1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Planowanie pracy - jak zwiększyć efektywność?

Planowanie pracy - jak zwiększyć efektywność?

Nadmiar obowiązków zawodowych coraz częściej bywa normą. Pracujemy w ciągłym pośpiechu i stresie. Może się wydawać, że nie ma na to dobrego rozwiązania. Co robić? Zainwestować w swoją efektywność. (Fot. iStock)
Nadmiar obowiązków zawodowych coraz częściej bywa normą. Pracujemy w ciągłym pośpiechu i stresie. Może się wydawać, że nie ma na to dobrego rozwiązania. Co robić? Zainwestować w swoją efektywność. (Fot. iStock)
E-maile pozostawione bez odpowiedzi, stos dokumentów do przejrzenia, mnóstwo spraw odkładanych na później, telefonów do wykonania, rozmów do przeprowadzenia. Nie wpadaj w panikę: potrzebujesz tylko chwili, żeby dobrze zaplanować działania.

Nadmiar obowiązków zawodowych coraz częściej bywa normą. Pracujemy z poczuciem ciągłego pośpiechu i w dyskomforcie związanym ze stresem, który wynika z dużej ilości zadań do wykonania. Może się wydawać, że nie ma dobrego rozwiązania: obowiązków nam przecież nie ubędzie, a czas się nie rozciągnie. Co robić? Zainwestować w swoją efektywność. A dokładniej?

– Moja odpowiedź jest prosta: planowanie – mówi Beata Uytenbogaardt, współzałożycielka PEPworldwide Poland, zespołu trenerów i doradców z obszaru efektywności osobistej. – Wielu może kojarzyć się z nudą, sztywnością, ograniczeniami. Ale to nieprawda, bo w planowaniu możemy być kreatywni.

Zdaniem Beaty Uytenbogaardt boimy się planować, bo nie wiemy, jak to robić. Jeżeli się tego nauczymy, zauważymy, że czas można „wrzucić” do kalendarza, wreszcie zacząć nim zarządzać, a także (czemu nie?!) bawić się nim.

Kalendarz to jedno z magicznych narzędzi planowania, drugim jest lista zadań. Beata Uytenbogaardt tłumaczy, że są zadania ważne i mniej ważne. Zajmujemy się tymi ważnymi, a nieważnymi się nie zajmujemy. Po prostu. Ważne sprawy natomiast są albo pilne, albo niepilne. Od razu wykonujemy pilne, a niepilne planujemy. Musimy nauczyć się nimi sprawnie żonglować. Odczujemy, że planowanie jest wolnością, kiedy wytrenujemy w sobie nawyk robienia rzeczy od razu. „Zrób to od razu” jest złotą zasadą planowania!

– Warto sobie uświadomić, że mamy pewną brzydką cechę, a nazywa się ona: „odkładanie” – mówi Beata Uytenbogaardt. – A skoro już to wiemy, możemy zastanowić się, co zrobić, żeby nie odkładać. Najlepszym sposobem na nieodkładanie jest – to logiczne – robienie rzeczy od razu. Często kojarzy się to jednak z robieniem rzeczy naraz, a to zupełnie inna bajka. Mamy wykonywać zadania po kolei, co oznacza, że coś musimy ułożyć w pewnym szeregu.

Czyli wziąć do ręki kalendarz i poustawiać czas na dane sprawy. Czas jest jedną linią, nie mamy dwóch czasów, trzech ani czterech. Dlatego tak łatwo jest się nauczyć planować. Musimy poukładać na jednej linii swoje sprawy. Proste? Żeby wypracować w sobie nawyk robienia rzeczy od razu, eksperci PEPworldwide zalecają wdrożyć w życie i konsekwentnie realizować kilka nieskomplikowanych zasad.

Zasada 1: Rób najpierw rzeczy trudne i niemiłe

Odkładamy wykonywanie tych zadań, których nie lubimy albo uznajemy za zbyt skomplikowane. Warto jednak uniknąć stresu związanego z oczekiwaniem na moment, w którym i tak będziemy musieli się z nimi zmierzyć.

– Jeśli masz na przykład trzy rzeczy do zrobienia: pierwsza z nich jest fajna i łatwa, druga jest OK, ale niezbyt ciekawa, bo na przykład rutynowa, a trzeciej nie znosisz robić – zwykle zaczynasz od pierwszej, potem przechodzisz do drugiej i wykonujesz ją tak długo, że na trzecią nie ma już czasu. Oczywiste jest, że nie czujesz się z tym dobrze – mówi Beata Uytenbogaardt.

Co robić? Zaczynać od trzeciej sprawy. Wtedy nie tylko zajmie ci ona mniej czasu, ale równocześnie, gdy się już z nią uporasz, wygenerujesz dużo pozytywnej energii. Z werwą zajmiesz się sprawą pierwszą i drugą i jeszcze zostanie ci sporo czasu oraz przekonanie, że jesteś świetna.

Zasada 2: Wykonuj zadanie, gdy jest ono jeszcze proste do zrobienia

Drobne problemy lub łatwe zadania, do których nie weźmiemy się od razu, mogą urosnąć do rangi dużych, do rozwiązania których będzie potrzeba już więcej czasu i energii. – Często odkładamy zadania proste i znane – mówi Beata Uytenbogaardt. – Chodzi tu na przykład o napisanie sprawozdania z zebrania, które tuż po spotkaniu zajmie nam 15 minut, ale za kilka dni będzie już wymagało poświęcenia na przykład godziny. Można to porównać do koszenia trawnika latem: jeśli skosisz trawę, gdy urośnie tylko trochę, będzie to zadanie łatwe. Przestanie być proste, gdy urośnie wyższa. Lepiej temu zapobiegać, planując koszenie trawy regularnie.

Zasada 3: Ogranicz zakłócenia

Na początek kilka przykładów:
  • Już prawie kończysz projekt, a tu nagle dzwoni telefon, odbierasz i rozpraszasz się tak bardzo, że spóźniasz się z oddaniem pracy na czas.
  • Próbujesz skoncentrować się na pisaniu, ale co jakiś czas sprawdzasz pocztę, bo czekasz na ważną wiadomość.
  • Chcesz zadzwonić do szefowej w pilnej sprawie, ale nagle podchodzi do biurka koleżanka. Przez dłuższy czas rozmawiasz z nią i zapominasz o sprawie, którą miałaś załatwić, a to nie jest dla ciebie korzystne.
– Tak zwane przeszkadzacze będą pojawiały się zawsze – mówi Beata Uytenbogaardt. – Jeżeli na to pozwolimy. Jeśli nie dajemy sobie na nie zgody – wyciszamy telefon, wyłączamy alarmy i powiadomienia o przychodzącej poczcie. Zaskakująco dużo zależy od nas samych. To, na ile odetniemy się od zakłóceń, w dużym stopniu powiązane jest z planowaniem.

Jeżeli postanowisz, że na dane zadanie masz pół godziny, zrobisz wszystko, żeby te 30 minut spożytkować jak najlepiej i nie ulegniesz „przeszkadzaczom”. Ile czasu sobie dajesz, tyle wykorzystujesz.

Beata Uytenbogaardt twierdzi, że często wysyłamy sygnały, żeby nam przeszkadzano. Jeśli robią to inni ludzie, to tylko na nasze życzenie. Jedynie my jesteśmy odpowiedzialni za otwarcie się na komunikację ze światem. Trzeba jednak przy tym wszystkim pozostać elastycznym, bo odebranie pilnego telefonu czy zamiana kilku zdań z koleżanką mogą być ważniejsze niż dokończenie jakiegoś zadania w danym momencie.

Są również „przeszkadzacze” wewnętrzne. Na przykład: pracujesz, siedzisz przy biurku, piszesz i myślisz: „miałam zadzwonić do lekarza, muszę to zrobić, ale nie teraz”. Tak się dzieje, jeśli rzecz, którą się zajmujemy, jest trochę nudna, rutynowa. Jeżeli taka myśl cię dekoncentruje, natychmiast należy zaplanować jej realizację. Masz odebrać płaszcz z pralni? Ile czasu ci to zajmie? Którego dnia możesz to załatwić? W czwartek o godz. 18.00. „Wrzucasz” pralnię do kalendarza i przestajesz o niej myśleć.

– Dzięki temu nie będziesz musiała na przykład przejeżdżać czwarty raz koło sklepu z żarówkami z myślą, że ciągle ich nie kupiłaś, bo nie masz czasu – mówi Beata Uytenbogaardt. – Dlaczego nie masz na to czasu? Bo kupienie żarówek nigdy nie znalazło się na liście zadań do zrobienia.

Zasada 4: Popraw koncentrację

Wystarczy, jeśli na bieżąco sporządzasz listę spraw do załatwienia, planując czas na ich wykonanie, oraz nie rozpraszasz się przez robienie kilku rzeczy naraz – i od razu łatwiej o skupienie na zadaniu.

– Koncentrację zaburzają nam drobne, zaległe rzeczy do zrobienia – mówi Beata Uytenbogaardt. Swoim klientom proponuje ćwiczenie polegające na wypisaniu na kartce wszystkich pomniejszych spraw do załatwienia: prywatnych i zawodowych, których nie zrobili przez ostatni miesiąc i mają je „z tyłu głowy”. Na przykład: kupienie córce trampek na WF, zaniesienie butów do szewca, zrobienie porządku z e-mailami, zamówienie wizytówek. Takich rzeczy się nie planuje, a to błąd. Zrób zatem listę zaległości, oszacuj, ile te rzeczy mogą ci zająć czasu, i zastanów się, kiedy będziesz mogła je zrealizować.

Zasada 5: Wykonuj każdą czynność tylko raz

Gdy zajmiesz się już czymś, nie odkładaj tego – doprowadź tę czynność do końca! Wracając do niej, stracisz czas na przypomnienie sobie tematu lub ponowne wdrożenie się w wykonanie zadania. Rób raz, a skutecznie.

– Ile razy czytamy e-maila, zanim na niego odpowiemy? – pyta Beata Uytenbogaardt. – Dlatego kiedy przychodzi e-mail, trzeba zadać sobie pytanie: mam coś z nim zrobić czy nie? Jeśli tak – teraz czy potem? Jeśli potem, to kiedy? I od razu planujemy zadania na potem.

Generalna zasada, jaką powinnaś przyjąć, brzmi: jeżeli chcesz wykonywać czynność raz, musisz ją wykonać do końca. Dlatego e-maile dobrze wrzucać do odpowiednich folderów, oznaczać, włączać „przypominacze”, a odpowiadanie na nie umieszczać w kalendarzu albo na liście zadań.

Warto wypracować sobie system, który ułatwi życie, korzystając z nowoczesnej technologii. Jeśli masz do czynienia z większymi zadaniami, typu projekt architektoniczny czy pisanie książki, dobrze jest podzielić je na etapy, które doprowadzasz do końca. Tym sposobem będziesz pracować w poczuciu, że nie cofasz się, tylko ciągle kroczysz do przodu. Zrobisz więcej i w krótszym czasie.

– Dzięki planowaniu według zasad PEP zyskujemy wolność. W wyborze zadań i w ich realizacji. Mamy z tego frajdę i poczucie spełnienia – mówi Beata Uytenbogaardt. – Stosuję je z powodzeniem, a jestem bardzo aktywna zawodowo. Do tego mieszkam w Holandii, a pracuję w Polsce. I nie mam wrażenia, że mi coś ucieka, wręcz przeciwnie: mam przekonanie, że realizuję wszystko, co chcę.

Planowanie daje dobrą kontrolę nad rzeczywistością. Gdy ją czujemy, od razu rozwiązuje się problem pod tytułem: „och, mam tyle pracy, nie dam rady!”. Przestajemy być ofiarą i wchodzimy w rolę bohatera swojego życia. Rządzimy czasem. No bo kto tu jest ważny? Ja czy on – ten tak zwany czas? Ja! Proste, tylko trzeba to sobie uświadomić i wprowadzić w życie. Jeśli planowanie pozostaje tylko w teorii, nie przynosi efektów. A przecież chodzi o to, żeby w dzisiejszym zabieganym świecie pracować mądrzej, a nie ciężej.

Beata Uyten-Bogaardt, współzałożycielka PEPworldwide Poland, zespołu trenerów i doradców z obszaru efektywności osobistej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Repair café, adopcja słoni i ekolektury – ekologiczne ciekawostki miesiąca

Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Co słychać na świecie pod kątem ekologii? Oto nasz wybór ekologicznych ciekawostek miesiąca.

E-mail od burmistrza

Jak przekonać ludzi, by zredukowali mięso w diecie? Pomysły są różne. Na przykład burmistrz Nowego Jorku wysłał do mieszkańców miasta e-maile. Można w nich przeczytać, że jedzenie mniejszej ilości mięsa jest lepsze i dla każdego z nas, i dla planety. Są też konkretne wskazówki – opracowane z kampanią World Animal Protection – pokazujące, jak to zrobić w praktyce. Skąd pomysł? To część strategii OneNYC. Chodzi o walkę z kryzysem klimatycznym, a także poprawę zdrowia mieszkańców.

Sąsiedzkie naprawianie

O holenderskich repair café pisałam kilka miesięcy temu. Bo pomysł narodził się w Amsterdamie w 2009 roku. W kawiarenkach naprawczych spotykają się ludzie, którzy mają zepsuty sprzęt gospodarstwa domowego, sportowy czy inny (także ubrania) – z tymi, którzy kochają majsterkować i, po sąsiedzku i z pasji, naprawiają. Pomysł z Holandii rozszerzył się niemal na cały świat. W 2010 roku powstała międzynarodowa fundacja Repair Café, która pomaga tworzyć takie miejsca. W Polsce pierwsze powstały w Pile, Warszawie i Katowicach. Ale teraz jest już cała sieć. Są i „ogólnonaprawcze”, i specjalistyczne. Na przykład Rowerowe Love w Bielsku-Białej czy Szkutnia Veolia w Chorzowie. Jeśli chcecie znaleźć tę najbliższą was, zajrzyjcie na kawiarenkinaprawcze.pl.

Słonie zagrożone

Wyobrażacie sobie, że wasze praprawnuki słonie będą znać tylko z obrazków w książeczkach? To niestety możliwe. Słonie wymierają. Wszystkie gatunki słoni: afrykański sawannowy, afrykański leśny i indyjski, 25 marca zostały wpisane do czerwonej księgi Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), w której wylicza się gatunki zagrożone. Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. W najgorszej sytuacji są afrykańskie słonie leśne – w ciągu ostatnich 90 lat ich populacja zmniejszyła się aż o 80 proc. Afrykańskich sawannowych – o 60 proc.

Słonie zabijane są przez kłusowników dla kłów i dla skóry, która stanowi składnik pseudo-medykamentów. Zmniejsza się też naturalna przestrzeń, w której żyją te zwierzęta – lasy i sawanny. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! – zachęca WWF. „Adopcyjny rodzic” dostaje certyfikat z imieniem własnym i podopiecznego. Drobiazg? Nie. Realna pomoc.

Ekolektury

Jak się kochają

Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)

To jest opowieść o miłości. Wśród ptaków. Napisana przez człowieka, który na ptakach zna się jak w Polsce mało kto – to doktor Andrzej G. Kruszewicz, ornitolog i dyrektor warszawskiego zoo. Zaczyna się od wyjaśnienia, dlaczego samce są piękniejsze od samic, dowiadujemy się też, dlaczego ptaki śpiewają, a kolejne rozdziały to opis obyczajów godowych poszczególnych gatunków. Są swojskie kukułki, wróble i bociany, a także rajskie ptaki czy dzioborożce. „To tylko próba uchylenia zasłony skrywającej naprawdę wielkie tajemnice, które czekają na swoich odkrywców – pisze autor. – Każdy uważny obserwator może we własnym ogrodzie czy pobliskim parku obalić istniejące teorie i sformułować nowe. Wystarczy patrzeć i rozumieć, co się widzi”. W zrozumieniu książka doktora Kruszewicza na pewno nam pomoże.

Korzenie i nasiona

Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)

Joergen posadził kasztanowiec na farmie w Iowa. Każdego 21. dnia miesiąca robił mu zdjęcie. Potem ten dziwny obowiązek przejął jego syn. Potem syn syna. Ma, który do amerykańskiej ziemi obiecanej przyjechał z Szanghaju, na podwórku domu w Wheaton w Illinois zasadził morwę. Leonard każdemu ze swoich dzieci, jeszcze przed ich narodzinami, wybierał drzewo. A te rosły razem z jego synami i córkami. Są Ray i Dorothy, dla których drzewa, przynajmniej na początku, nie znaczą nic. Jest Douglas, któremu figowiec w Tajlandii ratuje życie. A on spłaca dług.

Opowieści jest dziewięć. Każda nieskończona. Niedopowiedziana. Każda z drzewem w tle. A może w roli głównej? Wreszcie wszystkie te historie się splatają. Tworzą opowieść o Ziemi. O nas. O przyszłości i o katastrofie. Poruszające. Świetnie napisane.

Dzikie życie

Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)

Matka Markusa zachorowała. Stwardnienie rozsiane. Patrzył, jak gaśnie. Nie umiał poradzić sobie z własnym cierpieniem – aż odkrył bieganie. To dało mu i zapomnienie, i szczęście. Aż przyszła kontuzja. Żeby poradzić sobie z kolejną klęską i pustką, Markus wyprowadził się do lasu, dzikiego lasu w szwedzkim regionie Jämtland. Spędził tam samotnie cztery lata. Ten czas go uratował. Pozwolił usłyszeć własne myśli. Pogodzić się z tym, co nieuniknione. Teraz ma dwa życia. W jednym jest mężem i ojcem. W gospodarstwie – też na łonie natury, ale z pralką, lodówką i ciepłym prysznicem. Jego drugie życie to nadal las. Do którego ucieka, z którym zapoznaje swoje córki. I nas. Ta książka to prosty przewodnik po „dzikim życiu”. Jak przygotować legowisko z gałęzi świerku, jak się ubrać, żeby zimą nie marzły stopy, jak ugotować na ognisku owsiankę. Piękne zdjęcia do książki zrobiła żona Markusa Frida. Warto.

  1. Styl Życia

Czy zabraknie nam wody?

My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
Odkręcasz kran… i nic. Sucho. To na razie, przynajmniej w Polsce, nam nie grozi, ale istotne jest sformułowanie „na razie”. Bo klimat się ociepla, a ilość słodkiej wody na kuli ziemskiej zmniejsza. Co możemy zrobić, żeby nie dopuścić do katastrofy? Warto o tym pomyśleć. 17 czerwca obchodzimy Światowy Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszą. Rozmawiamy z dr Jarosławem Suchożebrskim z Katedry Geografii Fizycznej Uniwersytetu Warszawskiego.

Co jakiś czas namawiają nas, żebyśmy pomagali budować studnie w Sudanie. I wiele osób się w to angażuje, wpłaca jakąś sumę – w poczuciu komfortu. Ratujemy Sudan, ale przecież nasze studnie nigdy nie wyschną, a w kranie zawsze będzie woda. Nawet jeśli jest susza, to przyjdzie deszcz, rzeki wzbiorą i będzie dobrze. Czy rzeczywiście będzie dobrze?
W tym roku mieliśmy sytuację wyjątkową, a właściwie taką, która powinna być normą. Czyli po długim okresie suchych wiosen wreszcie wiosna była mokra, więc na chwilę zażegnało to groźbę suszy. Ale już znowu zaczęło się robić sucho, opada poziom wody, zaraz znowu będzie problem.

Na czym właściwie polega ten problem? Przecież w końcu przyjdzie deszcz, żyjemy w takim klimacie, że deszcze u nas padają, częściej niż w Sudanie.
Problem polega na tym, że w naszym kraju pomimo mniej więcej stałej sumy opadu w ciągu roku, zmienia się ich rozkład w czasie i przestrzeni. Coraz częściej zdarza się tak, że mamy miesiąc czy dwa prawie bez deszczu i pojawia się problem suszy, a potem w ciągu kilku dni spadnie tyle opadu, ile powinno pojawić się w sumie w danym miesiącu. I nagle po suszy pojawiają się powodzie. A jeżeli mamy gwałtowne opady deszczu, to woda – głównie na obszarach miejskich, gdzie jest gęsta zabudowa, a podłoże jest uszczelnione – bardzo szybko spływa. Szybko spływająca woda nie zdąży wsiąknąć i zasilić wód podziemnych, czyli nie podniesie ich poziomu. A głównie właśnie z wód podziemnych korzystamy, by zaspokajać nasze potrzeby komunalne, szczególnie w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Czyli nawet jeśli są opady, ale gwałtowne, to poziom wód podziemnych może cały czas opadać. To jedna sprawa. A druga – z roku na rok powtarzają się bezśnieżne zimy. To, co w dużej mierze zasila wody podziemne, to woda z topniejącego śniegu. Roztopy odgrywają bardzo dużą rolę w zapewnieniu odpowiedniej ilości wody w glebie na wiosnę, dla roślinności. Jeśli mamy bezśnieżną i bezdeszczową zimę, to te zasoby ulegają uszczupleniu i pojawia się problem suszy w rolnictwie.

I ma to związek ze zmianami klimatu, o których w ostatnim czasie dużo i głośno mówimy?
Tak, do tego dochodzi coraz wyższa średnia temperatura w ciągu roku. Chłodna wiosna w tym roku może być dla niektórych argumentem, że nic się nie dzieje, że żadnych zmian klimatu nie ma. Tylko pamiętajmy o tym, że mieliśmy bardzo ciepłą zimę. W kolejnych miesiącach średnia temperatura była wyższa niż w ciągu wielu lat. Chłodna i dość mokra wiosna nas uspokoiła, myślimy, że nie ma problemu, ale on jest. Narasta od wielu lat. Nawet jak się zdarzy rok czy dwa lata „normalne”, to nie załatwia sprawy, bo w skali kuli ziemskiej, ale też i naszego kraju, średnia temperatura rośnie.

A gdyby zabawił się pan w proroka: co nas czeka w najbliższym czasie?
Zawsze najtrudniej jest być prorokiem i to jeszcze wieszczącym nie najlepiej. Ale to, co można powiedzieć z dużą pewnością, tu hydrolodzy i klimatolodzy są zgodni: czeka nas nasilenie zjawisk ekstremalnych. Czyli burze z gwałtownymi opadami powodującymi powodzie, a potem długie okresy z suszą. Na to musimy być przygotowani i w miastach, i na wsi.

Ale możemy chyba liczyć na to, że w końcu wielkie mocarstwa się dogadają i wdrożą energiczny program naprawczy, żeby przeciwdziałać ocieplaniu się klimatu skuteczniej niż do tej pory?
Powiem szczerze, że ja tu jestem sceptykiem. Ta kula śnieżna już nabrała tempa, już się toczy i naprawdę trudno będzie ją teraz zatrzymać. Musiałoby to być jakieś rzeczywiście radykalne działanie, żeby zahamować wzrost średniej temperatury na kuli ziemskiej. Spójrzmy na to, co dzieje się z pokrywą lodową na morzach i oceanach. Lody Arktyki czy Grenlandii topią się coraz szybciej. Znikają lodowce górskie. To proces, który nabiera tempa i chyba nie da się go już powstrzymać. Raczej musimy się przyzwyczajać i adaptować do zmian klimatu. Bo ich nie zatrzymamy. Możemy co najwyżej próbować je spowalniać.

A co możemy zrobić my, zwykli ludzie, żeby w codziennym życiu jakoś ratować sytuację? Nauczyliśmy się już, żeby zakręcać kran podczas mycia zębów. Robimy to i często do tego sprowadza się nasza „pro-hydrologiczna” działalność.
To jest najprostsze i bardzo skuteczne! Oszczędzamy w ten sposób wodę słodką, a to z nią jest problem. My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej.

Która jest nam niezbędna do życia.
Tak, to prawda. Oszczędzanie wody to jedno. Drugie to próba magazynowania tej wody, czyli jej retencjonowania. Najprostszy zaś sposób na jej magazynowanie, to pozwolić wodzie swobodnie wsiąkać. Zawsze mówię – ze smutkiem – że Polacy są fanami kostki bauma. Wszystko jest nią wykładane albo zalewane asfaltem. Sami niejako w ten sposób napędzamy problem, bo pozwalamy, żeby woda szybko odpływała z naszego otoczenia. Nie chcemy, żeby nas zalewało. Ale w ten sposób przesuwamy jedynie problem gdzie indziej. Czyli nas nie zaleje, woda odpłynie do kanalizacji i kłopot będzie gdzieś dalej, zaleje sąsiadów.

Z drugiej strony każdy chce dojść do domu suchą nogą, nie po błocie.
Zgadza się, ale są rozwiązania pośrednie. Nie musimy całej działki wykładać kostką bauma. Dla mnie kompletna zgroza to budowane teraz te osiedla, które nazywam kurnikami – betonowa kostka wszędzie i trzy metry kwadratowe wybiegu gdzieś za domami. A potem ludzie na tym betonie ustawiają rośliny w donicach i to ich jedyna zieleń. Woda, która spadnie podczas deszczu, nie ma gdzie wsiąkać, odpływa więc po powierzchni, zalewa garaże, powoduje powstanie powodzi miejskich.
Czyli kolejna rzecz to rozszczelnianie tych zabetonowanych powierzchni – dla miast to najlepszy sposób na radzenie sobie nie tylko z powodziami, ale i z suszami. Bo jeśli uda nam się skierować wodę do gleby, do wód podziemnych, to rośliny będą dłużej miały z czego czerpać i w ten sposób łagodzimy skutki suszy.
No i pieśń przyszłości – recykling wody, czyli wykorzystanie wody zużytej. Przykład: większość wody w naszym gospodarstwie domowym zużywana jest w toalecie, pod prysznicem, do mycia naczyń i prania. Ale woda z pralki czy zmywarki, szczególnie z procesów płukania, mogłaby być wykorzystywana do spłukiwania toalety. Do tego celu nie potrzebujemy przecież wody o jakości wody pitnej. Tak się gdzieniegdzie już dzieje.

Gdzie?
To na razie rozwiązania drogie, więc stosunkowo rzadko stosowane.

Rozumiem, że to jest kierunek, którym będziemy iść w przyszłości?
Tak. Kolejny i dużo łatwiejszy sposób to gromadzenie i wykorzystywanie deszczówki. Ona też może być używana nie tylko do podlewania ogródków, ale też np. do spłukiwania toalet. Powinniśmy dążyć do tego, żeby tego typu rozwiązania stały się powszechne.

Woda jest nam niezbędna do życia. Teoretycznie wszyscy to wiemy. Nikt nie wyobraża sobie, żeby mogło jej zabraknąć – a to przecież całkiem realne. Nie chcę nikogo straszyć, ale warto mieć tego świadomość. Troszczmy się więc o wodę!