1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Na czym polega prawdziwy „corporate wellness”?

Na czym polega prawdziwy „corporate wellness”?

fot.123rf
fot.123rf
Idea „corporate wellness” jest coraz bardziej modna w świecie biznesu. Co tak naprawdę oznacza w codzienności pracowników? Karnet na siłownię, przerwę na masaż? A może więcej luzu, relaksu i zaufania? Próbujemy to ustalić wspólnie z coach i trenerką Małgorzatą Kniaź.

Słyszysz „corporate wellness” i oczami wyobraźni widzisz pokój do masażu usytuowany pomiędzy przestrzenią biurową a stołówką. Albo comiesięczny wyjazd do SPA dla całego zespołu. I jeszcze patio z fontanną i zielonymi krzewami, po którym pracownicy mogą się przechadzać podczas porannej kawy. Otóż „coporate wellness” może być tym wszystkim, ale nie musi, jego idea jest bowiem znacznie szersza. W skrócie chodzi o większe zadbanie o zdrowie pracowników, które przekłada się na ich lepsze samopoczucie i wydajność. Czyli: korzystają obie strony. Dlaczego więc nie robią tego wszyscy?

Według raportu na temat corporate wellness w polskich firmach z 2015 roku, jedynie 3 proc. pracodawców wdraża strategie zdrowia w swoich organizacjach. Dla porównania – na świecie robi to niemal 30 proc. firm. W Polsce aż 70 proc. akcji wellnessowych organizowanych w miejscach pracy to jednorazowe lub sporadyczne wydarzenia. Najczęściej pracownicy są zapraszani na dni zdrowia, podczas których można zmierzyć poziom cukru, ciśnienie czy zasięgnąć porady specjalisty. Bywa, że pracownicze stołówki wprowadzają zdrowsze menu, a w firmie pojawiają się świeże owoce. Organizowane są pojedyncze warsztaty na temat tego, jak radzić sobie ze stresem, albo oferuje się karnety na basen czy do klubów fitness. – Tyle tylko, że to kompletny brak zrozumienia dla hasła „wellness” – zauważa Małgorzata Kniaź, coach i trener biznesu. I wyjaśnia, że wellness powinien dotyczyć czterech wymiarów życia człowieka: fizycznego, mentalnego, emocjonalnego i duchowego. Tylko jak to przełożyć na życie zawodowe?

Wymiar fizyczny: zdrowe proporcje

Niewiele warte są karnety na aerobik, jeśli w pracy oczekuje się notorycznego siedzenia w firmie po godzinach. Osoba, która pracuje przez 10–12 godzin, na drugi dzień będzie zmęczona i to, co zrobiłaby w 8 godzin, wykona w 10. Długofalowo prowadzi to do zaniedbania formy fizycznej i mentalnej oraz wypalenia zawodowego. – Miałam kiedyś szefa Szwajcara, dla którego częste zostawanie pracownika po godzinach było sygnałem, że dzieje się coś złego – że pracownik nie radzi sobie z pracą, źle oceniono jego kompetencje lub istnieją jakieś błędy w organizacji pracy. Zaczynał wtedy szukać rozwiązań. U nas wydłużony dzień pracy jest niemal normą – mówi Małgorzata Kniaź. Poza tym sale fitness w firmach, z których można korzystać po pracy, sprawiają, że osoby, które chcą zadbać o formę, do domu wracają jeszcze później i mają wrażenie, że w biurze są niemal non stop. Zaburza się równowaga między życiem zawodowym a osobistym. To nie jest dobre rozwiązanie, bo najzdrowszy jest balans. Małgorzata Kniaź przytacza przykład austriackiej firmy, w której pracowała w latach 90. i która oferowała swoim pracownikom w trakcie przerw w pracy masaż. W firmie był pokój, w którym przyjmował masażysta, i każdy miał prawo do skorzystania dwa razy w tygodniu po 20 minut z jego usług. Dla porównania – podczas warsztatów antystresowych, które swoim pracownikom zorganizowała pewna polska firma, pracownicy żalili się, że zlikwidowano im pracowniczą stołówkę, ponieważ jej przestrzeń potrzebna była na biura. Teraz jedzą przy biurkach, a pomieszczenia socjalne są tak małe, że mieści się w nich tylko ekspres na kawę, kuchenka mikrofalowa i lodówka. – Firma wysłała pracowników na szkolenie antystresowe, a nie dba o to, żeby mogli jeść w komfortowych warunkach. Nie zapewnia im dobrej jakości przerw w pracy – komentuje Małgorzata Kniaź.

Tymczasem psychologowie i lekarze zalecają, żeby po 90 minutach intensywnej koncentracji zrobić przerwę. Nie możemy być efektywni, skoncentrowani i skupieni przez 8 godzin, w przerwach powinniśmy robić coś odwrotnego niż podczas pracy. Potrzebujemy wyłączyć się na chwilę, żeby później nasza wydajność i koncentracja były jeszcze większe. – W niektórych miejscach pracy są już tak zwane pokoje relaksu, w których można odpocząć, ale co z tego, skoro ludzie obawiają się tam przebywać – dodaje trenerka biznesu. – Bo jeszcze szef ich zobaczy i zleci dodatkowe zadania.

Z czego wynika złe zrozumienie hasła „wellness”? – Zwykle inicjatywy te organizowane są przez działy HR, bo jest na nie przeznaczony budżet albo są wytyczne z centrali, a mało jest modelowania tych zachowań przez kadrę menedżerską – zauważa Małgorzata Kniaź. – Gdyby takiego menedżera można było spotkać medytującego w pokoju relaksu albo gdyby sam jeździł do pracy rowerem, pracownicy chętniej wysiedliby ze swoich samochodów i zażywali więcej zdrowego codziennego ruchu. U nas to nadal rzadkie zjawisko. Dominuje potrzeba kontroli i brak zaufania.

Wymiar mentalny: więcej luzu

Realizacja idei „corporate wellness” w obszarze mentalnym to na przykład zapewnienie pracownikom elastycznych godzin pracy czy prawa do jednego dnia w tygodniu na pracę w domu. Kolejny przykład z zagranicy godny naśladowania: pewna firma australijska co jakiś czas organizuje akcję „24 godziny tylko dla ciebie i twoich pomysłów”. Później wszyscy w zespołach prezentują, jakie idee zaświtały im wtedy w głowie. Okazuje się, że z tych pomysłów mogą czerpać wszyscy. Firma Google wykazała, że większość najbardziej innowacyjnych pomysłów w jej firmie powstała w czasie luźnych rozmów w pomieszczeniach socjalnych. – Ważna jest wolność mentalna – mówi Małgorzata Kniaź. – Praca zaprojektowana tylko na osiągnięcie wyniku powoduje torowe myślenie, zawęża się perspektywa. To właśnie w momencie relaksu niejednokrotnie wpadamy na kreatywne pomysły. I tu słyszę często od kadry menedżerskiej argument: „Moi pracownicy nie muszą być kreatywni, mają wykonać zadania”. Tymczasem kreatywność potrzebna jest w każdym obszarze, i może dotyczyć chociażby zmiany procesów czy procedur. Nie jest zarezerwowana jedynie dla działów kreatywnych agencji reklamowych.

Wymiar emocjonalny: twój wkład jest ważny

Wyjazd integracyjny dwa razy do roku, podczas którego można pójść do SPA i wybrać sobie masaż lub wizytę u kosmetyczki, nie daje ludziom poczucia, że są naprawdę ważni. Bo jedna osoba, żeby się zrelaksować, bardziej potrzebuje pobiegać na bieżni, a inna poleżeć w saunie. Działania wellness nie mogą być masowe i pozbawione uważności na drugiego człowieka, jeśli mają przynosić dobre efekty. Chodzi o to, żeby ludzie czuli się ważni i wartościowi. – Ale jeśli na przykład styl komunikacji w firmie jest taki, że pracownicy nie mają poczucia, że się liczą, nic nie dadzą świeże jabłka w koszykach lub karnet na siłownię – mówi Małgorzata Kniaź. Wtedy ludzie sobie myślą: „Szefom chodzi jedynie o to, żeby jeszcze bardziej podnieść produktywność i efektywność pracy, żeby zmniejszyć absencję, ale tak naprawdę im nie zależy na nas”. Tymczasem to pozytywne emocje podwładnych aż w 70 proc. wpływają na jakość pracy. Duchowy wymiar corporate wellness to poczucie, że to, co robimy, ma głębszy sens, mamy zdefiniowane wartości i cele biznesowe, które rozumiemy i z którymi się identyfikujemy.

Ekspert Małgorzata Kniaź certyfikowany trener biznesu, coach, menedżer. Wspiera organizacje w budowaniu kultury coachingowej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Czy będziemy jeszcze pracować w biurach?

Dobrze zaprojektowane biuro przyszłości będzie prawdopodobnie przestrzenią hybrydową, w której zacierają się granice między światem realnym i światem wirtualnym (fot. iStock)
Dobrze zaprojektowane biuro przyszłości będzie prawdopodobnie przestrzenią hybrydową, w której zacierają się granice między światem realnym i światem wirtualnym (fot. iStock)
Przestrzenie biurowe pustoszeją. Pandemia COVID-19 odbiła się szerokim echem na dotychczasowym modelu pracy. Zmieniło się w związku z tym, u wielu ludzi, podejście do pracy biurowej. I chociaż brakuje nam spotkań, kontaktów ze współpracownikami oraz stałego rytmu dnia, niejeden pracodawca przekonał się, że taki system pracy całkiem dobrze się sprawdza z punktu widzenia interesów firmy.

Jak pisze dr Anita Basińska, socjolożka ze School od Form Uniwersytetu SWPS: „Badania pokazują, że 87% badanych chce pracować zdalnie, w tym 48% z możliwością przyjścia do biura, np.: raz w tygodniu, 23% w kilka dni w miesiącu, 16% wyłącznie zdalnie. Z kolei wg raportu Accenture 35% badanych chciałoby zwiększyć częstotliwość pracy z domu w przyszłości, co ciekawe ta liczba wzrasta do 48% w grupie badanych, którzy wcześniej nigdy nie pracowali zdalnie. W październiku 2020 r. Microsoft pozwolił wielu pracownikom na stały home office. Z kolei Facebook przewiduje, że w ciągu 5-10 kolejnych lat, nawet 50% ich pracowników będzie pracować zdalnie na stałe.”

Widać więc, że praca zdalna to przyszłość wielu firm. Nie będziemy już jej kojarzyć z przywilejem, który do niedawna przysługiwał nielicznym. Część osób dostrzegła zalety pracy w domu i zdołała zaaranżować sobie biurową przestrzeń. Dla innych, szczególnie, gdy przebywają w domu z dziećmi, jest ona wciąż problemem, jednak muszą się dostosować.

Co stanie się z biurowcami?

Czy biura znikną, czy zostaną przeprojektowane? – Biura nie znikną, gdyż zgodnie z koncepcją BA (tłum. z języka japońskiego na angielski jako place) zaadaptowaną do nauk o zarządzaniu przez I. Nonakę, teoretyka organizacji - jest to miejsce niezbędne do wytwarzania wiedzy: dzielenia się nią, przetwarzania i generowania pomysłów. BA to wspólna przestrzeń/miejsce dla powstających relacji między ludźmi. To może być przestrzeń fizyczna (jak biuro), wirtualna (e-maile, telekonferencje), umysłowa (wymiana doświadczeń, pomysłów, ideałów) lub jakakolwiek ich kombinacja. Biura mogą się także przekształcić: przenieść się całkowicie lub częściowo do świata wirtualnego i jednocześnie korzystać z elastycznego najmu (tzw. core&flex – krótkoterminowy najem przestrzeni roboczej czy współdzielonej np. na potrzeby realizacji projektu). Niektóre biura dałyby radę również zmienić swoją powierzchnię – zmniejszyć ją, gdyby wszyscy pracownicy pracowali w modelu hybrydowym na zmiany lub zwiększyć, by móc zapewnić dystans fizyczny, gdyby znów pojawiła się taka konieczność. – zaznacza dr Anita Basińska.

Z pewnością nowe projekty biur muszą być dopasowane do obecnych oczekiwań, a przede wszystkim do kwestii bezpieczeństwa. Większość pracy wykonywana będzie w domu. Z kolei biura mogą stać się miejscem spotkań, gdy potrzebna będzie „burza mózgów”, czy omówienie jakiegoś projektu (model hub and club) – czyli miejscem interakcji społecznych. Całkowite odcięcie od ludzi nie wpływa dobrze na naszą psychikę i samopoczucie, co zresztą pokazują badania.

- Według raportu CBRE minusem pracy zdalnej dla 59% badanych było to, że nie widzą twarzy dookoła siebie. Zatem w trakcie wykonywania pracy samodzielnej, wymagającej skupienia ważne jest to, że dookoła nas są ludzie i można z kimś porozmawiać (współpracownik jest za ścianą) lub można wymienić uśmiech w open space. W biurze nawiązują się relacje między pracownikami, które sprzyjają inspiracji i motywacji oraz buduje się poczucie wspólnoty. Kreatywność i efektywność w rozwiązywaniu zadań zależy od współobecności, od możliwości spotykania się i prowadzenia także nieformalnych rozmów. Podczas pracy zdalnej badanym najbardziej brakowało rozmów ze współpracownikami (59%), bezpośrednich spotkań (54%) i wspólnych lunchy (36%)  – podsumowuje socjolożka ze School of Form – Komunikacja, która nie odbywa się twarzą w twarz jest bardziej funkcjonalna i zorientowana na zadanie, mniej bogata i wieloaspektowa.

Taki styl pracy przekłada się więc na to, że mamy większą trudność w tworzeniu stałych, długoterminowych relacji. Możliwość spotkań, w celu omówienia zadań czy projektów, wydaje się wręcz niezbędna. Do tego jednak potrzebne są odpowiednio zaprojektowane przestrzenie biurowe.

Jakie będą biura przyszłości?

Bezpieczeństwo, wielofunkcyjność, elastyczność, modułowość  –  to podstawowe cechy, jakie architekci i projektanci biorą pod uwagę w przypadku „postpandemicznych” biur. – Tak przynajmniej wynika z wielu raportów (m.in.: Kinnarps, Skanska i InFuture Institute, Cushman & Wakefield).

Jakie zmiany powinny zajść w biurach? – Przede wszystkim przestrzeń biurowa powinna być łatwa do przebudowy (za pomocą różnych ścianek lub mebli modułowych) – po to, żeby można było utworzyć tymczasowe miejsce pracy (dla pracownika, który przychodzi tylko w niektóre dni) lub miejsce do pracy „na chwilę” (z przeznaczeniem na krótkie spotkanie), czy też inne wielofunkcyjne strefy pracy o różnym charakterze.

– Biura mają przypominać przestrzenie domowe pod kątem mebli (np. kanapa, fotel), komfortu akustycznego, dostępu do naturalnego światła, obecności zieleni, możliwości personalizacji miejsca pracy oraz bezpieczeństwa (np. przestrzeń powinna być tak zaprojektowana, żeby zachować dystans fizyczny). Ta domowość biura odnosi się także do naczelnej zasady koncepcji Activity Based Working, czyli to pracownicy najlepiej wiedzą, czego potrzebują, więc przestrzeń do pracy powinna wyglądać tak, aby mogli sami decydować, jak i gdzie chcą pracować – podkreśla dr Anita Basińska – Kluczem do dobrego projektu biura w przyszłości postpandemicznej jest zatem projektowanie nastawione na dobre samopoczucie człowieka (wellbeing design), w ramach którego mieści się projektowanie biofilne (biophilic design). Projektowanie biofilne bazuje na pierwotnym związku człowieka z naturą oraz założeniu, że otoczenie wpływa na komfort i efektywność pracy. Wykorzystuje ono m.in.: naturalne materiały, rośliny, zapewnia dostęp do wysokiej jakości powietrza i maksymalnie możliwy dostęp do naturalnego światła, komfort termiczny i komfort akustyczny, miejsca schronienia (może to być strefa do odpoczynku lub kanapa z wysokim oparciem), czego efektem jest zrównoważona przestrzeń do pracy.

Źródło: materiały SWPS; dr Anita Basińska socjolożka, autorka publikacji z zakresu kultury organizacyjnej i funkcjonowania przedsiębiorstw.

  1. Styl Życia

Przewodnik po medytacjach - trzy najważniejsze nurty medytacji

Wśród wielu technik można wyróżnić medytację ruchową, powtarzanie mantr, wizualizacje, koncentrację czy wykorzystywanie naturalnej tendencji umysłu. (Fot. iStock)
Wśród wielu technik można wyróżnić medytację ruchową, powtarzanie mantr, wizualizacje, koncentrację czy wykorzystywanie naturalnej tendencji umysłu. (Fot. iStock)
Wiele jest technik, sposobów, nawet pozycji medytowania. Jaką ścieżkę wybrać? Przedstawiamy trzy najważniejsze nurty. 

Tak naprawdę medytować można zawsze i wszędzie – zmywając naczynia, ścierając kurze czy jadąc zatłoczonym autobusem. W takich codziennych sytuacjach możemy ćwiczyć skupienie na wykonywanej czynności, na oddechu lub reakcjach ciała. Chodzi przecież o to, żeby znaleźć się tu i teraz, uświadomić sobie chwilę, spotkać się z emocjami, które się w nas pojawiają. Reagować na nie w dobry sposób – dla siebie i innych. Bo medytacja jest rodzajem uzdrawiającej kąpieli umysłu, służy uwolnieniu od myśli i wyobrażeń, wbrew źródłosłowu, który znaczenie terminu wywodzi od meditatio, czyli zagłębiania się w myślach, rozważaniach.

Wśród wielu technik można wyróżnić medytację ruchową (np. joga), powtarzanie mantr, wizualizacje (niektóre medytacje buddyjskie i chrześcijańskie), koncentrację (np. na oddechu) czy wykorzystywanie naturalnej tendencji umysłu (np. Medytacja Transcendentalna).

W nurcie wiedzy wedyjskiej

Osiąganie świadomości

Medytacja Transcendentalna to technika, która wykorzystuje naturalne właściwości umysłu – dążenie do wiedzy, szczęścia i rozwoju. Pozwala odnaleźć indywidualny, delikatny impuls, dzięki któremu umysł bez wysiłku „osiada do swojej podstawy” – pozostaje aktywny, a też odpoczywa, staje się nieograniczony.

Wiedza epoki wedyjskiej, z której wywodzi się ta medytacja, uczy, jak żyć, by cieszyć się „Niebem na Ziemi”. Mówi, że jeśli działamy zgodnie z prawem naturalnym, każda czynność może prowadzić do oświecenia. Kluczem do tego jest świadomość. Zwykle korzystamy jedynie z ok. 3 proc. możliwości naszego umysłu, medytując, używamy więcej jego potencjału.

W nurcie buddyjskim

W ruchu i bezruchu

Medytacja buddyjska to rodzaj wyciszenia się, osobistej terapii. Polega na ciągłym zapytywaniu siebie, kim jestem, co to jest „ja”, a co „nie-ja”, czym jest ten dualizm i ta rzeczywistość absolutna, która w nas jest. Istnieje wiele ośrodków medytacji buddyjskiej i duża liczba jej odłamów. My postanowiliśmy przybliżyć buddyzm zen.

W tym nurcie wygląda to następująco: siadamy na poduszce lub krzesełku i staramy się oddychać w sposób świadomy. Oddech symbolizuje bowiem naszą relację ze światem: pobieramy, przetwarzamy, oddajemy. Zaczynamy go obserwować i w ten sposób wprowadza nas w głąb myśli. Patrzymy na to, co się dzieje, starając się nie oceniać i nie podążać za myślami. Jesteśmy tu i teraz, niczego sobie nie wyobrażamy, zgadzamy się na to, że nie wiemy, co będzie. Siedzimy przez 30 min, następne 10 – to medytacja w ruchu – chodzimy po sali. Stan bezruchu jest stanem absolutnym, bez czasu i bez działania. Ruch powoduje, że przenosimy ten stan do zwykłego funkcjonowania. Gdy obie perspektywy się połączą, powstaje pełnia.

Ta droga nie ma końca. Nasza świadomość się zmienia, a nasza przestrzeń wewnętrzna się powiększa. Przestajemy zaskakiwać siebie, ale też kontrolować się i tłumić. Zaczynamy medytować na ogół wówczas, gdy odczuwamy brak wiedzy o nas samych i niedobór relaksu. Chcemy siebie ulepszyć, uspokoić, zaspokoić pragnienia. Ale z czasem orientujemy się, że już nie robimy tego tylko dla siebie. Stajemy się odpowiedzialni za siebie, za innych, za całą planetę.

W nurcie chrześcijańskim

Modlitwa z Pismem

To wczesnochrześcijańska forma medytacji, która polega na całkowitym wyciszeniu ciała i myśli. Wspomaga ją powtarzane w rytmie wdechu i wydechu „słowo”: hebrajskie „Abba” (Ojcze), aramejskie „Maranatha” (Przyjdź, Panie) lub modlitwa: „Jezu Chryste, Synu Boga wiecznego, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”. Najbardziej znanym ośrodkiem medytacji chrześcijańskiej w Polsce jest Lubińska Wspólnota Grup Chrześcijańskich w klasztorze Benedyktynów w okolicach Poznania.

Porządek dnia jest następujący: o 6 rano jutrznia, później medytacja, następnie obiad, sprzątanie klasztoru i prace w ogrodzie, a wieczorem kompleta i dwie sesje medytacyjne po 25 minut. Na początku każdej medytacji czyta się fragment Pisma Świętego albo teksty ojców Kościoła. Potem wszyscy siedzą w skupieniu, w ciszy własnego serca, spotykając się z Bogiem, który inspiruje do lepszego życia.

  1. Psychologia

Praca - jak rozwiązywać problemy bez złości, z pozycji dorosłego?

Problemy, również te w miejscu pracy, raczej nie rozwiążą się same. Z drugiej strony - ich rozwiązanie wymaga dojrzałego podejścia. (fot. iStock)
Problemy, również te w miejscu pracy, raczej nie rozwiążą się same. Z drugiej strony - ich rozwiązanie wymaga dojrzałego podejścia. (fot. iStock)
Starasz się i pracujesz po godzinach, nawet przekładasz urlop, lecz zamiast pochwały dostajesz następną stertę papierów do zrobienia? Może już pora przestać uskarżać się na szefa i zacząć rozwiązywać problemy z pozycji dorosłego?

Tymon patrzył na kopertę, którą rano wręczyła mu sekretarka, i chociaż sytuacja nie przedstawiała się najlepiej, oprócz złości odczuwał pewien rodzaj ulgi – najgorsze, czego się spodziewał, właśnie nastąpiło, więc teraz po raz pierwszy od dawna mógł wreszcie odetchnąć. W kopercie było wypowiedzenie umowy o pracę – niezły prezent jak na pierwszy dzień po urlopie. Wszyscy już wiedzieli, poznał to po zachowaniu kolegów, którzy unikali jego wzroku i nie byli zbyt rozmowni. Oczekiwał przynajmniej odrobiny współczucia, ale natykał się na obojętność. Nie rozumiał, dlaczego tak się dzieje. „Jacy oni wszyscy są beznadziejni” – pomyślał i złość znowu dała znać o sobie.

Nikt mnie nie docenia...

Tymon pracował w firmie informatycznej od czterech lat. Prawie zawsze wychodził ostatni, ciągle przesuwał urlop na luźniejszy czas, często podejmował się obsługi tzw. nagłych wypadków, wykonywał sumiennie swoją pracę i w głębi duszy czuł, że jest dobry w tym, co robi. Nigdy jednak nie doczekał się jakiegokolwiek docenienia. Czekał cierpliwie tyle czasu, ale w te wakacje postanowił, że wreszcie zrewanżuje się pięknym za nadobne. Skoro do dyrektora nie dociera, ile Tymon robi dla firmy, to może jak przestanie to robić, to wreszcie szef pójdzie po rozum do głowy. Akurat w czerwcu był naprawdę napięty czas: trzeba było dokończyć projekt, który był obwarowany wysokimi karami umownymi za niedotrzymanie terminu. Właśnie w takim momencie Tymek złożył podanie o dwa tygodnie urlopu i pomimo prośby dyrektora, żeby zaczekał do końca projektu, był nieugięty: „Tym razem nie zmienię planów” – powiedział, wprawiając dyrektora w osłupienie, i dostał podpis zatwierdzający urlop. Tymek nie bawił się dobrze na swoim wyjeździe, bo czuł ciągnący się za całym wydarzeniem cień. Tymczasem jego koledzy w pracy wieszali na nim psy, bo przez jego niespodziewany urlop musieli siedzieć po 10 godzin w biurze. Dlatego nie było w ich oczach współczucia, kiedy zobaczyli go z wypowiedzeniem w ręce.

Efekt domina

Jak inaczej można było rozwiązać opisaną sytuację, tak aby nie pozwolić na uaktywnienie wirusa złości? Przede wszystkim należałoby zacząć od rzucenia światła świadomości na etap nieświadomy – czyli nie chować pojawiających się pierwotnych uczuć pod dywan i rozpoznać niezaspokojone potrzeby, na które one wskazują.

Kiedy w głowie Tymka pojawiły się myśli, że jest niedoceniany w pracy, był to moment na to, żeby uświadomił sobie swoją niezaspokojoną potrzebę bycia zauważonym przez innych. Nie powinien czekać, aż problem rozwiąże się sam, tylko wykazać się własną inicjatywą: porozmawiać z szefem o możliwości dodatkowej gratyfikacji, odebrania godzin nadliczbowych czy jakimś innym rozwiązaniu, które byłoby satysfakcjonujące dla obu stron. Druga sprawa to odczucia Tymka w stosunku do kolegów z pracy. Kiedy zaczął ich osądzać: „nie współczują mi, są beznadziejni” – był to moment na uchwycenie tych myśli, zatrzymanie się przy nich i powrót do schowanego uczucia samotności. Dzięki temu Tymek byłby w stanie odkryć, że potrzebuje więcej zrozumienia i wsparcia oraz że lepszym rozwiązaniem niż nakręcanie się na temat beznadziejności innych byłoby danie im szansy na lepsze zrozumienie: wytłumaczenie, że ma dość niepisanej w firmie normy pracowania ponad limit etatowych godzin. Podejmując temat, rozpocząłby dialog i dałby szansę kolegom na pokazanie, jak to wygląda z ich perspektywy – co stworzyłoby możliwość wypracowania rozwiązania akceptowalnego dla wszystkich.

Z kolei dyrektor, myśląc o Tymku: „jest nieodpowiedzialny i powoduje kłopoty”, mógłby odkryć, że tak naprawdę najważniejsze dla niego jest, by pracownicy mogli liczyć na siebie nawzajem, i tak poprowadzić rozmowę, żeby dać szansę Tymkowi na zmianę stanowiska: „Wiesz, dla mnie jest ważne, żebyśmy wspierali się w trudnej sytuacji. Twój urlop w natłoku rzeczy, jakie mamy do zrobienia, spowoduje poważne turbulencje. Czy jest coś, co mogę zrobić, żebyś zmienił zdanie?”.

Natomiast koledzy Tymka z pracy, zamiast od razu zakładać, że to z kimś innym jest coś nie tak: „Przez niego mamy teraz piekło, z nikim się nie liczy”, mogliby odkryć, że tak naprawdę najistotniejsza jest dla nich zasada współpracy, i zastanowić się, jakie rozwiązanie zapewniłoby porozumienie pomiędzy nimi i Tymkiem. Mogliby mu powiedzieć: „Słuchaj, stary, z tego, co mówisz, wynika, że potrzebujesz jakiegoś rozwiązania, bo długo tak nie pociągniesz, ale może najpierw pogadamy i coś wspólnie wymyślimy, zanim trzaśniesz drzwiami i zostawisz nas na pastwę goniących terminów i niezadowolonego klienta”.

Razem, a nie osobno

Oczywiście gdyby wszyscy zachowywali się tak, jak powinni, żylibyśmy w pracowniczym raju. A jest inaczej. Warto jednak zwrócić uwagę, że którakolwiek z proponowanych zmian w sposobie porozumiewania się byłaby w stanie zatrzymać proces osądzania i dokopywania sobie w sytuacji, która i i tak nie przedstawiała się zbyt optymistycznie. Jako że tak się nie stało – uaktywniły się mechanizmy wzajemnej wrogości, powodujące mało konstruktywne zachowania. Każdy okopał się na swojej mało otwartej na potrzeby własne i innych pozycji.

Może się wydawać, że najbardziej poszkodowany był Tymek, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się problemowi widać wyraźnie, że każdy wyszedł z tej potyczki poobijany: dyrektor stracił wydajnego pracownika, zespół – współpracownika, Tymek – pracę. A stało się tak dlatego, że pod wpływem emocji wszyscy zaczęli działać nawykowo, nie byli w stanie kierować się rozsądkiem i ulegli mechanizmowi powstawania złości. Zapomnieli, że są elementami tego samego systemu, i to, co nie służy jednemu z elementów, w konsekwencji osłabia wszystkie. Można zażartować, że gdyby członkowie zespołu (w końcu – informatycy) mieli rozpisany algorytm powstawania gniewu, byliby w stanie dotrzeć do swoich niezaspokojonych potrzeb (prawdziwych przyczyn frustracji) i przestać je mieszać z bodźcami wywołującymi złość (osądzanie siebie lub innych).

Skupianie się na bodźcach wywołujących gniew prowadzi zawsze do działań destruktywnych.
Skupienie się na potrzebach inspiruje do poszukiwania rozwiązań, zwiększa kreatywność i prowadzi do działań konstruktywnych. Żeby przyjąć ten drugi sposób postępowania, trzeba nauczyć się, że nie warto chować problemów pod dywan. Każdy może zainicjować takie podejście: „whatever the problem, be part of the solution” – jakikolwiek byłby problem, bądź częścią rozwiązania.

  1. Psychologia

Trening autogenny oraz inne sposoby na stres

Stres nie musi być naszym wrogiem. Wystarczy znaleźć dobrą metodę na obłaskawienie go. (fot. iStock)
Stres nie musi być naszym wrogiem. Wystarczy znaleźć dobrą metodę na obłaskawienie go. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Stres dopada każdego. Niektórych jednak trzyma dłużej. Jak złapać oddech, gdy czujesz, że się dusisz? Pytamy dr. Sylwestra Kowalskiego, specjalistę technik relaksacyjnych, propagatora treningu autogennego.

Nasze czasy nie sprzyjają wyciszeniu. Kiedyś radziliśmy sobie lepiej ze stresem? Ludzkość doświadczała stresu od zarania dziejów, tyle tylko, że wywoływały go inne czynniki i miał zupełnie inny wymiar. Kiedy nadciągała burza, ludzie panicznie się jej bali, uciekając do swoich jaskiń. Zapadali też na różne choroby, z którymi nie umieli sobie poradzić, dziś łatwe do wyleczenia, obawiali się więc o swoje życie. Wyruszający na polowanie mężczyźni stresowali się możliwym brakiem powodzenia, a tym samym głodem, a kobiety pilnujące domostw martwiły się o myśliwych i bezpieczeństwo w trakcie ich nieobecności... Człowiek pierwotny walczył z przeciwnościami zewnętrznymi. Stres, z którym miał do czynienia, pomagał mu je przezwyciężyć, a wzmożona aktywność fizyczna rozładowywała napięcie. Tysiące lat później niezależnie od powodu stresu fizycznego czy psychicznego, reakcje ludzkiego organizmu są zbliżone.

Sięgając do mniej zamierzchłych czasów, warto zauważyć, że nasi przodkowie generalnie żyli wolniej i spokojniej. Mniejsze tempo życia oznaczało mniejszy chaos, mniejszą ilość bodźców dostarczonych w krótkim czasie. Ten rozkład ułatwiał przyswajanie ich i przepracowywanie przez umysł. Dziś mechanizmy stresu są podobne, lecz nagromadzenie bodźców jest zbyt duże. Ale zarówno w przeszłości, jak i teraz można spotkać przykłady osób, które nie radzą sobie ze stresem lub wręcz przeciwnie, są wzorcowymi przykładami życia pełnego harmonii i relaksu.

Co w tej kwestii możemy zrobić sami dla siebie? Pierwsze miejsce na liście naszych antystresowych priorytetów powinno zająć znalezienie dla siebie choćby kwadransa w ciągu dnia, kiedy nikt nam nie będzie przeszkadzał. To czas na relaks i odprężenie. Jeśli pracujemy przy biurku, idealny może okazać się spacer, praca w ogródku czy ulubiony sport. Jeśli zawodowo mamy do czynienia z dużą dawką hałasu, może nas relaksować kompletna cisza czy muzyka relaksacyjna.

Drugim elementem niezbędnym w walce ze stresem jest podział obowiązków na grupy. Powinniśmy wyróżnić zadania, które musimy wykonać, które możemy wykonać i których wykonywać nie musimy. Nauka gospodarowania czasem i odrzucania nadmiernych obowiązków to bardzo skuteczne narzędzie do walki z przyczyną stresu.

Wśród antystresowych priorytetów powinniśmy też umieścić budowanie poczucia własnej wartości. Bez niej nie da się szanować siebie, a tym samym prawidłowo dbać o swoją psychikę. Naczelne hasło powinno brzmieć: zwolnij, żyj pozytywnie i szanuj siebie.

Czy specjalista od relaksacji doświadcza czasem stresu? Pewnie. Stresu pozbyć się całkowicie nie można, ale z powodzeniem da się zmienić indywidualną podatność na bodźce, a także wypracować własny unikalny system odreagowania. Zdobycie wiedzy o sobie zajęło mi trochę czasu. W trakcie tej swoistej przygody wypracowywałem metody, które pomagają ograniczać nadmierne emocje i wprowadzić organizm w stan harmonii. Doskonale odstresowuje mnie czytanie książek, słuchanie dobrej muzyki, leniwa kąpiel czy aktywne formy wypoczynku, takie jak choćby pływanie albo jazda na rowerze. Świetnie działa wypicie dobrej zielonej herbaty lub zabawa z kotem. Sięgając po konkretne narzędzia przeznaczone do walki ze stresem, najczęściej zaczynam od rebirthingu. Świadomy oddech to chyba najprostsza metoda relaksacji prowadząca do kontaktu ze swoim ciałem. Można by rzec, nauka oddychania dobrą energią. Najbardziej jednak pomagają mi treningi autogenne lub relaks progresywny. Kropką nad „i” jest zawsze zabawa z wyobraźnią, czyli wizualizacja.

W jaki sposób trening autogenny może być pomocny w sytuacjach przeciążenia i zagonienia? Za pomocą prostych ćwiczeń bazujących między innymi na autosugestii uczy nas wywoływać stan odprężenia. Ogromną zaletą metody jest jej łatwość samodzielnego nauczenia się i stosowania nawet w domu, bez pomocy innych osób. Najlepszym wyjściem jest posiadanie treningu w wersji audio i odsłuchiwanie go we właściwych sekwencjach. Regularna praca doprowadzi do takiej wprawy, że w sposób błyskawiczny będziemy potrafili uspokoić własny organizm. Zastosowanie treningu autogennego przynosi doskonałe rezultaty podczas przygotowywania się do wystąpień publicznych czy egzaminów. Jednym słowem: może przydać się praktycznie zawsze i każdemu.

Dr Sylwester Kowalski: wykładowca akademicki, specjalista z zakresu komunikacji, psychologii społecznej i technik relaksacyjnych. Konsultant psychoterapii pozytywnej. Twórca serii treningów autogennych. Pomysłodawca ogólnopolskich kampanii społecznych: „Kobieta Bezpieczna” i „Miasto Bez Stresu”.

  1. Psychologia

Podwójne standardy. Czy kobiety nadal są ofiarami różnic płacowych?

Dysproporcja wynagrodzeń utrzymuje się z powodu głęboko zakorzenionych nierówności wpisanych w nasz system. (Ilustracja: iStock)
Dysproporcja wynagrodzeń utrzymuje się z powodu głęboko zakorzenionych nierówności wpisanych w nasz system. (Ilustracja: iStock)
Niższa pensja, zrzucanie na kobiety mało interesujących zadań, częste przerywanie im podczas zebrania, rzadsze awanse i podwyżki - to typowy seksizm w skali mikro. Dziennikarka Jessica Bennett tłumaczy, jak go rozpoznawać i jak się mu najskuteczniej przeciwstawiać.

Na czym polega seksizm w skali mikro, o którym piszesz?
To wszystkie te zachowania, które sprawiają, że zaczynasz się zastanawiać: "Czy to już seksizm, czy może mi się tylko tak wydaje?". Otóż odpowiedź brzmi: "Nie, nie wydaje ci się". Objawia się on na przykład w takich sytuacjach, gdy ktoś ci ciągle przerywa podczas zebrania czy prezentacji, co jak się okazuje dotyka dwa razy częściej kobiety niż mężczyzn. Albo gdy twoje pomysły są przypisywane komuś innemu - w domyśle mężczyźnie - bo przecież wszyscy instynktownie wiemy, że to od mężczyzn pochodzą najlepsze pomysły... Albo gdy jesteś pytana, czy możesz przynieść wszystkim kawę lub robić notatki podczas zebrania, choć nie jesteś sekretarką ani asystentką. Statystycznie kobiety są częściej o to proszone i częściej karane, gdy odmówią. Każde z tych zdarzeń z osobna wydaje się jedynie incydentem, ale gdy zaczynają się łączyć, to już robi się większy problem.

Jak z tym walczyć?
Pierwszy krok to uświadomić sobie, że te sytuacje istnieją, zdarzają się i to nie tylko nam. Gdy już to wiesz, zacznij nazywać rzeczy po imieniu - w imieniu swoim i innych kobiet. Można przerwać przerywającemu, mówiąc na przykład coś takiego: "Przepraszam, czy Ania mogłaby skończyć swoją wypowiedź?". Albo gdy widzisz, że twoja koleżanka z pracy nie jest doceniana za swoją pracę - powiedz głośno, że to jej powinno się przypisać sukces, a nie komuś innemu.

Z drugiej strony stereotypy, jakimi pracodawcy posługują się wobec kobiet, na przykład taki, że kobiety są emocjonalne, zawsze miłe i nie podnoszą głosu - możemy paradoksalnie wykorzystać na swoją korzyść.
Osobiście nie uważam, że kobiety powinny zgadzać się na traktowanie wynikające ze stereotypów, żeby iść do przodu... Choć właśnie przypomniałam sobie badanie, z którego wynika, że kobiety, które się uśmiechają podczas pytania o podwyżkę, częściej tę podwyżkę otrzymują. I co teraz? Na pewno nie powinno się wymagać od kobiet, by się uśmiechały, zwłaszcza kiedy rozmawiają o pieniądzach, ale myślę, że gdybym ja była w takiej sytuacji, to po prostu wyszczerzyłabym zęby, by dostać kasę. I potem bym sobie obiecała, że kiedy któregoś dnia jakaś kobieta poprosi mnie o podwyżkę, to nie ulegnę temu stereotypowi.

Seksistowskie miejsce pracy to także takie, gdzie to kobiety są ofiarami różnic płacowych, bo nie ma w tej kwestii transparencji. Jak to zmienić?
Mam obsesję na punkcie danych, bo one pozwalają mi polegać nie tylko na emocjach, gdy chcę udowodnić, że coś jest nieprawdą albo niesprawiedliwością. Co do dysproporcji wynagrodzeń, to utrzymuje się ona z powodu głęboko zakorzenionych nierówności wpisanych w nasz system. I mam na myśli zarówno rażącą dyskryminację, jak i nieuświadomione uprzedzenia.

Jakie?
Na przykład takie, że kobietom nie przystoi rozmawiać o pieniądzach. Dlatego kiedy żądają podczas negocjacji więcej, są często postrzegane jako natrętne czy agresywne i rzadziej dostają podwyżkę. Z kolei dyskryminacją jest to, że z powodu braku przejrzystości w zarobkach, która jest standardem w wielu firmach, kobiety przez długi czas w ogóle nie wiedziały, że mają niższe pensje. Dlatego uważam, że transparentna polityka płacowa jest z korzyścią dla kobiet i jeśli jej brak, to trzeba zacząć pytać, ile zarabiają nasi rówieśnicy obojga płci. Zawsze też przychodźmy na rozmowy o podwyżce ze zbiorem danych i argumentami przemawiającymi za tym, że powinniśmy zarabiać więcej.

Łatwiej rozmawiać o wyrównaniu płac z rówieśnikami niż z osobami ze starszego pokolenia? Nasi szefowie coraz częściej są właśnie w naszym wieku.
Patrzę na to jak na bitwę na wielu frontach. Musimy walczyć o zmiany strukturalne typu równe płace, ale też musimy wiedzieć, jak radzić sobie z presją kulturową, której doświadczamy każdego dnia, zwłaszcza gdy pochodzi od rówieśników na pozycjach władzy. Edukować ich, skoro jeszcze tego nie wiedzą, a teraz od nich wiele zależy.

Jak to zrobić? Jak ich przekonać, by byli po naszej stronie?
Potrzebujemy mężczyzn po naszej stronie i wielu z nich chce pomóc, tylko często nie mają do tego narzędzi albo nie wiedzą, jak to zrobić. Dlatego rozmawiajmy z nimi o swoich problemach, zwracajmy na nich uwagę, zapraszajmy ich do naszych zespołów projektowych, nie ograniczajmy się tylko do kobiecych sojuszy.

A jak zwrócić uwagę seksistom, którzy uprzykrzają nam życie każdego dnia, komentując ubiór, wysyłając po kawę i mówiąc "kotku" podczas zebrania?
Położyć im na biurku listę 16 bardzo prostych zadań mojego autorstwa, które mogą robić codziennie w miejscu pracy, by wspierać kobiety. Są na nich takie rzeczy, jak: przypisz sukces jego autorce, a nie zespołowi; przerwij przerywaczowi, który nie daje dojść koleżance do głosu, a także - jeśli chodzi o szefa: gdy szukasz kogoś do pracy, zaproś na rozmowę tyle samo kobiet co mężczyzn.

W książce "Feminist Fight Club" piszesz o tym, że każda z nas powinna mieć swój klub wsparcia. Zwłaszcza w miejscu pracy. Opowiesz o tym więcej?
Taki Fight club to twój osobisty oddział. To ludzie, którzy cię popierają, doradzają ci i stawiają cię na nogi, jeśli tego potrzebujesz. To twój bezwarunkowy profesjonalny system wsparcia i dziewczęcy gang w jednym. Inspiracją do książki był mój własny fight club, czyli grupa kobiet, z którymi regularnie się widujemy, odkąd właściwie zaczęłam pracować zawodowo, czyli od jakiejś dekady. Spotykamy się co kilka miesięcy, by podzielić się radą, pomocą i regułami gry w naszych zdominowanych przez męską perspektywę miejscach pracy. Napisałam książkę, bo chciałam podzielić się z innymi etosem kobiecej przyjaźni i solidarności oraz zestawem narzędzi potrzebnych do walki z seksizmem. I chcę tu dodać, że jedyna silniejsza rzecz od pewnej siebie kobiety to cała ich armia. Moc naprawdę tkwi w ilości.

Jakimi zasadami powinny kierować się kobiety, jeśli chcą się nawzajem wspierać?
Zawodowy sukces zawdzięczam częściowo kobietom z mojego klubu, które radziły mi, jak prosić o podwyżkę, były oparciem w trudnych momentach i zwyczajnie rozśmieszały mnie, gdy chciało mi się płakać. Dlatego to takie ważne, by znaleźć wspólnotę lub grupę ludzi podobnie myślących, którzy mogą być twoim systemem wsparcia. A jeśli nie masz takiej grupy, to ją stwórz. Spotykajcie się na kawie raz w miesiącu i pytajcie się, jak możecie sobie pomóc. Nauczyłam się, że wszyscy mamy władze, moc do zmieniania rzeczy, wpływania na nie. Ale najwięcej możemy zdziałać w grupie. Nie ma niczego równie silnego jak grupa kobiet, która zawsze stanie za tobą murem. Bo w pracy łatwo jest zwolnić jedną osobę, która sprzeciwia się niesprawiedliwości, ale trudno jest zwolnić armię takich osób.

Może trzeba po prostu postawić na kobiece firmy, kooperatywy jako alternatywę męskiego nietransparentnego korporacyjnego świata?
Myślę, że praca w świecie zarządzanym przez kobiety byłaby całkiem przyjemna, choć umówmy się, to nierzeczywiste. Świat wciąż jest zarządzany przez mężczyzn, ale przecież nie wszyscy są beznadziejni. No i pamiętajmy o tym, że uprzedzenia i stereotypy nie tylko kierują mężczyznami, ale też kobietami. Ideałem jest więc znalezienie właściwych ludzi do pracy, a nie kierowanie się kwestiami płciowymi.

Jessica Bennett, dziennikarka, w 2017 roku objęła pierwsze w historii stanowisko redaktorki ds. równouprawnienia w "New York Times". Jej książka "Feminist Fight Club" została przetłumaczona na 14 języków.