1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Coś tu nie gra! – felieton Hanny Samson

Coś tu nie gra! – felieton Hanny Samson

fot.123rf
fot.123rf
Słyszeliście ostatnio w przestrzeni publicznej takie słowa, jak „idea” lub „misja”? Albo choćby zwykłe „dobro wspólne”? Chyba przestaliśmy ich używać. Pewnie niedługo o nich zapomnimy. Bo po co nam właściwie pojęcia, które już nie pasują do rzeczywistości?

Czytam po raz drugi „13 pięter” Filipa Springera. I po raz drugi ta książka mnie porusza, wciąż nie mogę zrozumieć, czemu godzimy się na to, żeby o wszystkim decydował zysk? Czemu nie dbamy o to, żeby świat był lepszy i to w dodatku dla wszystkich? Czemu prawo własności ma być ważniejsze od sprawiedliwości społecznej?

Nie chcę pisać o polityce, zapewne wszyscy wiemy, jak ona dziś wygląda i do jakich prowadzi dewastacji. Chcę jedynie wspomnieć o ludziach, którym w XX-leciu międzywojennym w Warszawie chciało się myśleć, działać, angażować czas i energię w rozwiązywanie problemów społecznych – i to mimo polityków i rządów. Opowiada o nich Filip Springer, a jego książkę czyta się jak powieść sensacyjną, w której łatwo odróżnić dobro od zła, co dzisiaj chyba często nie jest dla nas takie proste.

„Przedwojenna Warszawa to pęd ku nowoczesności, kapitał, klasa, potęga i wpływy” – Springer cytuje słowa Tomasza Gomoły, współtwórcy filmu „Warszawa 1935”, w którym zrekonstruowano przedwojenną Warszawę: ulice, domy, witryny sklepowe. Na ekranie przechadzają się mężczyźni w dobrych garniturach i kobiety w zwiewnych sukienkach. Taki obraz przedwojennej stolicy mamy w głowach, ale nie jest to obraz prawdziwy, a w każdym razie niepełny. Bo w Warszawie żyło również 20 tysięcy bezdomnych, i to według oficjalnych danych, a pewnie drugie tyle niezarejestrowanych. Ich liczba rosła w kryzysie wraz ze wzrostem bezrobocia, które łatwo prowadziło do eksmisji. Część eksmitowanych popełniała samobójstwo, czasem samobójstwo rozszerzone, o czym wzmiankowano w gazetach i tyle. Kilkanaście tysięcy ludzi mieszkało w dwóch największych schroniskach na Żoliborzu i Annopolu, inni w mniejszych ośrodkach, we wszystkich panowały dramatyczne warunki. W jednej izbie gnieździło się kilka rodzin, nie było prądu i kanalizacji, po wodę trzeba było chodzić kilkadziesiąt metrów. Ale władze nie widziały problemu, a przynajmniej nie próbowały go rozwiązać.

I właśnie tutaj pojawiają się Teodor Toeplitz, Stanisław Tołwiński, Stanisław Szwalbe i jeszcze kilku. Sami nie mają problemów z mieszkaniem, więc to nie własny interes ich napędza. Widzą dramat innych i zakładają Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową, która ma budować domy nie dla zysku, tylko dla ludzi. Muszą zdobyć tanie kredyty, co nie jest łatwe, choć państwo ich udziela, lecz głównie bogatym, którzy budują luksusowe kamienice na wynajem. Władza nie wspiera WSM i można by się załamać, ale Toeplitz, Tołwiński i inni działają dalej, a domów – choć powoli – przybywa. I to nie byle jakich, te domy i ich otoczenie są tak pomyślane, żeby mieszkańcom dobrze się tu żyło.

Czytam książkę Springera i myślę nie tylko o tych ludziach, którzy sami nie mieli szans poprawić swego losu, ale także o Toeplitzu, Tołwińskim i innych społecznikach: gdzie jesteście? Co się z nami stało? Czy naprawdę własne zyski są najważniejsze? Czy nie warto myśleć o tym, jaki świat tworzymy i chcemy tworzyć, a nie jedynie o tym, jak się w nim urządzić? Springer otwiera nam oczy również na absurdy współczesnej polityki mieszkaniowej, której podstawą są te same błędy, co w przeszłości. Nadal najważniejszy jest zysk, a nie prawo ludzi do mieszkania.

„W ciągu ostatnich dziesięcioleci, kiedy przychodzi do wyboru, po czyjej stanąć stronie – bogatych czy biednych, potężnych czy słabych, robotników czy przedsiębiorstwa, mężczyzn czy kobiet – ekonomiści kierują się niemal zawsze jednym i tym samym. To, co dobre dla bogatych i potężnych, jest prawie zawsze dobre dla gospodarki” – pisze Szwedka, Katrine Kielos w książce „Jedyna płeć”. Kielos wykazuje, że obowiązująca wizja gospodarki nie jest jedyną możliwą, a w dodatku nie przystaje do rzeczywistości ani do naszych potrzeb. U podstaw gospodarki rynkowej leży bowiem przekonanie, że każdy człowiek nastawiony jest na własny zysk i jeśli mu w tym nie przeszkadzać, to będzie konkurować z innymi i napędzać gospodarkę. Chce mieć więcej i więcej, i w dodatku więcej niż inni. A uczucia, troska o innych, wspólnota? A Toeplitz i Tołwiński? W teoriach ekonomii nie istnieją. W teoriach ekonomicznych dla człowieka liczy się tylko zysk. Egoizm i chciwość są w cenie, bo prowadzą do wzrostu PKB. Ale czy na pewno tylko o to nam chodzi?

Abdykowaliśmy na rzecz rynku w wielu ważnych sprawach. Nie musimy myśleć i podejmować decyzji. Rynek decyduje za nas. Nie opłaca się budować tanich mieszkań? To nie budujemy. „Niechaj gdy nas nie będzie, będzie las przez nas zachowany i posadzony” – postulował Toeplitz. Kto dzisiaj o to dba? Po nas choćby potop.

Mężczyźni od wieków dawali sobie prawo, by działać we własnym interesie. Kobiety miały działać na rzecz innych – przypomina Kielos. Czy różnice biologiczne sprawiają, że kobieta jest bardziej przystosowana do nieodpłatnej pracy domowej? Nie. W dodatku uważa się, że nieodpłatna praca kobiet nie ma znaczenia dla gospodarki. A przecież bez niej mężczyźni nie mogliby funkcjonować w pracy bez ograniczeń – zauważa szwedzka autorka. A gdyby uznać, że sfera reprodukcji i pracy opiekuńczej jest integralną częścią tworzenia PKB? Tę pracę da się wycenić. I nie tylko kobiety mogą – albo muszą – się nią zajmować.

Kobiety godzą pracę zawodową z domem, co nie jest proste. A gdyby uznać, że człowiek w pewnym okresie życia zwykle chce mieć dzieci, a te wymagają opieki, moglibyśmy inaczej organizować rynek pracy. Nie mówcie, że się nie da, skoro tego nie sprawdziliśmy.

Toeplitz uważał, że „miasto może być dziełem sztuki, na którego ukształtowanie winna mieć wpływ decydujący świadoma wola człowieka”. A gdyby tak samo pomyśleć o świecie, nim zetniemy kolejne drzewo?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wewnętrzne dziecko - jak o nie zadbać, by nie wyprowadziło nas na manowce?

Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Opieka nad wewnętrznym dzieckiem nie oznacza, że mamy mu oddać kontrolę i prowadzenie. Jeśli chcemy osiągnąć dojrzałość emocjonalną powinniśmy mądrze je wychować. (fot. iStock)
Mity dotyczące dzieci są różne. Ale najważniejszy odnosi się do dziecka wewnętrznego. To dzięki zadbaniu o nie mamy mieć szansę na żywą uczuciowość, spontaniczność, kreatywność, czyli na udane życie. Ale dziecko wewnętrzne może nas też wyprowadzić na manowce, a nawet nam zaszkodzić. Kiedy tak się dzieje – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dziecko wewnętrzne pojawia się w teoriach i wypowiedziach wielu psychologów. Jesteśmy zachęcani do tego, by się nim zajmować, stwarzać warunki do wyrażenia siebie.
Wewnętrzne dziecko jest tą częścią ja, czyli naszego psychicznego oprogramowania, która jest z natury spontaniczna, uczuciowa, wrażliwa, twórcza, ufna i kochająca. W swoim postępowaniu – jak to dziecko – kieruje się zasadą: „chcę – nie chcę”, „podoba mi się – nie podoba mi się”. Jest więc świadome swoich chwilowych preferencji. Można powiedzieć, że same plusy. Ale nadmiernie aktywne, niemitygowane niczym, wewnętrzne dziecko w życiu dorosłej osoby może narobić wielkiego zamieszania. Tym bardziej, że niezmiernie rzadko się zdarza, aby wewnętrzne dziecko przetrwało w nas do dorosłości w niewinnym, nieznerwicowanym stanie. Niestety, rodzice, krewni, wychowawcy, duchowni i nauczyciele – prawie na pewno – je spacyfikują i upokorzą albo zarażą wstydem, lękiem i poczuciem winy. Dobrze skalę tego zjawiska ilustruje amerykański dowcip rysunkowy: sala widowiskowa, a na niej tylko dwie poczciwie wyglądające osoby i wielki baner: „Doroczna konwencja dzieci normalnych rodziców”.

To bardzo zabawne, ale i straszne. Uświadomiłeś mi, że właściwie wszyscy, których znam, mieli, powiedzmy, trudnych rodziców!
I w tej sytuacji idea wewnętrznego dziecka nabiera szczególnej wagi. Jej funkcją jest zwracanie powszechnej uwagi na dzieciństwo jako na kluczowy okres w życiu człowieka, w którym określają się, kształtują podstawowe wymiary naszego losu, zręby charakteru i podstawowa strategia przeżycia wśród ludzi. Wszystko to prawda. Lecz wydaje się, że we współczesnej popularnej psychologii i obyczajowości zaczyna obowiązywać wręcz kult wewnętrznego dziecka. A to pociąga za sobą deprecjonowanie, zanikanie naturalnego procesu psychicznego, czyli procesu dojrzewania człowieka.

Kultura każe nam dbać o to, byśmy się nie postarzeli, a z tym kojarzy się nam dorosłość. No więc mamy 50 lat, ale nadal nosimy T-shirty, trampki i wszystko wydajemy na gadżety, ciuchy albo na różne ekscytujące zabawy singli.
Doroślenie nie jest dziś trendy. Konsekwencje tego stanu rzeczy są wielorakie. Jedną z nich jest niezdolność do brania odpowiedzialności za innych – co może się wiązać z coraz bardziej powszechną niechęcią do posiadania prawdziwych, „zewnętrznych” dzieci.

Ale też psychoterapeuci zachęcają, by się zastanowić, czy na pewno chcemy zostać rodzicem, czy to może nasze wewnętrzne dziecko domaga się miłości i troski? No i patrząc na to, co niektórzy wyprawiają ze swoimi dziećmi, łatwo dojść do wniosku, że lepiej byłoby, gdyby skorzystali z podpowiedzi terapeutów i jednak zajęli się sobą, a nie brali do rodzicielstwa.
Na wstępnym etapie usamodzielniania się i dojrzewania odblokowanie i dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka jest bardzo ważne. Pozwala odzyskać – spacyfikowany przez błędy wychowawcze i edukacyjne – twórczy potencjał, uczuciowość, umiejętność zabawy, spontaniczność, energię i zdolność do empatii. To zaś jest niezbędne dla naszego dalszego harmonijnego dojrzewania i przyszłej, pełnej samorealizacji. Co więcej, dopieszczenie naszego wewnętrznego dziecka pomaga nam zrozumieć potrzeby naszych ewentualnych przyszłych dzieci. Ale warto pamiętać, że skupianie się na wewnętrznym dziecku ma być tylko etapem na drodze do dojrzałości. Dlatego najlepiej, możliwie jak najprędzej, zaczynając od wewnętrznego dziecka, zacząć stawiać sobie wymagania i mądre granice. W przeciwnym razie – podobnie jak to się może wydarzyć w relacji z prawdziwym dzieckiem – wyhodujemy rozkapryszonego tyrana, który rozwali nam życie, powodując nieustanny chaos i zagłuszając coraz to nowe, sprzeczne potrzeby. Wewnętrzne dziecko jako mały tyran pochłania tyle naszego czasu i energii, że z pewnością stanie się konkurencją dla posiadania realnego dziecka.

A więc trzeba okazać miłość, akceptację i czułość sobie, czyli swojemu wewnętrznemu dziecku, ale potem także dowiedzieć się, jak je dobrze wychować?
Jeśli nasze wewnętrzne dziecko zostało bardzo poranione przez bolesne i trudne doświadczenia naszego dzieciństwa, tę naukę najlepiej pobierać w formie psychoterapii. Zaniedbując tę drogę edukacji, odrzucając ją czy lekceważąc, sprawimy, że nasze wewnętrzne dziecko dostanie od nas albo taką samą edukację, jaką my dostaliśmy kiedyś od naszych rodziców i opiekunów, albo dostanie od nas coś, co będzie tego, co my doświadczyliśmy w dzieciństwie, skrajnym przeciwieństwem. A wówczas, starając się je „wychować”, będziemy całkowicie negować rodzicielski model znany nam z domu rodzinnego i nie postawimy mu żadnych granic, żadnych zasad, żadnych wymagań. I tak wylejemy dziecko z kąpielą. Znów nie damy sobie, dziecku wewnętrznemu, tego, czego nam najbardziej brakowało, gdy byliśmy dzieckiem. Jest niemalże regułą, że gdy wewnętrzne dziecko jest ciężko doświadczone, boleśnie poranione i naznaczone odrzuceniem, to dorosła część naszego ja także je odrzuci, będzie nim gardzić, nienawidzić go i niszczyć na różne sposoby. Dlatego też to psychoterapia jest najważniejszą formą właściwej opieki nad dzieckiem wewnętrznym.

 

Mówisz pewnie do tych z nas, którzy wciąż tylko dokręcają sobie śrubę, podnoszą poprzeczkę, wciąż uważają, że za mało osiągnęli, że nie zasłużyli, że jeszcze muszą coś więcej zdobyć.
Tak, to ci, którzy biorą swoje wewnętrzne dziecko w karby, nadmiernie wymagają od siebie, za dużo pracują, są nadodpowiedzialni. Często wpadają w pracoholizm lub wycofują się z życia i uzależniają od różnych toksycznych substancji, ideologii czy przynależności. Ale coraz liczniejszą grupę pośród tych, którzy źle się zajmują i źle się troszczą o swoje wewnętrzne dziecko, stanowią ci, którzy idą na oślep w drugą stronę i chcąc wynagrodzić swojemu wewnętrznemu dziecku trudne dzieciństwo, ból i upokorzenie, brak miłości czy akceptacji, rozpuszczają je i rozkapryszają, nie stawiając żadnych granic i niczego nie wymagając. Wbrew pozorom obie te postawy są równie groźne dla naszego życia i dojrzewania. Brak im umiaru i zrozumienia, na czym tak naprawdę dojrzewanie polega.

Tutaj kłania się znana koncepcja Zygmunta Freuda – w latach 70. ubiegłego wieku zmodyfikowana przez Erica Berne’a – mówiąca o tym, że aby nasze dojrzewanie przebiegało prawidłowo i żebyśmy nadawali się do życia w świecie dorosłych, oprócz wewnętrznego dziecka i wewnętrznego rodzica konieczne jest rozwinięcie trzeciej, najważniejszej, części naszego ja, zwanej wewnętrznym dorosłym.

Czym wewnętrzny dorosły różni się od wewnętrznego rodzica i od dziecka?
Jest to ta część w nas, która potrafi być bezstronnym obserwatorem i narratorem naszego życia i postępowania. Ta część, która jest zdolna do podejmowania autonomicznych i odpowiedzialnych decyzji, a także spełniająca funkcję skutecznego mediatora w wiecznym konflikcie pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem. Wewnętrzny dorosły kieruje się bowiem zasadą: wybieram – decyduję – odpowiadam. Posiada więc zdolność do świadomego kierowania swoim postępowaniem w zgodzie z okolicznościami, a nie z przyzwyczajeniami, nawykami czy przekonaniami. Wewnętrzny dorosły potrafi nawet – gdy trzeba – przekraczać swój własny charakter, być wolnym od swojej ulubionej strategii życiowej. A więc nie zawsze reaguje na zagrożenie ucieczką czy agresją. Jest wolny zarówno od rodzicielskiej zasady powinności i obowiązku, jak i od dziecięcej zasady: chcę – nie chcę. Wewnętrzny dorosły podejmuje własne, niezależne decyzje, tak by osiągnąć najlepszy efekt swoich działań. Dziecko i rodzica traktuje jak – wprawdzie zawsze pokłóconych – ale użytecznych doradców.

Kiedy tak o nim opowiadasz, wewnętrzny dorosły wydaje mi się bardzo potrzebny, zwłaszcza jeśli chcemy w życiu coś osiągnąć i uniknąć niepotrzebnych kłopotów.
Właśnie. Dlatego póki nie wykształcimy w sobie tej części, która nazywa się dorosłym, nie możemy uświadomić sobie, co niedobrego dzieje się w naszym życiu. W dodatku żyjemy w wewnętrznym konflikcie, napięciu i lęku. By zarządzać nadaktywnym lub wycofanym dzieckiem, a także zbyt represyjnym i okrutnym lub bezgranicznie opiekuńczym rodzicem, niezbędny jest choćby zaczątek wewnętrznego dorosłego. Podobnie jest on nam konieczny do tego, byśmy mogli zachowywać się i odczuwać zgodnie z okolicznościami. A wracając do wątku świadomego rodzicielstwa – dopiero wtedy, gdy wewnętrzny dorosły urealni się i znajdzie w dobrym kontakcie z rzeczywistością, dopiero gdy pozna swoje ograniczenia i mocne strony, będzie mógł podjąć w pełni odpowiedzialną decyzję w sprawie rodzicielstwa.

Właśnie! Może wtedy uda się mu tak wychować dzieci, by te nie musiały zbierać się do kupy na psychoterapii.
Większość z nas ma niepozałatwiane sprawy związane z wewnętrznym dzieckiem i jest uwikłana w jego neurotyczne lęki, neurotyczną omnipotencję – czyli wiarę w nieograniczoną, nierealną moc.

Mimo tej niedojrzałości dzieci nam się na szczęście przydarzają, inaczej ludzkość przestałaby istnieć – czasami nawet na mocy jakiejś na poły świadomej decyzji. Wtedy jednak są od razu siłą rzeczy włączone w naszą niedokończoną wewnętrzną rozgrywkę pomiędzy wewnętrznym dzieckiem a wewnętrznym rodzicem.

Na czym ta rozgrywka między wewnętrznym rodzicem a wewnętrznym dzieckiem polega? Jak wpływa na życie realnych dzieci?
Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest nadopiekuńczy, straszy nas światem lub/i rozpieszcza oraz uzależnia, to siłą rzeczy nasze realne dziecko będziemy traktować w podobny sposób. Tacy też byli nasi rodzice, opiekunowie z dzieciństwa. Jeśli nasz wewnętrzny rodzic jest z naszym wewnętrznym dzieckiem w wyniszczającej relacji, to wtedy jest wysoce prawdopodobne, że nasze realne dziecko zostanie przez nas w jakiś sposób – zazwyczaj nieświadomie – skrzywdzone. W obu sytuacjach dziecko jest przez rodziców obsadzone w dramacie rozgrywającym się w ich wewnętrznym teatrze. W tym sensie prawie wszyscy – wyjątki są bardzo nieliczne – bezwiednie traktujemy dzieci instrumentalnie. Mieć i wychowywać dzieci z nieegoistycznej potrzeby sprowadzenia na ten świat jakiejś potrzebującej tego istoty, dbania tylko o to, by w pełni mogła rozwinąć swój niepowtarzalny potencjał, niezależnie od naszych rodzicielskich ambicji, potrzeb, zranień i wyobrażeń – to ideał niezwykle trudny do zrealizowania. Wymaga bowiem od rodziców całkowitego przekroczenia ich egocentryzmu.

  1. Psychologia

Czterdziestka to nowa dwudziestka. Co oznacza życie w przesunięciu?

Niezależnie od wieku można być też w umownej „starości”. Młodość to stan umysłu. (Fot. iStock)
Niezależnie od wieku można być też w umownej „starości”. Młodość to stan umysłu. (Fot. iStock)
Czterdziestka jako nowa dwudziestka, pięćdziesiątka jako nowa trzydziestka, a zamiast starości – trzeci wiek. Macierzyństwo wiąże się z czasem dojrzałości, mamy po kilka karier i szanse na nowe otwarcia. Co dla kobiet oznacza życie w przesunięciu?

Na początek diagnoza. Rodzimy pierwsze dziecko średnio dekadę później niż pół wieku temu, żyjemy średnio dekadę dłużej. Lata 20. to (coraz dłuższy) czas poszukiwania partnera, przybiera na sile zjawisko singlizmu. Młodzi później się usamodzielniają – chyba że opuszczają rodzinną miejscowość i zaczynają karierę w większym mieście. Lata 20. to zatem także czas na zaistnienie na rynku, na bezkompromisowe podejście do pracy. Na lata 30. przypada epoka rodzicielstwa; lata 40., gdy dzieci są już trochę odchowane, to zatem okres przywróconych możliwości i nowego otwarcia. Pik kompetencji zawodowych przenosi się w konsekwencji na pięćdziesiątkę, zaś w szóstej dekadzie życia, gdy dzieci są już dorosłe, nadchodzi okres największych możliwości realizowania siebie. Spijanie śmietanki, celebrowanie dokonań życia, aktywność zawodowa na najwyższym szczeblu i miejsce na pasje.

Tak to przynajmniej wygląda w ocenie amerykańskiej politolożki, akademiczki i analityczki Anne-Marie Slaughter, która w ogóle porusza się po wysokich szczeblach. Swego czasu była jedną z kluczowych postaci w Białym Domu, a zrezygnowała z potrzeby zajęcia się nastoletnimi synami z konstatacją, że kobiety nie mogą mieć wszystkiego. Dlaczego nie mogą? Między innymi dlatego, że warunki życia nie nadążają za „przesunięciem”.

Choć wysokie rewiry życia pani Slaughter są dostępne nielicznym, przesunięcie staje się udziałem nas wszystkich. Co za tym idzie – coraz większy ułamek życia spędzamy poza okresem młodości.

– To banał, ale przeżycia i doświadczenia się gromadzi. Mało mówimy o kumulowaniu mądrości – mówi Elżbieta Schroeder, psychoterapeutka pracująca metodą psychologii procesu. – Tymczasem choć starzy ludzie mają więcej nagromadzonej mądrości życiowej, czasem odcinamy sobie do niej dostęp przez to, że kulturowo i społecznie nie za bardzo się szanuje starość – dodaje. Czy rzeczywiście?

Młodość jako stan ducha

Panie w telewizji nie mają zmarszczek, kosmetyki obiecują wieczną witalność. Czy kult młodości nie stoi w kontrze do przesunięcia?

Elżbieta Schroeder zamyśla się. – Zatrzymanie się, odchodzenie, myślenie o śmierci ma złą prasę. A w psychologii procesu strach przed śmiercią często oznacza wewnętrzną potrzebę pogłębiania kontaktu z czymś większym – mówi. – Na rzeczywistość można patrzeć z trzech poziomów. Jest rzeczywistość uzgodniona – ta, która nas otacza; rzeczywistość snu – marzeń sennych, uczuć i energii; ale jest też poziom esencji, gdzie jesteśmy blisko czegoś duchowego. W zależności od światopoglądu może to być kosmos, Bóg, energia ziemi. Coś zdecydowanie większego niż człowiek. Nie mamy ochoty konfrontować się z tym, że wszyscy umieramy – ale coś się kończy, a coś się nie kończy. A z tym, co się nie kończy, potrzebujemy kontaktu przez całe życie. I jeśli uciekamy od tego, to jednocześnie odsuwamy na bok starych ludzi. Oni są bliżej tego.

Schroeder dodaje, że atrybuty młodości są przy tym szalenie pociągające. – Entuzjazm, aktywność, poczucie, że wszystko jest otwarte i wszystko mogę. Nie wiem, czy nie skupiamy się tu za bardzo na ciele. Bo gdyby pomyśleć o świadomości, to w każdym wieku można po te atrybuty sięgnąć. Niezależnie od wieku można być też w umownej „starości”. Młodość to stan umysłu. W psychologii procesu jest ćwiczenie, w którym przywołujemy ten stan. Można w nim sięgnąć po energię młodości. Proces to przepływ stanów, zmiana. Dokonuje się ona nieustannie, dopiero jeśli utkniemy w jakimś stanie, mamy kłopot. Nawet jak mówimy o polaryzacji starość – młodość, jedno i drugie ma swoje piękne strony i ma ograniczenia. Chodzi o to, jak przepływać między tymi stanami i jak z nich korzystać – dodaje.

Czy to się wyklucza? Schodzę na ziemię i rozmawiam z socjolożkami.

Pigułka młodości

Doktor Małgorzata Sikorska, socjolożka z Uniwersytetu Warszawskiego, przypomina, że przesunięcie dotyczy też mężczyzn. To dlatego, że jest mocno związane z wykształceniem i rynkiem pracy. PRL gwarantowało pewność zatrudnienia, a jednocześnie tylko siedem procent społeczeństwa miało dyplomy wyższej uczelni. Dziś wśród osób w wieku 30–34 to aż 40 procent.

– Młodzi ludzie w PRL-u szybciej wchodzili na rynek pracy, bo nie mieli co z sobą zrobić – mówi Sikorska. – Zaczynali po maturze czy szkole zawodowej, więc perspektywy też mieli ograniczone. Po samochodówce można zmieniać miejsca pracy, ale trudniej zmienić zawód. Po studiach wybór jest szerszy.

Absolwenci wyposażeni w szerokie kompetencje mogą więc dziś przebierać w ścieżkach kariery, a socjolożka dodaje, że wymusza to też rynek pracy. – Zrobił się płynny: kiedyś pracowało się w tym samym miejscu od początku do końca kariery. Dziś nie tylko byłoby trudno znaleźć taką posadę, ale też wątpię, czy pracownik mógłby na niej wytrzymać. W zawodach specjalistycznych dominują projekty, nie praca na etat.

Sikorska twierdzi, że dla pewnej grupy pracowników nie ma od tego odwrotu. Rynek pracy nie będzie oferował stabilności i długotrwałego zatrudnienia. To niepewność, ale też szansa. – W Danii powstał pomysł, który promuje Unia Europejska: flexicurity. Chodzi o to, żeby rynek pracy z jednej strony był elastyczny, a z drugiej – zapewniał bezpieczeństwo. Możesz często zmieniać pracę, ale jak jesteś na bezrobociu, dostajesz instrumenty typu szkolenia i świadczenia, które pomagają ci przygotować się do nowego zajęcia. Przy takim założeniu okres przejściowy między kolejnymi projektami nie jest niczym dziwnym. Staje się normą, którą trzeba wykorzystać na zmianę umiejętności, podniesienie kwalifikacji. W Polsce to jeszcze nie działa, ale kolejne „nowe otwarcia” w karierze to coraz częstsze zjawisko – dodaje.

Sikorska uważa, że tu leżą źródła kultu młodości. – Młodość kojarzy się z dynamiką, energią. Jeżeli nasze życie zawodowe wymusza na nas, żebyśmy byli dynamiczni, energiczni i przygotowani na zmianę, to promujemy młodość. Za tym idzie branża kosmetyczna, odzieżowa. Ale także moda na zdrowe odżywianie, na bieganie. To trend, w którym traktujesz swoje ciało jak coś plastycznego, z czym możesz zrobić wszystko.

W ten trend wpisuje się też boom na środki farmakologiczne, mające ulepszyć nasze ciała. Jeśli coś ma szwankować, weź pigułkę. – Znalazłam niedawno dane, jak często Polacy konsumują te środki i jak bardzo to lubią. W porównaniu z innymi krajami jesteśmy na pozycji lidera – mówi Sikorska.

To widać: na ulicach apteki wypierają sklepiki, punkty usługowe, kawiarnie i księgarnie, reklamy na środki farmakologiczne zdominowały wszystkie inne. Komunikują samą obecnością: skoro żyjemy w przesunięciu, utrzymajmy dobrą formę, nawet ze wspomaganiem. Pytanie: jak w tym wszystkim radzą sobie najstarsi?

Złoty trzeci wiek

Rozmawiamy o tym z doktor Łucją Krzyżanowską, która napisała pracę doktorską o powodach przechodzenia na emeryturę. Potwierdza, że obecnie zmienia się trajektoria życia. – Nie tylko żyjemy dłużej, ale też poprawia się nam stan zdrowia. A to zmienia sposób myślenia o emeryturze – mówi. – Bismarck ustalił wiek emerytalny na 60 lat z myślą o żołnierzach, których niedołężną starość trzeba było finansować. Po to powstał cały system emerytalny. Dziś chodzi nie o to, aby finansować niedołężną starość, ale jesień życia. Pojawia się koncepcja trzeciego wieku – okresu pomiędzy niedołężną starością a czasem, gdy jest się pracownikiem, rodzicem, kiedy ma się mnóstwo obowiązków, ale brakuje czasu na realizowanie siebie. Ludzie mnóstwo spraw odkładają na potem. Na emeryturę. Trzeci wiek byłby w tym kontekście „drugą młodością”.

Stąd też biorą się dyskusje o podnoszeniu wieku emerytalnego. Doktor Krzyżanowska: – Państwu zależy, aby ludzie pracowali dłużej, a oni sami mówią: „Hola, hola, ja chcę mieć czas, żeby odpocząć. Mogę się wtedy zajmować wnukami, jeśli chcę, ale mogę też uprawiać nordic walking, wyjeżdżać za granicę, iść na uniwersytet trzeciego wieku. Już się napracowałem”.

Badaczka wzdycha i dodaje, że wszystko byłoby fajnie, gdyby ludzie mieli na to pieniądze. – W Polsce obserwuję, że ludzie bardzo czekają na emeryturę, ale potem okazuje się, że ten „urlop” bardziej przypomina „zesłanie”. Oprócz finansów jest też inne ograniczenie. Mam taką teorię, że jakie życie, taka emerytura – mówi Krzyżanowska. – Jak się było aktywnym, uprawiało sport, czytało książki, chodziło do teatru, spotykało ze znajomymi – emerytura też będzie aktywna i fajna. Niezależnie od ograniczeń finansowych, bo ludzie potrafią sobie wszystko zorganizować. Natomiast jeśli ktoś koncentrował się na pracy i rodzinie, nie miał pasji, to trudno je w sobie rozbudzić na emeryturze.

I ląduje się przed telewizorem. Według badań nad gospodarowaniem budżetem czasu to właśnie najczęściej robią polscy emeryci.

Długi finisz

Pozostaje pytanie o polskie realia pracy po 55. roku życia. O skalę zjawiska ejdżyzmu, czyli dyskryminacji ze względu na wiek. Czy ostatnia dekada zawodowej aktywności to dociąganie do mety, czy kumulowanie sukcesów, jak to widziała Slaughter? – Bardzo zależy od zawodu – mówi Krzyżanowska. – Banalny przykład: starszy profesor jest szanowany, starsza nauczycielka uznana za zmęczoną i wypaloną.

Badani przez Łucję Krzyżanowską czuli się jednak nieszanowani i niedoceniani, ich kompetencje były niewykorzystane. – Starsi pracownicy nie są awansowani, nie inwestuje się w nich, bo pokutuje przekonanie, niezgodne z wszelkimi badaniami, że ci starsi już się nie uczą. Że szkolenie ich jest nieefektywne. Tymczasem to nieprawda. Bo okazuje się, że oni są dużo bardziej lojalnymi pracownikami. Młodzi skaczą, kombinują, a ci starsi znają się na tym, co robią, i mogliby uczyć kolejne pokolenia. Mogliby zostać mentorami, ale nie ma nawet takiego myślenia, że ciało się zmienia i trzeba jakoś do tego dostosować przestrzeń, stanowisko pracy. To wszystko sprawia, że są wypychani z rynku – kończy Krzyżanowska.

Zazwyczaj, aby do czegoś dojść, potrzeba czasu. Popatrzmy więc na przesunięcie jako na szansę – wtedy będzie łatwiej ją wykorzystać.

 

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).

  1. Styl Życia

Alicja w krainie czarów – klimat Prowansji na warszawskim Ursynowie

Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Metafizyka – tym słowem można określić uczucie, jakiego doznaje się, wchodząc do mieszkania Alicji Radej. W jednej magicznej chwili przenosimy się z warszawskiego Ursynowa do francuskiej Prowansji. Tylko zamiast przez lustro przechodzimy przez czarodziejskie drzwi...

Drzwi od zewnątrz nie wyróżniają się spośród innych na piątym piętrze ursynowskiego bloku. Ale w środku stanowią kolaż ulubionych zdjęć i cytatów domowników. Jeden z nich najbardziej oddaje ducha tego domu: „Przyzwoitość. Lojalność. Uczciwość. Prawość. Szlachetność. Wierność prawdzie. Empatia”.

Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Dom niewątpliwie pachnie Francją. W dzień przez tiulowe firany z falbanami, które czasem bywają narzutą na kanapę, wpadają tu ciepłe promienie słońca, odbijając się w drewnianych, bielonych i patynowanych meblach oraz przeróżnych wysmakowanych drobiazgach. Wieczorem można okryć się pikowaną narzutą boutis, wtulić głowę w poduszkę z motywem Toile de Jouy, zatopić się w przepastnym „ludwiku” i przy świetle kryształowego żyrandola cieszyć oko paradą dekoracyjnych przedmiotów.

Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W poszukiwaniu spokoju

– Dom to dla mnie sanktuarium, nie tylko miejsce zaczepienia. Urządziłam go z czułością i rozwagą, wyczuleniem nie na mody, ale na to, czego faktycznie potrzebujemy – mówi Alicja Radej. Choć nie jest wielki, spokojnie mieści czteroosobową rodzinę i dwa przygarnięte psiaki. Ważnym miejscem w domu jest tak zwany ołtarz. Tego typu ołtarze były obecne w wielu kulturach na przestrzeni wieków, i nadal są. To miejsce, które emanuje spokojem na cały dom, wspomaga refleksję, przypomina o najważniejszych wartościach, celach życiowych, łącząc to, co duchowe, z fizycznym. Aby powstał, nie trzeba wiele. – U mnie jest to blat komody w centrum domu. Znajdują się tu cenne dla mnie i duchowo ważne przedmioty oraz zdjęcia najbliższych. Codziennie rano zapalam tutaj świece w intencji zdrowia i pomyślności rodziny i świata. Układam kwiaty, palę kadzidła. Ta chwila wypełnia dobrą energią na cały dzień – opowiada Alicja. – Bliska jest mi filozofia buddyjska, zgodnie z którą żyjemy: „Zmniejsz swoje pragnienia, a zmniejszysz swoje cierpienia”. Ale ponieważ wierzę, że trzon duchowy wszystkich religii jest jeden – bycie dobrym człowiekiem – otaczają mnie również figurki i obrazki z Biblii, mam kilka rzeźb Maryi, jest Święty Michał Archanioł. Mój dom rodzinny w Cieszynie był zresztą bardzo religijny i uduchowiony. Przeprowadzka do Warszawy 15 lat temu nie zmieniła tej potrzeby duchowości, a może nawet ją pogłębiła – dodaje.

Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym 'ludwikiem' wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym "ludwikiem" wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)


Kontakt z przyrodą ma dla Alicji niezwykłe znaczenie. I choć w dużym mieście jest to trudniejsze niż na wsi, Alicja nie tylko codziennie spaceruje po rezerwacie przyrody, do którego ma niedaleko, lecz także otacza się naturą w domu. Lubi kwiaty. W swojej książce „Prosto z roślin” akcentuje szacunek dla zwierząt i roślin, zapraszając do empatycznego spojrzenia nie tylko na naszych braci mniejszych, ale na całą Matkę Ziemię i w końcu na siebie samych, bo też zasługujemy na zdrowe życie, pełne harmonii.

Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Moc kryształów

Innym ważnym elementem są kryształy. – To naturalne klejnoty, które rodzi sama natura. Ich wkomponowanie w dom było wyzwaniem, bo chciałam uniknąć efektu sklepu geologicznego czy chatki nowoczesnej wiedźmy – kontynuuje Alicja. Kryształy używane są w holistycznym leczeniu od tysiącleci. Odkrywanie ich tajemnic oraz stosowanie ich dla podnoszenia poziomu własnej harmonii to jej ogromna pasja. Śmieje się, że niezła z niej sroka, choć tak naprawdę wybiera je z wielką rozwagą. – Ich piękno fascynuje mnie od lat. Dobrze się czuję w ich towarzystwie i pomagam innym korzystać z ich leczniczych dobrodziejstw. Kryształy mogą nam towarzyszyć na wiele sposobów. Przy medytacji, w kąpieli, podczas relaksacji – jestem przekonana, że każdy odczuje ich wpływ. Może to właśnie one emitują dobrą energię, bo wszyscy mi mówią, że nasz dom działa terapeutycznie – dodaje. A może to kwestia kolorów? Dominują tu pudrowe barwy nawiązujące do azjatyckich klimatów, które są Alicji także duchowo bliskie, i nieco pozłoty, symbolizującej słońce, jasność i radość. Jej zdaniem wnętrze ma wzbudzać emocje, inspirować i działać na zmysły. – W ludziach, przyrodzie, ale i w przedmiotach codziennego użytku zawsze szukam piękna – tłumaczy.

Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Wanna z szyldem

Przedmioty w tym domu nie mają raz na zawsze określonych funkcji: to, co wczoraj było narzutą, dziś jest obrusem, a jutro być może stanie się zasłoną. W roli jedynie dekoracyjnej występuje tutaj... zastęp emerytowanych zegarów; wszak szczęśliwi czasu nie liczą, ale mogą przyglądać się pięknej tarczy czy wahadłu.

Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Meble i ozdoby wędrują z salonu do sypialni, z sypialni do kuchni. – O każdym przedmiocie w moim domu mogę opowiedzieć historię, bo to głównie rzeczy z odzysku, wiekowe rzemiosło albo meble, które wykonał mój mąż. Także drzwi są jego dziełem – wylicza Alicja. – Moje ukochane materiały to drewno, len, stare szkło, antyczne koronki, ręcznie tworzona ceramika i stara porcelana. Lubię spękania, sprucia czy wypłowienia – to dla mnie znaki życia przedmiotów, ich historii.

Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W urządzaniu liczą się też zabawa konwencją i humor. Stąd za przedmioty dekoracyjne robią w mieszkaniu Alicji cekinowe torebki wizytowe w stylu vintage czy hinduskie elementy ubioru. Z kolei nad wanną znalazł się stary szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. – Chętnie zestawiam to, co zgrzebne, z pałacowym, rustykalne – z etnicznym. I lubię, gdy całość jest ciepła, przyjazna oraz kobieca – mówi właścicielka.

  1. Styl Życia

Big Mind – jakie korzyści przynosi praktyka zen?

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Całe nasze życie to pełne koło, choć zwykle funkcjonujemy, jakbyśmy byli tylko połówką - mawia amerykański mistrz zen, roshi Genpo Merzel, twórca procesu Big Mind.

Często zadajemy sobie pytania: Kim jesteśmy? O co w tym życiu naprawdę chodzi? Czy moje życie w ogóle ma sens?...

Metoda Big Mind pomaga odpowiedzieć na takie pytania. Daje klucz do poznania głębi nas samych. Uczy, jak zintegrować rozwój osobisty z duchowym. Wydobywa na światło dzienne to, co znajduje się w cieniu osobowości, co jest z różnych względów niedostępne i tkwi wyparte poza naszą świadomość. Jest drogą do bogatszego doświadczania życia, siebie, swoich relacji i całego świata. Do lepszego zrozumienia i akceptacji własnego „ja”.

Usuń blokadę

Aby wyjaśnić główną ideę procesu Big Mind i wprowadzić w nią uczestników warsztatów, mój nauczyciel roshi Genpo Merzel posługuje się pewną analogią: Jesteś rodzicem, nadajesz imiona swoim dzieciom, ale niektóre z tych imion są bardzo brzydkie, np. gniew, pożądanie, zazdrość, złość, lęk… Więc lokujesz te dzieci w piwnicy, zamykasz na klucz, mając nadzieję, że nigdy z niej nie wyjdą. Z kolei uwielbiasz dzieci, które mają takie imiona, jak szczęście, miłość, radość, zadowolenie... Więc tylko tym dzieciom dajesz prawo do istnienia. Ale jeśli pewnego dnia drzwi piwnicy znienacka otworzą się i wyskoczy z niej gniew lub zazdrość, to jesteś tym bardzo nieprzyjemnie zaskoczony i potem z jeszcze większą determinacją spychasz je do podziemi.

Inny przykład: Wyobraź sobie, że jesteś szefem wielkiej firmy, ale tak naprawdę nie wiesz, kogo zatrudniasz, kim są twoi pracownicy. Może nawet wiesz, na jakich są stanowiskach, ale nie znasz ich kompetencji i zakresu obowiązków. Nie wiesz, co robią. Więc jak możesz nimi racjonalnie zarządzać? I kiedy pewnego dnia firma się rozpada, twoje zdumienie jest ogromne, jesteś zaskoczony, pytasz siebie: „Jak mogło do tego dojść?!”. Potem często musisz poddać się jakiejś terapii, żeby znaleźć odpowiedź.

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. A poznając siebie, poznajemy też innych. Gdy sami przestajemy być obcy dla siebie, inni przestają być obcy dla nas.

Dzięki tej metodzie dowolnie zmieniamy naszą perspektywę, tak jakbyśmy zmieniali biegi w samochodzie. „Zablokowany na którymś biegu staje się bezużyteczny. Aby ci służył, musisz usunąć blokadę” – rozwija tę metaforę roshi Genpo w swojej książce „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce”. To właśnie cel procesu Bing Mind.

Wywołaj głosy

Podczas warsztatu proszę uczestników spotkania o wywołanie w sobie jakiegoś aspektu, czyli głosu, np. Kontrolera. Wszyscy robią delikatny ruch ciałem, żeby nie tylko umysł, ale i ono poczuło tę zmianę, i utożsamiają się z danym głosem, mówiąc w pierwszej osobie: „Ok, jestem Kontrolerem”. Następnie pytam: „Opowiedz mi o sobie, jaki masz cel, jakie zadanie?”. „Moim zadaniem jest kontrolowanie” – słyszę w odpowiedzi. „Co chciałbyś kontrolować?” – pytam dalej. Z sali padają różne odpowiedzi, np.: „Ja, Kontroler, kontroluję myśli, uczucia, ludzi, lęki, pragnienia, absolutnie wszystko...”. Drążę głębiej: „Jakie myśli, czyje?”. „A co np. z jej/jego emocjami? Dlaczego to robisz?”. „Bo emocje jej nie służą i nie powinno się ich ujawniać” – odpowiada ktoś z sali. „W jakich sytuacjach coś ci się wymyka spod kontroli? Co wtedy się dzieje?” – kontynuuję. Taki dialog trwa jakiś czas. Następnie proszę, byśmy porozmawiali z innym głosem, np. z Pragnieniem. Wszyscy znów robią delikatny ruch ciałem i zaczynamy dialog z Pragnieniem.

I tak przechodzimy od aspektu do aspektu, od głosu do głosu. Najpierw wywołujemy tzw. głosy dualne, rozróżniające rzeczywistość, w której zawsze są „ja” i „ty”, „ja” i świat: Kontrolera, Obrońcy, Sceptyka, Złości, Pożądania, Ofiary, Poszukującego Umysłu...

Potem przychodzi czas na głosy niedualne, transcendentne: Umysł Nieposzukujący, Czysty Umysł, Głos Jedności, Głos Mądrości, a następnie głosy absolutne: Wielki Umysł, Wielkie Serce.

Na końcu spotkania wywołujemy Mistrza lub Zintegrowanego, Swobodnie Funkcjonującego Człowieka, który jest głosem obejmującym te dwie zasadnicze perspektywy: dualną i niedualną. To on jest szefem tej wielkiej korporacji, popularnie zwanej osobą. On jest obecny w każdym z nas i tylko czeka, żeby móc wreszcie zacząć swobodnie funkcjonować.

Kiedy na przykład siadam do medytacji, to przywołuję głos Umysłu Nieposzukującego, który donikąd nie zmierza, niczego nie planuje, akceptuje, to, co jest: cisza, spokój... – wtedy po prostu jestem.

Jeśli gram na scenie i zapomnę tekstu, to zdarza mi się, że wzywam głos Pamięci. To bardzo prosty proces, ale wymaga czasu, by się z nim oswoić i stosować go na co dzień.

Bardziej świadomi

Musimy pamiętać, że nie ma głosu niepotrzebnego, każdy pełni jakąś określoną funkcję, jest po to, żeby nam służyć. A tylko wywołując go, dowiemy się, jak działa. Równie ważne jest to, by się przekonać osobiście, że wszystkie te aspekty są w nas i nikt nam ich nie narzuca z zewnątrz. Gdy je poznamy, zmienimy się, staniemy ludźmi bardziej świadomymi i odpowiedzialnymi – nie tylko za siebie, lecz także za innych. A jeśli my się zmieniamy, to zmieni się też wszystko wokół nas. Kiedyś zapytano Buddę: kim jest. Odpowiedział, że pytanie jest źle postawione, że należało zapytać: nie kim, a czym jest. Człowiek nie jest martwy, cały czas się zmienia, staje się tym, co się w danej chwili w nim pojawia.

No, chyba, że ktoś bardzo boi się odpowiedzialności i woli wypierać ją, trzymając w piwnicy pod kluczem. Bo z różnych powodów tłumimy niektóre z naszych aspektów, nie przyznajemy się do nich, krytykujemy je, nie dopuszczamy do głosu i nie chcemy mieć z nimi żadnego kontaktu. Ale z takimi również da się porozmawiać, choćby po to, żeby dowiedzieć się, dlaczego są wypierane i jaką rolę w nas pełnią.

Stosując metodę Big Mind, obserwuję jej wielką skuteczność u wielu ludzi. Nie jest ona związana z żadnym wyznaniem. Może ją praktykować każdy, bez względu na to, czy jest Chrześcijaninem, Żydem, Muzułmaninem, czy ateistą. I przejść przez ten głęboki proces – pod warunkiem, że naprawdę tego chce i będzie aktywnie w nim uczestniczyć.

Na początku polecałabym udział w warsztatach i praktykowanie pod okiem trenera. Pomocna będzie również książka roshiego Genpo Merzela „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce” i dołączone do niej płyty DVD z oryginalnymi sesjami prowadzonymi przez twórcę metody (w języku angielskim).

Zostań swoim Mistrzem

Warto otworzyć się na Big Mind i spróbować dotrzeć do istoty samego siebie, sięgnąć po to, co już w nas jest. Wtedy zmieni się nasze funkcjonowanie, działanie, zmieni się nasze życie. Wszystkiego zaczniesz doświadczać bardziej świadomie. Nie musisz już tkwić w tym samym miejscu i kręcić się w kółko – możesz to radykalnie zmienić. Zobaczyć, że nie jesteś tylko rozgadaną głową czy niszczącymi, rozedrganymi emocjami, nie jesteś tylko ograniczonym „ja”, że masz też w sobie ciszę, spokój i przepastną przestrzeń Wielkiego Umysłu i Wielkiego Serca.

Proces Big Mind opracował mistrz zen, roshi Genpo Merzel. Metoda łączy dwie podstawowe szkoły rozwoju – dwie drogi, które wydawały się dotychczas zupełnie rozbieżne: zachodnią szkołę terapii (Voice Dialog) i psychologii oraz wschodnią szkołę medytacji i wglądu w prawdziwą naturę człowieka. Ma więc dwa korzenie: Wschód i Zachód. W świadomości roshiego Genpo proces ten rodził się latami, a wykrystalizował ok. 2000 roku. Jego twórca chciał, żeby każdy – tak jak on – mógł przebudzić swój umysł i uświadomić sobie, kim naprawdę jest. Nazwa Big Mind, czyli Wielki Umysł, to ukłon roshiego Genpo złożony ojcu Benowi Merzelowi (stąd inicjały) oraz wyraz szacunku dla swojego nauczyciela roshiego Taizana Maezumiego i syna Tai (Tai znaczy po japońsku „wielki”). Zanim roshi Merzel został buddyjskim mnichem, był mistrzem pływackim, ratownikiem i instruktorem pływackim, a także nauczycielem w szkole dla niepełnosprawnych. W 1980 roku został spadkobiercą Dharmy w linii przekazu roshi Taizana Maezumiego. Prowadzi SLC Center, gdzie łączy praktykę zen z procesem Big Mind.

W Polsce spadkobierczynią roshiego Genpo była Małgorzata Jiho Braunek (sensei, szefowa Polskiej Sanghi Kanzeon w Warszawie), która powadziła wykłady, spotkania indywidualne i grupowe warsztaty „Big Mind/Wielkie Serce, Wielki Umysł”.