1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Felieton Hanny Samson: Kobieta niepokorna

Felieton Hanny Samson: Kobieta niepokorna

fot.123rf
fot.123rf
Jak trudno jest nam mówić „nie”! Wydawać by się mogło, że znamy swoje prawa, ale jak przyjdzie co do czego, to nie umiemy z nich korzystać. Nawet w najprostszych sprawach.

Prowadziłam niedawno warsztaty dotyczące stawiania granic. I okazało się to, co zwykle. Nie potrafimy odmawiać. Czyjąś prośbę, nawet absurdalną, traktujemy jak rozkaz: „Wykonać!”. Rzecz jasna, próbujemy się czasem wykręcić, szukamy argumentów, które pozwolą nam powiedzieć: „nie mogę”. W tym celu gotowe jesteśmy uciec się do kłamstwa. Ono przychodzi nam łatwiej niż powołanie się na własny brak chęci. Jakby to nie był argument nawet dla nas samych.

Podczas warsztatu zrobiłyśmy rundkę: jedna osoba prosi o coś sąsiadkę z prawej strony, ta odmawia zgodnie z procedurą zapisaną na tablicy, potem prosi o coś swoją sąsiadkę z prawej i tak dalej. W założeniu była to krótka rundka, chodziło tylko o to, żeby przećwiczyć schemat odmowy. Czternaście osób, bo tyle było uczestniczek, mogłoby zrobić to ćwiczenie w piętnaście minut… Ale grupa potrzebowała na to dwóch godzin! Sytuacje były wymyślone, nikt nikogo nie prosił o uratowanie życia, chodziło o drobne sprawy. Wydawać by się mogło, że nic prostszego niż odpowiedzieć: „Nie, nie zrobię tego, ponieważ…”. I zadbać o relację, jeśli nam na niej zależy.

– Jak to mam odmówić? Przecież tej osobie będzie przykro – protestuje Joanna.

– A chcesz iść z nią do sklepu? – pytam, bo sąsiadka poprosiła Joannę, żeby poszła z nią na zakupy.

– Jasne, że nie! Nie znoszę chodzenia po sklepach!

– No to powiedz jej, że nie pójdziesz – proponuję.

Joanna zwraca się w stronę sąsiadki.

– Nie mogę z tobą iść, bo mam dużo pracy, muszę dzisiaj wysprzątać mieszkanie, bo w sobotę przyjeżdża teściowa i będzie mi wszędzie zaglądać...

– Naprawdę przyjeżdża teściowa?

– Nie.

– Więc możesz pójść z koleżanką do sklepu.

– Ale nie chcę!

– No właśnie. Więc spróbuj jeszcze raz.

Joanna znów zwraca się do sąsiadki.

– Nie mogę iść z tobą, bo mam dużo pracy.

– A naprawdę masz dużo pracy? – pytam.

– No nie.

– Czyli możesz iść z koleżanką na zakupy?

– Ale nie chcę!

– No to powiedz jej, że z nią nie pójdziesz, bo nie lubisz chodzić po sklepach.

I tak dalej. Jeśli nawet to „nie” przedarło się jakoś przez usta, zaraz po nim następowało „nie mogę”. „Nie, nie zrobię tego” było frazą zbyt trudną. Jakby dziewczyny bały się ujawnić, że odmowa wynika z ich decyzji. Co rusz któraś wciągała w sprawę siły wyższe, które służyły wykazaniu, że ona nie jest w stanie spełnić prośby, choćby chciała.

– A chcesz ją spełnić? – pytam kolejną specjalistkę od „nie mogę”.

– Nie.

– To po co ci potrzebna siła wyższa? Po prostu powiedz, że tego nie zrobisz.

A to wszystko działo się już po tym, gdy wypisałyśmy sobie swoje prawa i żadna z uczestniczek nie miała wątpliwości, że mamy prawo dysponować czasem wolnym według własnego uznania.

Po co nam świadomość naszych praw, jeżeli nie umiemy z nich korzystać? Jeśli niemal każda odmowa wywołuje w nas poczucie winy? Czyżby była niezgodna z naszym sumieniem? Wcale nie.

– Czy osobie, której odmawiasz, dzieje się z tego powodu jakaś krzywda? Czy uważasz, że powinnaś to dla niej zrobić?

– Nie – odpowiadały uczestniczki.

– Czy odmowa jest zgodna z twoim sumieniem?

– Tak – mówiły kolejne osoby.

Więc skąd poczucie winy? Jakby nasze sumienie miało dbać o zadowolenie innych, a nie stało na straży przestrzegania przez nas własnych norm! Jakby nasze sumienie wcale nie było nasze albo nasze tylko w połowie.

A może w każdej z nas istnieją dwie osoby? Ta, która wie, że ma prawo decydować o sobie i że coś jej się od życia należy. I ta druga, która chce zadowolić innych swoim kosztem. Gdy jedna dochodzi do głosu, ta druga czuje się nieswojo i cierpi.

„Wciąż uważałam, że robię za mało, za mało się staram, krzątam, obsługuję. Za mało z siebie daję. Jak dam więcej, może wreszcie zasłużę na miłość?”. To cytat z książki „Jeszcze czego!” Pauliny Młynarskiej. Jej słowa pasują do wielu z nas. Opisują nasz syndrom starania się, żeby zasłużyć. Jak nie na miłość, to choćby na pochwałę. Na cokolwiek. Ważne, żeby inni byli z nas zadowoleni. My nie musimy być zadowolone.

Paulina Młynarska opisuje własne zmagania z życiem, ale na tym nie poprzestaje. Dostrzega wspólnotę kobiecych losów, naszą podwójność i działanie wbrew sobie. Mówi nam bez ogródek, co warto zmieniać, bo nikt tego za nas nie zrobi.

„Napisanie scenariusza swojego życia od nowa, bez kierowania się wytycznymi wielkiego producenta szmiry, jakim jest społeczeństwo, wymaga pracy, czujności i obecności w swoim życiu. Koniec z automatycznym pilotem, tu trzeba sterować ręcznie”.

Wszystkie mamy w głowie wytyczne, którymi karmi się nas od dzieciństwa. Jedna część nas wciąż o nich pamięta i boi się od nich odejść. Druga część zbiera doświadczenia, które podważają ich sens. I co z tym zrobić? Zobaczyć, co jest nasze, a z czym się nie zgadzamy. I dokonywać świadomych wyborów.

Paulina Młynarska ujawnia wiele przekonań, które w nas tkwią, dopóki ich świadomie nie odrzucimy. „Nie ma czegoś takiego jak »dobro rodziny«, które miałoby się realizować kosztem kobiety. Wbijmy to sobie raz na zawsze do głowy”. Albo nasze podejście do miłości. „Idealizowanie miłości jest jednym z najgroźniejszych życiowych błędów” – pisze Paulina i przytacza na to mocne dowody. Wyznaje, że mimo wielu osiągnięć, skutecznego łączenia kariery zawodowej z opieką nad dzieckiem, czuła się koszmarnie, ponieważ nie układało jej się w miłości. Dobrze to znam! Znam wiele kobiet, które wiodą bardzo interesujące życie, mają wiele osiągnięć, a czują się niepełnowartościowe, bo brak im partnera! Skąd to się bierze? Paulina stawia diagnozę: „Od najmłodszych lat uczy się dziewczynki, że to miłość jest najważniejsza. Pomija się natomiast ich osobiste osiągnięcia, sukcesy, umiejętność ogarniania spraw materialnych”. O kobietach szczęśliwych bez księcia w bajkach nie ma mowy. Ale czy naprawdę mamy żyć i oceniać siebie według bajek? Jeszcze czego! Warto w końcu zacząć mówić „nie”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Skąd wziąć odwagę do bycia sobą?

Może słyszałaś takie stwierdzenie, że – jeśli nie umiesz powiedzieć „nie”, twoje „tak” jest niewiele warte... (fot. iStock)
Może słyszałaś takie stwierdzenie, że – jeśli nie umiesz powiedzieć „nie”, twoje „tak” jest niewiele warte... (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Boimy się odmawiać, powiedzieć, co naprawdę czujemy. Nie chcemy urazić innych, zależy nam na akceptacji. Tymczasem okazuje się, że ludzie asertywni są bardziej lubiani niż ci, którzy nie potrafią zadbać o swoje potrzeby. Jak stać się taką właśnie osobą?

Chcemy czuć się spójni w naszym zachowaniu. Rozwijać komunikację. Ale też szacunek – do siebie i do innych. Taki zresztą tytuł – „Szanuj siebie i innych” – miały jednodniowe warsztaty prowadzone przez trenerkę i psychoterapeutkę Dorotę Szymonik, pracującą też z głosem. Bo – żeby coś dostać, osiągnąć – trzeba to powiedzieć głośno. Kto bierze w nich udział? Osoby, które czują się wykorzystywane w pracy. Takie, które nie potrafią przeciwstawić się roszczeniowemu klientowi. Rodzice, którzy chcą mądrze wychowywać dzieci – bez ciągłego odwoływania się do systemu kar i nagród. Ludzie, którym znudziło się ciągłe wchodzenie w rolę „zadowalacza”. Bo, szukając akceptacji innych, tracą kontakt z tym, co dla nich ważne, zdradzają siebie. Wreszcie ci, którzy, owszem, potrafią postawić na swoim, ale robią to w sposób autorytarny. Być może uciekają się do agresji słownej. Wciąż palą za sobą mosty...

Na czym polega asertywne zachowanie?

Na początku prowadząca proponuje stworzenie kontraktu – wewnętrznego kodeksu grupy. W podgrupach wypisujemy zasady, jakie chcemy, by były przestrzegane podczas kilkugodzinnej pracy. Potem konfrontacja dwóch „dekalogów”, dyskusja. Wbrew pozorom nie jest to część stricte organizacyjna. Wypływa to, co ważne dla poszczególnych uczestników. Pojawiają się różnice zdań. Jest okazja, by poćwiczyć umiejętność wyrażania swoich potrzeb. Możesz zastanowić się, dlaczego wolisz, żeby z przekąsek korzystać tylko na przerwie, podczas gdy dla innych nie ma to najmniejszego znaczenia. Co rozumiesz przez szczerość i otwartość, które postulujesz. Dlaczego obawiasz się, że ktoś może zdominować resztę grupy i trzeba będzie przerywać jego nudne wywody?

Umawiamy się na zaangażowanie. Na poufność. Na to, że będziemy empatyczni, uważni na innych. Że nie będziemy oceniać. Jeśli zechcemy odnieść się do czyjegoś przypadku czy problemu, użyjemy tak zwanego komunikatu „ja” – będziemy mówić w pierwszej osobie, co czujemy, jakim doświadczeniem gotowi jesteśmy się podzielić.

Pora ustalić, czym jest dla nas asertywność. Dorota Szymonik pyta, jakie słowa czy pojęcia się z nią kojarzą. Oprócz tak oczywistych, jak: stawianie granic, odmawianie, obrona siebie, relacje, poczucie wartości, komunikacja, samoświadomość – pojawiają się: odpowiedzialność, prawda, wierność sobie, odwaga, równowaga, dystans, przestrzeń, przyjmowanie krytyki, przyjmowanie komplementów, korzyści, ryzyko... Wreszcie powstaje definicja. Naszym zdaniem asertywność to „umiejętność dbania o siebie i swoje granice, rozpoznawania własnych potrzeb i uczuć i komunikowania ich w otwarty, przejrzysty sposób, z szacunkiem do siebie i innych”.

Lęk przed narażeniem się innym

Co powstrzymuje nas przed przyjęciem postawy asertywnej? Lęk przed konfliktem. Przed tym, że ktoś nie zrozumie naszej postawy, preferencji. Naszego komunikatu. Że się obrazi, poczuje zraniony, zareaguje gniewem. – Ja sama miałam kiedyś kłopot z tym, żeby zwrócić uwagę osobom palącym na przystanku – przyznaje Dorota Szymonik. – Bardzo tego nie lubię, a wygląda na to, że mimo obowiązującego prawa norma społeczna jest zupełnie inna. Kiedy więc tylko poczułam zapach dymu nikotynowego, biłam się z myślami: powiedzieć czy nie powiedzieć?

Doskonale znasz te wszystkie myśli, niepozwalające ci zadbać o siebie, wyrazić dyskomfort: czepiam się, tylko mnie to przeszkadza, nie ma sensu się wychylać, szkoda zachodu, świata nie zmienię, nie ma co tego rozdmuchiwać, lepiej siedzieć cicho, może nie mam racji, jeszcze się zbłaźnię... Sęk w tym, że za bardzo utożsamiamy się z naszymi myślami. Zapominamy, że to tylko interpretacje i spekulacje próbującego nas ochronić umysłu. Tworzymy sobie w głowie całe historie na temat błahego zdarzenia, zamiast sprawdzić, co jest pod spodem. Zająć stanowisko. – Fantazje mają to do siebie, że trzymają nas w zamkniętym świecie, blokują naszą aktywność – mówi terapeutka. – Trzeba je weryfikować. Podstawową zasadą asertywności jest działanie.

Od czego zacząć? Rozpoznaj różne sabotujące, asekuracyjne myśli i zmień je. Podczas warsztatów oglądamy niektóre z nich pod lupą i zastępujemy bardziej asertywnymi. Dokonujemy przeprogramowania. Weźmy chociażby takie proroctwa: „Jeśli to zrobię, odmówię, powiem, co naprawdę czuję, nie będzie zadowolony” albo „Zawiedzie się na mnie”, „Uzna mnie za niewdzięczną”. Jak możemy na nie odpowiedzieć? „To nie jego zadowolenie jest tu najważniejsze”, „Nie jestem odpowiedzialna za czyjeś samopoczucie”, „Nie jestem po to, by zadowalać innych”, „Zobaczymy”, „Jest szansa, że zrozumie”, „Jakoś to zniesie”, „A może właśnie zacznie mnie szanować?”.

Teraz przyjmujemy, że zdarzyło ci się pomyśleć: „Wydrze się, zwolni mnie”. Możesz na to odpowiedzieć: „Poradzę sobie”, „Zawalczę o swoją godność”, „To nie jest takie łatwe, zwolnić pracownika”, „Nie chcę pracować dla kogoś, kto zwalnia innych, by zademonstrować swoją siłę”, „Coś się zmieni”... Czasem za długo zaciskamy zęby, stwierdzamy „dam radę”, „to nie takie ważne”, „powiem następnym razem”. A potem narasta w nas wściekłość. Dorota Szymonik opowiada o kobiecie, która podczas zakupów nie zareagowała, widząc, jak sprzedawczyni wkłada jej do torby nadgniłe jabłko. – Przez całą drogę do domu czuła jego ciężar. A na koniec powiedziała sobie ze złością: „Teraz jeszcze będę musiała je zjeść”.

Przed otwartą komunikacją często powstrzymuje nas lęk, że nie zapanujemy nad emocjami, okażemy słabość. A gdybyś powiedziała sobie: „Zgadzam się ujawnić, co czuję”, „Nie chcę udawać”, „Pozwalam sobie na bycie sobą”, „Okazywanie emocji wcale nie jest negatywne”? Zdaniem trenerki istnieje coś takiego jak „przemoc na bycie pozytywnym”. To próba zbudowania iluzji, że pewne emocje nie istnieją. Kończy się, oczywiście, wypieraniem ich, spychaniem w strefę cienia.

– Miałam kiedyś na warsztatach grupę ezoteryków. Mieli opór przed uwalnianiem złości, uznali, że ich to nie dotyczy. Że nie będą wchodzić w negatywną energię. Kiedy wreszcie pozwolili sobie na to, by wypuścić ją z siebie, zrobiło się tak gorąco, że w zamieszaniu dostałam pięścią.

Teraz ja krzyczę!

Po przerwie ważny moment. Sięgamy do sytuacji z naszego życia, w których nie zachowaliśmy się asertywnie. Może ktoś nie dotrzymał danej ci obietnicy, narzucił swoje reguły gry, a ty nie potrafiłaś zaprotestować? Może zależało ci na czymś albo na kimś, ale nie okazałaś tego w żaden sposób, bo uznałaś, że nie wypada? A może pozwoliłaś, by ktoś zbeształ cię jak pensjonarkę, zamiast przerwać potok inwektyw krótkim „stop, basta!”? Zastanawiamy się, co następnym razem można by zrobić inaczej, żeby osiągnąć lepszy rezultat. I odgrywamy te sceny.

Oto kobieta rozmawia z szefem. Uważa, że dostaje za dużo obowiązków, musi zostawać po godzinach. Szef próbuje ją zignorować, zbagatelizować problem. Przyjmuje postawę zajętego, roztargnionego. Mimo to podwładna nie ustępuje. Przyglądamy się jej wysiłkom, słuchamy. Potem podpowiadamy, co zmienić. Sugestii jest sporo: przygotowanie krótkiej, rzeczowej argumentacji, żeby optymalnie wykorzystać czas, większa stanowczość, głos z przepony, wyeliminowanie słów osłabiających przekaz („troszeczkę”, „jak gdyby”), trzymanie się tematu i faktów, podkreślanie własnych kompetencji i wkładu (ale nie kosztem innych). Kolejna odsłona – za drugim razem jest dużo lepiej. Za trzecim naprawdę dobrze. Szef patrzy kobiecie w oczy, kiwa głową... Przy okazji Dorota Szymonik uczy nas prostej techniki, jak poczuć się pewniej przed ważną rozmową: wystarczy stanąć gdzieś (choćby w toalecie) i przyjąć taką postawę ciała, by zająć jak najwięcej miejsca... Sprawdź! Poczujesz się większa, silniejsza.

Następna scena, dyskusja przez telefon – dlatego biorące w niej udział osoby siadają do siebie tyłem. Kobieta oskarża mężczyznę o zaniedbania przy wspólnym projekcie, nie daje mu dojść do głosu. Krzyczy. On tłumaczy się niepewnie i – choć przekonany jest, że chodzi o nieporozumienie – używa takich słów, jak „współwinny”, „błąd”. Po wskazówkach, jakie otrzymuje, dużo uważniej dobiera słowa. Stosuje też dwa zasugerowane przez trenerkę chwyty. Mówi: „A może teraz ja zacznę krzyczeć?” i zwraca się do kobiety po imieniu. To działa na nią otrzeźwiająco. Po wyjściu z roli przyznaje: „Dopóki nie powiedziałeś mi, że krzyczę, nie zdawałam sobie sprawy, że się tak zagalopowałam”.

Cenne doświadczenie. Pozwala spojrzeć na sytuacje życiowe z różnych perspektyw, zmienić podejście, może nawet przeformułować relację. – Czasem nie zauważamy, jak bardzo utknęliśmy w jakiejś roli, boimy się zmienić pewne status quo – mówi Dorota Szymonik. – Na przykład kobieta nie wychodzi z koleżankami do pubu, bo zakłada, że mąż źle na to zareaguje, a kiedy porusza tę kwestię, okazuje się, że on nie zgłasza najmniejszego sprzeciwu. Ja sama mam podobne doświadczenie. Przez lata opiekowałam się chorym ojcem, wreszcie stwierdziłam, że trwa to za długo. Zakomunikowałam rodzinie, że się wycofuję. Nie miałam rozwiązania zastępczego, żadnego pomysłu na to, co dalej. Wiedziałam tylko, że pora zacząć żyć własnym życiem. Okazało się, że wystarczyło powiedzieć „dość” i natychmiast znalazła się osoba, która mnie zastąpiła.

Oczywiście, może też zdarzyć się inaczej. Ryzyko, że sprawy przyjmą niespodziewany obrót, jest zawsze. – Na tym polega życie – tłumaczy terapeutka – Czasem tracimy ważne relacje i, nie oszukujmy się, strata boli. Ale nie możemy wciąż chronić siebie i innych – w ten sposób odbieramy i sobie, i im szansę rozwoju. Nie unikniemy straty, frustracji, rozczarowania. Dla dziecka odkrycie, że nie może dostać wszystkiego, jest bardzo rozwijającym, głęboko uświadamiającym doświadczeniem. Dlaczego mielibyśmy chronić przed nim dorosłych? Osoby roszczeniowe często nie przeszły tej ważnej fazy w rozwoju – dlatego tak źle reagują na odmowę. Jeśli więc ktoś się obrazi – trudno. Mój nauczyciel zwykł mawiać w takich sytuacjach: „Pałac Kultury się nie zawali”.

Dorota Szymonik: psychoterapeutka; absolwentka studiów filozoficznych, muzykologicznych i pedagogicznych oraz Szkoły Psychoterapii w Instytucie Integralnej Psychoterapii Gestalt. Prowadzi psychoterapię indywidualną i grupową, a także warsztaty rozwoju osobistego i konsultacje w obszarze pracy z ciałem i głosem.

  1. Psychologia

Asertywność to dużo więcej niż mówienie „nie”

Asertywność to coś więcej niż mówienie „nie”, gdy czegoś nie akceptujesz, to także mówienie „tak”, kiedy masz na coś ochotę, oraz wiedza o tym, jak te dwie rzeczy odróżnić. (Fot. iStock)
Asertywność to coś więcej niż mówienie „nie”, gdy czegoś nie akceptujesz, to także mówienie „tak”, kiedy masz na coś ochotę, oraz wiedza o tym, jak te dwie rzeczy odróżnić. (Fot. iStock)
Znów zrobiłaś coś z poczucia winy, lęku albo dla świętego spokoju? Nie obwiniaj się! Masz dość? To ważny sygnał. Odzywa się w tobie siła. Do zmiany!

Znasz to uczucie, kiedy starasz się ze wszystkich sił, ale okazuje się, że to za mało? Tak jakbyś usiłowała się przykryć zbyt krótkim kocem – i tak jakaś część ciała zawsze spod niego wystaje. Każdy czegoś od ciebie chce, a ty niczym mistrzyni pięcioboju usiłujesz wykazać się w każdej z narzuconych dyscyplin: odwożeniu dzieci do szkoły, braniu zastępstwa za koleżankę w pracy, gotowaniu dwudaniowego obiadu dla całej rodziny, ratowaniu małżeństwa swojej siostry czy – czemu nie – kupowaniu prezentu dla nielubianej teściowej. I choć czujesz, że to cię przerasta, męczy, a nawet irytuje, godzisz się na kolejne ustępstwa w imię… no właśnie, czego? Szczytnej idei niesienia pomocy? Miłości? A może dla świętego spokoju? Z obawy, że w przeciwnym razie ktoś się obrazi? Zwykle i tak ktoś się obraża. Zamiast: „dziękuję”, mówi, że on zrobiłby to inaczej, narzeka, że nie tak, za późno, za drogo… Wtedy płaczesz. Albo się wściekasz, często na siebie. Obiecujesz sobie, że nigdy więcej, że teraz będziesz mądrzejsza. Do kolejnego razu, kiedy znów dasz się „wkręcić”, znowu się zawahasz: „No dobrze, może jak będę miała chwilę” albo nie powiesz nic i zgodzisz się na coś, na co wcale nie miałaś ochoty.

A może tak jak ja, masz problem z tym, żeby w restauracji zwrócić danie, które ci nie smakuje, albo – jak moja znajoma – nie umiesz odmówić mamie niedzielnego obiadu, mimo że masz już inne plany? Boisz się poprosić szefa o podwyżkę? Nie umiesz zwrócić uwagi niegrzecznej urzędniczce? Ludzie wchodzą ci na głowę, a ty nie potrafisz powiedzieć: „stop”.

Każdy ma swoją piętę achillesową, czuły punkt, który – odpowiednio „naciśnięty” przez innych – oddaje im nad nami władzę. Przyczyna, która uruchamia cały ten mechanizm, jest jedna – brak asertywności.

To wszystko te uczucia

Agnieszka Wróbel, pedagog i psychoterapeutka, w książce „Asertywność na co dzień” przyznaje, że większość z nas WIE, ale NIE CZUJE, że ma prawo do odmowy, do własnego zdania, do obrony swoich granic, do sięgania po to, czego chcemy. Jednym zdaniem, trudno nam połączyć wiedzę teoretyczną z przeżywaniem emocjonalnym. Kiedy brak nam asertywności, miotamy się pomiędzy uległością a agresją. Dusimy w sobie złość i własne potrzeby albo przekraczamy granice – swoje i innych. A przecież znaczenie słów „chcę”, „potrzebuję”, „nie” – jest jasne już dla trzylatka. Jak to się dzieje, że wyrasta na 30-latka, który nie potrafi odróżnić własnych potrzeb od oczekiwań innych?

Jak twierdzą psychologowie, wszystko zależy od tego, czy rozmaite lęki, które odczuwamy od najwcześniejszego dzieciństwa, zostają ukojone, czy nasze potrzeby – nie tylko fizjologiczne, ale też psychiczne i emocjonalne, zostają zaspokojone. Jeśli w którymś z tych punktów rodzice czy otoczenie zawodzą – musimy radzić sobie sami. Wtedy mamy dwa wyjścia: dostosować się do wymagań innych albo wymóc na nich spełnienie naszych potrzeb. Wzorce zachowań, które okazują się najskuteczniejsze, przenosimy do dorosłego życia. Instynktownie wyczuwamy, co powinniśmy zrobić, by zostały zaspokojone nasze najważniejsze potrzeby: bezpieczeństwa, akceptacji, przynależności, uznania, miłości. Najczęściej wiąże się to z tłumieniem własnych emocji, zwłaszcza tych uważanych za trudne, jak złość, smutek, strach, żal, rozgoryczenie, wstyd.

To, co zostaje zasiane w dzieciństwie, przynosi plon w dorosłym życiu. Także role, jakie pełnimy w rodzinnym domu, albo przekonania, które z niego wynosimy. Jeśli byłaś najstarszą siostrą, która opiekuje się pozostałym rodzeństwem, a do tego prymuską w szkole – mogłaś nieświadomie wcielić się w rolę Rodzinnego Bohatera. Nie umiesz bronić swoich granic, bo od małego byłaś nauczona, że tobie nie wolno mieć chwil słabości. Bierzesz na siebie kolejne zobowiązania, usilnie wierząc, że jesteś w stanie mieć wszystko pod kontrolą.

Są jeszcze rodzinne skrypty, czyli nieświadome przekazy, wdrukowywane nam przez rodziców i otoczenie. To one decydują o tym, czy w życiu gramy rolę przegranych czy wygranych. Jeśli od małego słyszysz: „Widocznie na to zasłużyłaś”, nie będziesz miała odwagi, by wystawić walizki za drzwi partnerowi, który nie okazuje ci szacunku. Albo ten pokutujący w naszym życiu slogan, by siedzieć w kącie, aż cię znajdą – czy nie blokuje przed sięganiem po to, czego chcemy?

Źle rozumiana uprzejmość

„Nie potrzebujesz tego” – to słowa, które pisarka Regina Brett nosiła w sobie długo. Wychowała się jako jedno z jedenaściorga dzieci w skromnie żyjącej rodzinie w Ohio. Niezbyt dobrze wspomina swoją edukację w szkole u zakonnic. Studia skończyła dopiero jako 30-latka, w wieku 21 lat została samotną matką. Jak wspomina, ilekroć jako dziewczynka mówiła rodzicom, że chciałaby coś dostać, ojciec kwitował to właśnie w ten sposób: „Nie potrzebujesz tego”. Po jakimś czasie przestała prosić. Gdy los się do niej uśmiechnął i tuż przed czterdziestką spotkała mężczyznę swoich marzeń, zachorowała na raka. Walczyła z chorobą przez rok. Nie dość, że pokonała nowotwór, to jeszcze na szpitalnym łóżku spisała swoje doświadczenia i zamieniła je w cykl 50 lekcji. Zanim ukazały się drukiem, ludzie przesyłali je sobie e-mailami, umieszczali na blogach i przyklejali do drzwi lodówek. Regina stała się bohaterką wielu kobiet, mimo że nadal miewa problemy z tym, by mówić o swoich potrzebach i prosić o coś innych.

– Opowiem wam, jaka jestem żałosna. Kiedy sąsiad z tyłu kopie mój fotel w samolocie, nie jestem w stanie go poprosić, żeby przestał – zwierza się w jednym ze swoich felietonów. – Kiedy siedzący za mną w kinie ludzie gadają, nie potrafię kazać im się zamknąć. Zamiast tego wstaję i zmieniam miejsce. Wolę być głodna, niż poprosić stewardesę o wegetariański posiłek.

Dlaczego jest takim tchórzem? Ze wstydu – nie chce pokazać innym, że czegoś nie wie albo czegoś potrzebuje. Z dumy i lęku – przed usłyszeniem „nie”. Wreszcie z poczucia winy – bo nie chce sprawiać nikomu kłopotu. – Nasza uprzejmość nas paraliżuje – mówi Regina. Jesteśmy miłe, więc nie domagamy się swojego, nie wyznaczamy innym granic, zadowalamy się tym, co dostajemy. I zaciskamy zęby, żeby nie wybuchnąć.

– Kiedy poczułam się najgorzej? Wtedy gdy moja sześcioletnia wówczas córka zabrała do sklepu garść monet na cukierki. Stałam w kolejce do kasy, a Gabrielle ułożyła swój stosik drobnych na taśmie. Kiedy przesunęłyśmy się bliżej, zobaczyłam, jak jakaś dziewczynka wyciąga rękę i zagarnia monety mojej córki. Patrzyłam jej prosto w oczy. Nie miałam w sobie dość siły, by ją powstrzymać. Właśnie ukradła pieniądze mojej córki, a ja nie umiałam nawet zapytać, co wyprawia, ani zażądać ich zwrotu – opowiada.

Wzorem asertywności jest dla Reginy jej mąż. Jego zdaniem strach jest uzasadniony tylko wtedy, gdy człowiek musi wyskoczyć z samolotu albo nurkować w pobliżu rekinów. W innych wypadkach – nie. Po wielu latach Regina zaryzykowała: poprosiła szefa o podwyżkę. Nie miała odwagi, żeby zrobić to osobiście, spisała więc w e-mailu wszystkie powody, dla których – jej zdaniem – na nią zasługuje. Uznała, że jeśli nie prosi o coś ze strachu przed czyjąś odmową, to tak naprawdę sama jej sobie udziela. Szef zgodził się z jej argumentami, co więcej, podniósł jej pensję o taką kwotę, o jakiej myślała.

Kop do zmiany

Z lęku, wstydu, poczucia winy, grzeczności, głodu miłości – rzeczy, które robimy z któregokolwiek z tych powodów, nie dadzą nam spełnienia. Jedynie chwilowy spokój i przelotne poczucie akceptacji, ale potem lęk czy poczucie krzywdy wrócą ze wzmożoną siłą.

Punkt zwrotny, moment, w którym przelewa się czara goryczy, to tak naprawdę piękna chwila. Iskrą zapalną może być czyjaś opinia – kiedy słyszysz, jak koleżanka z pracy mówi drugiej: „Daj to Ani, ona zawsze ma czas”, wyrzut bliskiej osoby – gdy po spotkaniu z dyrektorem szkoły syn pyta: „Dlaczego nie stanęłaś w mojej obronie?!”, czy po prostu nagła refleksja: „Dość”, gdy pół godziny czekasz w restauracji na przyjaciół. W efekcie znajdujesz siłę i determinację, by powiedzieć: „stop”. Mówisz mamie: „Dziś nie będę mogła”, wychodzisz ze spotkania, które cię nudzi, ekspedientce, która cię lekceważy, rzucasz: „Chciałabym porozmawiać z pani przełożonym”. Brawo! Przed tobą szansa na to, by żyć życiem, jakiego zawsze chciałaś. Może ktoś się obrazi, wykluczy cię z grupy, zostaniesz nazwana „egoistką”… Może rzeczywiście coś stracisz, ale też coś dostaniesz. Poczucie własnej wartości oraz umiejętność wyrażania uczuć i potrzeb. Wiedzę o sobie – o tym, co jest dla ciebie absolutnie nie do przyjęcia, a co cieszy i daje satysfakcję.

Bo asertywność to coś więcej niż mówienie „nie”, gdy czegoś nie akceptujesz, to także mówienie „tak”, kiedy masz na coś ochotę, oraz wiedza o tym, jak te dwie rzeczy odróżnić. Wtedy staniesz się ważna najpierw dla siebie, a dopiero potem dla innych.

  1. Psychologia

Kiedy warto sobie odpuścić i powiedzieć innym „nie”? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Asertywność to dużo więcej niż umiejętność wypowiadania słowa „nie”. „Nie” powiedziane z zaciśniętym gardłem nikogo nie przekona. (fot. iStock)
Asertywność to dużo więcej niż umiejętność wypowiadania słowa „nie”. „Nie” powiedziane z zaciśniętym gardłem nikogo nie przekona. (fot. iStock)
Odmawianie jest trudne. Oskarżamy przełożonych, że to oni są winni naszemu przemęczeniu i brakowi czasu. Ale sami zgadzamy się na wszystko, a nawet wymyślamy sobie nowe obowiązki. Dlaczego właśnie w czasach kryzysu trzeba w pracy odmawiać, wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, autor programu odnowy „8 razy O”.

„Ty zrobisz to najlepiej”, „tobie mogę zaufać”, „musimy dołożyć sił, by nie dać się konkurencji”, każdy z nas słyszał od szefa podobne słowa i przyjął dodatkowe zlecenie. Bo nawet gdy wiemy, że to nieczysta zagrywka, trudno odmówić, skoro kryzys straszy: uwaga, bezrobocie!
No właśnie. Do tej pory mówiliśmy o rzeczach, za które my sami ponosimy odpowiedzialność. Od nas zależy, jak oddychamy, co sobie wyobrażamy, o czym myślimy. Jeśli nie jesteśmy ugruntowani w sobie lub nie umiemy odreagowywać i odpoczywać, możemy się tego nauczyć. Wówczas nasza efektywność i odporność wzrosną nawet w trudnych sytuacjach. Z odmawianiem jest inaczej. To kwestia relacji z innymi.

Bo w pracy nie wszystko zależy od tego, jak oddychamy i o czym myślimy.
Właśnie. Możemy pojazd, jakim jest nasz organizm, dobrze serwisować i być sprawnym kierowcą, ale jeśli nie mamy świadomości granic naszej ładowności, to przekroczymy normy bezpieczeństwa. Dlatego musimy nauczyć się nie brać na siebie zbyt wiele. Czyli odmawiać innym i odpuszczać sobie. Odpuszczać sobie, bo zamiarem naszych szefów na ogół nie jest przeciążanie nas pracą. To często my sami – z własnej woli – bierzemy sobie za dużo na głowę i potem nie dajemy rady. Ale o tym, dlaczego tak postępujemy, porozmawiamy następnym razem. Dziś powiemy o trudnościach z odmawianiem. To ważne. Jeśli bowiem przyzwyczaimy innych do tego, że nie odmawiamy, to na pewno z tego skorzystają i radośnie będą przekazywać nam wszystkie sprawy, którymi im nie będzie się chciało zająć.

Odmawianie jest trudne, jeśli dotyczy osoby, na której opinii nam zależy i która nie wiadomo, jak zareaguje.
Wchodzimy tu w sferę relacji międzyludzkich. Kiedy nie odmawiamy, bo myślimy, że tylko my zrobimy to lepiej – to taki jest nasz wybór. Nawet jeśli nie do końca uświadomiony. Ale gdy czujemy, że nie jesteśmy w stanie przyjąć kolejnego zlecenia, bo już brak nam sił i czasu, i pojawia się taka myśl: „Cholera, co będzie, gdy odmówię? Co sobie szef/szefowa o mnie pomyśli? Czy ja mam w ogóle prawo odmawiać? Czy to nie będzie nieuprzejme, rozczarowujące, a może dyskwalifikujące mnie?”. To mimo tych obaw trzeba powiedzieć: „Przepraszam, ale więcej nie dam rady – są w moim życiu inne ważne sprawy, na które muszę mieć czas i siły”.

Ja zdobyłam się na to dopiero po wizycie u lekarza.
Często dopiero choroba jest dla nas wystarczającym uzasadnieniem. Zdejmuje z nas odpowiedzialność za powiedzenie „nie”. Ale musimy umieć odmawiać w porę.

Potrzebny nam kurs asertywności, przynajmniej dobra książka z zasadami mówienia „nie”.
Gdy lęków i obaw przed odmową jest zbyt wiele, uczenie się formułek nie pomoże. Bo i tak będziemy się bali ich użyć, nawet jeśli będą to zdania tak skonstruowane, by nikogo nie urazić. Asertywność to dużo więcej niż umiejętność wypowiadania słowa „nie”. Jeśli kiepsko oddychamy, brakuje nam poczucia oparcia w sobie, zbyt często przebywamy w świecie dewaluujących nas fantazji, nie będziemy w stanie zachować się naprawdę asertywnie. „Nie” powiedziane z zaciśniętym gardłem nikogo nie przekona. Trzeba je mówić z przepony. Wiele różnych kompetencji osobistych musimy rozwinąć wcześniej, by móc skutecznie odmawiać w sposób, który nie uraża niczyjego poczucia godności. Dlatego mówimy o tym pod koniec prezentowania programu „8 razy O”.

Uczy się nas jednak, że odmawianie starszym, rodzicom jest złe. Pewnie dlatego myślimy, że przełożonym też odmówić nie wolno. Dlatego potrzebujemy głębszego rozumienia asertywności. Zgodnego z następującą definicją: „Asertywne zachowanie w sytuacji konfliktowej wzmacnia poczucie godności obu stron”. Warto o tym pomyśleć, bo wiele osób ma problem z „nie”, gdyż uważa, że dla drugiej osoby jest to upokarzające i trudne. W istocie tak nie jest. Odmawianie nie jest zabieraniem, nie jest poniżaniem, nie jest odrzuceniem. Odmawiamy tego, czego jeszcze nie daliśmy ani nawet nie obiecaliśmy. Skoro ktoś nas o coś prosi, to znaczy, że liczy się z odmową. W przeciwnym razie nie pytałby, tylko sobie wziął. Jeśli ktoś nas prosi o coś, o co nie powinien prosić, lub o to, czego nie chcemy ofiarować, to odmawianie sprzyja temu, aby obie osoby poczuły się godniej.

 
Czy zawsze odmowa przywraca nam godność?
Ważne, byśmy odmawiali w porę. Wielu z nas odmawia zbyt późno. Nie możemy zdobyć się na odwagę. Oszukujemy się, że jeszcze damy radę to unieść. W dodatku gdy raz w porę nie odmówimy, to wkrótce otoczenie – nie orientując się w tym, że jesteśmy już przeciążeni – będzie próbowało coś jeszcze nam dołożyć. Wtedy, gdy dociśnięci do muru wybuchamy, ludzie wokół nas nie rozumieją, dlaczego zamiast spokojnego, lecz stanowczego „nie” słyszą rozpaczliwą, nieadekwatną do sytuacji odpowiedź. I wtedy mają święte prawo ze zdumieniem pytać: „Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałeś, że masz dość?”. Mają prawo nie tylko się zdziwić, ale też obrazić. Odmawiajmy więc w porę, kiedy jeszcze potrafimy zrobić to spokojnie i rzeczowo.

I kiedy można znaleźć kogoś innego do wykonania tej pracy.
Jeśli odmówimy w porę, szef nie powie: „Nie musiałem z tym do ciebie iść. Ale zawsze mówisz, że zrobisz to najlepiej! No i kto to teraz zrobi?”. Odmawiajmy, kiedy nie jesteśmy wykończeni, bo inaczej nasza odmowa nie przywróci godności nikomu. My będziemy się wstydzić naszego zachowania, a szef poczuje się pokrzywdzony.

Zauważyłam, że ci, którzy potrafią mówić „nie”, są bardziej szanowani i częściej awansowani.
Z pewnością odmawiali w porę, asertywnie i spokojnie. Zostali docenieni, bo to świadczy o ich większej dojrzałości, inteligencji emocjonalnej i lepszym zarządzaniu swoimi zasobami. Na wyższych stanowiskach są to umiejętności niezbędne. Zaletą tych ludzi jest też to, że nie zakładają, iż wszyscy chcą ich wykorzystać. Wiedzą, że dla normalnego człowieka wykorzystanie kogoś nie jest czymś, czego pragnie. Bo większość z nas ceni wzajemny szacunek w relacjach z innymi.

Dając się wykorzystywać, nie szanuję siebie, ale też stawiam innych w trudnej sytuacji.
Zdecydowanie tak. Gdy ludzie z otoczenia osoby, która wcześniej nie mówiła „nie”, nagle usłyszą od niej: „Wy mnie cały czas wykorzystywaliście!”, mają prawo poczuć się oszukani, wrobieni w „wykorzystywaczy”. Jeśli już coś komuś daliśmy lub pozwoliliśmy to sobie bez protestu zabrać, nie możemy mu potem zarzucać, że nam to ukradł. To nieuczciwe. Jako dorośli– także w relacjach zależności i podległości – nie możemy oczekiwać, że inni będą za nas wyznaczać i chronić nasze granice. Nie wolno nam delegować tej odpowiedzialności na innych.

To, co pan mówi, jest jak okład na duszę żołnierza korporacji. Ale czy przekona tego, kto boi się kryzysu i zrobi wszystko, by przetrwać w firmie?
Właśnie dlatego, że jest kryzys, trzeba szczególnie na siebie uważać. W takiej sytuacji łatwo przekroczyć granice swoich możliwości. Ponad siły możemy pracować najwyżej miesiąc, dwa. Gdy się wypalimy, to i tak nas zwolnią, bo nie będziemy w stanie pracować tak dużo, tak szybko i tak dobrze jak kiedyś. Dlatego powinniśmy dbać o siebie, ćwiczyć kompetencje i stosować zasady programu „8 razy O”. I nauczyć się odmawiać. Jeśli szef przekona nas, że tylko dodatkowy wysiłek uratuje nasze miejsce pracy, możemy podjąć decyzję, że czasowo pracujemy więcej. Aby przetrwać w kryzysie, firmy muszą obcinać koszty, i to my możemy być tym kosztem. Szef może nie przewidzieć, że mimo naszego poświęcenia i tak będzie musiał zlikwidować nasze stanowisko. Dlatego nigdy nie zużywajmy wszystkich zapasów energii. Pamiętajmy, że to my jesteśmy dla siebie samych firmą najważniejszą ze wszystkich. Musimy dbać o to, żeby dobrze funkcjonować w każdych, nawet najtrudniejszych warunkach. Bo jeśli z przepracowania się rozchorujemy, kto zarobi na nasze utrzymanie? Jeśli nigdy nie odmawiając, wypalimy się i stracimy całkiem siły i ochotę do życia, kto doceni nasze poświęcenie?

  1. Psychologia

Asertywne, a nie uległe – jak mądrze pokierować dzieckiem?

Jeśli zależy nam, żeby dziecko nie ulegało zbytnio wpływom otoczenia, nauczmy je asertywności w odpowiednim momencie. Przede wszystkim dając mu dobry przykład. (Fot. iStock)
Jeśli zależy nam, żeby dziecko nie ulegało zbytnio wpływom otoczenia, nauczmy je asertywności w odpowiednim momencie. Przede wszystkim dając mu dobry przykład. (Fot. iStock)
Człowiek nie rodzi się asertywny. To sztuka, której trzeba się nauczyć. Lekcji w szkole nie ma, ale są rodzice.

Mama czternastoletniej Asi: Moja córka ma problem z odmawianiem i wyrażaniem swojego zdania. Zgadza się na wszystkie propozycje koleżanek, nawet wbrew sobie. Jeżeli już mówi „nie”, to zazwyczaj ucieka się do jakichś wykrętów czy wręcz kłamstwa. Ostatnio pożyczyła swoją cenną książkę przyjaciółce, a ta, bez jej zgody, dała ją koledze i – już po fakcie – wysłała Asi SMS: „Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?”. Asia była wściekła. Zapytałam, dlaczego z nią nie porozmawia. Odpowiedziała: „I cóż by to teraz dało?”. A gdy się spotkały, słyszałam, jak zapewniała przyjaciółkę: „Nic się nie stało”. Bardzo mnie to niepokoi. Jak nauczyć ją asertywności?

Dobry przykład

Umiejętność mówienia „nie”, zwana asertywnością, nie jest cechą, z którą człowiek przychodzi na świat. Wszystkie nasze interakcje z innymi, także relacje rodzinne, są dla dziecka wskazówką, jak postępować. Jeśli my zgadzamy się, by ludzie wchodzili nam na głowę, pomagali nawet wtedy, gdy tego nie chcemy, to ono bierze z nas przykład i również może pozwalać na ingerowanie innych w swoje sprawy.

Wielu rodziców, podobnie jak mama Asi, dostrzega potrzebę uczenia dziecka asertywności dopiero, gdy wkracza w wiek dorastania. Rzeczywiście, w tym okresie ta umiejętność okazuje się bardzo potrzebna, ponieważ młodzi ludzie są szczególnie podatni na wpływy grupy. Badania wykazują, że ponad połowę dnia spędzają z rówieśnikami i w ich towarzystwie czują się najszczęśliwsi. To czas, kiedy szukają odpowiedzi na pytania: „kim jestem? na co mnie stać?...”. Grupa stanowi dla nich oparcie. Pozwala nabrać przekonania, że są w porządku. Pomaga czuć się rozumianym i bardziej zrozumieć siebie. Daje poczucie przynależności. Dzięki grupie młody człowiek może wypróbować nowe role. Wpływ koleżanek i kolegów jest najsilniejszy w takich kwestiach jak sposób ubierania, szkoła, ale także alkohol i narkotyki. Może być siłą konstruktywną lub destrukcyjną.

Nic więc dziwnego, że rodzice szukają sposobu na przekonanie dziecka, że warto, a czasem wręcz trzeba, przeciwstawić się grupie. Często robią to jednak zbyt późno. Nie zauważają, że w kształtowaniu mocnego charakteru dziecka ważniejsza jest nie jakaś magiczna metoda, ale przede wszystkim własny przykład.

Chcąc pokazywać dziecku, jak nie ulegać wpływom innych, musimy sami umieć się przed nimi obronić. A nie ulega innym ten, kto umie wyrażać swoje uczucia, myśli i życzenia, nie deprecjonując ich u drugiej osoby. Kto czuje, że ma prawo do wyznaczania swoich granic, ten zna swoją wartość. To podstawa. Asertywność kształtuje się przez wzmacnianie dobrych stron dziecka, pochwały, obdarzanie zaufaniem. Zabija – przez nieustanną krytykę, wyśmiewanie, porównywanie z innymi, umniejszanie osiągnięć. Co zatem znaczy „być asertywnym”? Człowiek asertywny bezpośrednio przekazuje swoje myśli, uczucia i życzenia. Mówi otwarcie i wprost to, co myśli. Powie na przykład: „Chcę pójść na pizzę”. Nieasertywny zaś będzie podpytywać innych: „Dokąd pójdziemy coś zjeść?”, ubiegać: „Na pewno, jak zawsze, masz ochotę na sushi”, albo badać: „Dlaczego nie lubisz pizzy, przecież każdy lubi?”.

Mądry Jaś

Jeżeli chcemy nauczyć dziecko, jak nie ulegać wpływom innych, powinniśmy od małego pokazywać mu, jak ważne jest wyrażanie swoich myśli, sądów i oczekiwań. Najlepiej poprzez informowanie, czego sami od niego oczekujemy. Gdy chcemy, na przykład, by umyło ręce i zjadło obiad, powiedzmy to jasno, w formie polecenia. Nie dajmy mu możliwości wyboru, czy ma to zrobić, czy nie. Wybrać może jedynie sposób, w jaki wykona to polecenie.

Pomocne może okazać się zatrzymanie jego uwagi na tym, co do niego mówimy. Bywa to bardzo trudne, bo dziecko pochłonięte zabawą, zapomina o otaczającym świecie. Dlatego najlepiej zbliżyć się do niego i na przykład przykucnąć (albo wziąć na ręce), aby nasze oczy znalazły się na poziomie jego oczu. Powstrzymajmy się przy tym przed jakimkolwiek działaniem, mówieniem, dopóki na nas nie spojrzy. A kiedy popatrzy, zwróćmy się do niego po imieniu. Dobrze jest wziąć je za rękę, żeby bardziej czuło naszą fizyczną bliskość. Wtedy powiedzmy spokojnie, czego od niego chcemy. Przyswojenie sztuki spełniania cudzych oczekiwań jest jak nauka czytania. Im więcej zmysłów dziecka przy tym angażujemy, tym większe prawdopodobieństwo, że w krótkim czasie biegle opanuje tę umiejętność.

Na początku dzieci będą oczywiście stawiać nam opór, odmawiać, sprzeciwiać się, a nawet reagować agresją, bo takie badanie granic jest związane z ich rozwojem. Nie możemy się ugiąć. Nie należy pytać: „Dlaczego odzywasz się w taki sposób?”.

Nie sprawdzają się też groźby w rodzaju: „Za takie zachowanie nie wyjdziesz na podwórko”. Absolutnie nie wolno odpowiadać agresją na agresję. Należy kierować jasny, prosty komunikat: „Boli mnie, kiedy mnie bijesz. Jeśli chcesz, żebym zwróciła na ciebie uwagę, powiedz: »Mamo, chcę ci coś powiedzieć«. Nie zgadzasz się ze mną? Więc powiedz: »Mamo, nie zgadzam się z tobą«. Kiedy tak powiesz, wysłucham cię. A jeśli będziesz krzyczał, wyjdę z pokoju”.

Dziecko często biegnie do nas, poskarżyć się na kogoś: „Janek mnie popchnął!”. Na ogół odpowiadamy: „nie skarż”, albo decydujemy, by samo rozwiązało konflikt. Czasem karcimy to, które naszym zdaniem jest winne. Tymczasem kiedy nasz maluch zgłasza problem naruszenia jego granic przez inne dziecko, należy najpierw spytać: „Czy to ci się podobało?”. Takie pytanie wydaje się czysto retoryczne, ale jest bardzo istotne, bo zmusza do wypowiedzenia kluczowego dla asertywności słowa „nie”. A ta właśnie umiejętność jest najbardziej potrzebną do ustalenia własnych nieprzekraczalnych granic. Dziecko, które potrafi to mówić, oprze się wpływom innych.

  1. Psychologia

Nauka asertywności przez ciało

Asertywność można rozumieć jako świadomość swojego tu i teraz, świadomość swoich potrzeb i uczuć, swojego TAK, ale i swojego NIE. (Fot. iStock)
Asertywność można rozumieć jako świadomość swojego tu i teraz, świadomość swoich potrzeb i uczuć, swojego TAK, ale i swojego NIE. (Fot. iStock)
Aleksander Lowen, światowej sławy psychiatra i psychoterapeuta, twórca analizy bioenergetycznej, porównuje relację pomiędzy głową i ciałem do tej, która łączy jeźdźca i konia. Sposób, w jaki jeździec odnosi się do zwierzęcia, to czy i jak go karmi, czy pozwala mu odpocząć oraz osiągnąć harmonię i piękno, które możemy podziwiać, patrząc na dostrojony tandem.

Podobnie jest z naszym ciałem i głową. Czy zdarza się, że nie słyszysz, kiedy ciało sygnalizuje głód, zmęczenie, potrzebę odpoczynku czy nadmiar jedzenia? Wypijasz kolejną kawę zamiast zjeść śniadanie, jesz nawet gdy nie jesteś głodna, kładziesz się spać bardzo późno, choć bolą cię plecy i kolana, a może nosisz wysokie obcasy, nie czując bólu stóp, łydek, kolan czy bioder.

Może pomyślisz teraz: „a co to wszystko ma wspólnego z asertywnością”? Asertywność rozumiem jako świadomość swojego tu i teraz, świadomość swoich potrzeb i uczuć, swojego TAK, ale i swojego NIE. „Tak chcę”, „nie, nie chcę”. Także świadomość swoich granic: „To jest dla mnie OK, ale tyle to już za dużo”, albo „Chcę więcej, to dla mnie za mało”.  W gabinecie słyszę czasem pytanie: „ale skąd mam wiedzieć czego ja chcę w danej sytuacji, co jest prawdą, do czego mam prawo, a do czego już nie?”. Zawsze staram się szukać odpowiedzi w ciele. Jak się czujesz w tej sytuacji? Co podpowiada ci twoje ciało, czy masz raczej ruch od czy do?”. Warto zadawać sobie takie pytania w sytuacjach, w których czujemy się niepewnie, gdy górę biorą emocje albo działamy na swoistym autopilocie.

Stanąć na własnych nogach

Jestem przekonana, że nasza świadomość czy asertywność ma wiele wspólnego z nogami i kontaktem z ziemią, który mamy bądź brakuje go nam. Co oznacza dla ciebie „stanąć na własnych nogach”? Kiedy ostatnio patrzyłaś na swoje stopy, badałaś ich ułożenie i kontakt z podłożem? Czy kiedykolwiek byłaś im wdzięczna za to, ile dla ciebie robią? Przychodzi mi go głowy metafora drzewa i jego korzeni. To właśnie od korzeni zależy, czy drzewo będzie wzrastało do góry, czy jego pień będzie potężny i silny czy będzie uginało się pod naporem owoców i liści, czy będzie łamało się pod wpływem wiatrów i ulewy czy mimo przeciwności losu korzenie pozwolą mu utrzymać się prosto na powierzchni. Z człowiekiem jest podobnie - kontakt z ziemią daje nam siłę. W trudnych chwilach pozwala znaleźć oparcie.

Oddycham, więc jestem

Warto też zwrócić uwagę na sposób, w jaki oddychamy: płytko i szybko, głęboko z długimi przerwami, brzuchem czy klatka piersiową? Oddychanie dostarcza nam tlen. Wraz z wydechem wypuszczamy wszystko, co złe: negatywne emocje, troski -  z wdechem pobieramy ze świata inspirację (łacińskie inspiro znaczy inspirować, gdzie spiro to nic innego jak oddech). Prawidłowy oddech to kolejne źródło wsparcia i siły. To także sposób na zatrzymanie się na chwilę i sprawdzenie: jak się teraz mam? Czego chcę? Jak mi jest w tej sytuacji z tą osobą? Świadome „sięganie” do swojego oddechu może w wielu kryzysowych momentach uwolnić nas i stać się niemal techniką naszej asertywnej postawy.

Odpocznij…

Niektórzy z nas ze zdziwieniem przyjmują pytanie o to, jak odpoczywają.Okazuje się, że  mają kłopot ze znalezieniem w ciągu dnia, tygodnia - a czasem nawet roku - sytuacji, w których naprawdę odpoczywają, czyli dają sobie czas i skupiają uwagę tylko dla na sobie. Prawdziwy odpoczynek to czas wolny od „bieżączki myślowej”, obsesyjnego planowania i neurotycznego kontrolowania. Jak trudno nam znaleźć takie momenty wolności w ciągu dnia! A przecież bez nich nasze akumulatory rozładują się z pewnością... o ile w wielu przypadkach już nie są rozładowane.

Znasz z autopsji problemy z relaksacją? Joga cie irytuje, a podczas medytacji zasypiasz? To może być forma obrony przed doświadczeniem całkowitego spokoju i wyciszenia, a może przed tym, co mogłoby z nich wyniknąć. Warto rozbudzić w sobie ciekawość swojego ciała, bo ono na zawsze jest i będzie naszym najlepszym drogowskazem, przyjacielem i terapeutą.

Marta Wołowska–Ciaś, dziennikarka i psychoterapeutka Gestalt.