1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Co nam daje nauka tańca?

Co nam daje nauka tańca?

Taniec daje nam wiele emocji. Wyrzuca złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. (Fot. Getty Images)
Taniec daje nam wiele emocji. Wyrzuca złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. (Fot. Getty Images)
Na podstawowym poziomie chodzi o naukę kroków. Na wyższym – o akceptację siebie. Amatorzy, których uczy tańczyć Piotr Lewandowski, rozkwitają, nabierają pewności siebie i rywalizują w turniejach z zawodowcami.

Od jak dawna tańczysz?
Grubo ponad 20 lata.

Kto przychodzi na twoje zajęcia i – choć to może dziwnie zabrzmi – po co?
Motywacje są bardzo różne. Zaczyna się zwykle od podstawowej – by nauczyć się tańczyć. Ale w trakcie kursu uczestnik odkrywa coraz to nowsze rzeczy, które daje taniec. Do mnie przychodzą prawie same panie. I wszystkie przyznają, że dzięki tańcowi zaczynają się czuć bardziej kobieco. Nagle zauważają swoje biodro, gdy się porusza. Stają się bardziej świadome swojego ciała.

Bardziej sexy?
Tak, ale na początku, widząc siebie w lustrze, są onieśmielone. Każdy ma swoje kompleksy. Taniec uczy, by nie zwracać na nie uwagi. Akceptować siebie, skupić się na tym, co jest do wykonania. Wyrzucić emocje i czerpać przyjemność z ruchu. I tutaj bardzo istotną rolę odgrywa trener. On jest nie tylko nauczycielem tańca, ale także coachem, a nawet psychologiem. Musi wyczuć, w jakim nastroju jest dana osoba. Zbudować w niej poczucie wartości, pewność siebie – i dopiero wtedy można przechodzić na wyższe poziomy nauki. Czasami kursantki przychodzą z jakąś blokadą. I wtedy niczym psychoanalityk muszę nad tym popracować. Ostatecznie w tańcu problem albo zostanie zasymilowany, albo kobieta wyrzuci go z siebie.

Kozetkę psychoterapeuty zamieniasz na lustro w sali tanecznej?
Dokładnie. Mam znajomego neurologa, który mówi, że taniec to doskonała terapia, i gdyby mógł, to przepisywałby go każdemu. Był ze mną na kilku wyjazdach warsztatowych w Toskanii i widział, jakiej metamorfozie ulegają kobiety.

Wróćmy do motywacji tańczących. Jakie są te mniej oczywiste?
Wiele osób traktuje taniec jak formę fizycznej aktywności. Zwłaszcza panie. Już po kilku zajęciach poprawia im się sylwetka i jędrność ciała. Zawodowi tancerze słyną przecież ze smukłych kształtów.

W Pro-Am, systemie, który propaguję, uczymy tańca podczas indywidualnych lekcji z zawodowcem. Dla niektórych to kolejny etap rozwoju tanecznego. I to dynamicznego rozwoju – doświadczony kursant kolejne poziomy pokonuje o wiele szybciej. Ale również amatorzy radzą sobie świetnie. Do tego stopnia, że występują podczas branżowych turniejów lub pokazów, oczywiście w parze z zawodowcem. To taki „Taniec z gwiazdami” w mikroskali. Dla wielu to spełnienie marzeń. Wiek nie gra roli. Przychodzą do nas także osoby starsze, już na emeryturze. Mamy na przykład 71-latka, który tańczy od 10 lat. Jest zachwycony. Niedługo będzie brał udział w turnieju.

Czy mężczyźni także budują swoją pewność siebie poprzez taniec?
Taniec w ich przypadku jest jednym ze sposobów, w jaki mogą zaimponować kobiecie. Mam mnóstwo kursantów, którzy przychodzili na zajęcia bez koordynacji ruchowej i poczucia rytmu. Ale wystarczyło nauczyć ich kilku prostych ruchów, dać podstawę w krokach, by poczuli się komfortowo na parkiecie.

Kiedyś chodziłem na milongi. Imponowała mi pasja, z jaką ludzie podchodzą do tanga, i ogromny międzypokoleniowy przekrój – od nastolatków po siedemdziesięcioparolatków.
Bo tak naprawdę taniec nie zna granic, a już na pewno nie są to granice wiekowe. Dla pań najważniejsze jest to, by mieć dobrego partnera, i wsłuchać się w niego. A na milongi chodzą pasjonaci, panowie, którzy potrafią prowadzić w tańcu, więc kobiety czują na parkiecie duży komfort. Poza tym tango uczy obecności. Partnerzy są nie tylko wewnętrznie skupieni, ale też maksymalnie skoncentrowani na sobie jako parze. Uczestnicy milong, sals czy zajęć w ramach Pro-Amu tworzą bardzo barwne, wesołe społeczności. Bo taniec to jest styl życia. Ludzie, którzy tańczą, mają nie tylko wspólną pasję, ale też jeden język, powiedziałbym nawet „slang”, i wspólne doświadczenia. Tworzą fora, blogi taneczne, opisując metamorfozę, jaką przeszli pod wpływem tańca – wrzucają swoje zdjęcie „przed” i „po”. To są też wspólne imprezy, turnieje, szukanie nowinek... Pod wpływem grupy chcą się jeszcze bardziej doskonalić. Zaczynają dbać o siebie, lepiej się odżywiać, wysypiać – w tańcu narzędziem jest w końcu ciało. Kobiety szyją sobie specjalne stroje, robią makijaże, fryzury – taniec staje się dla nich świętem, odpoczynkiem od codzienności.

Czy zdarza się, że na zajęcia do Pro-Am trafiają ci, którzy mają jakiś życiowy zakręt?
Różnie to bywa. W naszym systemie tańca uczą się osoby o zróżnicowanym statusie społecznym i sytuacji życiowej. Są single, którzy potrzebują się wyszaleć, i pracujące kobiety z dziećmi, które chcą mieć chwilę dla siebie. Na zajęciach odnajdują się na nowo. Znam kobiety, które dotychczas nie wyjeżdżały nigdzie same, tylko z rodzinami, nawet na zakupy. A teraz, dzięki tańcowi, zaczynają dostrzegać swoje potrzeby. Taniec staje się odskocznią od szarego życia. Wentylem bezpieczeństwa dla problemów. Czasami dzwoni do mnie kursantka i mówi: „Chcę umówić się na lekcję. Dzisiaj. Mam w pracy taką zadymę, że muszę to gdzieś odreagować”.

Umożliwiacie waszym kursantom udział w profesjonalnych turniejach. Co im to daje, oprócz – jak przypuszczam – ogromnej tremy?
Nie bez powodu w parze jest zawsze amator i profesjonalny tancerz. Oboje się wspierają, przy czym gwarantuję, że to amator ma mniejszą tremę. Nikogo nie namawiamy na udział w turnieju po miesiącu czy dwóch nauki. To byłoby zbyt stresujące. Czas przygotowania jest bardzo indywidualny. Znam osoby, które po trzech miesiącach czuły się już na siłach, a są takie, którym to zajęło rok, półtora. Turnieje są dodatkową motywacją i prawdziwą próbą charakteru. Jeśli uda ci się opanować stres i dobrze wypaść, zaczynasz wierzyć, że nie ma rzeczy niemożliwych. Po czymś takim nauka na zwyczajnej sali tanecznej to już czysta przyjemność.

Kilka lat temu znajomy, Michał Malitowski, zaprosił mnie do programu „Got to dance”. Wystąpiłem w nim ze swoją partnerkę z Pro-Amu, panią po 40, poważną business woman, z mężem, rodziną. Rano przyszliśmy na nagranie, a tam tłum ludzi, na dodatek same zespoły. Tu się rozgrzewają, tu grają, tam scena i kamery… Moja partnerka wpadła w panikę. W parę godzin musieliśmy się ogarnąć. Wieczorem było nagranie na żywo i wszystko ostatecznie fajnie wyszło. Dlatego jestem zdania, że na pokazach czy konkursach ludzie mogą się sprawdzić w nowej roli, zmierzyć ze strachem. Uczą się radzić sobie z trudnymi emocjami.

Poza tym atmosfera na turniejach jest bardzo nobilitująca. Staramy się je zresztą właśnie dlatego urządzać w niecodziennych miejscach. Były już w Filharmonii w Szczecinie czy w Kopalni Soli w Wieliczce, 128 metrów pod ziemią. W takim otoczeniu uczestnicy czują, że te emocje, te chwile są bezcenne. Wyjeżdżamy też na pokazy za granicę – z pierwszą kursantką z Pro-Amu byłem w Hongkongu. Łączymy to także z podróżami pod hasłem „weekend dla siebie”.

A jak sam wspominasz zawodowe turnieje, w których brałeś i bierzesz udział?
Pamiętam szczególnie dobrze Mistrzostwa Niemiec w Mancheim. Miałem wtedy 14–15 lat. Z moją partnerką udało mi się wejść do finału. Cała sala pełna. Kilka tysięcy osób. Duża orkiestra, muzyka na żywo. Pary przedstawiane z imienia i nazwiska. Kiedy to się dzieje, to na parkiecie tracisz niemalże świadomość. Odpływasz i nie wiesz, co się z tobą dzieje. A masz zatańczyć. Robisz to więc w jakiejś euforii, której nie jesteś w stanie kontrolować. Bo technicznie to wszystko już dawno masz wyćwiczone.

Podobne odczucia miałem podczas Mistrzostw Polski na warszawskim Torwarze. Pełna sala ludzi, 3–4 tys. osób, telewizja. W takich warunkach włada tobą podświadomość. To jest nie do opisania. Trzeba to poczuć. Czujesz się jak podczas premiery na scenie. Bo tancerz jest aktorem. Odgrywa różne role. Raz jest romantycznym kochankiem, a raz dzikim torreadorem. Przepuszcza przez ciało muzykę – jedno z drugim musi być więc zsynchronizowane. Czysta symbioza. Do tego jeszcze dochodzi interakcja z otoczeniem – gdy ogląda cię 2 tys. osób, czujesz ogromną dawkę energii, jeśli potrafisz przeciągnąć ją na swoją stronę, wygrywasz.

Znasz jakąś osobę, która dzięki nauce tańca przeszła prawdziwą metamorfozę?
Nawet kilka. Wszystkie niezwykle się otworzyły, nabrały pewności siebie, ale też i pokory. Stały się dojrzalsze emocjonalnie – otwarcie mówią, co czują.

Szkoła tańca szkołą życia?
My mówimy: „dance ma sens”. Siedemdziesięciolatek, o którym wspominałem, twierdzi, że odkąd w wieku 60 lat zaczął tańczyć, zaczął żyć. Przeżywa teraz swoją drugą młodość. Tyle tylko, że nie ma o czym rozmawiać z rówieśnikami: oni opowiadają o serialach, chorobach i wnukach, a on ma mnóstwo energii i nowych celów do osiągnięcia. No i prawdziwą pasję – taniec.

O co ty byłbyś uboższy, gdyby nie taniec?
Na pewno o wiele emocji. Bo taniec cię na nie otwiera. W dzień je zwykle skrywamy, na parkiecie uwalniamy. Dlatego taniec tak odstresowuje i relaksuje. Wyrzuci z ciebie złość, doda radości – w ruchu wyzwalają się przecież endorfiny. Poza tym taniec to forma sztuki, tańcząc, stajesz się artystą. Kontaktujesz się nie tylko ze swoim umysłem i ciałem, ale też z duszą. Ja, gdy wchodzę na parkiet, od razu się uśmiecham.

Piotr Lewandowski zawodowy tancerz najwyższej międzynarodowej klasy tanecznej S, instruktor, finalista turniejów tanecznych w Polsce i w Europie. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Taniec serca - na czym polega biodanza?

Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Patrzysz komuś w oczy, dotykasz go tylko przedramionami, oboje poruszacie się w swoim rytmie… Kilka sekund i zmiana partnera. Po dwóch godzinach jesteś pełna euforii, miłości do świata i akceptacji. Możliwe? David Goodman, nauczyciel biodanzy, twierdzi, że jak najbardziej.

Kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z pojęciem „biodanza”?
Byłem już wtedy naukowcem i psychoterapeutą, ćwiczyłem też różne formy tańca. Na biodanzę natknąłem się na jakimś festiwalu. Od razu zauważyłem, że jest silnie związana z intymnością pracy psychoterapeutycznej. Chociaż to było dziewięć lat temu, to nadal pamiętam kobietę, która jej uczyła. W jej ruchach widziałem smutek, który spowijał jej życie, ale też ogromną miłość do dzieci. Zrozumiałem, że biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. I to właśnie w niej fantastyczne – ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. Kiedy się go uczysz, dowiadujesz się, jak zmierzać uczuciami w tę samą stronę, co ciałem.

No właśnie, na czym dokładnie polega ten taniec?
Biodanza to taka unia tańca i tantry. Ruchu tanecznego, miłości i radości. Oferuje znacznie więcej możliwości niż zwykły taniec. Pozwala dawać miłość innym, ale też ją przyjmować. Nie tylko pojedynczym osobom, ale także grupie. W nieseksualnej formie – to bardzo ważne. Pozwala wyrażać siebie jako osobę delikatną, troskliwą, odważną. Możesz być kimś, kim wiesz, że chcesz być, właśnie dzięki tej akceptacji grupy, miłości, poczuciu wolności na zajęciach. Jeśliby się jej głębiej przyjrzeć, to nie jest nawet taniec. Główną różnicę stanowi tantryczny element, który pozwala łączyć się w ruchu z innymi ludźmi w grupie. Każdy poziom biodanzy jest jak szamańska podróż zaplanowana przez prowadzącego, by tworzyć spójne dwie godziny aktywności. Etap po etapie. Co trzy minuty kolejna sekcja. Na początku taneczne gry mają tylko rozgrzać. Stopniowo zwiększa się ich intensywność. Każda kolejna sekcja jest wyższym etapem w tej rozwojowej podróży. Prowadzący może zabrać wszystkich do miejsca, do którego bez niego by nie dotarli. W ciągu dwóch godzin w ludziach pojawiają się takie emocje, jakich nie odczuliby, chodząc przez lata na kurs tańca czy na dziesiątki imprez. Pamiętasz te grupowe, ekstatyczne tańce w filmie „Dirty Dancing”?

Oczywiście.
To się nigdy nie zdarza. Bo ludzie w grupie nie są tak naprawdę razem. Chyba że, jak w biodanzie, ktoś przeprowadzi ich przez kolejne etapy, by pozbyli się swoich blokad, nawiązali kontakt z innymi i wreszcie naprawdę się spotkali. I po to jest biodanza – dla chwil, które potem się długo pamięta. Które zabierają nas głęboko w „tu i teraz”.

Słyszałem, że potrafi też leczyć niską samoocenę, wstyd, nieśmiałość...
To prawda. Pierwsza część zajęć wprowadza atmosferę, w której wyzwanie jest minimalne. To istotne, bo dla osób z niskim poczuciem wartości samo wyjście na parkiet i zatańczenie z kimś twarzą w twarz jest już wyczynem. Pojawiają się myśli: „On mnie nie lubi, nie tańczę dobrze, jestem gruba”… Na kolejnych etapach ćwiczeń biodanzy te wyzwania stopniowo się zwiększają. W drugiej części zajęć wchodzimy już w coś, co nazywa się „regresją”. Chemia ciała, a konkretnie hormony, kompletnie się zmienia. Na tym etapie jesteś już w stanie głęboko połączyć się z podświadomym umysłem – to część, w której gromadzone są m.in. zakazy i nakazy z dzieciństwa. Pomiędzy kolejnymi ćwiczeniami są pauzy. Cisza. I w tych momentach kogoś przytulasz albo ktoś przytula ciebie. Ta cisza jest silnie wyczuwalna. Wtedy dokonuje się w uczestnikach zmiana. Bo czują się całkowicie zaakceptowani. Głęboko i bezwarunkowo. Kolejna osoba z grupy cię przytula albo ty obejmujesz kogoś. I następna, następna.... Aż w końcu grupa tworzy jedną całość. To wszystko mówi twemu ciału: „Jesteś w porządku, lubimy cię”. Dzięki temu blokady puszczają. Zdajesz sobie sprawę, że możesz z kimś zatańczyć i że będziesz zaakceptowany. Takie informacje podświadomie trafiają do uczestnika. I leczą jego niską samoocenę.

Stosujesz biodanzę także w terapii?
Oczywiście. Człowiek, który rozwinął ćwiczenia biodanzy, był lekarzem, psychologiem klinicznym. Szkolenie prowadzących trwa aż trzy lata. Uczymy się na nim, jak reaguje ciało, i całej biologii procesu. Jej nazwa jest z tym związana – „bio” oznacza skupienie na tym, jak reaguje organizm, a „danza” to południowoamerykańskie określenie tańca, ruchu.

Jak silna może być terapia biodanzą? Na Maltę, gdzie mieści się nasz ośrodek, przyjeżdżają zwykle ludzie, by tam zamieszkać. Wpadają na moje zajęcia i widzę, że na początku bywają niespokojni, zdenerwowani, nie potrafią patrzeć sobie w oczy. Ale po roku, dwóch są pełni życia, radości. Sposób, w jaki się poruszają, mówią, gestykulują – jest pełen sensualności. Są świadomi swoich emocji. Ich życie totalnie się zmienia.  Znajomy powiedział mi: „Od kiedy skończyłem 12 lat, nie potrafiłem przytulić się do ojca. Ale od czasu, gdy chodzę na biodanzę, często go obejmuję i on też zaczął to robić. To niesamowite”. Ludzie opowiadają mi o tym, jak biodanza zmieniła ich relacje z matkami – nie złoszczą się już na nie. Z kolei rodzice twierdzą, że dzięki zajęciom mniej krzyczą na dzieci, rzadziej reagują nerwowo na problemy. Biznesmeni, którzy mieli kłopoty z delegowaniem obowiązków albo komunikowaniem się ze współpracownikami, na biodanzie uczą się utrzymywać kontakt wzrokowy. „Teraz jestem o wiele bardziej efektywny. Mogę spotykać się z ludźmi, patrzeć im w oczy i czuję się z tym znacznie lepiej. Przez kilka dni po każdych zajęciach mam takiego kopa, jakbym dostał skrzydeł” – opowiadał mi jeden z uczestników.

Biodanza też świetnie relaksuje i pomaga w zasypianiu – wiele ludzi przychodzi do nas właśnie z powodu stresu i problemów ze snem. Te efekty biodanzy są silne i trwałe.
Mnie uczestnicy mówili, że najbardziej przyciąga ich poczucie obezwładniającej radości.
Tak, ludzie wychodzą z tych zajęć w euforii. To pierwszy profit, jaki odczuwają. Z czasem zauważają, że tym, co naprawdę dają im zajęcia, jest zdolność do okazywania swojej wrażliwości i praca ze swoimi emocjami.

Mam wrażenie, że biodanza może być potężnym narzędziem do tworzenia społeczności.
Jak najbardziej. Ludzie zbierają się w grupy, spotykają po zajęciach, wyjeżdżają razem na festiwale biodanzy, które są organizowane na całym świecie i bardzo popularne zwłaszcza na południu Europy, ale także w Anglii, Norwegii, Niemczech, we Francji, w Holandii. Są nawet specjalne ćwiczenia, które można stosować do team buildingu.

Dlaczego tak istotny jest kontakt wzrokowy?
Celem biodanzy nie jest tworzenie wyzwań, po których ludzie będą się mogli szybko dowartościować, ona ma stworzyć warunki, w których zmieniają się pragnienia uczestnika. A to umożliwia właśnie kontakt wzrokowy. Ilość ćwiczeń z jego elementem zależy od grupy. Na przykład tutaj, na Festiwalu w Nowym Kawkowie, ludzie przywykli do dobrych relacji z innymi, więc ten kontakt wzrokowy podczas ćwiczeń jest relatywnie częsty. Ale nie zawsze tak bywa, to prowadzący ocenia, co jest właściwe dla danej grupy i sytuacji. Biodanza ma sprawić, że niewerbalnie mówimy do siebie: „Widzę cię, a ty widzisz mnie”. Dzięki kontaktowi wzrokowemu między ludźmi odbywa się piękna konwersacja, bez użycia jednego słowa. Rozmawiają tylko oczy. Kontakt wzrokowy to doskonały sposób przekazywania innym miłości. Biodanza otwiera twoje serce. Pozwala zobaczyć piękno w innych osobach. W grupach zaawansowanych najistotniejsza nie jest już radość, euforia, ale właśnie piękno człowieka, którego widzisz naprzeciw ciebie.

Drugi z najistotniejszych elementów zajęć to dotyk.
Tak. To niezbędny element rozwoju człowieka. Na przykład niemowlętom jest potrzebny, by zbudować system nerwowy i odporność organizmu, zwłaszcza przez pierwszy rok życia. Ale także jako dorośli powinniśmy być dotykani. Dotyk redukuje stres i zmęczenie, pomaga też w podejmowaniu decyzji – ludzie regularnie dotykani łatwiej dokonują trudnych wyborów. W przeszłości, w czasach plemiennych, dotyk był powszechny. Był potwierdzeniem twojej przynależności do danej grupy. Teraz zredukowany jest do minimum, praktykujemy go tylko wobec najbliższych. Ale to za mało, potrzebny jest również w kontaktach społecznych. Ani kino, ani wyjście do restauracji, ani spotkania ze znajomymi tego nie zapewnią. Ale zrobi to biodanza.

Na ile pomaga fakt, że w zajęciach uczestniczą dość duże grupy?
Dynamika grupy silnie wpływa na uczestników. Radość i euforia nie pojawią się w małej, 2–3-osobowej grupie. Tutaj potrzeba spotkania w większym kręgu, co najmniej 12–15 osób.

Liczebność grupy zależy także od tego, jak doświadczeni są uczestnicy – na wyższych poziomach wystarczy nawet 5 osób – wtedy atmosfera robi się bardziej intymna. Prowadzący stymulują dynamikę grupy, m.in. poprzez różnorodną muzykę –  rock, opera, etno. Jest przestrzenią, w której uczestnicy mają się poruszać. Zresztą próba opisania biodanzy jest próbą opisania smaku czekolady. Musisz jej sam spróbować, by to zrozumieć.

Jak to wygląda?

Ćwiczenie pierwsze
  • Uczestnicy chodzą po sali, swobodnie, swoim krokiem i tempem. Kiedy kogoś mijają, spoglądają mu w oczy, uśmiechają się i idą dalej. Na hasło „Jeden” każdy tańczy w rytm muzyki, jak chce i czuje. Na hasło „Dwa” uczestnicy próbują kopiować taniec czy zachowanie kogoś w pobliżu. Na hasło „Trzy” wszyscy tworzą pociąg. Na hasło „Cztery” jedna osoba tańczy w środku, a reszta wokół niej.
Ćwiczenie drugie
  • Uczestnicy dobierają się w pary i w rytm muzyki wykonują równo następujące zadania: cały czas patrząc sobie w oczy, klaszczą prawymi rękami, a potem lewymi. Co kilkanaście sekund na hasło prowadzącego następuje zmiana partnera.
Ćwiczenia na wyższych poziomach
  • Przy spokojnej muzyce uczestnik delikatnie dotyka włosów drugiej osoby. Bardzo delikatnie. Co kilkanaście–kilkadziesiąt sekund następuje zmiana partnera.
  • Uczestnicy w parach delikatnie dotykają siebie nawzajem, ale tylko przedramionami.
David Goodman terapeuta, doktor fizyki kwantowej, trenuje techniki walk Wschodu oraz różne formy tańca.

  1. Psychologia

Terapia ruchem - wytupać złość, wytańczyć smutek

Człowiek jest jedynym ze ssaków, który jako dorosły przestaje się bawić. A taniec, ruch to zabawa. Pozwólmy sobie na nią, pozwólmy sobie czuć się dobrze w swoim ciele. (Fot. iStock)
Człowiek jest jedynym ze ssaków, który jako dorosły przestaje się bawić. A taniec, ruch to zabawa. Pozwólmy sobie na nią, pozwólmy sobie czuć się dobrze w swoim ciele. (Fot. iStock)
To, jak stoimy, chodzimy czy tańczymy, ale też jak zachowujemy się, gdy ktoś na nas krzyczy lub przysuwa się blisko – stanowi nasz podpis ruchowy. Warto go poznać, ale przede wszystkim świadomie kształtować.

To, jak stoimy, chodzimy czy tańczymy, ale też jak zachowujemy się, gdy ktoś na nas krzyczy lub przysuwa się blisko – stanowi nasz podpis ruchowy. Warto go poznać, ale przede wszystkim świadomie kształtować – bo zawsze odzwierciedla aktualne myśli i uczucia. – Zmieniając go, zmieniamy nasze życie – twierdzi terapeutka tańcem i ruchem Agnieszka Sokołowska.

W jednym z numerów "Sensu" pisaliśmy, że Kartezjusz nie miał racji, mówiąc, ze jesteśmy naszymi myślami. A czy jesteśmy naszym ciałem? Zdecydowanie! Zwrócił zresztą na to uwagę w swojej książce „Błąd Kartezjusza” Antonio Damasio, profesor neurologii behawioralnej. Jestem nie dzięki temu, że myślę, ale dlatego, że jestem, mogę myśleć. Póki żyjemy, jesteśmy ciałem i żyjemy w ciele. Za każdym razem, kiedy wpływamy na ciało, wpływamy tez na siebie. Dlatego praca że świadomością ciała umożliwia lepszy kontakt ze sobą. Pracujemy z ciałem po to, by nasze życie uczynić lepszym. Co to znaczy lepszym? To już każdy indywidualnie określa. Nie ma jednego wzorca dobrego życia.

To, jak się ruszamy, jak gestykulujemy, chodzimy, jaka mamy postawę, jak posługujemy się naszym ciałem – charakteryzuje nas, definiuje? Tak jak każdy z nas ma swój podpis, którym sygnujemy rozmaite dokumenty, tak każdy ma swój znacznie pełniejszy podpis ruchowy. Chodzi o to, jak się zachowujemy w rożnych sytuacjach, choćby wstając rano z łózka. Czy zwlekamy się przygarbieni, z myślą: „O nie, kolejny ranek”, czy raczej długo się przeciągamy i czujemy przypływ energii. Albo kiedy spotykamy się z bliskimi osobami – czy chcemy jeszcze bardziej się do nich zbliżyć, czy raczej oddalić, mieć więcej własnej przestrzeni. Ale też, jak reagujemy na to, gdy ktoś na nas krzyczy albo jest smutny. To jest cała gama rożnych zachowań.

Rudolf Laban, który opisał język ruchu i w którego metodzie się szkoliłam, powiedział, ze ruch jest przezroczystym opakowaniem naszych emocji, intencji, marzeń, nastawień. To coś więcej niż tylko gesty i mimika – one aktywują tylko część naszego ciała. Kiedy wykonujemy gest, nie musimy nawet się w niego specjalnie angażować. Ale kiedy poruszamy się, aktywując centrum naszego ciała – już tak. Chodzi o rożne aspekty, według Labana – różne kategorie ruchu, które są powiązane z rozmaitymi obszarami życia człowieka. To jest nasz podpis cielesny. I nie da się go łatwo zinterpretować, w rodzaju: jak wykonujesz taki gest, to znaczy, że... Nie, tu wszystko zależy od kontekstu, w jakim go wykonujesz. Szukamy wzorców, strategii ruchu i powtarzalności w rożnych momentach.

Czyli to nie jest takie proste, że patrzymy na kogoś i od razu wiemy, czy jest otwarty, czy raczej skryty. Powiedziałabym, że z czyjegoś ruchu prędzej możemy odczytać to, jak na nas ten ktoś oddziałuje, jakie wrażenie sprawia. Ale to bardziej mówi o nas niż o kimś. Kiedy pracuje terapeutycznie z ludźmi, proszę ich o przypomnienie sobie konkretnych sytuacji z życia i tego, jak ciało na nie zareagowało. Pomagam znaleźć link, połączenie pomiędzy tym, co ktoś robi, a jak się czuje. Ruch zawsze oddaje jakaś myśl, jakieś uczucie, ale jakie – wie tylko osoba, która go wykonuje.

Obserwując własny ruch, możemy dotrzeć do swoich myśli i emocji? Najbardziej zaawansowany etap pracy polega na tym, że proszę drugą osobę, by pokazała ciałem, co czuje i co myśli. Na początku pracy z ciałem jest to jednak bardzo trudne. Ale można próbować. Kiedy ktoś przychodzi do mnie z jakimś problemem, który go męczy od dłuższego czasu, proszę, by poruszał się trochę z tą myślą i zobaczył, jak jego ciało na nią reaguje. Jak oddycha, co się dzieje z jego postawą, czy jest skulony, czy usztywniony, a może czuje drganie w nogach? Czy ma w ogóle ochotę się ruszać, czy może raczej paść na ziemię? Albo skakać?

Czyli najpierw staramy się zauważyć, co myśl robi z naszym ciałem. A potem… …możemy zastanowić się, w jaki sposób moglibyśmy zmienić tę myśl, w jakim kierunku mogłaby ona pójść, by było to dla nas bardziej korzystne. I dopiero potem tę myśl zamieniamy w ruch.

Już taki bardziej terapeutyczny, leczący? Można to tak określić. Ruch ma leczącą, rozwojową moc. Ostatni etap to przejście od ruchu przy niesprzyjającej myśli – do ruchu, który towarzyszy tej nowej, sprzyjającej.

Chodzi o to, że wykonując ten ruch, utrwalamy myśl i zmieniamy swoje nastawienie? Tak. Mam oczywiście świadomość, że jesteśmy społeczeństwem ufającym racjonalnemu myśleniu. Sceptycznie podchodzimy do przekazu, że wystarczy głęboko oddychać, wyprostować sylwetkę i otrzymywać z drugą osobą kontakt wzrokowy, by zmienić swoje życie. Ale to naprawdę jest możliwe. Przecież jeśli zwykle unikamy kontaktu wzrokowego i jesteśmy przygarbieni – mamy mniejsze szanse, by znaleźć dobrą pracę czy nawiązać nowe znajomości. Na przykład wyprostowanie pleców – wydawałoby się banalny ruch, ale możne wywołać w nas wiele myśli i reakcji. Ktoś możne poczuć, że boi się wyprostować, bo zwróci czyjąś uwagę. Może wtedy będzie widzieć więcej i w związku z tym zacznie chcieć więcej? Albo kiedy zacznie patrzeć ludziom w oczy, w naturalny sposób będzie nawiązywać z nimi relacje, a do tej pory tego właśnie unikał.

I to może być dla niego zbyt rewolucyjne? Właśnie. Dlatego nie ma jednoznacznych wskazówek, jaki ruch będzie dla danej osoby najlepszy. Na pewno niezależnie od sytuacji ważny jest oddech – by pozwalać mu spokojnie płynąć, bez zatrzymywania.

Ale są pewne kategorie ruchów, które uznajemy za otwarte i te, które uznajemy za zamknięte. Czy nie lepiej być otwartym niż zamkniętym? Te otwarte też mogą zmęczyć, jeśli jest się w nich cały czas. Wszystko zależy od tego, jakie ktoś ma potrzeby, plany i jakiego siebie potrzebuje rozwinąć, wzmocnić. Jeśliby już szukać jakiejś uniwersalnej recepty, to powiedziałabym, ze jest nią posiadanie dostępu do jak najszerszego spektrum ruchu. Niezamykanie się w jednym określonym zestawie ruchów pasujących do każdej okazji. Dlatego tak istotna jest praca w grupie – wtedy możemy zaobserwować, że każdy ma inny repertuar ruchów i inny podpis ruchowy. Można się przejrzeć w innych osobach jak w lustrze, zainspirować się, ale też odkryć, jaki ruch budzi w nas opór. Bardzo często jest tak, ze podczas zajęć wchodzi ktoś na sale, patrzy na innych uczestników i myśli: „OK, to ja mogę się poruszać z tobą i z tobą, ale z tamtą osobą nigdy się nie poruszę”.

Czyli nie poruszę się tak jak tamta osoba? Tak. I najczęściej oznacza to, ze ruch tej osoby „porusza“ jakieś moje życiowe tematy, jakieś zranienia, blokady, emocje, odcięte pragnienia. Oczywiście nie chodzi o to, by zmuszać się do wykonania ruchu, który budzi w nas opór. Bo jeśli dobrze się czuję w moim życiu z tym, co mam, jaki jestem, co czuje i co myślę – to mogę spokojnie zostać przy swoim repertuarze ruchów. Ale jeśli chcę zmiany, jeśli z czymś się meczę – warto spróbować takiego wyzwania.

Najważniejsze podczas pracy z ciałem, zwłaszcza na jej początku, jest to, by znaleźć dobre i sprzyjające dla siebie ruchy. Ruchy, które są dla nas bezpieczne, niezagrażające, przyjemne.
Chodzi o to, by nie blokować się na przepływ ruchu – tylko wtedy możemy przepracować pewne stany czy sytuacje z naszego życia. Natura ruchu jest podobna do natury emocji – jeśli pozwalam sobie coś przeżywać, to jest to znacznie bezpieczniejsze, niż kiedy to blokuje. Ale do tego dochodzi się powoli, łagodnie. Tylko wtedy jest szansa na zmianę.

Słyszałam, że dobrze sobie pozwolić zwłaszcza na wyrażanie trudnych emocji, takich jak złość, w sposób, który wydaje się nam naturalny, ale przed którym się wzbraniamy. Czyli tupnąć, zacisnąć ręce w pieści... Tak jak to robiliśmy jako dzieci. Każda emocja ma swoja energie. Złość ma ogromny ładunek energetyczny i jeśli go nie wyrazimy, on zablokuje dostęp do innych emocji. Złość często przykrywa smutek czy rozczarowanie, czyli emocje dla wielu osób trudniejsze do odczuwania i okazywania. Zdaje sobie sprawę z tego, ze jeśli ktoś przez lata dusił w sobie złość, a teraz słyszy, ze ma ją wyrażać, może być zdziwiony: „Jak to, mam teraz tupać przy szefie?!”. A nie o to chodzi, tylko o to, by w adekwatny sposób i w adekwatnym kontekście pozwolić sobie doświadczyć energii, jaką niesie w sobie emocja, którą odczuwamy. Na początku warto zrobić to w kontakcie z terapeutą lub kimś innym do tego przygotowanym. Poczuć tę emocję w ciele, gdzie się umiejscowiła – w rękach, w brzuchu, a może w nogach. Bo dla kogoś, kto czuje złość w nogach, może być dobre tupanie, a dla kogoś lepienie w glinie – bo u niego złość wchodzi w ręce. Ktoś inny będzie potrzebował krzyknąć – bo u niego złość siedzi w gardle. Chodzi o pozwolenie sobie na kontakt z energią emocji i nieblokowanie jej, ale pozwolenie na własna ekspresję.

Nasze emocje i myśli wyrażają się przez ruch w odmienny sposób… ... i wyrażają się rożnie w zależności od sytuacji. Ktoś może być w domu bardzo ekspresyjny, a w pracy wyciszony i opanowany. W ten sposób zachowuje równowagę, i jest to zupełnie normalne. Chyba że jest mu z tym źle, bo na przykład czuje, że w domu wyraża się w pełni, a w pracy jest przytłumiony.

Poprzez intencyjną, celową pracę z ciałem możemy wyrażać się bardziej w pełni? Przede wszystkim możemy złapać lepszy kontakt ze sobą i otworzyć się na swoje potrzeby, marzenia, poczuć, jak się czujemy, a nie tylko myśleć o tym. Często prawdziwy kontakt ze sobą otwiera nas na to, co jest dla nas ważne. I to jest najistotniejsze na początek – by odnaleźć siebie w sobie. Móc czuć, myśleć, przezywać, wyrażać. Niby takie proste, a trzeba dużej odwagi, by zajrzeć w siebie na nowo. W konsekwencji możemy zmienić swoje relacje, swoje myśli i swoje życie.

Z badań nad embodimentem, czyli ucieleśnieniem, wiemy, że kiedy uśmiechamy się, nawet na siłę, nasze samopoczucie się poprawia. Wpływ ciała na nasz nastrój jest udowodniony naukowo. I to wzajemny wpływ: ciała na nastrój i nastroju na ciało. Im jesteśmy bliżej naszego ciała, tym lepszy kontakt mamy ze sobą i z naszymi emocjami. Odcięcie od ciała odcina od przezywania. A zablokowanie, zamknięcie dostępu do emocji może prowadzić do depresji.

Mówimy: jesteś twoim ciałem. Wielu osobom może się to nie spodobać, bo nie podoba im się własne ciało. Za grube, za duże, z niewłaściwymi proporcjami… Ale co to znaczy, że moje ciało mi się nie podoba, że ja się sobie nie podobam? Jeśli mamy dobry kontakt z ciałem, to dbamy o nie nie tylko dlatego, żeby dobrze wyglądać, ale by dobrze się czuć. Żeby sobie nie szkodzić. Niestety, nasza kultura sprzyja traktowaniu ciała przedmiotowo, czyli albo jego pomijaniu, albo przesadnemu seksualizowaniu. Na pewno taniec i inne metody pracy z ciałem pomagają w zyskaniu zaufania do własnego ciała, szacunku do niego. Jeśli ktoś dzięki ciału może ruszać się jak chce, to znaczy, że może być, kim chce, ciało pozwala mu na kreatywność, przygodę, poszukiwania.

Człowiek jest jedynym ze ssaków, który jako dorosły przestaje się bawić. A taniec, ruch to zabawa. Pozwólmy sobie na nią, pozwólmy sobie czuć się dobrze w swoim ciele.
Życie wielu osób jest bardzo zadaniowe, a wysiłek fizyczny traktują one jako kolejne zadanie. Nie dają sobie miejsca i czasu na swobodną ekspresję i kontakt ze sobą. Tymczasem ciało jest o wiele bardziej elastyczne niż umysł, jeśli poczujemy w nim luz, powoli wprowadzimy go też do innych dziedzin naszego życia. Ludzie przychodzący na moje wieczory inspiracji często mówią, że poczuli coś, czego po sobie się nie spodziewali, ze ruszali się tak, jak nigdy nie przypuszczali, że będą i mogą się ruszać. Tak mocno mają zakorzenione przekonania na własny temat.

Jesteśmy krytyczni nie tylko wobec swojego ciała, ale też sposobu poruszania się. Nie chcemy się ośmieszyć. To zwykle bierze się z zachwianego poczucia własnej wartości i wpajanej od najmłodszych lat konieczności dyscyplinowania siebie. System edukacyjny jest bardzo oceniający, i w niewielkim stopniu wspierający kreatywne, innowacyjne myślenie. Paradoksalnie w szkole uczy się nas nie wybijać się i być grzecznym, a potem nagle w dorosłym życiu oczekuje, ze będziemy mistrzami autoprezentacji i wystąpień publicznych, i na dodatek jeszcze będziemy w tym naturalni i autentyczni.

Ostatnio to dyscyplinowanie się wkroczyło do sfery sportu, uprawianego hobbystycznie. Mało w nim przyjemności, dużo tresowania ciała. Ja jestem temu przeciwna, natomiast komuś, kto lubi sobie folgować, polecałabym, by poszedł na taki trening i zobaczył, że jednak można się zdyscyplinować. Z kolei kogoś, kto ma bardzo dużo zadań w codziennym życiu i jest perfekcjonistyczny, takie zajęcia nie rozwiną. On potrzebuje odpuszczenia sobie, czyli raczej swobodnego ruchu, bez struktury. To może być taniec, spacer, wycieczka rowerowa – ale nie z ustalona trasa tylko spontaniczna, podczas której skręcam tam, gdzie mam ochotę. W życiu co chwila tracimy równowagę i znów ją odzyskujemy. Nie szkodzi, że czasem się chwiejemy, ważne, byśmy umieli powrócić do harmonii i nie popadali w skrajności. Bądźmy dla siebie dobrzy, czyli wybaczający i wyrozumiali, ale też wspierający i motywujący. W wyważonych proporcjach, oczywiście. Doświadczajmy tego, że ciało, emocje i myśli tworzą całość, dynamicznie się zmieniającą, żywą i wzajemnie siebie potrzebującą.

  1. Zdrowie

Wskaźnik BMI – czy warto z niego korzystać? Co powinniśmy wiedzieć o swojej wadze?

Niektórzy traktują BMI jako wyznacznik prawidłowej masy ciała, ale obliczanie BMI nie przyniesie nam odpowiedzi na temat ilości tkanki tłuszczowej i mięśniowej w naszym ciele. (fot. iStock)
Niektórzy traktują BMI jako wyznacznik prawidłowej masy ciała, ale obliczanie BMI nie przyniesie nam odpowiedzi na temat ilości tkanki tłuszczowej i mięśniowej w naszym ciele. (fot. iStock)
Prawidłowe BMI to dla wielu osób świadectwo ich „szczupłości”. Takie podejście nie uwzględnia jednak wielu aspektów zdrowotnych, które wiążą się z masą ciała. Interpretacja BMI wcale nie jest prostą sprawą. Jak podkreśla dr Hanna Stolińska, dietetyczka kliniczna – Sam wskaźnik BMI niewiele nam mówi o kondycji naszego organizmu. Najważniejszy jest skład ciała.

Co to jest BMI?
BMI to jest tzw. Body Mass Index, czyli wskaźnik masy ciała, który mówi, czy mamy prawidłową masę ciała. Możemy mieć nadwagę, otyłość, różne stopnie otyłości, a także niedowagę. BMI tak naprawdę było kiedyś opracowane po to, żeby określić ryzyko chorób i zgonów. Zarówno osoby z bardzo wysokim jak i bardzo niskim BMI częściej umierają. Z kolei osoby, które mają środek tego wskaźnika – rzadziej. Taka właśnie była idea stworzenia BMI. Jednak wskaźnik nie mówi nam nic więcej o stanie naszego ciała.

Jak w takim razie interpretować BMI?
Ja bardzo nie lubię tego wskaźnika, bo on określa tylko i wyłącznie kilogramy. Nie bierze się tutaj pod uwagę składu ciała. Jeśli mamy mężczyznę silnie umięśnionego to on będzie miał wysokie BMI, a przecież nie jest otyły i nie ma problemu z masą ciała. Z kolei sam fakt, że widzimy osobę szczupłą nie oznacza, że nie ma ona problemu z tkanką tłuszczową. Gdy bierzemy pod uwagę skład ciała u takiej osoby to, przykładowo, może ona mieć sporo tkanki tłuszczowej, a niewiele mięśniowej, bo mało się rusza. I ta osoba będzie miała niskie BMI, mimo, że ma bardzo dużo „tłuszczu”… To jest tzw. „chudy grubas”. Dlatego ja na co dzień nie posługuję się wskaźnikiem BMI. Na BMI może zwraca się większą uwagę w ośrodkach zaburzenia odżywiania.

Czyli prawidłowe BMI nic nam nie mówi?
Kiedy mam pacjenta z nadwagą lub otyłością najważniejszy jest dla mnie właśnie skład ciała. Dlatego w pierwszej kolejności robię analizę tego składu, czyli bioimpedancję elektryczną. Polega to na tym, że pacjent wchodzi na specjalne urządzenie i bierze analizator w ręce. Nie jest to zwykła waga, którą posługujemy się w domu i która pokaże nam ilość wody, tłuszczu i mięśni. Musi być tutaj tzw. obieg zamknięty. Urządzenie musi mieć atest medyczny. Zawartość poszczególnych tkanek wylicza się na podstawie ich oporu względem przepływu prądu. Wtedy możemy zobaczyć, ile jest mięśni, ile tkanki tłuszczowej, jaki jest stosunek wody, kości. Widzimy cały skład ciała i na tej podstawie możemy ocenić czy pacjent jest otyły, czy ma problem z masą ciała.

Tkanka tłuszczowa odkładać się może w jamie brzusznej, co jest bardzo niekorzystne. Często właśnie szczupli mężczyźni, którzy są aktywni fizycznie, jednak bardzo źle się odżywiają, mają dużo takiej tkanki tłuszczowej, nie podskórnej, tylko narządowej (wisceralnej). Wszystko to widzimy na analizatorze składu ciała.

Wróćmy do tego przykładu osoby szczupłej z dużą ilością tkanki tłuszczowej. O czym to świadczy?
Duża ilość tkanki tłuszczowej wcale nie jest korzystna dla naszego organizmu. Kryją się za tym jakieś zaburzenia metaboliczne. Taka osoba ma niską przemianę materii. Przekłada się to na mały stopień regeneracji, na odwodnienie organizmu – pamiętajmy, że tłuszcz nie trzyma wody, tylko mięśnie ją kumulują. Taka osoba będzie więc odwodniona, będzie się słabiej regenerować i będzie miała trudności przy aktywności fizycznej – szybciej będzie się męczyć.

Czyli cierpiąc na nadwagę lub otyłość jesteśmy stale odwodnieni?
Tak, więcej tłuszczu to jest odwodnienie organizmu. Pacjent z dużą ilością tkanki tłuszczowej zawsze będzie miał zbyt małą ilość wody w organizmie.

Jaka więc powinna być zawartość wody? Czy są jakieś normy, które mogą informować o odwodnieniu?
Dobry poziom wody u mężczyzn to jest 50-65%, u kobiet 45-60%, a u dzieci 60 – 75%. Zawartość wody w organizmie nie wynika z tego, czy my dużo pijemy, tylko z tego, ile mamy tłuszczu i masy mięśniowej. Jak już wspomniałam: tylko tkanka mięśniowa kumuluje wodę. Natomiast jeśli nam spada tkanka tłuszczowa to od razu procent wody idzie do góry. Tymczasem wiele osób myśli, że jak wychodzi im mała ilość wody w organizmie to dlatego, że mało piją…

W jakim stopniu ten skład ciała przekłada się na nasze zdrowie?
Nieprawidłowy skład ciała przekłada się m.in. na insulinooporność, cukrzycę, policystyczne jajniki, wszelkiego rodzaju zaburzenia hormonalne, problemy z kośćmi, ze stawami (stawy muszą być obudowane masą mięśniową).

Czy osoba szczupła może rozpoznać, że ma nieprawidłowy metabolizm?
Takim osobom zwykle odkłada się tkanka tłuszczowa w jamie brzusznej i skóra na brzuchu też jest inna. Można to również dostrzec oglądając swoje ciało. Widać, że jest mniej mięśni, a więcej tkanki tłuszczowej. Ciało będzie bardziej wiotkie.

Z kolei osoby ze zbyt niskim BMI mogą być okazem zdrowia?
Tak, bo mają przy tym dobry skład ciała i wszystko z ich zdrowiem jest w porządku. Nie można wrzucać wszystkich do jednego worka. Ja sama jestem bardzo szczupłą osobą, ale mam tkankę tłuszczową na odpowiednim poziomie, buduję też masę mięśniową poprzez aktywność. Jeszcze raz podkreślam, że ważny jest odpowiedni skład ciała.

Jakie są idealne proporcje tłuszczu, mięśni, wody? Kiedy możemy powiedzieć, że skład ciała jest odpowiedni?
U mężczyzny przyjmuje się, że norma dla tkanki tłuszczowej wynosi od 8 do 21%. U kobiet od 21 do 33%. Wraz z wiekiem norma zmienia się u kobiet na 23 – 35%. Wiadomo, że w okresie menopauzy i po menopauzie te normy trochę się zmieniają. Mężczyzna ma zawsze więcej tkanki mięśniowej, dlatego te normy są zupełnie inne. Nie można więc (wagowo) porównywać kobiety do mężczyzny. Jak widać ta norma tłuszczowa dla kobiet jest prawie dwa razy wyższa, a obliczanie BMI wygląda tak samo u kobiet jak i u mężczyzn, więc nie jest to dla mnie wiarygodny wskaźnik. Osoby starsze też będą miały mniej masy mięśniowej i mniej wody. Takie proporcje sprawdza się więc na analizatorze składu ciała, a nie za pomocą jednego wskaźnika.

Czyli otyłość też najlepiej diagnozujemy poprzez skład ciała?
Ja zawsze pracuję z analizatorem. U każdego pacjenta, który przyjdzie do mnie na wizytę kontrolną, mogę sprawdzić z czego chudnie: czy zmniejsza się ilość tkanki tłuszczowej, czy mięśniowej. Dzięki temu możemy bardziej modyfikować dietę, albo zwrócić większą uwagę na aktywność fizyczną. Jeśli „lecą” nam mięśnie to warto zastosować więcej białka w diecie i włączyć ćwiczenia siłowe i aerobowe. Po to właśnie jest badany ten skład ciała, żeby na bieżąco patrzeć, jak wygląda proces chudnięcia u takiego pacjenta. Pacjent nie oszuka analizatora. Wszystko na nim widać: czy osoba właściwie prowadzi dietę i stosuje się do zaleceń.

No właśnie, jak wygląda kwestia diety, która jest tutaj kluczowa. Na ile analizator pozwoli ustawić odpowiednią dietę, żeby skład ciała poszedł we właściwym kierunku?
Głównie patrzymy na białko w diecie, na kwestie budowania tkanki mięśniowej i spalanie tłuszczowej. Jeśli chcemy dokładnie dobrać ilość składników odżywczych i wyselekcjonować odpowiednie dla nas produkty spożywcze to, pod względem podejścia naukowego, najbardziej wiarygodne będą testy genetyczne. Stają się one tzw. złotym standardem. Robimy wówczas wymaz z jamy ustnej i badamy geny pod kątem trawienia tłuszczów, białek, węglowodanów i różnych produktów spożywczych, ale też sprawdzamy trawienie glutenu, laktozy, fruktozy, nietolerancję kofeiny, soli, a także czynniki ryzyka różnych chorób. Na podstawie tego badania możemy już dokładnie dobrać dietę. Nutrigenetyka to jest przyszłość. Natomiast sam skład ciała na pewno powie nam wiele o aktywności fizycznej danego pacjenta i o zawartości białka, gdyż białko jest podstawowym budulcem dla mięśni.

Zwykle przyjmujemy, że tłuszcz jest dla nas niekorzystny, ale przecież musimy mieć pewne zapasy tłuszczu.
Musi być odpowiednia ilość tkanki tłuszczowej. To jest ważne szczególnie u kobiet. W tkance tłuszczowej kumuluje się i powstaje witamina D, ale też żeńskie hormony. Kobiety ze zbyt niską zawartością tkanki tłuszczowej mają zwykle problemy z miesiączkami. Mogą też mieć problemy z tarczycą.

A jak jest z grubością kości? Mówi się czasem, że dana osoba ma grube kości.
Nie można powiedzieć, że kości są grube, bo kości ważą bardzo mało. Nie ma czegoś takiego jak grube kości. Na analizatorze składu ciała podaje się mniej więcej ich gęstość (w kilogramach), ale to jest pobieżne.

Jak obliczyć BMI? Jakie BMI jest prawidłowe?

BMI to kilogramy, czyli masa ciała dzielona przez wzrost do kwadratu. Od 18,5 do 24,9 mamy normę. Powyżej 25 do 29,9 mamy nadwagę. Powyżej 30 mamy otyłość. Każdy kolejne 5 punktów w górę świadczy o kolejnych stopniach otyłości. Poniżej 18,5 to jest niedowaga.

Hanna Stolińska: dr n. o zdrowiu, dietetyk kliniczny, absolwentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Prowadzi konsultacje i szkolenia żywieniowe dla dzieci i dorosłych. Autorka książek nt. leczenia dietą („Insulinooporność”, „Zdrowe stawy”, „Jelito drażliwe”)

  1. Zdrowie

Bezruch nam szkodzi – co zrobić, żeby ocalić stawy i kręgosłup?

Niewiele nam pozostaje: ćwiczenia w domu (pomocne mogą być treningi na YT, znaleźć można też jogę czy tai chi), aktywność sportowa w lesie lub w parku, rower... Warto na ruch poświęcić chociaż pół godziny dziennie. Nikt za nas nie odrobi tej lekcji. (fot. iStock)
Niewiele nam pozostaje: ćwiczenia w domu (pomocne mogą być treningi na YT, znaleźć można też jogę czy tai chi), aktywność sportowa w lesie lub w parku, rower... Warto na ruch poświęcić chociaż pół godziny dziennie. Nikt za nas nie odrobi tej lekcji. (fot. iStock)
Nie ma wątpliwości, że rok w pandemii przyniósł nam większe problemy zdrowotne i to niekoniecznie związane z samym koronawirusem. Zamknięcie w domu i ograniczona możliwość poruszania się mają negatywne skutki w różnych obszarach zdrowia, zarówno fizycznego jak i psychicznego. Mocno zaniepokojeni tym stanem są również lekarze.

Trudno znaleźć złoty środek. Z jednej strony chronimy się przed zarażeniem wirusem, z drugiej - zredukowaliśmy aktywność ruchową do tego stopnia, że ortopedzi i neurochirurdzy biją na alarm. Coraz więcej osób, w sile wieku, zaczyna wymagać leczenia u specjalistów, w tym leczenia operacyjnego. – Zaczęliśmy obserwować zupełnie nową sytuację. Młodzi ludzie, którzy mieli różne choroby kręgosłupa, ale mogli dobrze funkcjonować dzięki rehabilitacji lub aktywności fizycznej, w sytuacji, gdy zostali odcięci od dotychczasowej aktywności, zaczęli trafiać do gabinetów neurochirurgicznych – mówi dr nauk medycznych Michał Rutkowski, neurochirurg ze Szpitala Żagiel Med. w Lublinie.

Zamknięte baseny, siłownie, kluby fitness… Jednak problemem jest nie tylko brak dostępu do ośrodków sportu i rekreacji. Zmniejszyła się znacznie nasza codzienna aktywność, jak choćby to, że coraz więcej osób pracuje zdalnie i nie wychodzi prawie z domu. Skutek? – Coraz częstsze neuropatie obwodowe*. Do tych najbardziej popularnych możemy zaliczyć dyskopatie (choroby krążka międzykręgowego) szyjne i lędźwiowe. Po czym je rozpoznać? Dyskopatii odcinka szyjnego towarzyszą zwykle bóle promieniujące do ramion, karku, a nawet do potylicy (możemy więc odczuwać bóle głowy). Ponadto pojawia się drętwienie lub inne zaburzenia czuciowe, które odczuwane są w rękach. Możliwe jest nawet uczucie osłabienia kończyn.

Dyskopatie lędźwiowe występują statystycznie najczęściej. Towarzyszą im bóle promieniujące do kończyn dolnych, napady rwy kulszowej, zaburzenia czuciowe, a także trudności w chodzeniu – objawy i ich nasilenie zależą od zmian zwyrodnieniowych w danym odcinku kręgosłupa.

Niestety, do chorób kręgosłupa też możemy mieć predyspozycje genetyczne. Dlatego eksperci podkreślają, że ważne jest zachowanie higieny układu ruchu.

- Zamykanie się w domu i rezygnacja z jakiejkolwiek formy ruchu to prosta droga do neurochirurga – podsumowuje dr Rutkowski.

Jak wygląda obecnie leczenie osób, które z bólami kręgosłupa trafiają do lekarza specjalisty? – U pacjentów ze wczesnymi zmianami stosujemy leczenie objawowe. Nie tylko terapia ruchem jest teraz ograniczona. Zabiegi rehabilitacyjne, w tym zabiegi wodne, są ogólnie mało dostępne – mówi dr hab. nauk medycznych Jan Blacha, ortopeda ze Szpitala Żagiel Med. w Lublinie.

Ta sytuacja, zdaniem profesora, musi się zmienić poprzez edukację. Ruchu wymagają wszystkie zmiany zwyrodnieniowe. U osób z niesprawnością, które są unieruchomione, skutki będą jeszcze gorsze, niż u osób zdrowych.

Wielogodzinne siedzenie przed komputerem, telewizorem i obniżona aktywność ruchowa to nie tylko początek chorób kręgosłupa, ale również chorób zwyrodnieniowych stawów. Nasze stawy nie są odżywiane przez naczynia krwionośne – Chrząstka stawowa odżywiana jest przez płyn stawowy. To ruch stawowy powoduje, że ten płyn krąży i odżywia tkankę – tłumaczy prof. Jan Blacha.

Ruch w tym wypadku to najlepsza profilaktyka. Jakie formy ruchu poleca profesor, aby zapobiegać chorobom stawów i kręgosłupa? – Najpierw uplastycznianie, rozciąganie, potem siła mięśni. Joga, pilates są dobre do uelastycznienia. Rowerek stacjonarny też jest bardzo dobrym pomysłem, ale tutaj już ćwiczymy mięśnie.

To, przed czym najbardziej przestrzega ortopeda to nagłe, intensywne ruchy, które mogą łatwo doprowadzić do kontuzji. – Intensywny ruch może być bardzo niebezpieczny, najważniejsza jest fazowość przechodzenia – podkreśla. Jeśli siedzimy przez kilka godzin przed komputerem to nie pójdziemy od razu biegać. – Po każdym maratonie mam więcej pacjentów – dodaje – Musimy startować od niskiego poziomu, a potem przejść do intensywniejszej formy ruchu. Nie można wzmacniać mięśni bez odpowiedniego treningu. Zaczynamy od powolnego przysiadu, trzymając się krzesła, potem szybszy przysiad, jeszcze szybszy. Później robimy przysiady bez trzymania, a następnie delikatne skłony do przodu i do tyłu. Starajmy się unikać wielogodzinnego siedzenia i robić przerwy. Regularny trening i wzrastająca aktywność pomogą nam osiągnąć etap, który poprawi nasze funkcjonowanie.

Najważniejsze, żeby dostosować ruch i aktywność do swoich możliwości w danym momencie. Niestety, popadamy zwykle w dwa rodzaje skrajności. Jedna polega na „rzucaniu się” w aktywność fizyczną bez odpowiedniego przygotowania. Druga z kolei, bardziej zgubna w skutkach, wiąże się z tym, że w ostatnim czasie przyzwyczailiśmy się do bezruchu. Eksperci zaznaczają jednak, że to od nas zależy jak postąpimy w obecnej sytuacji. Czy dalsza „normalność” będzie wiązała się z poddaniem się i stagnacją, czy znajdziemy w tej „odmienionej” rzeczywistości motywację do aktywności fizycznej, która posłuży naszemu zdrowiu.

* Neuropatie to choroby nerwów obwodowych o podłożu neurologicznym. Mają najczęściej związek z uszkodzeniem lub stanem zapalnym nerwu. Jako jedne z przyczyn neuropatii wymienia się urazy mechaniczne, niedokrwienie i ucisk. Przykładem neuropatii może być zespół cieśni nadgarstka.

Źródło: materiały ze spotkania prasowego z ekspertami Żagiel Med.

  1. Zdrowie

Zdrowy rok

Dwóch trzecich zgonów moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy wprowadzili do naszego życia zmiany dietetyczne i większą porcję aktywności fizycznej. (Fot. iStock)
Dwóch trzecich zgonów moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy wprowadzili do naszego życia zmiany dietetyczne i większą porcję aktywności fizycznej. (Fot. iStock)
W święta, w sylwestra, ale też z okazji imienin, urodzin, przy wszystkich możliwych jubileuszach, życzymy sobie zdrowia. Od 2020 roku doceniamy je szczególnie. Czy jednak samym sobie życzymy go równie szczerze?

Wygląda na to, że tylko teoretycznie. Bo z badań „Sytuacja zdrowotna ludności Polski 2020” przeprowadzanych w latach 1999–2018, dotyczących umieralności z powodu przyczyn możliwych do uniknięcia, wynika, że nie szanujemy swojego zdrowia zupełnie. Dwóch trzecich zgonów moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy wprowadzili do naszego życia zmiany dietetyczne i większą porcję aktywności fizycznej. Bo na razie raczej z tym słabo. Skazujemy się na niepełnosprawność i cierpienie – przecież ograniczenia ruchowe, depresja, nowotwory są schorzeniami w sposób silny upośledzającymi naszą normalną wydolność. Jakie są zatem czynniki ryzyka, odpowiadające za utracone lata życia w zdrowiu?

Palenie tytoniu odpowiada za pogorszenie naszego stanu zdrowia aż w 17 proc. Dalej kolejno figurują na tej liście:

  • nieprawidłowe żywienie (14 proc.),
  • nadciśnienie (12 proc.),
  • nadwaga i otyłość (11 proc.),
  • wysoki poziom glukozy we krwi (11 proc.),
  • alkohol (9 proc.), wysoki poziom cholesterolu LDL (6 proc.)
  • i w 4 proc. zanieczyszczenie powietrza.
Czyhają na nas nowotwory, zawały i inne choroby układu sercowo-naczyniowego, udary. Może warto zatem od dziś podejść do naszego życia z nowym planem? I nie chodzi o nowy krem anti-aging (choć jeśli komuś to poprawi nastrój, nie ma przeciwwskazań), ale przede wszystkim o zakup kapusty i pietruszki, aby efekt widoczny był nie tylko na skórze, lecz także w samopoczuciu. Ale powoli. Od czego zacząć? Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego zaproponował zmianę graficznej formy zaleceń żywieniowych. Nie przemawia do nas chyba piramida żywieniowa, zamieniono więc piramidę na talerz. Każdy przecież zjada z niego posiłki. Nauczmy się więc je odpowiednio nakładać. Talerz ów został podzielony na trzy części. Pierwszą, zajmującą połowę tego, co w ciągu dnia powinniśmy zjeść, stanowią warzywa i owoce – z przewagą warzyw. Kolejną część zajmują produkty pełnoziarniste: pieczywo razowe, kasze, płatki zbożowe i makarony pełnoziarniste. Ostatnia część to nabiał, jaja, drób, ryby, rośliny strączkowe oraz orzechy. Każdy sposób jest dobry, może wizja talerza przemówi do nas skuteczniej. Ale znacznie ważniejsze niż zamienianie trójkąta na kółko wydaje mi się wprowadzenie do owych zaleceń kroków, którymi możemy podążać w drodze do zmian. Jestem fanką takiego podejścia, kaizen, czyli filozofia małych, łatwych do wykonania kroków jest mi niezwykle bliska. Jeśli więc nauczymy się odpowiednio komponować nasze talerze, przejdźmy do równie ważnej sprawy, jaką jest ruch. Oto trzy kroki prowadzące do włączenia ruchu w naszą codzienność. Na stałe!
  1. Pierwszy to niewielkie zmiany, spacery, zamiana windy i ruchomych schodów na mozolne wdrapywanie się wzwyż.
  2. Gdy przestaniemy unikać ruchu, gdy zaakceptujemy już jego obecność w naszym życiu, jesteśmy gotowi do kroku drugiego – 30 minut aktywności fizycznej dziennie. Zaplanujmy ten czas w ciągu dnia i dbajmy o to, żeby ten punkt nigdy z codziennego harmonogramu nie znikał – co będzie dużo łatwiejsze, gdy uznamy, że jest to po prostu konieczność dla naszego zdrowia. Pomogą aplikacje w smartfonach mierzące kroki. Załóżmy, że absolutne minimum to 5 tysięcy.
  3. Trzecim etapem niech będzie zwiększenie liczby kroków do 10 tysięcy. A potem (albo równolegle) może tak w tym zasmakujemy, że uda nam się wprowadzić inną formę treningu. 

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka. Autorka bloga kachblazejewska.pl, współautorka książki „Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu”, Burda Media Polska.