1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Przywitaj świadomie Nowy Rok z Karoliną i Maciejem Szaciłło

Przywitaj świadomie Nowy Rok z Karoliną i Maciejem Szaciłło

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
11 stycznia w siedzibie organizacji Art of Living odbędzie się spotkanie, podczas którego można będzie uzyskać odpowiedzi na powyższe pytania. Spotkanie poprowadzą Karolina i Maciej Szaciłło, eksperci od zdrowego odżywiania, a także świadomego życia, autorzy książki Na szczęście. Przewodnik po świadomym życiu przez cały rok. Podczas spotkania, poza technikami oddechowymi, autorzy podzielą się także sprawdzonymi metodami relaksacji, które z łatwością można wdrażać w życie już od dziś!

Mówi się, że Nowy Rok jest najlepszym momentem na wprowadzenie zmian, które mogą uczynić nasze życie lepszym i bardziej szczęśliwym. Każdy z nas chce przecież osiągnąć szczęście, jednak niewiele osób zadaje sobie to kluczowe pytanie: czym ono naprawdę jest? Jak zaplanować zmiany, aby służyły one nam na długo, a nie doprowadzały do kolejnych frustracji.

11 stycznia w siedzibie organizacji Art of Living odbędzie się spotkanie, podczas którego można będzie uzyskać odpowiedzi na powyższe pytania. Spotkanie poprowadzą Karolina i Maciej Szaciłło, eksperci od zdrowego odżywiania, a także świadomego życia, autorzy książki Na szczęście. Przewodnik po świadomym życiu przez cały rok. Podczas spotkania, poza technikami oddechowymi, autorzy podzielą się także sprawdzonymi metodami relaksacji, które z łatwością można wdrażać w życie już od dziś!

Często wyznaczamy sobie cele, którym nie jesteśmy w stanie sprostać. Planujemy rozwijać się w kierunku, który nie jest dla nas dobry. Zmuszamy się do robienia rzeczy, na które wcale nie mamy ochoty. Ustalamy niezliczoną ilość postanowień noworocznych, zamiast skoncentrować się na jednym celu i konsekwentnie go realizować. Jak to zmienić? Jak się tego nauczyć? Jak wsłuchać się w potrzeby własnej duszy i ciała? Karolina i Maciej Szaciłło w przewodniku Na szczęście. Przewodnik po świadomym życiu przez cały rok pomogą odnaleźć odpowiedzi na te pytania.

Na spotkaniu autorzy podzielą się tym, co na co dzień pomaga im być bardziej świadomym i... szczęśliwym. Dowiemy się również jakie jest powiązanie między szczęściem, a chwilą obecną. Jaką rolę w byciu wolnym i zadowolonym z życia odgrywa branie odpowiedzialności za siebie, własne emocje, ale też otaczający nas świat. Całość zakończy krótka seria pranajam (technik oddechowych) i medytacja prowadzona.

Spotkanie odbędzie się 11 stycznia o godzinie 18:00 w siedzibie Art Of Living przy ul. Słomińskiego 19 m 55 w Warszawie.

Wstęp na spotkanie jest bezpłatny.

Karolina Szaciłło - dziennikarka, specjalistka od zdrowego trybu życia. Prowadzi warsztaty i szkolenia z zakresu medytacji oraz zdrowego odżywiania. Współautorka, wraz z mężem, Maciejem Szaciłło, poradników dietetycznych, koncentrujących się na zdrowym, oczyszczającym organizm jedzeniu m.in. Jedz i pracuj… nad własnym zdrowiem, Detoksy dla zdrowia i urody, Jem (to co) kocham i chudnę (Wydawnictwo Zwierciadło).

Maciej Szaciłło - popularny ekspert od zdrowego żywienia oraz ekologicznego typu życia. Wspólnie z żoną, Karoliną Szaciłło, prowadzi liczne kursy, szkolenia i warsztaty zdrowego gotowania, wyjazdowe detoksy oraz zajęcia związane z medytacją i ćwiczeniami oddechowymi. Od lat przygotowuje zdrowe potrawy dla widzów telewizji śniadaniowych. Jest współautorem licznych publikacji poświęconych zdrowiu i oczyszczaniu organizmu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przebudzenie świadomości – czy daje odpowiedź na pytanie „kim jestem”?

Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość. (Fot. iStock)
Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość. (Fot. iStock)
Żyjemy w czasach nieznanego dotąd potencjału: powszechnego budzenia się świadomości. To, co kiedyś było zarezerwowane dla garstki nielicznych, teraz jest dostępne dla wszystkich. Możemy przebudzić się, pozostając zwykłymi ludźmi. Możemy to zrobić w tej chwili. Teraz. To jest tak proste jak oddychanie, twierdzą ci z nas, którzy już to wiedzą. Do czego się budzimy?

W samym centrum naszego istnienia kryje się jedno pytanie. Żyje w każdym wyzwaniu, z jakim kiedykolwiek będziemy się mierzyć. I w każdym wyborze, jakiego kiedykolwiek dokonamy. Stanowi fundament każdej decyzji. Pojawia się we wszystkim, co robimy. Pytanie leżące u podstaw wszystkich pytań brzmi: Kim jesteśmy? Odnalezienie odpowiedzi na nie jest absolutnie kluczowe. Niezbędne. O tym właśnie jest książka „Głęboka prawda. Ostatnia szansa ludzkości” Gregga Bradena, nazywanego pionierem łączenia nauki i duchowości. Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość. Na naszych oczach wyłania się nowy, wspólny i oparty na współpracy świat, pisze Braden. Jednocześnie niestabilny świat przeszłości walczy o przetrwanie. Oba światy wciąż istnieją – na razie.

Przez chwilę się nie poruszaj

Historia Gangaji, światowej nauczycielki budzenia świadomości, może być zwierciadłem zmian, jakie czekają nas w najbliższych latach. Gangaji (wł. Toni Roberson) jest współczesną Amerykanką, która przeszła drogę „od osobistej historii cierpienia”, jak pisze w książce „Diament w twojej kieszeni”, do „życia na gruncie radości”. Według powszechnych standardów prowadziła cudowne życie, była zdrowa, głęboko zakochana w drugim mężu, rozwijała karierę. Miała dobre relacje z córką. „Mimo to chciałam więcej i bałam się stracić to, co miałam – pisze. – Nadziei na przyszłość często towarzyszył paniczny lęk przed tym, co może się wydarzyć. To bardzo wyczerpujące. Byłam sobą rozczarowana, a jednocześnie męczyły mnie codzienne próby naprawiania tego, co przeżywałam, i jaka byłam. Utknęłam w osobistym cyklu cierpienia. Kiedy taki cykl powtórzy się milion razy, staje się dobrze znany”.

Pytała siebie, jak to możliwe, że jest relatywnie szczęśliwa, nawet czasami głęboko spełniona, a mimo to odczuwa tęsknotę za czymś, czego nie potrafi nawet nazwać? Pragnęła wolności od walki, od wszystkich swoich zapętleń i fałszywych przekonań. Pragnęła wiedzieć, czy istnieje ostateczna, absolutna prawda. Chciała życia, a nie historii cierpienia. „Co mam robić?” – zapytała nauczyciela. Jego odpowiedź była prosta, a zarazem szokująca: „Nie rób niczego. Zatrzymaj wszystkie poszukiwania i wymówki, zobacz, co już jest tutaj. Nie poruszaj się w kierunku czegoś i nie uciekaj od niczego. W tej jednej chwili bądź nieruchoma”. Dotarło do niej, że nauczyciel prosi, aby zatrzymała całą mentalną aktywność. Szybko w umyśle pojawiły się wątpliwości, lęk, panika, że gdy przestanie myśleć, wtedy nie zadba odpowiednio o ciało, w ogóle nie wstanie z łóżka, nie będzie w stanie prowadzić samochodu, nie pójdzie do pracy. Czuła, że jeśli przestanie szukać, utraci wszystko, co do tej pory zdobyła. Jednak siła, jasność i pewność w oczach nauczyciela sprawiły, że strumień myśli w jej głowie zatrzymał się; zatrzymało się podążanie za myślami i wiara w kryjące się za nimi dramaty. W jednej chwili odnalazła spełnienie i pokój. Na spotkaniach z ludźmi na całym świecie opowiada o tym momencie przebudzenia: „Wszystko, cokolwiek i kiedykolwiek mogłam chcieć, było już obecne jako tło czystego odwiecznego istnienia. Całe cierpienie, które określałam i wiązałam z „ja” lub „mnie”, znalazło się w przestrzeni promiennego bycia. A co najważniejsze – rozpoznałam, że właśnie to istnienie jest prawdą o tym, kim jestem. Doszło do istotnego przesunięcia uwagi z mojej osobistej historii cierpienia na nieskończoną głębię bycia, która zawsze istniała pod powierzchnią tej historii. Co za spokój! Co za ulga! Jakie odprężenie! A więc nie jestem ograniczona żadną historią! Prostota tego, co do mnie dotarło w tamtej chwili, była trudna do ogarnięcia. Wcześniej myślałam, że to nie może być takie proste. Wpojono mi, że dopóki nie będę wolna od grzechu, chciwości, agresji, nienawiści i karmy, nie mogę dosięgnąć tego miejsca”.

Gdy ludzie pytają ją, w jaki sposób przeżywa teraz swoje życie, mówi: „Przestałam szukać spełnienia w umyśle czy zewnętrznych okolicznościach, ponieważ zdałam sobie sprawę, że są nietrwałe i zmienne, że nie można na nich polegać. Ciągle od czasu do czasu pojawiają się momenty nieszczęścia, złości, przykrości, różne nastroje, które przemijają, ale to wszystko odbywa się na podłożu radości. Wszystkie nastroje, stany umysłu, uczucia wskazują na to samo źródło – bezkresne niebo czystej i wolnej świadomości, która jest prawdą o tym, kim jesteśmy”.

Zaprasza nas, abyśmy się zatrzymali – tylko w tej chwili. To nie znaczy, że mamy zatrzymać się do końca życia, nigdy nie wyjść z domu, nigdy nie opowiadać żadnej historii czy nigdy już nie myśleć. To zaproszenie, by zatrzymać wszystko po to, aby w tej właśnie chwili zwyczajnie być. W istocie wszystko, co potrzebne, to jedna chwila prawdziwego zatrzymania. Jeśli się zatrzymasz i udzielisz wsparcia każdej bieżącej chwili, twoje życie zapłonie miłością, mówi i pisze Gangaji.

Budzi się czujna obecność na to, że jesteśmy czystą i wolną świadomością. Czujna obecność jest wyborem, aby w każdej chwili poddać się prawdzie o jedności wszystkiego, co jest. Co zawsze jest tutaj? Co pozostaje, gdy wszystko przemija i dobiega końca? To, co pozostaje, jest godne zaufania.

Jak wyglądałyby nasze intymne związki, gdyby była w nich uważność i świadomość, że wszystko jest jednością? A jak wyglądałaby z tej perspektywy praca, którą wykonujemy? I wszystkie inne związki, które tworzymy? W jaki sposób dbalibyśmy o siebie, o wspólnoty, które tworzymy, i o przyrodę?

Niektórzy nazywają ją guru, inni nauczycielką, ona mówi o sobie, że jest zwykłą kobietą i niczym się od nas nie różni. Wszyscy jesteśmy odbiciami jednej esencji świadomości. Świadomość jest wolna, dlatego i my jesteśmy wolni.

<!--jt:related class="left" src="https://zwierciadlo.pl/js/tiny_mce/plugins/jtinfobox/img/related.png" />

Przyjaciółki

Dziennikarka Rita Marie Robinson przeprowadziła fascynujące wywiady z kobietami w różnym wieku, które w świecie prowadzą grupy obecności i uważności. Zebrała je w zbiór: „Zwyczajne kobiety, niezwykła mądrość. Kobiecy wymiar przebudzenia”. Wszystkie żyją zwyczajnie – mają dzieci, mężów, psy, obiady do ugotowania, rachunki do zapłacenia. Mimo że doświadczają – jak my wszyscy – nieuchronnych zmian, rozwodów, chorób, konfliktów i śmierci, promienieją spokojem i radością. Nie mówią o sobie, że są nauczycielkami, ponieważ to sugerowałoby, że wiedzą coś, czego my nie wiemy. Nazywają siebie „przyjaciółkami”. A oto, co mówią te zwyczajne niezwykłe kobiety o swojej przebudzonej świadomości:

„Cały czas usiłowałam naprawić osobowość; byłam nie taka, chciałam być »lepsza«. Jeśli myślisz, że jesteś »kimś«, osobowość stworzy problemy na nowo. Cała moja praca nad tym zagadnieniem była daremna i upokarzająca. To tak, jakbyś chciała zacerować sweter w jednym miejscu, a on pruje się gdzie indziej. Moją prawdziwą naturą jest przestrzeń, otwartość, a nie myślący umysł”.

„Pojawiają się wszystkie uczucia, jakie można sobie wyobrazić: smutek, złość, szczęście. Jednocześnie czuję się głęboko odprężona. To dla mnie znak, że coś ulega głębokiej przemianie”.

„Spoglądam w czyjeś oczy i widzę tę iskrzącą, łagodną, przyjazną obecność bez względu na pomysły ego, jak ta osoba powinna wyglądać i jaka być”.

„Po prostu odpowiadam temu, co dzieje się z chwili na chwilę. Łatwo zauważyć, że życie oddycha przeze mnie i stale mnie ożywia. Jeśli spojrzymy wstecz, zobaczymy, że życie zawsze o nas dbało. Życie jest bardzo, bardzo mądre”.

„Życie samo troszczy się o wszystko. Czemu nie odpuścić i nie pozwolić, aby zajęło się naszymi sprawami? Dlaczego nie zaufać tej sile, która sprawia, że trawa rośnie?”

„Gdy prowadzę zajęcia lub rozmawiam z ludźmi, to życie rozmawia samo ze sobą”.

„Sprzątam dom i gotuję obiady. To jest to samo życie co wcześniej, ale zmartwienia zmniejszyły się o 90 procent, a poczucie oddzielenia o 98 procent”.

„Jest tylko istnienie, więc w rzeczy samej nie ma kobiet ani mężczyzn. Jestem zwolenniczką braku różnic, ale te przejawy niepowtarzalności są tak cudowne, że wątpię, aby ktokolwiek chciał z nich zrezygnować”.

„Każdy przejaw istnienia – smutek, radość, żal, wyrzuty sumienia – wszystko pragnie mieć we mnie swoje miejsce. Istnienie to łagodne zaproszenie, by wszystko przyjąć do serca”.

„Miłość i czułość są naturalnie obecne”.

„Mądrość to ufać temu, co jest głębiej niż myśli, temu, co jest żywe; co kocha życie i pragnie mu służyć”.

„Poczucie błogości nie pochodzi z ucieczki, ale z bycia obecną i z mówienia prawdy. Najważniejsze, by mówić prawdę i ufać sobie. Mówić prawdę coraz odważniej i ufać sobie coraz bardziej. To nie ma końca”.

„Chociaż cała mądrość i miłość wszechświata już jest wewnątrz nas, jedynie serce o tym wie. Dla racjonalnego umysłu to po prostu zbyt wiele. Serce zna drogę i można mu zaufać”.

„W sercu jesteśmy dobrocią. Nie ma przymusu, aby stawać się dobrym, ponieważ to, kim jesteśmy, to sama dobroć”.

„Znaczną część życia poświęciłam na poszukiwanie miłości – tak bardzo jej pragnęłam. W końcu uświadomiłam sobie, że sama jestem miłością i że ona jest właśnie tu, we mnie. Och, to było bardzo zwyczajne doświadczenie tej ogromnej miłości!”

„Mam całkowite zaufanie do tego, co jest. Doświadczam ciszy w samym środku wszelkich zawirowań”.

„Ta namiętna obecność jest we wszystkim; gdy gotuję, sprzątam, wychodzę z psem, prowadzę zajęcia, rozmawiam z sąsiadką”.

„Właśnie w tym momencie, dokładnie tu, gdzie jestem, jest święta ziemia i święta chwila”.

„Po prostu wszystko zaczyna dziać się samo”.

Czy to wszystko, o co chodzi w życiu?

Pierwszym impulsem do przebudzenia świadomości może być… sukces. Albo porażka. I sukces, i porażka stają się lekarstwem na naszą globalną chorobę – zniechęcenie i poczucie bezsensu. Gdy określamy siebie w oparciu o to, co na zewnątrz, możemy być zaskoczeni, że wciąż odczuwamy pustkę. Pytamy rozczarowani: „Czy to wszystko, o co chodzi w życiu?”. Głęboko w sobie wiemy już, że to nie działa. Gdy ponosimy porażkę, próbując osiągnąć cel, po wielkich trudnościach w końcu poddajemy się. Zarówno całkowita porażka, jak i pełen sukces wskazują drogę do wewnętrznego spokoju i radości, ponieważ roztrzaskują iluzję, że osiągnięcie celu da szczęście i zakończy cierpienie. Droga do celu najczęściej bywa walką. Wierzymy, że walka w końcu przyniesie nam trwały spokój. Jednak spokoju nie można odnaleźć poprzez walkę, to sprzeczność sama w sobie. Rozczarowanie wysiłkami i głęboka tęsknota w sercu budzą nas do nieruchomej ciszy czystej świadomości, którą jesteśmy.

Frank Kinslow, lekarz, twórca metody samouzdrawiania, którą nazwał synchronizacją kwantową, pisze w swojej książce „Eufouczucie!”, że jedyna rzecz, która stoi między nami a spokojem to myśl, że życie wymaga naprawy. „Zaakceptuj, że życie jest, jakie jest, i zaprzestań walki, by je zmienić. To, co zajmie miejsce walki, to spokój. To tyle. Koniec historii. Koniec cierpienia”.

Ten wybitny lekarz zwraca uwagę, że żadna proklamacja pokoju na świecie niezależnie od tego, jaka wzniosła organizacja ją głosi, nie może go zapewnić. Pokój na świecie zostanie osiągnięty tylko wtedy, gdy jednostki tego świata będą w pokoju z samymi sobą. Nie jest tak, że problem światowego pokoju jest zbyt wielki czy zbyt skomplikowany. Rozwiązanie problemu dysharmonii świata jest nie tylko osiągalne, ale proste. Mamy wszystko, czego nam potrzeba, by już teraz przywrócić pokój w każdym z nas.

W połowie ubiegłego stulecia znany psycholog Abraham Maslow badał zdrowych ludzi i nazwał ich „jednostkami realizującymi się”. (Dzisiaj powiedzielibyśmy „przebudzonymi”). Realizujący się są świadomi wewnętrznej jedności. Świadomie połączyli zewnętrzny chaotyczny świat z wewnętrzną spójnością, która odzwierciedla harmonię i radość w codziennym życiu. Zachwycają się pięknem nawet zwykłych spraw, ponieważ dostrzegają w nich świętość. Są z natury motywowani przez prawdę, piękno i sprawiedliwość, a nie strach, chciwość i manipulację. Są tymi, którzy naturalnie żyją w spokoju i radości. Ich świadomość jest czysta. Realizujący się mają potężny, harmonizujący wpływ na swoje środowisko, pisze Frank Kinslow. Gdy zbierze się razem dwóch lub więcej, ich wpływ podnosi się do kwadratu. Oznacza to, że dwoje realizujących się przebudzonych ludzi posiada harmonizującą moc czterech osób. Cztery osoby mają moc 16. 16 to ekwiwalent 256 osób, a 256 osób jest równe 65 536 osobom itd. Potrzeba jedynie pierwiastka kwadratowego jednego procentu populacji, by stworzyć fazę przejściową do wyższej świadomości. Pierwiastek kwadratowy jednego procentu populacji wpłynie pozytywnie na życie ludzi w danym mieście, nawet jeśli nie są oni świadomi realizujących się. To niewiarygodnie mała liczba! Jeden procent milionowego miasta to dziesięć tysięcy osób. Pierwiastek kwadratowy z tej liczby to sto osób! Wystarczy sto osób o przebudzonej świadomości, by mogły mieć podnoszący na duchu, harmonizujący i uzdrawiający wpływ na milionowe miasto. By rozprzestrzenić po świecie pokój i dobrobyt, potrzebujemy jedynie ośmiu tysięcy przebudzonych osób.

Wygląda na to, że mamy przed sobą bardzo proste zadanie: Odnaleźć pokój w sobie, tylko tyle. Nasza odkryta na nowo świadomość ogrzeje świat.

  1. Styl Życia

Cezary Borowy - mężczyzna w wewnętrznej podróży

Cezary Borowy w Singapurze, 1987 rok. (Fot. archiwum prywatne)
Cezary Borowy w Singapurze, 1987 rok. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Jeszcze 30 lat temu dalekie wyprawy były dla większości Polaków niedostępne finansowo, zwykle wiązały się z wyjazdem na saksy albo nielegalnym handlem. Cezary Borowy przez kilka lat mieszkał w Indiach, dokąd przemycał elektronikę z Singapuru. Właśnie wydał wspomnienia z tamtego okresu, a nam opowiada, jakie emocje budzi w nim dziś powrót na stary szlak.

Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej, przewodnik po Azji. (Fot. archiwum prywatne) Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej, przewodnik po Azji. (Fot. archiwum prywatne)

Mam złe doświadczenia z wracania w te same miejsca, zwykle czuję się rozczarowany. Ale twój powrót do Indii po wielu latach okazał się bardzo ciekawy i inspirujący. Kolejne podróże do Indii to pogłębianie tego, co już znam. Im dalej w las, tym więcej drzew – im lepiej poznajesz kraj, tym więcej jest w nim do zobaczenia. Indie ciągle czymś zaskakują. Im więcej o nich czytam, tym bardziej jestem przekonany, jak mało o nich wiem. Nie sądzę, żebym ośmielił się kiedykolwiek powiedzieć, że „znam” Indie.

Te ostatnie wyjazdy to chyba także swoiste podróże w czasie? Pomiędzy moim okresem „starożytnym”, czyli przełomem lat 80. i 90., gdy spędziłem w Indiach trzy lata, a ostatnimi wyjazdami upłynęło ponad 25 lat. To pozwala na dystans i zauważenie zmian. Na pewno podróżą w czasie można nazwać przejazd pociągiem – wygląda tak jak kilkadziesiąt lat temu. Te same wagony, tylko trochę bardziej zniszczone.

A w innych miejscach nie przypominały ci się przeżycia i emocje sprzed lat? Oczywiście, że tak. Szczególnie tam, gdzie kiedyś często bywałem. Knajpki i hotele w New Delhi, Bombaju, Kalkucie czy Katmandu szczególnie się nie zmieniły – jedna z nich, „Koshla” w New Delhi, miała na zewnątrz dwa stoliki i spawane żelazne krzesła. Nadal tam są. Gdy usiadłem i czekałem na zamówienie, patrząc na przechodzący tłum, to pomyślałem, że za chwilę nadejdzie któryś ze starych kumpli: Kwiatek, Jacek, Peter... Dreszcz mi przeszedł po plecach, jakbym znów poczuł adrenalinę. Ale nie przyszli.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Z powodów organizacyjnych wynajmowaliśmy z dziewczyną miesiącami pojedynczy pokój w hotelu „Vishal”, to była nasza główna kwatera w stolicy Indii. Gdy ostatnio tam byłem, oczywiście chciałem do niego zajrzeć, ale bałem się swoich emocji. Zameldowałem się więc w innym hotelu i dwa dni krążyłem wokół tamtego, oswajając wewnętrzny niepokój. Gdy wreszcie zdecydowałem się iść, to od razu po przekroczeniu progu się wzruszyłem, bo jeden z recepcjonistów szeroko się uśmiechnął i serdecznie przywitał. Rozpoznał mnie po 25 latach! Wynająłem ten sam pokój. Meble się nie zmieniły, ale na ścianach nie było już tapet, tylko farba. Jednak klimat miejsca pozostał – tworzyły go dźwięki ulicy. Przez nieszczelne okna było słychać skrzypienie kół i piszczenie rikszy motorowerowych, te charakterystyczne „pi, pi, pi”. Położyłem się na łóżku na wznak, zamknąłem oczy, słuchałem i znowu miałem wrażenie, że za chwilę wejdzie któryś ze starych kumpli.

A co czułeś na lotnisku po przylocie? Lotniska oczywiście mocno się zmieniły. Ale i tak gdy wychodziłem z samolotu w Bombaju i obserwowałem pracę celników – którzy cały czas szukają, czy ktoś przemyca złoto – to przyszło mi do głowy: „czy aby na pewno jestem czysty i niczego nie przerzucam?”. Przypomniał mi się tamten fantastyczny okres, czas dużej przemiany, dojrzewania jako mężczyzna. Nie żałuję tego, co robiłem, choć w tytule swojej książki pisałem o „spowiedzi”, jakbym uznawał to za grzech. Ale tak nie jest. Gdyby nie tamto, byłbym dziś innym człowiekiem.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Życie było wtedy szybkie, niebezpieczne, ale pozwalało się sprawdzić. Dodatkowo wokół miałem mnóstwo przyjaciół. Takich przyjaźni jak wtedy nie miałem nawet w szkole. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – pisała Wisława Szymborska, a my w Indiach mieliśmy dużo okazji do sprawdzenia się. Kiedy potem miałem w życiu różne górki, dołki, sztormy – to zawsze mówiłem sobie, że jeśli dałem radę w Indiach, to teraz tym bardziej dam.

Zahartowałeś się? Tak. W młodym wieku o to łatwiej. Dzięki książce odrodziły się stare, zerwane kontakty z naszej społeczności przemytniczej. Moje koleżanki i moi koledzy to dziś sześćdziesięciolatkowie, za nimi rozwody, bankructwa, różnie bywało. Ale wszyscy nadal mają błysk młodości w oku. Powiedziałbym, że przemytnicy nie dziadzieją. Być może to sprawa intensywnych doświadczeń w młodych latach, a może trzeba było mieć pewien typ osobowości, aby się zdecydować na tak ryzykowną aktywność. Część z nas była marzycielami, którzy zawsze chcieli podróżować po świecie. Na przykład ja przed końcem ósmej klasy przeczytałem wszystkie książki przygodowe w okolicznych bibliotekach i po prostu szukałem przygód. Prawdopodobnie bardzo wielu z nas uzależniło się od tego.

Od czego? Od adrenaliny. Odczuwaliśmy strach, ale nauczyliśmy się go oswajać, żyć z nim. Był strach na granicy, ale umysł dostawał nagrodę, gdy akcja się udała, a to uzależnia. Do tego stopnia, że po powrocie do „cywila” często wybieraliśmy świadomie zawody z dużą dozą adrenaliny. Koleżanka została pielęgniarką na OIOM-ie, kolega zaczął pracę na wysokościach. Ludzie często narzekają, że szybko pobrali kredyty, teraz pracują w korpo, są po czterdziestce i tak naprawdę nigdy nie żyli. My mamy poczucie spełnienia w młodości. Moja była intensywna, z barwnymi przygodami. Taka, jak chciałem.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Swoim dzieciom byś polecił taki przepis na młodość? Nie próbują mnie naśladować, mają swoją ścieżkę, też kolorową, artystyczną. Zresztą czasy są inne, już można swobodnie podróżować po świecie. A wtedy w Polsce zarabiało się nieco ponad 20 dolarów miesięcznie, zaś mieszkanie kosztowało cztery tysiące dolarów na Śląsku, a w Warszawie około ośmiu tysięcy. Na handlu kamerami, magnetowidami pomiędzy Singapurem a Indiami mogłeś na to zarobić w kilka miesięcy! Gdy o tym mówię na spotkaniach autorskich, to widzę, że ludzie rozumieją nasze motywy.

Dlaczego dopiero teraz zdecydowałeś się na tę retrospektywną podróż? Do takich rzeczy trzeba dojrzeć. Długo też tkwił we mnie pomysł na książkę opisującą te przemytnicze czasy. Teraz cokolwiek tam robiliśmy, już jest przedawnione.

„Ja czułem się na przewałach tak, jakbym w tym 1987 roku siedział w kinie w Warszawie na filmie o Indianie Jonesie i nagle wstał z fotela, wszedł w ekran i przeniósł się do świata pełnego egzotyki, przygód i słońca” – napisałeś w książce. Czy podróżując, można zostać aktorem? Indie są na tyle dużym krajem, że bardzo łatwo znaleźć miejsca, w których wciąż możesz zostać Indianą Jonesem. W wioskach czy dzielnicach dalej od miejsc turystycznych człowiek z Zachodu nadal jest sensacją. Miejscowi podchodzą, robią sobie selfie, pytają, skąd jesteś. Robi się tłum wokół ciebie.

Indie, lata 90. (Fot. archiwum prywatne) Indie, lata 90. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś jechałem w Kalkucie starą taksówką. Na ulicy nie było świateł, tłum rozstępował się przed autem. Reflektory penetrowały go. Budowano tam stację metra, ale odkrywkowo, bez ciężkiego sprzętu. Widać było ogromny dół w ziemi, linię zwisających żarówek nad nim oraz kobiety podające sobie talerze z ziemią. To był prawdziwy Indiana Jones! Indie są jak Jerozolima, która jednoczy religie Boga osobowego. Nad Gangesem mają tylu bogów, ilu jest Hindusów. I wiele religii się stamtąd wywodzi: buddyzm, sikhizm, hinduizm.... Tam ciągle możesz z kimś porozmawiać o Bogu.

Pojechałeś do Indii, bo przeczytałeś tekst o polskich przemytnikach w „Polityce”, którą ktoś przywiózł do Londynu, gdzie byłeś. W końcu natknąłeś się na nich w pizzerii w Delhi. Jak wielką rolę w życiu odgrywa przypadek? Ogromną. Gdybym nie wszedł do pizzerii, to nie spotkałbym tych przemytników i pojechał do Australii, bo miałem już wizę. I potoczyłoby się wszystko inaczej, pewno zrywałbym kiwi lub pracował na czarno w jakiejś fabryce. Nawet moje małżeństwo to w pewnym stopniu efekt przypadku – ściągnąłem dziewczynę do Indii. Ale też przypadkowi trzeba pomóc, ja tych ludzi szukałem. Tony Wheeler, twórca słynnych przewodników „Lonely Planet”, kiedyś podróżował jak najtaniej. Milionom ludzi pokazał, jak można tego dokonać. I miliony pokochały jego przewodniki i ten styl podróży. A kilka lat temu przeczytałem wywiad z Wheelerem, w którym mówił, że teraz nie wyobraża sobie nocować gdzie indziej niż w 5-gwiazdkowych hotelach. Czy nasze nastawienie do podróży aż tak bardzo zmienia się z wiekiem?

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Ja ciągle lubię zatrzymywać się w miejscach dla backpackersów. Na hotele 5-gwiazdkowe nie zawsze mnie co prawda stać, ale podczas wyjazdów związanych z pracą mieszkałem w nich wielokrotnie i to mnie w ogóle nie kręci. Luksusowy hotel to kapsuła, która oddziela mnie od przestrzeni, którą chcę poznać. Tam też nie nawiązujesz tak szybko relacji, panuje chłód nie tylko z powodu klimatyzacji. A podróżnicy, których spotykam w tanich hotelikach, mają swoją historię i chętnie się nią dzielą. Łakną kontaktu z drugim podróżnikiem. Łatwo więc nawiązać relację. Nadal podróżuję uważnie, by jak najwięcej z tego świata zrozumieć, poznać „innego”.

Czego ta retrospektywna podróż cię nauczyła? Teraz podróżuję inaczej, bardziej reportersko, przygotowuję się do każdej podróży. Ostatnie wyjazdy i pisanie książki pozwoliły mi bardziej zrozumieć siebie. To było jak pewna klamra spinająca życie.

Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej oraz przewodnik po Azji, więcej na przemytnik.pl.

'Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach', wyd. TBR "Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach", wyd. TBR

  1. Psychologia

Zadbaj o swoje szczęście

Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
Najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. (Fot. iStock)
W jakim stopniu mamy wpływ na własne samopoczucie, a na ile jest ono zależne od czynników zewnętrznych? Jak nie wpaść w pułapkę robienia dobrej miny do złej gry? O przepis na szczęście pytamy psycholog Agnieszkę Czerw.

Wydaje się, że pragniemy szczęścia ponad wszystko. Ale gdy już nam się ono przytrafia, często bywa, że nie chcemy się z nim obnosić, boimy się zapeszyć, wyjść na chwalipięty. Dlaczego mamy taki problem z pokazywaniem szczęścia światu?
U podłoża takiej postawy leżą dwa przekonania. Po pierwsze, że szczęście nie zależy od nas, tylko od losu – nie chcemy więc, żeby los nam je złośliwie odebrał, uznał, że nie jesteśmy godni. Dlatego staramy się nie manifestować swojej radości. A drugie założenie wiąże się z tym, co sądzimy o innych ludziach, a, niestety, na ogół nie mamy o nich dobrego zdania, jesteśmy nieufni, co potwierdzają badania. Polska jest w końcówce krajów, jeśli chodzi o poziom zaufania społecznego. Zakładamy, że inni będą wobec nas zawistni, jeśli się dowiedzą o naszym szczęściu, może nawet będą chcieli nas go pozbawić. W obu tych przypadkach zarówno przyczyna szczęścia, jak i fakt jego posiadania nie zależą od nas, tylko od losu bądź od innych. To oni mogą sprawić, że tego szczęścia nam zabraknie. I stąd to podejście: „Jestem szczęśliwa, ale nie będę o tym mówić, nie będę tego pokazywać”. A może właśnie warto podzielić się szczęściem, dlatego że ono bywa zaraźliwe i możemy się w ten sposób przyczynić do szczęścia innych.

Kiedyś koleżanka złożyła mi następujące życzenia urodzinowe: „Niech zawsze wszystko będzie tak, jak chcesz”. Pomyślałam wtedy, jak fajnie by było, gdyby świat dostrajał się do moich oczekiwań, gdyby zawsze wszystko działo się zgodnie z moją intencją. Dziś wiem, że takie podejście jest zgubne.
W takim myśleniu tkwi pułapka, bo nie jest możliwe, żeby zawsze wszystko było tak, jak chcemy. A więc oczekując tego od innych, od świata, skazujemy się na wieczną frustrację – bo wystarczy, że jedna rzecz pójdzie nie po naszej myśli i już poczujemy się nieszczęśliwi. Poza tym w ten sposób uzależniamy swoje samopoczucie od czynników zewnętrznych – od innych ludzi, ich zachowań. A te mogą zależeć od zupełnie przypadkowych rzeczy. To, że los daje nam to, czego chcemy, to są po prostu pomyślne zdarzenia, a szczęścia nie można lokować tylko w darach losu. Ono w dużym stopniu zależy od nas, nie w stu procentach, ale w tak dużej mierze, że warto się o nie starać i do niego dążyć.

Jak w takim razie budować szczęście w sobie?
Nie ma jednej uniwersalnej recepty. Ale są pewne ogólne wskazówki, które mogą nam pomóc. To jest trochę tak jak z przepisami kulinarnymi – możemy bardzo dokładnie trzymać się danej receptury, a i tak nie mamy gwarancji, że ciasto wyjdzie, a możemy oprzeć się na ogólnych wytycznych i modyfikować przepis, żeby zrobić takie ciasto, jakie nam będzie najbardziej smakowało. Ja najchętniej posługuję się przepisem Martina Seligmana, który w swojej teorii na temat dobrostanu i rozkwitu mówi o pięciu elementach. Pierwszym składnikiem są pozytywne emocje – chodzi o to, żeby bilans emocji pozytywnych do negatywnych zawsze wychodził na korzyść tych pierwszych, tak więc powinniśmy się starać o to, żeby je sobie dostarczać, zadbać chociażby o to, żeby umieć cieszyć się nawet małymi rzeczami. Druga rzecz to zaangażowanie – trzeba mieć w życiu coś, czemu jesteśmy w stanie się całkowicie oddać. Seligman mówi o takim stanie totalnego zaabsorbowania, kiedy działamy, nie zwracając uwagi na niedogodności, tracąc poczucie czasu. Czyli ważne w życiu jest znalezienie pasji. Trzecia rzecz to relacje z innymi – bez innych nie jesteśmy w stanie żyć, więzi budują nasze szczęście – dlatego warto o nie zadbać i je pielęgnować. Czwarty element to poczucie sensu – róbmy rzeczy, które czujemy, do których mamy przekonanie. Pamiętajmy, że coś, co jest sensowne dla innych, nie musi być sensowne też dla nas. No i w końcu piąta sprawa: poczucie sukcesu, dokonania czegoś – taki moment, w którym wiem, że osiągnęłam pewien cel. I te właśnie elementy według Seligmana składają się na szczęście. To jednak, jak je dodamy, jak zmieszamy – zależy już od nas, od naszego apetytu na życie. Sami musimy określić proporcje.

Czyli szczęście jest paktem, który podpisujemy sami ze sobą. To bardzo wspierające, ale i obciążające zarazem. Bo dobrze, że mam wpływ na własne szczęście. Ale oznacza to też dużą samoświadomość – to ja odpowiadam za swoje szczęście, ja muszę nad nim pracować.
Tutaj najważniejsza jest wewnętrzna zgoda na to, że szczęście zależy ode mnie. Oczywiście, nie w stu procentach, bo są pewne uwarunkowania czy zewnętrzne, czy w nas samych, na które wpływu nie mamy. Każdy człowiek ma przecież pewien wrodzony potencjał, choćby układ nerwowy, który jest podatny na przykład na przeżywanie negatywnych emocji, i z tym walczyć trudno. Jednak jest też ogromny obszar poza tymi predyspozycjami wrodzonymi i poza czysto losowymi okolicznościami, który zależy właśnie od nas. Ale na początek my się musimy wewnętrznie zgodzić na to, że tak właśnie jest. Wtedy dopiero ma sens podejmowanie wysiłku. Trzeba przekierować umiejscowienie kontroli za własne życie do wewnątrz, do siebie.

Druga kwestia jest taka, że szczęśliwy chce być każdy, ale wybieramy różne sposoby dotarcia do tego celu. Jedni będą pracować nad sobą, a inni wybiorą dajmy na to hazard. Czasami więc może być tak, że mamy motywację, wkładamy w dążenie do szczęścia wysiłek, natomiast kierunek jest nieodpowiedni. A jeżeli nasz wysiłek idzie na marne, to pojawia się frustracja. Dlatego, jak już się zgodzimy na to, że od nas zależy szczęście, trzeba jeszcze znaleźć odpowiednią drogę, i tu często z pomocą przychodzą terapeuci oraz coachowie, którzy poszukują tej drogi z nami. I to już jest naprawdę bardzo indywidualna kwestia, która droga będzie najwłaściwsza dla nas. Sonja Lyubomirsky mówi w swojej teorii szczęścia, że w tej części zależnej od nas mamy do załatwienia trzy rzeczy: sposób myślenia, czyli pewien filtr uwagi, który decyduje o tym, co zauważamy wokół siebie, druga sprawa to przejście do działania, czyli konkretne zachowania, no i trzecia to stawianie sobie celów, bo nie zawsze da się od razu to działanie wprowadzić w życie, czasami trzeba znaleźć sposób, i to jest cel, żeby ten sposób znaleźć.

Do mnie osobiście trafia metafora szczęścia jako drzewa – jeśli jesteśmy podatni na podmuchy zewnętrzne, to łatwo nami zachwiać, łatwo zburzyć nasze szczęście, a jeśli mamy mocny trzon, to szybciej wracamy do pionu.
To prawda, najważniejsze są trwałe, dobre korzenie, które nas trzymają w pionie, czyli właśnie praca nad sobą, a nie nad światem wokół. Pójściem o krok dalej jest świadome wprowadzanie pewnych zmian w świecie, ale wtedy już umiejscowienie kontroli jest w nas, to ja mam wpływ, ja kreuję swój świat. Pamiętajmy, że gdy próbujemy na siłę dostosować świat zewnętrzny do siebie, jesteśmy skazani na porażkę. Czasami zamiast coś zmieniać, może lepiej się uważnie temu światu przyjrzeć? Dlatego niektórzy postulują zamiast naginania rzeczywistości do siebie uważne, pełne bycie w bieżącej chwili – gdzie skupiamy się na tym, co się wokół nas dzieje, i czerpiemy z tego. Często w pędzie życia tak przyspieszamy, że wszystko nam się rozmazuje, jak w jadącym samochodzie. Trudno wtedy rozpoznać jakiekolwiek szczegóły i zauważyć najdogodniejszą ścieżkę do szczęścia. Uważność zwiększa zatem naszą elastyczność zachowania. Nie mówiąc już o tym, że sprzyja też pozytywnym emocjom, bo my często nie zauważamy cudownych, pięknych rzeczy wokół nas, którymi można się zachwycić.

Tylko jak nie przekroczyć tej cienkiej granicy między szukaniem pozytywów każdej sytuacji a robieniem dobrej miny do złej gry?
Wypieranie i ucieczka od negatywnych emocji na dłuższą metę będą prowadziły do ich kumulacji, a to może się skończyć tym, że potem uderzą w nas ze zdwojoną siłą, bo przecież nie da się tak robić w nieskończoność. Chodzi tu o pewną odwagę zmagania się z życiem, ponieważ unikanie konfrontacji z trudnościami oznacza, że nie jestem gotowa wziąć się z życiem za bary. Barwy życia są różne i negatywne emocje są dla nas ważnymi sygnałami na temat tego, co się z nami dzieje. Nie wolno ich lekceważyć, bo możemy wtedy zagubić samych siebie pod maską uśmiechu, który tak naprawdę nie świadczy już o radości, tylko o pozie, o roli, którą odgrywamy wbrew sobie.

Dlatego powinniśmy dać sobie przyzwolenie na wszystkie emocje – mamy prawo odczuwać smutek, złość, irytację. Ważne, żeby się w nich nie zatapiać, nie „przeżuwać” ich za długo, bo to może prowadzić na przykład do stanów depresyjnych. Dobrze też jest mieć swoje wypracowane sposoby na wychodzenie z takich stanów, taki osobisty niezbędnik emocjonalny.

Ale czasami nie chcemy wyjść z takiego stanu.
Niekiedy to jest wygodne, ale też dajmy sobie trochę czasu na powrót do pionu. Możemy z jakichś względów potrzebować przeżywać negatywne emocje przez dłuższy czas, nie można przecież wyciągać kogoś na siłę z żałoby, musimy dać sobie przyzwolenie na przejście całego cyklu, pewnych faz, w których człowiek musi się odnaleźć. Często zanurzenie w negatywnych emocjach jest pewną ucieczką od życia – bo wtedy być może ktoś inny o mnie zadba, a ja już nie muszę, jestem usprawiedliwiona z tego, że się nie angażuję, że nic nie robię, że gorzej funkcjonuję, bo przecież mam problem. To są mechanizmy obronne, które w takich sytuacjach się uruchamiają. Gdyby to nie dawało jakichś korzyści osobom, które są w negatywnych stanach, to one by w nich nie pozostawały. Ważne jest, żeby dostrzec te korzyści i znaleźć sposób na dochodzenie do nich w bardziej pozytywny sposób.

Jedną z irytujących rad, gdy coś nam się nie udaje, jest zdanie: „Myśl pozytywnie!”. To płytki slogan, który kojarzy się z przyklejanym uśmiechem. Jak nie wpaść w pułapkę sztucznej szczęśliwości?
Tutaj cała atrakcyjność polega na tym, że tego typu postulaty nie wymagają od nas wysiłku. Bo pomyśleć pozytywnie jest bardzo łatwo. Tylko że jeżeli poprzestaniemy na samym myśleniu, a nie przejdziemy do działania, to mamy marne szanse, że ta myśl się ziści. Bo wtedy musielibyśmy mieć za każdym razem szczęście zewnętrzne, czyli tzw. łut szczęścia, odpowiednie okoliczności. Wstawanie więc codziennie rano z myślą „dzisiaj będzie dobrze” z jednej strony jest pozytywne, bo nie nastawiam się źle do dnia dzisiejszego, ale z drugiej strony może stanowić pułapkę, bo jeżeli będziemy oczekiwać, że samo to wystarczy, żeby wszystko nam się udawało, to po pierwszej napotkanej trudności nasze dobre samopoczucie legnie w gruzach.

Sama zmiana myślenia to dopiero pierwszy krok, ale potrzebny jest jeszcze wysiłek, działanie. O wiele ważniejsze niż myślenie pt. „dzisiaj na pewno będzie dobrze” albo „na pewno kiedyś będę milionerem”, jest myślenie: „każdy może zostać milionerem, zastanówmy się nad tym, jak to zrobić”. Nastawienie, że wszystko jest możliwe, jest o tyle lepsze, że motywuje, żeby poszukać ścieżki dojścia do celu. I później przełożyć to na działania. Szczęście wymaga wysiłku, wymaga pracy. A także takiego przekierowania myślenia, że to właśnie ja jestem kreatorem swojej rzeczywistości. Nie możemy tylko czekać na to, co przyniesie los. Pamiętajmy, że same pozytywne emocje szczęścia nie dadzą. Muszą im towarzyszyć celowe działania.

Agnieszka Czerw, psycholog pracy i organizacji. Od kilkunastu lat prowadzi też badania nad zagadnieniami funkcjonowania człowieka w pracy w kontekście psychologii pozytywnej. Popularyzatorka psychologii pozytywnej, autorka książki „Optymizm. Perspektywa psychologiczna”, 

  1. Styl Życia

Jak robić nic, czyli manifest użytecznej bezużyteczności

Amerykanka Jenny Odell w swojej nowej książce „Jak robić nic” dochodzi do wniosku, że robienie niczego jest trudne, bo wymaga zaangażowania, dyscypliny i dobrej woli. Przekonuje jednak, że warto się go nauczyć. (Fot. iStock)
Amerykanka Jenny Odell w swojej nowej książce „Jak robić nic” dochodzi do wniosku, że robienie niczego jest trudne, bo wymaga zaangażowania, dyscypliny i dobrej woli. Przekonuje jednak, że warto się go nauczyć. (Fot. iStock)
Presja efektywności sprawia, że nawet odpoczynek musi przynosić jakieś korzyści. W czasie wolnym czytamy bestsellery albo zajmujemy się modnym hobby, żeby się potem pochwalić w towarzystwie. Albo uczymy się języka obcego, który wzmocni naszą pozycję na rynku pracy. Dlaczego nicnierobienie jest takie stresujące?

Obostrzenia związane ze wzrostem zachorowań na COVID-19 sprawiły, że wiele osób wróciło do pracy zdalnej; a część nie miała nawet okazji z niej wyjść i wrócić do biura. Jasne, komfort takiej pracy polega na tym, że możemy w każdej chwili zrobić obiad, pomóc dzieciom w lekcjach czy poćwiczyć jogę, ale wszechobecność technologii sprawia, że ponieważ jesteśmy cały czas dostępni, nigdy tak naprawdę nie przestajemy pracować. Praca związana z obecnością w biurze nadaje jakieś ogólne ramy naszym zawodowym zobowiązaniom, a „po godzinach” możemy trochę zwolnić – zdalna na to nie pozwala, bo przecież zawsze możemy odebrać telefon czy podejść do komputera. I nawet gdy sami próbujemy to ograniczyć, to trudno nam zamknąć laptop. Raz, że często zaraz będziemy oglądać na nim serial. Dwa, że pozornie choćby wychodząc z trybu „praca”, wchodzimy w inny tryb zadaniowy, który nazywa się „pożyteczne i atrakcyjne zadania do wykonania w czasie wolnym”.

Od wyzwania do wyzwania

Można zrzucić winę na media społecznościowe, gdzie wciąż chwalimy się naszym idealnym życiem, czy na powszechnie przyjmowaną wiarę, że tylko nieustanny rozwój i inwestowanie w siebie uczyni nas takimi, jakich będzie podziwiał i pragnął świat. Faktem jest jednak, że jeśli już pozwalamy sobie na odpoczynek, to koniecznie aktywny, jak sport, aerobik, może bieganie, bo wciąż modne, może zumba, nawet jeśli tylko online. Koniecznie języki, nie próżnujmy, przecież w końcu polecimy na Maderę czy do Japonii. Czytanie – tylko polecone, wysoko ocenione lektury, których zdjęciem przed i komentarzem po możemy zabłysnąć na Facebooku. Modne jest teraz ogrodnictwo balkonowe, więc pilnie pielimy grządki i pokazujemy znajomym zdjęcie pierwszych pomidorów. Warto też upiec chleb...

Tornado kreacji i imperatyw efektywności, w które codziennie wpadamy, sprawiają, że także czas wolny – gdy już nam się wydarzy – postrzegamy jako okazję do wykazania się. Tylko pytanie: przed kim? Czy jeśli chwilę porobimy nic, po prostu siedząc przed oknem i patrząc na chmury albo słuchając ptaków ćwierkających w drzewie obok naszego bloku, to stanie się coś złego?

Problem jest oczywiście szerszy, ponieważ wiąże się ze stresem, który odczuwamy na każdym kroku, nie tylko w pracy, ale także w domu, bo cały czas mamy poczucie, że się nie wyrabiamy: z wyprowadzaniem psa na spacer, z pomocą starszym, z pracami domowymi... Stres towarzyszy nam na każdym kroku, od przejścia przez ulicę po lęk związany z pandemią, zmianami klimatu, obawami o własną pracę czy zdrowie najbliższych. A gdy cały czas drąży nas niepokój, to trudno się odprężyć podczas czytania książki, gotowania czy zabawy z dzieckiem. Ten sam stres sprawia, że wpadamy w efektywne odpoczywanie, byle tylko robić coś pożytecznego, byle za sobą nadążyć.

Amerykanka Jenny Odell w swojej nowej książce „Jak robić nic” dochodzi do wniosku, że robienie niczego jest trudne, bo wymaga zaangażowania, dyscypliny i dobrej woli. Ale po kolei.

Można powiedzieć, że autorka należy do amerykańskiej klasy uprzywilejowanej. Urodziła się w samym sercu Doliny Krzemowej, od zawsze otaczały ją komputery, pracuje z nowymi technologiami, ale jest też artystką i wykłada na Uniwersytecie Stanforda, jednym z najbardziej prestiżowych w Stanach Zjednoczonych. I choć wydawałoby się, że jest ostatnią osobą, która będzie podważać sposób działania mediów społecznościowych i filozofii bycia zawsze online, uznała, że ma dość bycia niewolnikiem ekonomii uwagi. Jej tytułowe „robienie nic” nie ma nic wspólnego z wyjazdem na urlop, by odpocząć i po powrocie być jeszcze bardziej produktywnym, a jest tak naprawdę formą sprzeciwu wobec polityki firm, które oczekują od nas bycia nieustannym konsumentem, pracującym po to, by wydawać i użytkować. Bo kiedy to robimy, jesteśmy... no właśnie, użyteczni.  „Użyteczność? Ale na czyj użytek? Podobne pytanie przychodzi mi do głowy, kiedy dam sobie wystarczająco dużo czasu, żeby odejść o krok od kapitalistycznej logiki naszego obecnego rozumienia produktywności i sukcesu. Produktywność? Ale co mamy produkować? Sukces? W jakim sensie i dla kogo?” – pyta Odell.

Ekonomia uwagi

Amerykanka szybko odziera nas z iluzji, że podpowie, jak się zrelaksować. Ale w rzeczywistości daje nam dużo więcej. Pojęciem kluczowym jest tu wspomniana ekonomia uwagi. Jesteśmy otoczeni informacją, przebodźcowani nią, dostajemy jej za dużo – w pracy, w domu, w drodze do pracy i domu, korzystając z komputerów, tabletów, gazet, smartfonów, czytając niusy na ekranach tramwajów, autobusów czy w metrze. Podaż jest za duża, popyt ograniczony. Dlatego nasza uwaga stała się taka cenna, bo jest prawdopodobnie ostatnią redutą, jaka nam została w korporacyjnej walce o nasze możliwości konsumenta. W wywiadzie dla „Los Angeles Times” Jenny Odell wyjaśnia, że pomysł na robienie niczego wziął się z jej niezgody na następujący stan: zbyt wielu informacji przyjmowanych przez zbyt długi czas, połączonego z próbą zrobienia zbyt wielu rzeczy naraz „Nicnierobienie oznacza próbę przyzwolenia na odrobinę pustki w naszym życiu” – mówi. W książce przytacza z kolei dialog „O krótkości życia” Seneki, w którym filozof opisuje przerażenie, z jakim człowiek uświadamia sobie, że życie przeleciało mu przez palce i porównuje je do otrząśnięcia się po godzinie spędzonej na „tępym przeglądaniu Facebooka”. Autorka proponuje, by w czasach, gdy nasze przebodźcowanie stało się faktem, przestawić się z FOMO (fear of missing out – lęku przed byciem nie na bieżąco ) na NOMO (necessity of missing out), czyli konieczność, by coś nas ominęło. I radzi, by nie tyle wylogować się na dobre z Facebooka, Instagrama czy Twittera, a raczej przekierować uwagę i znaleźć na tyle ciekawe środowisko wokół siebie, by świat mediów społecznościowych stracił na atrakcyjności, a produktywność przestała być priorytetem. Nawołuje, by wykorzystać formę łagodnego sprzeciwu wobec systemu, czyli robienie rzeczy nieproduktywnych.

Nic nie robić, czyli...?

Sama Odell znalazła ukojenie w położonym niedaleko od jej mieszkania ogrodzie różanym. Spacerując tam codziennie, coraz dłużej przesiadywała wśród drzew i krzewów, czytała książki, potem zaczęła jeździć do innych parków na terenie stanu. Coraz bardziej odpowiadały jej brak zasięgu, samotność i wyciszenie. Zaczęła dostrzegać otaczającą ją przyrodę, szukać nazw ptaków, których trele ją zachwycały. Choć zabrzmi to naiwnie, dopiero przyroda sprawiła, że pojęła wagę innych spraw, niż tylko bycia użytecznym dla pracy, korporacji, dla systemu. Pisze więc o potrzebie bycia bezużytecznym dla systemu (bo przekierowała swoją uwagę gdzie indziej), ale jakże użytecznym dla innych – dla zwierząt, ludzi, przyrody. Odkrywa świat aktywizmu społecznego, postawę opiekuńczości wobec siebie i innych, bycia pomocnym dla innych.

„Mam nadzieję, że idea robienia niczego w przeciwieństwie do obsesyjnego pędu ku produktywności pomoże odnowić tożsamość jednostek, które będą następnie odbudowywać wspólnoty – ludzkie i pozaludzkie. A nade wszystko mam nadzieję, że pomoże ludziom odnaleźć takie sposoby nawiązywania kontaktów, które będą niosły ze sobą treść, wsparcie i okażą się całkowicie niedochodowe dla korporacji, których metryki i algorytmy nigdy nie miały racji bytu w rozmowach na temat naszych przemyśleń, uczuć i naszego przetrwania” – pisze w swoim manifeście. I dodaje, że przebywanie w samotności na łonie natury, obserwacja i zwykłe kontakty towarzyskie powinny być postrzegane nie tylko jako cel sam w sobie, ale jako niezbywalne prawo każdego, kto ma to szczęście, że żyje.

Co robić, gdy robi się nic? Jenny Odell z pewnością odpowiedziałaby: wykasuj media społecznościowe, nie pracuj w nadgodzinach i spędzaj czas na tym, co możesz mieć za darmo – długich spacerach, obserwowaniu ptaków, czytaniu książki w parku lub ogrodzie botanicznym, chodzeniu po lesie i angażowaniu się w działalność społeczną lub wolontariacką, która nie przynosi pieniędzy, za to ogromną satysfakcję, a dodatkowo nie przysparza zysku wielkim korporacjom.

Psycholodzy i najnowsze badania wskazują, że bezinteresowna pomoc i praca społeczna rzeczywiście dają nam dużo satysfakcji i poczucie sprawczości. Może więc do kategorii „odprężenie w czasie wolnym” warto też wrzucić kontakt z przyrodą, dbanie o środowisko naturalne, bezinteresowną troskę o rodzinę i przyjaciół, ale też dążenie do tego, by nasz świat stał się choć odrobinę lepszym miejscem – dla nas, dla potrzebujących ludzi i dla całej Ziemi. To może nam dodać energii i wzmocnić bardziej niż masaż kamieniami czy weekend w spa... byle znowu nie podciągnąć tych czynności pod imperatyw efektywności.

Polecamy: 'Jak robić nic? Manifest przeciw kultowi produktywności', Jenny Odell, wyd. Mova Polecamy: "Jak robić nic? Manifest przeciw kultowi produktywności", Jenny Odell, wyd. Mova

  1. Zdrowie

Kuchenne sposoby na spokojne noce

Co na dobry sen? Eksperci od zdrowego żywienia zalecają wypić przed pójściem od łóżka szklankę ciepłego mleka z gałką muszkatołową, która według medycyny ajurwedyjskiej wykazuje silne właściwości nasenne. (Fot. iStock)
Co na dobry sen? Eksperci od zdrowego żywienia zalecają wypić przed pójściem od łóżka szklankę ciepłego mleka z gałką muszkatołową, która według medycyny ajurwedyjskiej wykazuje silne właściwości nasenne. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wiadomo, że ciężki żołądek zakłóca nocny wypoczynek. Jednak ajurweda mówi więcej – żeby się dobrze wyspać, trzeba uregulować rytm dobowy. Eksperci od zdrowego odżywiania Karolina i Maciej Szaciłło poświęcili temu tematowi swój kolejny poradnik zdrowego stylu życia. Zanim się ukaże, podsuwają kilka „nasennych” rozwiązań. 

Karolina i Maciej Szaciłło, eksperci od zdrowego żywienia i ekologicznego trybu życia. Wspólnie prowadzą kursy, szkolenia oraz warsztaty zdrowego gotowania i medytacji. Autorzy popularnych poradników dietetycznych. (Fot. archiwum prywatne) Karolina i Maciej Szaciłło, eksperci od zdrowego żywienia i ekologicznego trybu życia. Wspólnie prowadzą kursy, szkolenia oraz warsztaty zdrowego gotowania i medytacji. Autorzy popularnych poradników dietetycznych. (Fot. archiwum prywatne)

Czy znasz to uczucie po przebudzeniu, gdy w ciele czujesz błogość, zaś twój umysł jest czysty, spokojny i skoncentrowany? Tak działa dobry sen. Niestety, w dzisiejszych czasach coraz więcej osób boryka się z jego zaburzeniami. Zwłaszcza że głębokiemu wypoczynkowi nie sprzyja także współczesna dieta, czyli w przypadku wielu z nas wieczorny obfity posiłek, z którym organizm musi się uporać przez noc. Specjaliści medycyny zachodniej w pierwszej kolejności polecają dbanie o higienę snu: ciemną, wyciszoną i wywietrzoną sypialnię, stałe pory kładzenia się spać i wstawania oraz aktywność fizyczną. Na pewno pomogą też praca z emocjami i zarządzanie stresem. Jeśli bezsenność jest długotrwała, zawsze lepiej skonsultować ją u lekarza, bo może być symptomem innych dolegliwości, np. choroby Hashimoto czy depresji. Jeszcze bardziej kompleksowo podchodzi do problemu ajurweda, najstarsza nauka o zdrowiu.

Nierównowaga żywiołów

Zgodnie z zasadami ajurwedy nie tylko my sami, ale i otaczający nas świat jest „zbudowany” z powietrza, przestrzeni, ognia, wody i ziemi. Poszczególne żywioły składają się na tzw. dosze. Dosza vata to powietrze i przestrzeń, kapha – woda i ziemia, zaś pitta – ogień i woda.

– Określoną doszę mają także pory roku. Wiosna to czas kapha, lato – pitta, mokra i deszczowa jesień – vata i kapha, zaś zima – vata – tłumaczy Karolina Szaciłło, której napisana wspólnie z mężem Maciejem książka „Dobranoc. Ureguluj swój cykl dobowy i śpij dobrze” wkrótce się ukaże. – Podobnie pory dnia. Pomiędzy 2 a 6 rano panuje czas vata. To wtedy powinniśmy się budzić! Jeśli prześpimy odpowiednią porę, wejdziemy w czas kapha – do 10, będziemy ospali i trudniej będzie się dobudzić. Od 10 do 14 trwa pitta. Wtedy słońce jest najwyżej, a nasz ogień trawienny najsilniejszy, zatem to właśnie wtedy, a nie wieczorem, warto zjeść największy posiłek w ciągu dnia. Mamy też najwięcej energii. Następnie rozpoczyna się chwiejna, bujająca w obłokach vata, która kończy się o 18. To czas na wymyślanie, planowanie, tworzenie; czas, w którym pojawia się więcej kreatywności. W tych godzinach w opcji idealnej powinniśmy również zjeść kolację (minimum 3 godziny przed pójściem spać). Między 18 a 22 znów rządzi kapha. Jest to moment wieczornego relaksu, wyciszenia i rozpoczęcia snu – wyjaśnia Karolina.

Tak wygląda ajurwedyjski idealny cykl dnia. Jeśli go zaburzymy, mogą pojawić się kłopoty. – Gdy przeczekamy odpowiedni moment i nie położymy się spać przed dziesiątą wieczorem, organizm wejdzie w rytm pitta (do drugiej w nocy), poczujemy nową falę energii i dużo trudniej będzie nam zasnąć – dodaje Maciej Szaciłło i tłumaczy, że według najstarszej nauki o zdrowiu bezsenność jest stricte związana z zaburzeniem doszy vata w organizmie. To przekłada się na problemy z zasypianiem, ale także wybudzanie się w środku nocy z gonitwą myśli. Z kolei trudności ze wstawaniem rano to zaburzenie doszy kapha.

Nie da się ukryć, że te pory nie wszystkim przypadną do gustu. Co wtedy? – Ajurweda dużo mówi o równowadze. Integralną częścią tej równowagi i jednym z czterech źródeł energii, które wymienia filozofia Wschodu, jest sen – opowiada Maciej. – Często rzeczy, do których nas podświadomie ciągnie i które wydają się naszą naturą, wcale nią nie są, a wręcz nam nie służą. Pamiętajmy, że nie jesteśmy tylko ciałem. Jesteśmy również umysłem i emocjami, naszymi relacjami społecznymi i duchem, duszą czy energią. Jeśli odpowiednio nie zarządzamy emocjami albo je wypieramy, podświadomie ciągnie nas wręcz do tego, co tylko pogłębi naszą nierównowagę – podpowiada Maciej.

By poprawić komfort snu, warto więc czasami wyjść poza swoją strefę komfortu. Ale uwaga: uważnie obserwujmy, czy rzeczywiście nam to służy, bo, jak przypomina Karolina, podstawowym mottem ajurwedy jest: „rób to, jeśli dobrze to na ciebie działa ”!

Sezon na dobrostan

Oprócz tego, co mamy w głowie, zadbajmy też o to, co na talerzu. Według ajurwedy menu, które najbardziej sprzyja stanowi równowagi w organizmie i poprawia jakość snu, powinno być sezonowe. Dlaczego?

– Cztery pory roku to naturalny cykl. Wpływa on na regulację naszego tzw. cyklu dobowego, a więc również na dobry sen. W danej porze roku matka natura daje też nam pokarmy, które pozwalają najlepiej się zrównoważyć. To dlatego w naszej książce skomponowaliśmy menu z rozróżnieniem na wiosnę, lato, jesień, zimę. Nie da się ukryć, że w dzisiejszych czasach bardzo się w tej kwestii pogubiliśmy. Kolorowe warzywa z różnych stron świata dostaniemy w sklepach przez cały rok. Możemy z nich oczywiście korzystać, ale skupmy się na tym, co rośnie w naszej strefie klimatycznej. Im bliżej od krzaka do talerza, tym lepiej – tłumaczy Maciej Szaciłło.

Co więc jeść, by lepiej się czuć i głębiej spać? Karolina wyjaśnia, że wiosną, gdy przyroda budzi się do życia, dieta powinna być lżejsza i oczyszczająca. To czas na kiełki, zielonolistne, kasze, lekkie makarony z dodatkiem warzyw. Latem mamy więcej energii, także dzięki wszechobecnemu słońcu. Śpimy krócej i mamy zapał do działania. Powinniśmy więc jeść dużo świeżych, sezonowych warzyw i roślin zielonolistnych. Możemy też pozwolić sobie na świeży, dobry jakościowo nabiał oraz największą ilość surowego jedzenia w diecie. Jesienią koncentrujmy się na budowaniu odporności i ładowaniu akumulatorów na nadchodzące chłody, dobrze włączyć do menu więcej gotowanych pokarmów. Idealnie sprawdzą się teraz wszelkie zupy warzywne, lecza czy ajurwedyjskie napary, np. woda ziołowa z cynamonem, kminem i kardamonem. Z kolei zimą warto postawić na potrawy pieczone i duszone z niewielkim dodatkiem najczęściej ochładzającej surowizny. Wtedy najlepsze będą warzywa korzeniowe i rozgrzewające zboża, takie jak owies, amarantus, orkisz, gryka czy brązowy ryż.

Słońce na talerzu

W naszej szerokości geograficznej zwłaszcza jesienią możemy czuć się melancholijni i ospali, bo niebo zasnute chmurami i krótki dzień sprawiają, że organizm nie otrzymuje odpowiedniej dawki promieni słonecznych niezbędnych mu do działania. Sezonowe spadki nastroju spowodowane są m.in. tym, że wcześnie robi się ciemno i w związku z tym szybciej wydzielana jest melatonina.

Żeby wrócić do równowagi, Maciej Szaciłło proponuje sięgnąć po tzw. rośliny słoneczne (czyli te, które kumulują w sobie słońce), bo zdaniem starożytnych alchemików każda roślina na Ziemi pozostaje pod wpływem jednej z siedmiu planet Układu Słonecznego. Rośliny słoneczne dają energię do działania, rozgrzewają i wspaniale wpisują się w nasze zapotrzebowanie energetyczne jesienią i zimą. Należą do nich m.in.: goździki, nagietek lekarski, cynamon cejloński, drzewo pomarańczowe (i suszona skórka pomarańczowa), drzewo cytrynowe (i suszona skórka cytrynowa), pieprz czarny i biały, rozmaryn, kardamon czy imbir. Dziurawiec również zalicza się do tej grupy i znany jest ze swoich właściwości antydepresyjnych, jednak nie wolno go przyjmować w ciepłe, słoneczne miesiące i łączyć z farmakoterapią (m.in. antydepresantami). Warto kierować się też kolorem pokarmów – pomarańczowa barwa dyni czy marchewki świadczą o tym, że skumulowały dużo energii słonecznej.

Kakao i migdały

Jeśli marzysz o tym, by porządnie się wyspać, zaplanuj sobie odpowiednią kolację. Nie kładź się do łóżka głodny, ale również się nie przejadaj. Najlepiej zjeść ostatni, lekkostrawny posiłek na trzy godziny przed snem.

– Świetne będą zupy, gęste zupy kremy albo pieczone warzywa. Nie zapominajmy o małej porcji węglowodanów złożonych, które zapewnią uczucie sytości, a do tego sprzyjają również absorpcji tryptofanu w mózgu. Jest to jeden z najważniejszych aminokwasów, który wykazuje relaksacyjne właściwości. (Melatonina – hormon snu, jest właśnie pochodną tryptofanu). Dobrymi źródłami tego aminokwasu w diecie są m.in. spirulina, produkty sojowe (m.in. tofu czy tempeh; najlepiej te z niemodyfikowanej genetycznie soi), jajka, nabiał, drożdże piwne, pestki dyni, sezam, kakao i migdały. Unikajmy wszystkiego, co ciężkostrawne i może uniemożliwić nam zaśnięcie, lepiej wybrać produkty bogate w magnez, który działa rozluźniająco na układ nerwowy, takie jak pestki dyni, zielone warzywa, banany, awokado, bób, kiełki, orzechy włoskie czy komosa ryżowa. Już na około sześć godzin przed snem nie pijmy kawy, herbaty z teiną i unikajmy alkoholu. Wieczorem lepsze będą wody ziołowe, napój owsiany ze szczyptą gałki muszkatołowej czy napary z ziół, np. rumianku, lawendy albo melisy – podpowiada Karolina Szaciłło.

Dieta to nie wszystko. Ajurweda proponuje również rytuały, które poprawiają jakość snu. Masaż stóp ciepłym olejem sezamowym pomoże ci się uziemić i przekierować uwagę z „rozpędzonej” głowy w dół. Medytacja, uspokajające praktyki oddechowe i lekka, rozciągająca joga pomogą się wyciszyć i zrelaksować. Dzięki temu łatwiej będzie ci zasnąć głębokim snem.

Co na dobrą noc?

Dojrzały banan ze sproszkowanym kminem (pomysł ze strony jiva.com). Dojrzałe banany – mają charakterystyczne ciemne kropki – są źródłem fitomelatoniny, która jest roślinnym odpowiednikiem melatoniny. Są również jedynym owocem, którego spożycie ajurweda dopuszcza wieczorem, choć raczej nie w okresie zimowym ze względu na ochładzające i zaśluzowujące właściwości. Jednego pokrojonego w plasterki banana należy zasypać jedną łyżeczką uprażonego na suchej patelni i utartego w moździeżu kminu rzymskiego.

Mleko z gałką muszkatołową (przepis pojawił się już w książce „Leki z roślinnej apteki”). Gałka muszkatołowa zdaniem ajurwedy ma działanie nasenne, jednak wykazuje również właściwości narkotyczne, więc trzeba jej używać w bardzo małych ilościach. Żeby ułatwić zasypianie i poprawić jakość snu, wystarczy dodać szczyptę (1/8 łyżeczki) świeżo mielonej gałki do szklanki ciepłego mleka owsianego.

Uwaga: Kobiety w ciąży mogą stosować bardzo małe ilości (dosłownie szczypta dziennie) gałki muszkatołowej od czasu do czasu. W większych ilościach może wywołać poronienie, a także wady rozwojowe u płodu. Nie można jej zażywać w okresie karmienia piersią ani nie należy podawać dzieciom.

Herbatka nasenna z rumiankiem (to kolejny prosty pomysł konsultanta ajurwedyjskiego Przemka Wardejna, nie wymaga dużego nakładu sił). Wystarczy wrzucić jedną torebkę rumianku, skórkę pomarańczy (najlepiej suchą i ekologiczną), jedną łyżeczkę suchego kwiatu lawendy, 1/2 laski cynamonu cejlońskiego, 1/2 laski lukrecji, 1–2 nasiona kardamonu do 250 ml wrzątku i gotować pod przykryciem na małym ogniu przez 6–7 minut, a potem odcedzić i wypić gorące – najlepiej przed pójściem spać.

Uwaga: Cynamon cassia (cynamonowiec chiński) zawiera znacznie więcej szkodliwych kumaryn niż cynamon cejloński, dlatego lepiej wybierać ten drugi. Bezpieczniej także zrezygnować z cynamonu w przypadku tendencji do krwotoków z nosa lub obfitych miesiączek. Kobiety w ciąży powinny ograniczyć ilość spożywanego cynamonu – mogą używać go w bardzo małych ilościach. W umiarkowanych ilościach może powrócić do jadłospisu karmiących mam. Należy zachować ostrożność w przypadku choroby wrzodowej żołądka i dwunastnicy oraz kamicy wątrobowej, a także zaburzeń funkcjonowania pęcherzyka żółciowego. Wreszcie pamiętajmy, że cynamon jest alergenem zarówno kontaktowym, jak i pokarmowym. Z kolei lukrecji nie powinny używać osoby cierpiące na obrzęki, może ona również zatrzymywać wchłanianie wapnia i potasu. Nie powinno się jej stosować przy nadciśnieniu i osteoporozie. Zaś przeciwwskazaniem do stosowania kardamonu są wrzody. Jego nadmiar może wywoływać problemy z płodnością. Jednak w umiarkowanych ilościach mogą go stosować kobiety w ciąży i matki karmiące. Przeciwwskazaniem do stosowania lawendy jest ciąża oraz laktacja, a do stosowania rumianku – uczulenie na tę roślinę. Rumianek należy również ostrożnie przyjmować z lekami przeciwzakrzepowymi.

Karolina i Maciej Szaciłło, eksperci od zdrowego żywienia i ekologicznego trybu życia. Wspólnie prowadzą kursy, szkolenia oraz warsztaty zdrowego gotowania i medytacji. Autorzy popularnych poradników dietetycznych.