem a człowiekiem.

Co takiego jest w tych zwierzętach, że poświęciła im pani całe życie?
Każdego zachwyca coś innego: jednych – wdzięk i uroda, innych – siła i nieprzewidywalność. Dla mnie konie są tak zróżnicowane jak ludzie. Pamiętam doskonale wszystkie, na których jeździłam. Dwadzieścia osiem koni doprowadziłam do konkurencji programu św. Jerzego (to pierwszy konkurs międzynarodowy) i pięć do Grand Prix, czyli do najwyższej klasy ujeżdżenia.

Na koniu Damazym. 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)Na koniu Damazym. 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)

Czego można się nauczyć, przebywając z końmi?
Każdy – czegoś innego. Moim pierwszym koniem ujeżdżeniowym była klacz Kopra, którą do startów w zawodach przygotowywałam bez wsparcia trenerów. Pokazała mi, jaką wartość ma moja codzienna praca. Po trzech latach zakwalifikowałyśmy się do półfinału mistrzostw Polski w ujeżdżaniu. Niewielki kary wałach Damazy dał mi lekcję pokory i cierpliwości. To na nim startowałam na igrzyskach w Moskwie. Zajęliśmy czwarte miejsce w konkursie drużynowym. Był to pierwszy start polskich dresażystów w igrzyskach olimpijskich. Wałachowi Rustanowi zawdzięczam z kolei uznanie i karierę w Stanach Zjednoczonych. Kupiła go ode mnie amazonka z Arizony i przez trzy miesiące w Stanach przygotowywałam ją do startów na Rustanie. W efekcie zakwalifikowała się do młodzieżowej reprezentacji w ujeżdżeniu. A ja zyskałam szacunek tamtejszych jeźdźców i przez lata prowadziłam szkolenia jeździeckie w Arizonie.

Można się wiele dowiedzieć o sobie i swoich możliwościach.
Tak, konie to zwierzęta stadne, które komunikują się za pomocą mowy ciała, dlatego doskonale odczytują ją także u innych zwierząt i ludzi. W naturze to warunek ich przetrwania. Błyskawicznie wyłapują fałsz, strach, bezsilność czy tłumioną agresję. Można się w nich przejrzeć jak w zwierciadle. To mobilizuje do pracy nad sobą, hartuje charakter. Kiedy pochodzenie zablokowało mi drogę na studia, zaczęłam pracować jako stajenna na warszawskim torze wyścigów konnych Służewiec. Czyściłam konie, sprzątałam boksy, a z czasem zaczęłam startować w wyścigach. Konie wyścigowe są pełne energii, czasami trudno utrzymać się w siodle. Spadałam nawet kilka razy dziennie, ale za każdym razem natychmiast się podnosiłam i wracałam w siodło. W życiu było podobnie.

Czy jest koń, który odegrał szczególną rolę?
Najczęściej wspominam chyba ostatniego: pięknego, wysokiego – 177 cm w kłębie, czyli najwyższym punkcie grzbietu – świetnie zbudowanego, karego ogiera, którego kupiłam, kiedy miał zaledwie trzy lata. Nazwałam go Nabucco, jak bohater mojej ukochanej opery Verdiego. Spędził ze mną całe swoje życie. Wytworzyła się między nami niezwykła więź. Bezbłędnie i z daleka rozpoznawał pracę silnika mojego samochodu. Kiedy podjeżdżałam, stajenny już wiedział: Nabucco rży, zaraz wejdzie Wąsowska. Na zawodach ogólnopolskich zawsze plasowaliśmy się w pierwszej trójce. Startowałam na nim do 82. roku życia i do końca sama woziłam go przyczepą na zawody. Był moment, kiedy dawano mi za niego duże pieniądze. Nie sprzedałam, był członkiem rodziny. Odszedł pięć lat temu.

Czy to był moment, w którym przestała pani jeździć konno?
Ależ skąd! Przyczepę sprzedałam, ale konno jeżdżę do dziś. Gdy odszedł Nabucco, następnego dnia moja dawna uczennica Bogna Hupa podarowała mi jednego ze swoich koni. To był piękny, wzruszający gest. Ta klacz wciąż jest ze mną i nadal na nią wsiadam, choć nie są to już treningi sportowe. Jeżdżę, by utrzymać dobrą formę. Kiedy siedzę w siodle, zapominam o wszystkim, także o tym, ile mam lat.

Igrzyska olimpijskie w Moskwie z Damazym, 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)Igrzyska olimpijskie w Moskwie z Damazym, 1982 rok. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)

Ujeżdżała pani konie, ale też trenowała jeźdźców. Co dawało większą satysfakcję?
Jeśli chodzi o treningi, zawsze wolałam pracować sam na sam z koniem niż szkolić jeźdźców. W życiu jednak ciągnie mnie do ludzi, a dzięki swojej pracy poznałam mnóstwo niezwykłych osób. Mam około 200 wychowanków, z czego 92 uczestniczących w wyczynowym sporcie jeździeckim. Z wieloma wciąż utrzymuję kontakt. Katarzyna Milczarek, olimpijka, wielokrotna mistrzyni Polski i zwyciężczyni wielu zawodów międzynarodowych, zaczęła ze mną trenować jako 15-latka. Do dziś systematycznie dzwoni zapytać, jak się czuję. To miłe. Nawiązane w stajni znajomości są ponadczasowe, bo wspólna pasja zaciera różnice wieku.

Jest pani bez wątpienia autorytetem w świecie jeździeckim. Jestem ciekawa, kto był mentorem dla pani.
Zawsze inspirowało mnie życie wujka, rotmistrza Janusza Komorowskiego, brata rodzonego mojej mamy, który był wybitnym jeźdźcem okresu międzywojennego i uczestnikiem igrzysk w Berlinie w 1936 roku. Koń, na którym jeździł, Zbieg, należał do najlepszych w Europie. Niestety wybuchła wojna, a wujek jako uczestnik kampanii wrześniowej trafił do obozu jenieckiego Murnau i nie wrócił już do kraju po wojnie. Jako przedwojenny oficer sanacyjny nie miał czego szukać w komunie. Wyjechał do Londynu i ujeżdżał konie na dworze królewskim. Podczas zawodów w Anglii zaprzyjaźnił się z jeźdźcami z Argentyny, którzy namówili go na podróż do ich kraju. Został tam trenerem dużego klubu wojskowego. Mimo niełatwych czasów, dzięki koniom jego życie było barwne jak scenariusz filmu. Do Polski wrócił dopiero na emeryturze. Nigdy nie miałam okazji z nim trenować.

Komu więc zawdzięcza pani swoje jeździeckie umiejętności?
Po studiach skoków przez przeszkody uczyłam się pod okiem majora Henryka Leliwy-Roycewicza, srebrnego medalisty olimpijskiego z Berlina w 1936 roku, dowódcy batalionu „Kiliński” i zdobywcy budynku PAST-y podczas Powstania Warszawskiego. Niesamowicie przystojny mężczyzna, ogromnie wymagający, człowiek legenda. Nie skończył treningu, dopóki ćwiczona figura nie została wykonana poprawnie zarówno przez jeźdźca, jak i konia. Wpoił mi żelazną dyscyplinę.

Natomiast technik ujeżdżenia uczył mnie Andrzej Orłoś, uznawany za jednego z najwszechstronniejszych polskich jeźdźców. Sposoby szkolenia miał nieszablonowe. Przywiązywał mnie do siodła, żebym nauczyła się prawidłowej postawy, albo kazał trzymać garnek z wodą i galopować na koniu tak, by nie wylać ani kropli. Wszystko po to, by nauczyć się kontrolować dłonie. Ręce jeźdźca muszą być spokojne, konia prowadzi się tzw. dosiadem, czyli pozycją i ciężarem ciała w siodle. To sztuka, którą doskonali się latami.

Uczyła się pani od najlepszych, a potem uczyła sama. Jakie cechy powinien pani zdaniem posiadać mentor?
Przede wszystkim musi być praktykiem, nie teoretykiem. Jeśli uczeń nie może sobie poradzić z koniem, trener powinien wsiąść i pokazać, jak rozwiązać problem. Autorytet buduje się pracą, nie krzykiem. Nie można dobijać uczniów negatywnymi uwagami, ale trzeba mówić prawdę, korygować błędy. Trening zawsze kończę pozytywnym akcentem, czyli takim ćwiczeniem, które jeździec i koń mają już dobrze opanowane. To wzmacnia ich pewność siebie.

Co jeszcze? Dobry trener powinien znać swoją wartość, ale nie może obrastać w piórka, oceniać z góry, segregować uczniów na lepszych, bardziej rokujących i gorszych. Życie pisze zaskakujące scenariusze. Kiedy pracowałam na torze wyścigów konnych w Sopocie, pewnego dnia do stajni przyszedł mały chłopiec z kieszeniami pełnymi drobnych. Uzbierał je, pomagając rybakom rozkładać sieci o świcie. Marek okazał się niezwykle zdolny, w ujeżdżeniu osiągnął najwyższą klasę Grand Prix.

Z Rustanem, lata 90. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)Z Rustanem, lata 90. (Fot. archiwum prywatne pani Wandy Siniarskiej-Czaplickiej Wąsowskiej)

Sukcesy podopiecznych cieszą bardziej niż własne?
Trudno powiedzieć. Obca jest mi fałszywa skromność, jestem zacięta, lubię rywalizację, na każdą wygraną ciężko zapracowałam. Ale równie sumiennie przykładałam się do treningów swoich uczniów. Często braliśmy udział w tych samych zawodach, ale nie wchodziliśmy sobie w drogę. Oni startowali w kategorii juniorów, ja w seniorach. Jestem tak samo dumna z własnych sukcesów, jak i z osiągnięć Katarzyny Milczarek czy Anny Bienias. Trenowałam je od dziecka, obie zostały multimedalistkami.

Nie każdy jednak nadaje się do jeździectwa. Znam wielu ludzi, którzy uwielbiają konie, ale boją się na nie wsiąść.
Strach jest zrozumiały. To duże, niezwykle silne, płochliwe i czasem nieprzewidywalne zwierzęta. Silny lęk przed nimi jest jednak jedynym ograniczeniem. Nie trzeba mieć żadnych wrodzonych predyspozycji, by czerpać przyjemność z jazdy konnej. Jako trenerka miałam różnych uczniów, ale żadnemu nie powiedziałam, żeby dał sobie spokój z jeździectwem. Nie można zabijać w ludziach pasji i nadziei. Jazda konna to sport bez limitów wieku. Japoński jeździec Hiroshi Hoketsu miał 71 lat, kiedy wystartował na igrzyskach w Londynie w konkursie ujeżdżenia. Królowa Elżbieta wciąż wsiada na konie, ja także.

Jako sportowiec ciągle wyznaczała sobie pani cele i dążyła do ich realizacji. Jakie ma pani teraz?
Dorastałam w czasach, w których ciągle traciliśmy dorobek życia i musieliśmy zaczynać wszystko od nowa, dlatego nie mam w zwyczaju się poddawać. Teraz chcę każdą godzinę życia dobrze wykorzystać, jak najdłużej być samodzielna, przebywać wśród ludzi. Dlatego ćwiczę umysł, grając w brydża i rozwiązuję krzyżówki. Codziennie się gimnastykuję, regularnie jeżdżę konno. Uwielbiam tańczyć! Bywały bale, na których przed północą trzy razy zmieniałam kreacje.

Wanda Siniarska-Czaplicka Wąsowska, ur. 1931, olimpijka, dwukrotna II wicemistrzyni Polski w ujeżdżeniu, trenerka i działaczka Polskiego Związku Jeździeckiego. Miłośniczka i wybitna znawczyni koni, mentorka i wychowawczyni wielu znakomitych zawodników, wandawasowska.kochamkonie.pl.

  1. Styl Życia

„Dziadkowie Biznesu” – akcja studentów wspierająca przedsiębiorstwa seniorów

Pan Bogdan przejął pracownię obuwia dziecięcego po pradziadku. Firma Tombut działa w Sopocie od 1850 r.(Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)
Pan Bogdan przejął pracownię obuwia dziecięcego po pradziadku. Firma Tombut działa w Sopocie od 1850 r.(Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)
Dzięki temu projektowi zaczęliśmy dostrzegać seniorów i poznawać ich niezwykłe historie – tłumaczy Zofia Mańczuk, studentka Uniwersytetu Warszawskiego i współautorka społecznego projektu „Dziadkowie Biznesu”, którego celem jest pomaganie starszym osobom i promowanie ich miejsc pracy.

Jak to się stało, że w kilka dni udało wam się zgromadzić ponad 30 tysięcy obserwatorów na waszym instagramowym koncie?
Kiedy wystartowaliśmy z „Dziadkami Biznesu”, rozesłaliśmy do mediów informacje prasową o naszym projekcie. Nie było żadnego odzewu. Dopiero, gdy otrzymaliśmy zaproszenie na rozmowę do TVP Warszawa, kolejne redakcje, także te, do których pisaliśmy wcześniej, podłapały temat i zaczęły się do nas odzywać. Na Instagramie nasze treści szybko stały się viralowe, dzięki ludziom, którzy je udostępniali. Wydaje mi się, że starsze osoby są szczególnie „nośnym” tematem w marketingu, poza tym okazało się, że bardzo wiele osób chciałoby jakoś pomóc seniorom i dołożyć do naszego projektu swoją cegiełkę. To, co się wydarzyło i w jak szybkim tempie, było dla nas niesamowite. Wystartowaliśmy w kwietniu tego roku, mieliśmy opublikowane dosłownie kilka postów - o tym, kim jesteśmy oraz o pierwszych biznesach, które chcieliśmy wypromować. W ciągu kilku dni nasz profil polubiło 30 tys. osób. Dziś jest z nami ponad 40 tys. obserwatorów na Instagramie. Działamy również na Facebooku, na którym mamy milionowe zasięgi, jesteśmy na Twitterze i Tiktoku.

Teraz o naszym projekcie wie już całkiem sporo osób, każdego dnia dostajemy wiele nowych zgłoszeń biznesów, które moglibyśmy promować. Zgłaszają się do nas też ludzie, którzy chcą na przykład zrobić szyld sklepom czy fotografowie chętni do przygotowania profesjonalnej sesji. Skontaktowało się nami wiele firm, szczególnie PR-owych. Zastanawiamy się teraz, w jaki sposób moglibyśmy najlepiej wykorzystać to zainteresowanie.

Pomysłodawcy projektu społecznego Dziadkowie Biznesu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pomysłodawcy projektu społecznego Dziadkowie Biznesu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

No właśnie, opowiesz proszę, kto stoi za projektem „Dziadkowie Biznesu” i dlaczego zdecydowaliście się akurat na promocję seniorów?
Jesteśmy szóstką studentów Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Naszym zadaniem był udział w olimpiadzie Zwolnieni z Teorii” i zostaliśmy nakierowani na to, aby zwrócić szczególną uwagę na osoby starsze. Zastanawialiśmy się, czego seniorzy mogą potrzebować, chcieliśmy też, aby nasz projekt nie był tylko pracą zaliczeniową, ale żeby niósł realną pomoc. Wiemy, że starsi ludzie są zazwyczaj wykluczeni cyfrowo i że coraz częściej zapominamy o istnieniu takich zawodów, jak szewc czy zegarmistrz. Dziś dla wielu osób kupienie nowego zegarka czy butów jest bardziej oczywiste od tego, aby daną rzeczy oddać do naprawy. Chcieliśmy również zwrócić uwagę na ginące zawody, pokazać historie ludzi, którzy tworzą te miejsca. Osobiście uwielbiam rozmawiać ze starszymi ludźmi. Szukanie bohaterów naszego projektu to cudownie spędzony czas, w trakcie którego udało nam się poznać wiele wspaniałych osób.

Jak wyglądało szukanie tych osób? Wchodziłaś do pierwszego z brzegu zakładu? Jestem też ciekawa, jak reagowali seniorzy, gdy dowiadywali się o waszym projekcie.
Każdy z nas był odpowiedzialny za swoje miasto. Julka, Janek i ja mieszkamy teraz w Warszawie, Julka jest w Białymstoku, Filip w Zamościu, a Oliwka mieszka w Turkowie. Mogę odpowiedzieć, jak to wyglądało z mojego doświadczenia. Wchodziłam do każdego miejsca po kolei i starałam się na początku określić, czy właściciel przedsiębiorstwa jest seniorem. Później opowiadałam o naszym projekcie i było to całkiem zabawne, gdyż wielu seniorów bardzo się denerwowało słysząc nazwę „Dziadkowie Biznesu”. Według nas jest ona nie tylko chwytliwa, ale również kojarzy się z ciepłem, z domem, z osobami, które bardzo kochamy i którym chcemy pomóc. Musiałam wiele osób przekonywać do tego, że reklama w Internecie jest okej i że warto się na nią zdecydować. Wtedy od razu padało pytanie „A ile mnie to będzie kosztować?”. Kiedy odpowiadałam, że nic, musiałam bardzo długo tłumaczyć niektórym seniorom, że nasza pomoc jest bezinteresowna i nie będą musieli zapłacić za nasze usługi ani złotówki. Jeden pan zrobił mi nawet godzinny wykład o tym, że taka bezinteresowna pomoc nam się nie opłaci i że stracimy na takim projekcie. Ten pan był krawcem, miał 84 lata i niemal całe swoje życie spędził w tym jednym zakładzie. W trakcie spotkania odniosłam wrażenie, że bardzo dawno nie miał okazji do tego, żeby po prostu z kimś porozmawiać. Opowiedział mi o tym, że teraz ma do zrobienia tylko jedną rzecz tygodniowo, ale codziennie jest w tym zakładzie, bo co innego miałby robić?

Pan Józef prowadzi swoją cukiernię na Bródnie nieprzerwanie od 1980 r. Wszystko piecze według własnych receptur, zdobył m.in. trzecie miejsce na mistrzostwach cukierniczych we Włoszech. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pan Józef prowadzi swoją cukiernię na Bródnie nieprzerwanie od 1980 r. Wszystko piecze według własnych receptur, zdobył m.in. trzecie miejsce na mistrzostwach cukierniczych we Włoszech. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

Czy po tych pierwszych rozmowach wracaliście do bohaterów waszego projektu, żeby zobaczyć, jak funkcjonują ich biznesy i czy wasze działania są skuteczne?
Okazało się, że to, co robimy działa na zasadzie efektu kuli śnieżnej. Dostajemy zdjęcia od ludzi, którzy pokazują nam, że byli na przykład na lodach u pani Walentyny w Białymstoku. Kontaktowaliśmy się z panem Kamilem, który prowadzi w Warszawie antykwariat i opowiedział nam o tym, że nigdy nie miał takiego ruchu, jak w dniu, w którym wstawiliśmy post o jego sklepie. Dokładnie tak samo wyglądało to u pana Mirka, zegarmistrza. Zadzwoniliśmy do pana Ryszarda, szewca z Łodzi i dowiedzieliśmy się, że kilkadziesiąt par butów czeka już na odbiór. Pani Beata, która razem z mamą prowadzą w Warszawie zakład krawiecki „Igiełka”, powiedziała, że pierwsze wolne terminy są u niej dopiero w czerwcu.

Na „Dziadkach Biznesu” pokazujecie miejsca, których, wydawałoby się, nie trzeba promować, na przykład lodziarnie czy cukiernie. W końcu lody i ciastka zawsze będziemy kupować. Z drugiej strony, pojawiają się także zakłady, których często w ogóle nie znamy. Kto dziś na przykład korzysta z usług prasowalni?
O niektórych zawodach sami usłyszeliśmy po raz pierwszy dzięki projektowi. Ludzie zaczęli zgłaszać zapomniane, często mało znane fachy i miejsca, takie jak pracownia rękawiczek, czy owa prasowalnia. Teraz każdy z nas zwraca większą uwagę na rzeczy, które wcześniej mogłyby powędrować do kosza. Dziś wiemy, że czy szewc mogą podarować im drugą młodość.

Pani Bożena od 30 lat prowadzi w Poznaniu sklep z bielizną i strojami kąpielowymi. Jak sama mówi sklep jest dla niej sensem życia i odkąd jest sama, tylko po to wychodzi z domu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pani Bożena od 30 lat prowadzi w Poznaniu sklep z bielizną i strojami kąpielowymi. Jak sama mówi sklep jest dla niej sensem życia i odkąd jest sama, tylko po to wychodzi z domu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

Pan Mirosław od 40 lat jest zegarmistrzem. Niestety w trakcie pandemii jego przychody zmalały o 80 proc.(Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pan Mirosław od 40 lat jest zegarmistrzem. Niestety w trakcie pandemii jego przychody zmalały o 80 proc.(Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

Dla mnie bardzo istotny w tym, co robicie, jest właśnie ten walor edukacyjny. Zachęcacie ludzi do tego, żeby traktowali swoje rzeczy jako coś wartościowego. Pokazujecie, jak wiele z nich można naprawić i że nie ma potrzeby kupowania nowej pary butów czy torebki, tylko dlatego, że zepsuła się rączka czy zapięcie. Czy to również było założeniem waszego projektu?
Przyznaję, że to wyszło niejako przy okazji. Przede wszystkim chcieliśmy promować biznesy starszych ludzi. Nie mieliśmy założonej z góry intencji, że będziemy odwiedzać każdego szewca i każdą krawcową. Zbieramy i tworzymy bazę takich miejsc i to jest tak naprawdę dla nas najważniejsze. Zależy nam na tym, żeby ludzie odwiedzali takie zakłady i korzystali z usług lub robili zakupy w małych, lokalnych sklepach.

Z tego, co zaobserwowaliśmy do tej pory wynika, że ludzie najchętniej zaglądają do piekarni czy lodziarni, korzystają też z usług szewców i krawcowych. Dużo trudniej wypromować miejsca mniej oczywiste, takie jak na przykład pracownia i sklep pana Bogdana z Sopotu, którego firma od 1850 r. specjalizuje się w produkcji profilaktycznego obuwia dziecięcego. Nie są to produkty, które kupuje wiele osób. Niestety, nie zawsze udaje się uratować każdy biznes, o którym piszemy, ale robimy co w naszej mocy.

A zgłaszają się do was także rodziny z prośbą o pomoc w promocji biznesu mamy czy dziadka?
Tak, bardzo często kontaktują się z nami dzieci właścicieli. Piszą, że dowiedzieli się o nas z mediów, a tata czy mama prowadzą od bardzo wielu lat sklep albo zakład i czy moglibyśmy też o nich napisać. Udało nam się zbudować spore zasięgi, dzięki czemu mamy szansę dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i pomóc jak największej liczbie osób. Zbieramy również środki na promowanie naszych postów poprzez serwis zrzutka.pl. Wydaje mi się jednak, że największą wartością jest realna pomoc, którą oferują seniorom nasi obserwatorzy. Najważniejsze, że udaje nam się zachęcić ich do korzystania z usług Dziadków Biznesu. Myślę, że dlatego tak wielu osobom spodobała się nasza inicjatywa, ponieważ dzięki niej mają poczucie, że mogą tym ludziom, o których piszemy, naprawdę pomóc, a przy okazji samemu skorzystać. Dodatkowo nie wymaga to dużego wysiłku.

„Dziadkowie Biznesu” to ludzie, którzy teoretycznie mogliby już dawno przejść na emeryturę. Często są to osoby, które mają po 75 czy 80 lat.
W czasie pandemii bardzo wiele osób przeszło na pracę zdalną i zaczęło dużo prężniej działać w sieci. Starsze osoby nie miały po prostu takiej możliwości. Kiedy z nimi rozmawialiśmy, to dowiadywaliśmy się, że na skutek pandemii ich dochody spadły o 60 proc., często były to znacznie większe straty. Ci ludzie mają często bardzo niskie emerytury, więc tylko w ten sposób mogą sobie dorobić. Po drugie, miejsce, w którym pracują, czasem od ponad sześćdziesięciu lat, jest dla nich całym życiem i nie chcą z tego zrezygnować. Okazuje się, że czasem w domach nikt już na nich nie czeka, dlatego przychodzą do pracy, ponieważ chcą czuć się potrzebni i często brakuje im kontaktu z drugim człowiekiem. Są to ludzie o ogromnej wiedzy i doświadczeniu, którzy chętnie służą swoją radą. Pamiętam, jak odwiedziłam panią Danusię, która razem z mężem od 25 lat prowadzi w Warszawie mały sklep chemiczny. Pani Danusia wiedziała wszystko o każdej śrubce i każdej farbie, myślę, że swoją wiedzą mogłaby zaskoczyć niejedną osobę. Poza tym w takich sklepach ceny są często dużo niższe od tych w dużych marketach.

Pani Danuta razem z mężem Stanisławem od 25 lat prowadzi w Warszawie sklep z artykułami chemicznymi i malarskimi. Fot. Dziadkowie Biznesu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pani Danuta razem z mężem Stanisławem od 25 lat prowadzi w Warszawie sklep z artykułami chemicznymi i malarskimi. Fot. Dziadkowie Biznesu. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

Pani Walentyna od 62 lat prowadzi w Białymstoku lodziarnię Pingwin. Lody wyrabia tradycyjną metodą, a gałka kosztuje tylko 2,5 zł. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)Pani Walentyna od 62 lat prowadzi w Białymstoku lodziarnię Pingwin. Lody wyrabia tradycyjną metodą, a gałka kosztuje tylko 2,5 zł. (Fot. materiały prasowe Dziadkowie Biznesu)

W trakcie pandemii wiele osób całkowicie przestawiło się na zakupy online, w sklepach też dużo chętniej korzystamy z kas samoobsługowych. Coraz częściej nie chcemy tego kontaktu z drugim człowiekiem, wiele osób z tego powodu nie lubi na przykład robić zakupów na targach warzywnych.
Dokładnie, a na takich lokalnych ryneczkach nie dość, że mamy owoce i warzywa ze sprawdzonych źródeł, to jeszcze są to polskie produkty o wysokiej jakości. Jednak wolimy pójść dosłownie pięć metrów dalej do supermarketu, gdzie nie mamy już tej pewności. Coraz częściej unikamy kontaktu z drugim człowiekiem. Kiedy robimy zakupy na targach to wchodzimy w interakcję i nie pozostajemy anonimowi. Dzięki naszej inicjatywie sama nauczyłam się tego, aby częściej korzystać z usług starszych ludzi. Myślę, że to jest lekcja dla wielu z nas, ponieważ dzięki temu projektowi zaczęliśmy dostrzegać tych ludzi, poznawać historię ich zakładów. Dla nas to jest być może dziesięć minut więcej, które musimy poświęcić na to, żeby wejść do małego sklepu lub zakładu ukrytego gdzieś między blokami czy w jakiejś bocznej uliczce, a dla tych ludzi to całe życie i najważniejszy powód, dla którego każdego dnia wstają z łóżka.

Te osoby tylko czekają, aż ktoś do nich zajrzy, dlatego warto podjąć ten niewielki wysiłek. Bardzo dziękujemy każdej osobie, która zainteresowała się naszym projektem i odwiedziła „Dziadków Biznesu”. To dla nas ogromna motywacja do dalszego działania i dzięki naszym obserwatorom ta pomoc staje się realna.

W jaki sposób można zaangażować się w wasz projekt i pomóc „Dziadkom Biznesu” w swoim mieście?
Po pierwsze trzeba znaleźć takie miejsce – zakład, sklep czy innego rodzaju biznes, wejść do środka i porozmawiać z właścicielem lub właścicielką. Opowiedzieć o idei projektu, pokazać jak wygląda promocja i zapytać o zgodę. Zależy nam na tym, żeby oprócz podstawowych informacji, jak lokalizacja, nazwa zakładu czy godziny otwarcia, pojawiła się też historia tego miejsca oraz oczywiście zdjęcia. Potem wystarczy przesłać zebrane informacje na naszego maila dziadkowiebiznesu@gmail.com albo przesłać nam swoją propozycję przez Instagram, Facebooka czy Twittera. Dostajemy bardzo dużo wiadomości od naszych obserwatorów, wszystkim jesteśmy bardzo wdzięczni za tak wielkie zaangażowanie. Tak naprawdę to każda osoba, która udostępni naszą akcję w swoich mediach społecznościowych albo zajrzy do któregoś z miejsc, o których pisaliśmy jest współorganizatorem „Dziadków Biznesu”.

Co dalej będzie się działo z waszym projektem, gdy zakończycie wasze działanie w ramach olimpiady „Zwolnieni z Teorii”?
Chcemy wdrażać kolejne pomysły. Myślimy nad założeniem fundacji, czy też zrobieniem aplikacji „Dziadków Biznesu”, która będzie pozwalała na łatwiejsze dodawanie kolejnych punktów na mapie Polski. Będziemy działać tak długo, dopóki ludzie będą chcieli angażować się w nasz projekt.

  1. Styl Życia

Szwecja – raj dla introwertyków

Domek sternika na wyspie Vrångö, należącej do Archipelagu Göteborga. (Fot. iStock)
Domek sternika na wyspie Vrångö, należącej do Archipelagu Göteborga. (Fot. iStock)
Uprzejmi, ale raczej zdystansowani; uśmiechnięci, choć niezbyt przystępni. Małomówni. Na dowolne pytanie często odpowiedzą również pytaniem (Ha?), zyskując tym samym czas do namysłu. Lubią być w pojedynkę w otoczeniu natury. Styl życia Szwedów nie każdemu musi pasować, ale każdy może się od nich czegoś nauczyć.

Szwedzi mają do dyspozycji cały pęk kluczy do szczęścia – twierdzi moja koleżanka Maria Bantin, 35-letnia Polka mieszkająca w Malmö. Jest imigrantką z krótkim, bo zaledwie trzyletnim stażem, jednak skalę porównawczą ma całkiem szeroką: jej mąż jest Brytyjczykiem, mieszkała wcześniej w Anglii, studiowała zaś kulturę śródziemnomorską, więc doskonale zna też południowe podejście do życia. – Wymieniłabym chociażby stabilność polityczną (w 2018 roku po raz pierwszy od długiego czasu był tu problem z uformowaniem parlamentu) i bezpieczeństwo międzynarodowe (Szwecja jest krajem neutralnym od czasów napoleońskich). Ale też dobry socjal: szczodry urlop rodzicielski, rozbudowany system ubezpieczeń, powszechność związków zawodowych i szereg praw chroniących pracownika, dość solidna opieka zdrowotna czy wreszcie bezpłatna edukacja na każdym poziomie. Daleka jestem od twierdzenia, że system ten funkcjonuje w sposób idealny, na pewno jednak sprawia, że codzienność w Szwecji jest znacznie mniej stresująca niż w innych krajach – podsumowuje.

Rikard Nilsson, 50-letni szwedzki finansista, mówi krótko: szwedzkie zadowolenie z życia bierze się z poczucia bezpieczeństwa. Jego zdaniem Szwedzi nie są może wybitnie szczęśliwi, ale są... szczęśliwi wystarczająco.

Lagom znaczy: umiarkowanie

Żyj przyjemnie i komfortowo, ale dbaj o środowisko, nie tylko o własną wygodę. Pracuj rzetelnie i z zaangażowaniem, ale zachowaj równowagę i nie zapominaj o odpoczynku. Pamiętaj, że lepsze jest zwykle wrogiem dobrego. Tak zapewne brzmiałyby rady, których przeciętny Szwed mógłby udzielić przedstawicielom innych nacji. Gdyby próbować zamknąć je w jednym słowie, byłoby to lagom – dosłownie „w sam raz”, „akurat”, „tyle, ile trzeba”. Lagom przenika całe szwedzkie życie, każdą jego dziedzinę. W sferze ekonomicznej pozwoliło znaleźć złoty środek między kapitalizmem a socjalizmem, między postępem a człowieczeństwem. Odnosi się do zarobków i ścieżki kariery, ale także liczby sukienek w szafie i porcji spożywanych przy stole. Na co dzień oznacza też odpuszczenie sobie gonitwy za lepszym samochodem, większym mieszkaniem czy kolejnym dobrze wyglądającym punktem w życiorysie.

Helen Russell, autorka „Atlasu szczęścia”, w którym analizuje nastawienie do życia różnych nacji, w rozdziale poświęconym Szwedom sugeruje, by ich wzorem zamiast popularnego „czy tego chcę?”, jak najczęściej zadawać sobie pytanie: „czy tego mi potrzeba?”. Odpowiedź może dać nam wytęsknione poczucie ulgi i wolności.

Inny indywidualizm

Materialne zdobycze i symbole statusu nie robią zresztą na Szwedach większego wrażenia, a jeśli już, to raczej negatywne: zbytnie wyróżnianie się z tłumu nie jest tu w dobrym tonie. Szwecja to kraj indywidualizmu, ale takiego, któremu dość daleko do głośnej manifestacji odmienności, a bliżej do tolerancji, rozumianej przede wszystkim jako niewchodzenie na cudze terytorium czy nienaruszanie czyjejś przestrzeni. – Żyjąc wygodnie w kraju, który o nas dba, możemy skupić się na sobie. Dawno nie było u nas kryzysów, które sprawiają, że ludzie muszą trzymać się razem, a więzi automatycznie się zacieśniają – tłumaczy Henrik Olsson, lekarz ze środkowej Szwecji. Wydaje się jednak, że korzeni tego podejścia szukać należy dużo wcześniej niż w spokojnych ostatnich dziesięcioleciach. Katarzyna Tubylewicz, pisarka, kulturoznawczyni i tłumaczka z języka szwedzkiego, w wydanej niedawno książce „Samotny jak Szwed? O ludziach północy, którzy lubią być sami” podkreśla, że w pierwszej istniejącej na piśmie relacji o Szwecji – wspomnianej jako jedno z germańskich plemion na północy – którą można znaleźć w liczących dwa tysiące lat zapiskach Tacyta, jest mowa o tym, że jej mieszkańcy nie chcą, aby ich domy znajdowały się zbyt blisko siebie, tak jak w Rzymie. Już wtedy szwedzka kultura miała więc rys introwertyczny.

Jak pisze Katarzyna Tubylewicz w 'Samotny jak Szwed?', introwertyczna natura jest swego rodzaju antidotum na współczesne zagonienie, zagubienie w kołowrotku zdarzeń. (Fot. iStock)Jak pisze Katarzyna Tubylewicz w "Samotny jak Szwed?", introwertyczna natura jest swego rodzaju antidotum na współczesne zagonienie, zagubienie w kołowrotku zdarzeń. (Fot. iStock)

Jak tłumaczy autorce profesor medycyny Peter Strang, istnieje coś takiego, jak dobra samotność, czyli samodzielnie wybrane odosobnienie, bardzo człowiekowi potrzebne, szczególnie jeśli mieszka się w dużym mieście. „W wymiarze biologicznym człowiek jest stworzony do przebywania w małych grupach. Ogromna liczba spotkań z nowymi ludźmi wywołuje stres, niekoniecznie w pełni uświadomiony, ale prowadzący do wielkiego zmęczenia. To bardzo przeciąża nasz mózg” – mówi. Paradoksalnie, jak podsumowuje Tubylewicz, czas samotności może nas wręcz otworzyć na kontakt z innymi – pozwala bowiem odnaleźć wewnętrzny spokój i przestrzeń na nowe relacje. Co ciekawe, lagom – przywołane wcześniej szwedzkie słowo klucz – pochodzi od rzeczownika lag, oznaczającego... drużynę. Według legendy laget om, czyli „wśród drużyny” to zwrot używany przez wikingów pijących miód z rogu krążącego wokół stołu – tak, by każdy mógł dostać swój przydział, nie za mało, nie za dużo.

– Szwecja jest najpiękniejszym miejscem na świecie, jeśli jesteś „jedną z nas”. Jeśli nie, możesz się tu poczuć bardzo samotna – mówi z odrobiną przekąsu wychowana w Szwecji Monika, specjalistka od zarządzania. Przywołując głośny film Lukasa Moodyssona „Tylko razem”, stanowiący wnikliwą obserwację blasków i cieni bycia razem, tłumaczy, że wybierający odosobnienie Szwedzi tak naprawdę nigdy nie przestali tęsknić za silnym poczuciem wspólnoty. Dziennikarka Stina Oscarson przyznaje, że jej rodacy z jednej strony cenią indywidualizm, z drugiej zaś są nastawieni mocno kolektywistycznie i chcą za wszelką cenę należeć do jakiejś całości. Cytująca ją Katarzyna Tubylewicz pod koniec książki stwierdza, że ambiwalentny stosunek zarówno do bycia w grupie, jak i bycia w samotności to immanentna cecha każdego człowieka, nie tylko Szweda. Nie każda nacja uczyniła jednak z tej ambiwalencji sposób na życie. W którą zaś stronę ciągnie Szweda najbardziej? Zapewne tam, gdzie, jak pamięta z dzieciństwa, najbujniej rosną poziomki...

Prawo wszystkich ludzi

Spokoju Szwed szuka w przestrzeni określanej mianem smultronställe – dosłownie: na poletku poziomek. Słowo to, używane od początku XX wieku w znaczeniu sielskiego odludzia, odnosi się do miejsca, w którym możemy schronić się przed światem, wyciszyć i odprężyć.

– Gdybym miała wybrać jedną rzecz, której powinniśmy uczyć się od Szwedów, byłby to stosunek do natury – stwierdza Maria Bantin. W Szwecji obowiązuje tzw. Allemansrätten („prawo wszystkich ludzi”) – każdy człowiek ma zagwarantowane prawo do kontaktu z przyrodą, której jako gatunek jesteśmy integralną częścią. Współistniejemy z nią i nie powinniśmy z nią rywalizować. W praktyce oznacza to, że każdy może korzystać z lasów, zarówno państwowych, jak i prywatnych, zbierać w nich owoce, grzyby czy kwiaty, pływać w jeziorach czy rzekach. Namiot rozbić można w zasadzie w dowolnym miejscu, także na terenie prywatnym, pod warunkiem że nasza obecność nikomu nie przeszkadza i nie narusza prywatności właściciela.

– Przyroda w Szwecji jest wspaniała i bardzo zróżnicowana, bo kraj rozciąga się południkowo na około 1,5 tysiąca kilometrów. Rząd promuje przebywanie na łonie natury, a dostęp do niej jest ułatwiany zwłaszcza seniorom, dzieciom i osobom ograniczonym ruchowo. W miastach, parkach i lasach zawsze znajdziemy przynajmniej jedną trasę dla wózków dziecięcych i inwalidzkich – mówi Maria i dodaje, że godny podziwu jest też szacunek dla przyrody. – Nie jest idealnie, toczą się gorące dyskusje na temat wycinania lasów, ale przez trzy lata nie widziałam tu śmieci wyrzuconych wśród drzew, choć przecież mnóstwo ludzi spędza wolny czas na łonie natury – wyjaśnia.

Wydaje się, że nasi sąsiedzi zza morza doskonale wiedzą, jak bardzo przyroda jest im potrzebna do szczęścia – ekologia tutaj to nie pusty frazes, a dbanie o własne dobro. Szwedzi mówią często, że natura leczy ich dusze – podkreśla Katarzyna Tubylewicz. Warto jednak wyjaśnić, że kojące Bergmanowskie smultronstället – dosłownie: podróż do miejsca, w którym rosną poziomki – nie musi oznaczać wycieczki za miasto. Chodzi raczej o poczucie bezpieczeństwa i pogodzenie ze światem, jakie niektórzy z nas pamiętają z dzieciństwa. Może być też po prostu świadomie zaplanowanym czasem spędzonym w odosobnieniu – choćby z ciekawą lekturą na własnej kanapie, jeśli to właśnie tam najbardziej efektywnie regenerujemy siły.

Linus Jonkman, szwedzki autor książek o potrzebie spędzania czasu na osobności, twierdzi, że świat powinien uczyć się podejścia do życia, które przejawiają introwertycy, w tym wielu Szwedów. Bywają oni wprawdzie bardziej pesymistyczni, bardziej podejrzliwi, miewają problemy z podjęciem decyzji i analizują wszystko bez końca, jednak – jak podsumowuje autorka książki „Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią być sami” – introwertyczna natura jest swego rodzaju antidotum na współczesne zagonienie. Zgoda na ciszę, „osobność” i niespieszną analizę jest jak zgoda na spokojny, głęboki oddech. A tego coraz bardziej nam wszystkim potrzeba.

  1. Styl Życia

Camille Kouchner: "Bez mojej zgody"

"Czuję się odpowiedzialna za świat, jaki zostawię moim dzieciom. Jeśli zachowałabym milczenie, oznaczałoby to, że akceptuję rzeczywistość, która nie pozwala się wypowiedzieć ofiarom". (Fot. Bénédicte Roscot)
Jej książka „La familia grande” („Wielka rodzina”) wstrząsnęła Francją. Camille Kouchner oskarża w niej swojego ojczyma – politologa i polityka Oliviera Duhamela – o przemoc seksualną wobec jej nastoletniego wówczas brata, a pośrednio także system społeczny zachowujący milczenie wobec kazirodczych gwałtów na dzieciach.

Publikacja pociągnęła za sobą najpierw dymisję Duhamela oraz szeregu postaci francuskiej elity ze stanowisk w prestiżowych instytucjach kultury i edukacji. Mimo przedawnienia opisywanych w książce zarzutów prokuratura wszczęła śledztwo. Potem w Internecie narodził się spontanicznie ruch #MeTooInceste, denuncjujący przypadki kazirodztwa, które, jak się okazuje, jest we Francji zjawiskiem rozpowszechnionym. Zdecydowane stanowisko w tej sprawie zajęli sam prezydent Emmanuel Macron i jego małżonka. Wreszcie do Senatu i Zgromadzenia Narodowego wpłynęły projekty reformy francuskiego prawa. Jeden z nich, określający wiek przyzwolenia seksualnego (minimalnego wieku, od którego dana osoba jest uznana za zdolną do wyrażenia ważnej prawnie zgody na czynności seksualne) na 15 lat, a w przypadku kazirodztwa – 18 lat, został jednomyślnie przegłosowany przez Zgromadzenie Narodowe. Dotychczas we Francji nie istniał przepis regulujący kwestię zgody na seks. W teorii oznaczało to, że wyrażenie zgody mogło być uznane jako prawnie znaczące dla stosunków seksualnych bez względu na wiek partnerów, a więc także w przypadku dzieci i dorosłych czy osób spokrewnionych.
To wielkie zwycięstwo Camille Kouchner nad systemem i zmową milczenia dotyczącą zjawiska kazirodztwa i pedofilii nad Sekwaną. „Po prostu chciałam otworzyć drzwi” – wyznaje w wywiadzie dla „Zwierciadła”.

Pani książka narodziła się z bólu. Opowiada w niej pani historię gwałtów, których ofiarą padł w wieku dojrzewania pani brat bliźniak. Czy pragnęła pani zdjąć z was ciężar tajemnicy?
Historia przemocy seksualnej została uznana za podstawowy temat mojej książki. Dla mnie jednak jest nim milczenie i to, jak zbudować siebie w kontekście strasznej rodzinnej tajemnicy. Jak żyć z głęboką raną ukrywaną przed całym światem – i mam tu na myśli całą naszą rodzinę. Moim celem nie była denuncjacja: szanuję system sprawiedliwości i wiedziałam, że przestępstwo jest już przedawnione. Pomyślałam jednak, że interesujące byłoby ubranie w formę literacką tego, co stało się moim udziałem. Dla wszystkich, którzy nie wiedzieli, książka była wielkim szokiem. To bardzo ważne, że spotkała się z tak szeroką reakcją. Nie napisałam jej jednak po to, aby mówić w imieniu mojego brata – nie jestem nawet pewna, czy poczuł się z czegoś wyzwolony...

Prawda została ujawniona, a pani brat mógł złożyć oficjalną skargę.
W moim przypadku wyjawienie prawdy odegrało na pewno rolę katharsis. Nie mogę jednak wypowiadać się w jego imieniu – robi to, co uznaje za stosowne. Szanuję indywidualną drogę każdego: jeśli niektóre ofiary nie pragną powracać do swoich historii, mają do tego prawo. Napisałam tę książkę głównie dla siebie, pragnęłam ukazać sytuację od strony innych członków rodziny.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że dedykuje ją swojemu pokoleniu 40–45-latków. Czy fakt, że wasi rodzice przeżyli obyczajową rewolucję ’68 roku, głosili hasła absolutnej wolności, także w sferze seksualnej, spowodował, że mylono tolerancję z kryminalnym permisywizmem?
Kazirodztwo istnieje od zawsze, również w środowiskach niemających nic wspólnego z ideami ’68 roku. To nie środowisko popełniło przestępstwo – popełnił je jeden człowiek. Zbyt łatwo byłoby winić ideę czy epokę. Sam sprawca nie brał zresztą udziału w studenckiej rewolucji – był na to za młody i wywodził się z rodziny o innym profilu. Prawdą jest jednak, że moja mama i ojczym wpajali mi poglądy na temat wolności, seksualności i tolerancji, które z mojego dzisiejszego punktu widzenia wydają się całkowicie absurdalne. Wyzwolenie obyczajowe nie odgrywa roli w przypadkach kazirodztwa – w naszej rodzinie agresorem był mężczyzna mający tak poważny problem z samym sobą, że zdecydował się podporządkować sobie seksualnie nastoletniego chłopca, którego wychowywał.

Pisze pani o reakcjach otoczenia. Czy manifestowana przez nie czasem pewna tolerancja nie była jednak znakiem czasów?
Nie sądzę, aby ktokolwiek rzeczywiście wtedy coś wiedział czy podejrzewał. Sytuacja zmieniła się, kiedy prawda wyszła na jaw, w międzyczasie zmienił się jednak cały kontekst: należeliśmy już wtedy do sfer zbliżonych do władzy, ze wszystkimi jej przywilejami. I to z nich ci ludzie nie chcieli zrezygnować! Byli zależni od mojego ojczyma i powiedzieli sobie, że mają zbyt wiele do stracenia. Cóż, to sprawa ich sumienia. Z drugiej strony nie wiem, co sami zrobilibyśmy na ich miejscu. Na pewno zażądałabym wyjaśnień – niektórzy tak się właśnie zachowali, a ojczym nie zaprzeczył. Następnie zastanowiłabym się, czy zrywam z nim stosunki i jakie stanowisko mam zająć w sprawie dzieci. Ci ludzie powinni byli powiedzieć, że to niedopuszczalne, że stała się rzecz straszna i że wymagamy miłości i pomocy. Bardzo niewielu zareagowało w ten sposób.

Przykładem może być dyrektor do spraw badań słynnej paryskiej uczelni Sciences Po, współpracownik pani ojczyma, który został poinformowany o faktach i nie zareagował, aby w końcu złożyć wymuszoną dymisję po studenckich manifestacjach i protestach.
To właśnie jest niesmaczne i obrzydliwe – ludzie, którzy wiedzą, ale nie chcą narażać swojej pozycji. Nie ci, którzy przychodzili wiele lat temu do naszego domu – oni mogli niczego nie dostrzec. Publikacja mojej książki otworzyła mi oczy na fakt, że wiele wpływowych osób wiedziało. Nikt nigdy nie skontaktował się z nami w tej sprawie. To typowe dla przestępstw seksualnych: temat jest tak delikatny i wstydliwy, że się go nie porusza. Moim zdaniem to wielkie pomieszanie pojęć – nie mamy bowiem do czynienia z wkraczaniem w czyjeś życie intymne, tu chodzi o przestępstwo, zbrodnię. Pojęcie wstydu nie powinno tu odgrywać żadnej roli! Jednocześnie pojawia się kwestia ochrony osób, które zadenuncjują sprawców – system sprawiedliwości powinien absolutnie się nią zająć.

Opisuje pani sfery paryskiej elity. Kazirodztwo dotyczy jednak całego społeczeństwa. Strona internetowa szanowanej France Culture mówi o zjawisku „zabronionym, ale rozpowszechnionym”.
We Francji prawo nie było specjalnie jasne pod tym względem. Nawet jeśli chodzi o klasyfikację aktów – kazirodztwo było długo uważane za przestępstwo czy wykroczenie, ale nie zbrodnię. To, że piszę o elitach, sprawia, iż ludzie mówią sobie, że aby zostać wysłuchanym, trzeba być córką czy synem znanej osoby.

Pojawiają się też opinie, że to problem zepsutych środowisk, że w zdrowej tkance społecznej nie ma miejsca dla tego typu zdarzeń.
Według oficjalnych statystyk we Francji ofiarą kazirodztwa pada jedna osoba na dziesięć. Daje to liczbę 6,7 miliona – to nie są elity. Moją książką chciałam otworzyć drzwi. Czuję się odpowiedzialna za świat, jaki zostawię moim dzieciom. Jeśli zachowałabym milczenie, oznaczałoby to, że akceptuję rzeczywistość, która nie pozwala się wypowiedzieć ofiarom. Nie wiem, jak to się skończy, może wszystko obróci się przeciwko mnie, ale nie zgadzam się na taki stan rzeczy. Pragnę, aby moje dzieci, które mają w tej chwili 16 i 12 lat, wiedziały, że mają prawo mówić: „nie zgadzam się”.

Zjawisko kazirodztwa związane jest z poczuciem władzy, choćby ograniczonej tylko do komórki rodzinnej. Nie chodzi o psychologiczną dewiację, ale o syndrom systemu patriarchalnego – to opinia psycholożki i wiktymolożki Muriel Salmony.
Zgadzam się. Patriarchat wciąż ma się bardzo dobrze. W naszej rodzinie jest bardzo wielu mężczyzn, ale przemówiłam ja, kobieta. Dość już tej dominacji, uzurpowania sobie prawa do wszystkich i wszystkiego! Zgadzam się, że sprawcy gwałtów nie muszą być szaleńcami, czasami nie są nawet pedofilami sensu stricto – kazirodztwo jest dla nich formą rozszerzenia i udowodnienia całkowitej władzy. To zdarzyło się właśnie w naszej rodzinie: królował w niej mój ojczym i zachował tyle przywilejów, że był przekonany, iż zalicza się do nich także seksualne wykorzystywanie pasierba. Interesuje mnie to, co wydarzy się teraz – czy system dominacji runie, czy też przetrwa. Nie wiem, być może okaże się ode mnie silniejszy.

Opisuje pani także zjawisko polegające na obarczaniu winą ofiary, a nie sprawcy. Oraz poczucie winy, jakie staje się udziałem tych, którzy ośmielają się mówić. Pani sama walczyła z nim przez całe lata. Dzieci często milczą, ponieważ chronią rodzinę oraz, paradoksalnie, sprawcę, którego mimo wszystko kochają.
Poczucie winy wciąż mi towarzyszy. Czasami ogarnia mnie strach. Mówię sobie: „Co ty zrobiłaś? Złamałaś tabu. Nie wywleka się rodzinnych brudów”. Moja mama nie żyje, ale zdarza mi się myśleć, że patrzy na mnie z góry i mnie osądza. Pozostaję wciąż ofiarą manipulacji polegającej na tym, że kiedy dorośli przekraczają wszystkie zasady, dziecko zaczyna się zastanawiać, czy ma prawo protestować, oburzać się, czy ma rację. Kiedy książka się ukazała, wszyscy gratulowali mi odwagi. Nie rozumiałam, o co im chodzi – ja po prostu zdecydowałam się przywrócić w moim życiu właściwy porządek. Nie przewidziałam, że będzie to tak trudne pod względem psychologicznym – za każdym razem, kiedy widziałam w mediach zdjęcia mojego ojczyma, wracały do mnie myśli, że wszystko niszczę. Mimo że to on siał zniszczenie, nie ja.

Sytuacja była o tyle trudna, że pani ojczym was wychował, dbał o wasze wykształcenie, a życie rodzinne bywało też pewnie piękne. Oczywiście poza jego ukrytą, ciemną stroną.
Obie strefy współistniały w naszym życiu. Mój ojczym nie był absolutnym potworem, ale cały stworzony przez niego system polegał na całkowitym zafałszowaniu rzeczywistości. Podobnie dzieje się w przypadku przemocy wobec kobiet. W świecie wywróconym przez osobę perwersyjną do góry nogami w pewnym momencie nie wie się już, co jest dobre, a co złe. Potrzebna jest pomoc psychologa, który pozwoli znowu oprzeć się na fundamentalnych wartościach. Zawsze kiedy zaczynam panikować, myślę o moich dzieciach, i wtedy wszystko staje się znowu oczywiste. Ktoś napisał w prasie, że nie powinno się wyciągać na światło dzienne tak starej historii. Problem polega na tym, że ja żyję z nią od 30 lat! To punkt widzenia agresora.

Jak żyje się przez lata z tak ogromną traumą? W pani przypadku obudziła się ona pewnie, kiedy pani sama miała zostać matką?
Nie do końca. Po narodzinach dzieci wciąż widywałam ojczyma i moją mamę, starałam się za wszelką cenę o jej akceptację. Nie oznacza to, że okłamywałam samą siebie – po prostu próbowałam przeżyć i mieć normalne życie. Największą ranę zadaje świadomość, że najbliższa osoba nas nie kocha. Dlatego, mimo wszystko, wciąż prosiłam moją matkę o miłość. Nadaremnie.

Pani książka jest wzruszającą deklaracją miłości do niej. A przecież nie zareagowała na przemoc, jaka działa się w waszym domu, albo też zareagowała, popadając w depresję. Rodziny sprawców często nie chcą widzieć prawdy, wypierają ją.
Być może powinnam była jej powiedzieć o wszystkim wcześniej, ale widziała przecież, że z moim bratem dzieje się coś niedobrego. Może wiedziała – na rok przed maturą wynajęła mu pokój na mieście pod pretekstem, że trudno z nim wytrzymać, a następnie pisała książki, w których pojawiał się wątek kazirodztwa. Była prawnikiem, znała więc dobrze ten problem. Jednocześnie mama była kimś niezwykłym – obdarzonym wybitną inteligencją, łagodnym, o wielkim sercu. Sama przeżyła jednak tak poważne traumy, że nie była w stanie się po nich podnieść. Nie mam jej tego za złe. Może to była forma ucieczki, która pozwala mi ją wciąż kochać. Dziś jestem dorosła i wiem, że życie jest trudne, szczególnie życie kobiet. Moja mama miała najpierw troje dzieci, następnie pięcioro; rodziców, którzy popełnili samobójstwo; siostrę, która zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. W pewnej chwili się poddała. Dla nas, dzieci, było to bardzo ciężkie doświadczenie – widzieliśmy, jak niknie. Jej zachowanie nie było wymierzone w nas, po prostu nie dawała już rady. Pod koniec szukała pomocy u psychologa, ale nie wierzyła, że ktoś może jej pomóc.

Pani ojciec również nie zareagował, mimo że poprosił go o to pani brat. Czy pani zdaniem była to słuszna decyzja?
To sprawa między nimi. Ojciec dowiedział się o wszystkim po 20 latach, byliśmy już dorośli. Ważne jest, że dzisiaj jest z nami. Nie można przerzucać na niego odpowiedzialności. Nawiasem mówiąc, w tego typu przypadkach działa też motyw zaskoczenia – czujemy się sparaliżowani, nie jesteśmy w stanie działać.

„La familia grande” nie jest jednak dokumentem – to powieść autobiograficzna, ale jednocześnie dzieło literackie, o rzadko spotykanej głębi, świetnie napisane. To pani debiut jako pisarki.
To rodzaj autofikcji – posługuję się elementami wydarzeń z mojego życia, jedne naświetlam, o innych nie wspominam, dokonując artystycznego wyboru. Inaczej... mogłabym po prostu udzielić wywiadu. „La familia grande” jest owocem mojej świadomej decyzji – zdecydowałam, że mam prawo do zabrania głosu. Życie bez możliwości wypowiedzenia się nie jest prawdziwym życiem.

To także książka o prawdzie. Pani sama zawsze jej poszukiwała. Czy dlatego wybrała pani zawód adwokata?
Myślę, że początkowo poszłam w ślady mojej rodziny – mama i ojczym wykładali prawo. Miałam nadzieję, że dzięki temu będę mogła lepiej ich zrozumieć. Myliłam jednak pojęcie prawa z pojęciem sprawiedliwości. Dlatego rzuciłam zawód adwokatki; nie chcę krytykować systemu sprawiedliwości, ale nie pozwala on marzyć o lepszym świecie. A ja mam obecnie ochotę trochę pomarzyć.

Zdecydowany głos prezydenta Emmanuela Macrona i jego małżonki, powstanie ruchu #MeTooInceste denuncjującego akty kazirodztwa, przegłosowanie reformy prawa chroniącego dzieci – spodziewała się pani reakcji w tej skali?
Zaczęłam pracować nad książką po śmierci mojej matki, robiłam to więc przede wszystkim dla siebie, ale jej przyjęcie przez wydawcę wpisało się już na pewno w społeczny kontekst po ruchu #MeToo. Po raz pierwszy ujawniliśmy fakty w 2008 roku – trzeba było czekać 13 lat, aby pojawiła się możliwość dyskusji. Dlatego jestem wdzięczna wydawnictwu Seuil: trzeba było dużej odwagi, aby zaakceptować tak drażliwy temat. Okazało się, że był to odpowiedni moment, reakcje przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Nie byłam jednak sama – wspaniałą pracę prowadzą od lat stowarzyszenia zajmujące się ochroną dzieci. Powiedzmy, że wzięłam udział w walce.

Czy jest pani z tego dumna?
Byłam wychowana w domu, w którym panowało milczenie. Teraz, kiedy ośmieliłam się przemówić, wszyscy zachwycają się moją odwagą. Jestem szczęśliwa, że pomogłam w narodzinach ruchu oddającego sprawiedliwość skrzywdzonym dzieciom. Mam nadzieję, że będzie się je odtąd traktować poważnie, wierzyć im.

Pani rodzina stanęła za panią murem.
Bardzo mnie to wzrusza, tym bardziej że przez całe lata ta historia należała tylko do mnie i mojego brata. Dziś jesteśmy wszyscy bardzo ze sobą związani. Mój ojciec [Bernard Kouchner, były minister spraw zagranicznych – przyp. red.] mocno mnie wspiera. Nasza rodzina mówi nareszcie jednym głosem. To otwiera nas na przyszłość. Żałuję tylko, że moja mama nie może tego zobaczyć. Ona, która powiedziała mi kiedyś, że nic poważnego się nie stało... Może zrozumiałaby, że to nie było skierowane przeciwko niej, że chodziło o sprawiedliwość. Mam nadzieję, że moja historia da siłę wszystkim ofiarom kazirodztwa.

Oddźwięk, z jakim spotkała się pani książka, świadczy o tym, że literatura wciąż potrafi zmieniać świat.
Pragnę w to wierzyć. Mnie samej odwagi dodała lektura powieści o kazirodztwie. Dlatego ośmieliłam się zaatakować system. Przede wszystkim należy być wiernym samemu sobie, nawet jeśli zdarza nam się wątpić czy pomylić. Nie mogłam postąpić inaczej. 

Camille Kouchner rocznik 1975, adwokatka i doktor prawa, córka założyciela organizacji pozarządowej Lekarze bez Granic, politologa i byłego ministra spraw zagranicznych Bernarda Kouchnera, oraz prawniczki i pisarki Évelyne Pisier. Jej rodzina zalicza się do ścisłej francuskiej elity. Po rozwodzie rodziców Camille i jej dwóch braci byli wychowywani przez matkę i ojczyma, znanego politologa Oliviera Duhamela. W 2017 roku, po śmierci matki, Camille przerwała karierę adwokacką, by poświęcić się pracy nad książką „La familia grande”.