1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kobieca przyjaźń - najlepsza życiowa inwestycja

Kobieca przyjaźń - najlepsza życiowa inwestycja

Kobiece więzi są instynktowne i odczuwalne niemal na poziomie organicznym. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
Kobiece więzi są instynktowne i odczuwalne niemal na poziomie organicznym. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kto zrozumie mnie lepiej niż inna kobieta? Kobiece więzi są instynktowne, odczuwane niemal na poziomie organicznym. Troską, oddaniem i szczerością możemy je tworzyć dzień po dniu, wiedząc, że to najlepsza życiowa inwestycja.

 

Zdecydowana większość z nas na pytanie, jaka relacja stanowi o jakości życia i czyni różnicę w tej jakości, odpowiada: „przyjaciółka!”. Utrata przyjaciółki często bywa trudniejszym doświadczeniem niż rozstanie z chłopakiem czy mężem. Kto zrozumie mnie lepiej niż inna kobieta? Kobiece więzi są instynktowne, odczuwane niemal na poziomie organicznym. To przyjaciółce zwierzamy się z najintymniejszych spraw. Opłakujemy straty i świętujemy zwycięstwa. Żalimy się, narzekamy i śmiejemy do bólu brzucha. Dzięki przyjaciółce czujemy się doceniane, podziwiane i zyskujemy poczucie bezpieczeństwa; w jej akceptacji, trosce i miłości chronimy się przed złem tego świata.

Tęsknimy za przyjaźnią prawdziwą. Prawdziwa przyjaciółka jest empatyczna, stara się zrozumieć, co się z nami dzieje. Jest szczera i w przyjaźni nie szuka dla siebie korzyści. Jest hojna, umie dawać i się odwzajemniać. Zna swoje granice. Możemy mieć inny światopogląd – to całkowicie w porządku i nie ma znaczenia w pogłębianiu więzi. Spotykając się z nią, nawet po dłuższej przerwie, natychmiast odczuwamy bliskość.

Prawdziwa przyjaźń wzmacnia, dodaje sił i zaufania. Jest jednak wymagająca: potrzebuje czasu, zaangażowania, wyrozumiałości, oddania, odwagi, wytrwałości. W naszych zapracowanych, pełnych chaosu i sprzeczności czasach stanowi jednak niekwestionowaną wartość, źródło kobiecej mocy, prawdziwą ochronę, wsparcie i radość.

Niespiesznie - historia Marii i Magdaleny

Ich 16-letnia przyjaźń przetrwała trudne chwile – rodzinne choroby i niepowodzenie wspólnego biznesu. W żaden sposób nie naruszyła więzi i zaufania. Maria Pochanke-Gregorowicz i Magdalena Chmielewska opowiadają o zwykłości i nadzwyczajności kobiecej przyjaźni.

Magdalena Chmielewska i Maria Pochanke-Gregorowicz. (Fot. Albert Zawada) Magdalena Chmielewska i Maria Pochanke-Gregorowicz. (Fot. Albert Zawada)
"Mam skarb obok siebie – ty nim jesteś. Uczę się od ciebie ciszy, spokoju. I tak bardzo cenię twoją uczciwość, prostolinijność, w relacji z tobą nie ma drugiego dna" - Maria.

"Zachwycam się twoją spontanicznością, otwartością, empatią, czułością, dawaniem bez warunków, tak po prostu. Może trochę z tego przejdzie na mnie przez osmozę…"  - Magda.

Mieszkają obok siebie, kilka minut drogi. Maria w szeregowcu, Magda w domku na przedmieściach Warszawy. Poznały się 16 lat temu. Były w podobnym wieku, każda miała rocznego synka – Maria Mateusza, Magda Antka. Spotykały się na spacerach, rozmawiały. Ta przyjaźń budowała się powoli, latami. „Jest taka naturalna, zwyczajna – mówią. – A może dlatego wyjątkowa?”. Przez te lata naturalna bliskość w ich relacji rozlała się na obie rodziny. Urodziły się córeczki – Hania Magdy ma teraz 11 lat, Marcysia Marii – dziesięć. Dzieci chodzą do tych samych szkół. Mężowie się przyjaźnią. W ośmioro – dzieci i dorośli – spędzają razem dużo czasu; kawałek świąt, często weekendy, wakacje.

Rozmawiamy o przyjaźni, wspólnocie, wsparciu, obecności w lekki, radosny sposób. Maria i Magda są swobodne; to rozmowa o czymś tak oczywistym jak słońce w lecie i śnieg zimą. Ta przyjaźń po prostu jest, karmi, dodaje sił, podnosi na duchu, wzmacnia. W jaki sposób tworzy się taką bliskość? Co jest istotą przyjaźni między kobietami?

Wasza przyjaźń…

Magda:
…jest taka niespieszna. My po prostu rozmawiamy i z tego kobiecego gadania wyłania się stopniowo coś bardzo ważnego, jakiś wgląd, poznanie, zrozumienie, w rezultacie rozwój, rozkwit, wzmocnienie. To tak jak w relacji z dziećmi; gdy dajemy sobie czas, przestrzeń, uwagę, wtedy to, co się odsłania, wszystkie słowa, gesty stają się arcyważne. Najważniejsza wymiana z moją córką odbywa się przy wspólnym gotowaniu albo w łazience, gdy się kąpiemy, a więc niejako przy okazji. Po prostu jesteśmy razem i żywe życie w nas – to, co ważne – właśnie się wyraża.

Maria:
Tak, my nigdy nie dzwonimy do siebie z hasłem: „Jestem w biedzie, ratuj!”. To „ratowanie” wydarza się mimochodem poprzez wymianę tego, co w nas żywe. Opowiadam o czymś i czuję, że Magda mnie słucha i słyszy, i wtedy w jakiś pozarozumowy sposób napięcie we mnie rozpuszcza się, wracam do siebie, do swojej pełni. Jest obecna, przyjmuje wszystko, co się we mnie pojawia.

Jak to wygląda w praktyce? Byłyście razem w trudnych chwilach. Siedem lat temu u twojego męża, Mario, zdiagnozowano agresywnego chłoniaka. Trzy lata temu umarła twoja mama. Magda miała „ciemną noc duszy”, gdy odeszła z pracy i poroniła. Jak wygląda wsparcie w takiej przyjaźni jak wasza?

Maria:
Magda po prostu była obok. Wiedziałam, że jest.

Magda:
Podążałam za tym, co przeżywasz, za twoimi nastrojami. Pamiętam, któregoś razu prosto ze szpitala, gdzie leżał twój mąż, poszłyśmy do teatru i ty się z czegoś śmiałaś, więc śmiałam się z tobą. Nie poddawałaś się, walczyłaś. Podziwiałam cię. Cóż innego mogłam zrobić? Nie mam talentu do pocieszania.

Maria:
Nie potrzebowałam pocieszania. Najważniejsza była świadomość, że mogę zadzwonić w środku nocy i opowiedzieć, co się ze mną dzieje, a ty wysłuchasz bez komentowania, analizowania, doradzania. Wysłuchasz w spokoju. Bliska kobieta obok, która mnie widzi – to zmienia wszystko.

Magda:
Pamiętam, leżałam w szpitalu po poronieniu. Lekarze chcieli mi dać jakieś supermocne leki, co do których miałam wątpliwości. Nie zgodziłam się, podpisałam stosowne zobowiązanie, że biorę na siebie konsekwencje. Ty dzwoniłaś, dopytywałaś tym swoim kojącym, ciepłym, troskliwym głosem...

Maria:
Martwiłam się. Te badania… Skakało ci OB. Czuwałam. Ale też miałam zaufanie do twojej decyzji.

Magda:
To dla mnie bezcenne – nieocenianie moich decyzji!

„Zaufanie”, „obecność”, „naturalność” – te słowa powtarzają się w waszej opowieści.

Magda:
Nie trzeba się starać i zasługiwać na akceptację, napinać się, zwierać pośladków, żeby być „jakaś”, żeby się wpasować w oczekiwania. W żaden sposób nie włącza mi się autocenzura w naszej relacji.

Maria:
Ja też czuję się bezwarunkowo akceptowana. Jest tak po prostu – nie doszukujemy się ukrytych motywacji w zachowaniach względem siebie, nie robimy nic przeciwko sobie, mamy czyste intencje.

Ciekawi mnie zwyczajność tej przyjaźni…

Magda:
Maria dzwoni ze sklepu, czy mi coś kupić, a potem, jadąc po dziecko do szkoły, wiesza mi rybę na parkanie. Dzwonimy do siebie codziennie.

Maria:
Wpadamy na wieczór na lampkę wina, żeby chwilę pobyć razem. Miałyśmy etap wspólnego szydełkowania.

Wy, nowoczesne dziewczyny, pracownice korporacji?!

Maria:
Tak, obie zaczynałyśmy od korporacji. Magda po psychologii pracowała w międzynarodowej firmie badania rynku, ja byłam dyrektorką sprzedaży w fińskiej papierni. Potem urodziłyśmy dzieci i postawiłyśmy na proste życie, dom, radość z macierzyństwa. Ja zaczęłam lepić z gliny, wyrabiać biżuterię, szydełkować. Dużo rozmawiałyśmy i z tych rozmów zrodził się pomysł wspólnego biznesu.

Magda:
Doszłyśmy do wniosku, że chcemy połączyć pasję z życiem rodzinnym. To miało być proste, powolne życie; żeby się nie szarpać, żebyśmy nie były znerwicowanymi matkami. Wynajęłyśmy piękne miejsce w okolicy i postanowiłyśmy stworzyć „dom spotkań”, w którym odbywałyby się warsztaty, promocje książek, wystawy sztuki. Coś, co służy ludziom, promieniuje dobrą energią na społeczność.

Po dwóch latach działalności okazało się, że wszystko gra poza kasą.

Magda:
Ja się wycofałam, Maria została. Nie było pracy dla nas obu.

I to nie zagroziło przyjaźni?

Maria:
W żadnym wypadku! Przecież robiłyśmy, co w naszej mocy! Miałyśmy dużo dobrego czasu razem, mnóstwo rozmawiałyśmy, co jeszcze mocniej zbliżyło nas do siebie.

Magda:
Włożyłyśmy w to przedsięwzięcie własne pieniądze, chyba trochę straciłyśmy, ale nawet do końca nie rozliczyłyśmy tych strat – która dała więcej, która mniej…. Czy to ważne? Miałyśmy cenne doświadczenie, zawodowo poszłyśmy dalej już osobno.

Ty, Mario, kończysz studia na Uniwersytecie SWPS z psychologii klinicznej, Magda zaczęła pisać artykuły do pism. A przyjaźń dalej trwa.

Maria:
To dzięki Magdzie studiuję. Przez te wszystkie lata polecałaś mi książki, rozmawiałyśmy o zagadkach istnienia, o tym, co się z nami dzieje, jak przeżywamy życie, co jest ważne, co nas karmi, jak sobie radzimy – że postanowiłam to zgłębić.

Magda:
Zawsze ci mówiłam, że to coś dla ciebie! Masz niesamowite talenty – otwartość na ludzi, zero lęku przed trudnymi przeżyciami. Byłaś wolontariuszką w fundacji opiekującej się chorymi na nowotwory. No i to twoje wielkie serce! Marysia daje! Nieustająco. Nie znam drugiej tak hojnej osoby. Ileż moje dzieci dostały od ciebie – prezentów, troski, uwagi. Cały czas noszę biżuterię zrobioną przez ciebie, pierścionki, bransoletki, w domu stoją ulepione przez ciebie garnki, uszyte poduszki, uwielbiam te rzeczy.

Afirmujesz Marii talenty.

Magda:
Jasne! I ogromnie podziwiam jej miłość do zwierząt, do ludzi, do życia w ogóle.

Maria:
Madzia medytuje, ćwiczy jogę. Ja działam szybko, reaguję spontanicznie, często bez zastanowienia. Gdy moja córka miała dwa, trzy latka, powiedziała mi, że chciałaby, żebyś ty była jej mamusią, bo jesteś spokojna. Popłakałam się. A potem pomyślałam, że mam skarb obok siebie; że ty jesteś tym skarbem. Uczę się od ciebie ciszy, spokoju. I tak cenię twoją wewnętrzną uczciwość, szczerość, prostolinijność; to, że w relacji z tobą nie ma drugiego dna.

Magda:
Zachwycam się twoją spontanicznością. Mój spokój czasem dużo mnie kosztuje; zanim zareaguję, zatrzymuję energię w sobie, co może być odbierane tak, że jestem obojętna, zdystansowana. Gdy doświadczam twojej otwartości, empatii, czułości, dawania bez zastanowienia, tak po prostu, wtedy myślę, że może trochę z tego przejdzie na mnie przez osmozę.

Relacje często niszczy brak równowagi w dawaniu i braniu.

Magda:
Mam wrażenie, że Marysia więcej daje.

Maria:
Nic podobnego!

Jesteście takie różne…

Magda:
Marysia razem z naszymi mężami gra w skomplikowane gry planszowe, których ja nie ogarniam!

Maria:
Magda w tym czasie czyta skomplikowane książki. A potem opowiada mi, co przeczytała. Dlatego jestem na bieżąco z lekturami. Zerknę na jeden, dwa rozdziały, resztę usłyszę i wszystko wiem. To fantastyczne!

Wasi mężowie zabierają dzieci na wakacyjne ojcowskie wyjazdy, na które wy macie wstęp wzbroniony. Futurolodzy przepowiadają, że świat uratują małe wspólnoty. A wy już taką macie!

Magda:
Śmiejemy się, że tak jak istnieją partnerskie miasta, tak my mamy swoją partnerską rodzinę. W ubiegłe wakacje byliśmy razem, w ośmioro – my i dzieci – na dwutygodniowej wyprawie w Gruzji. Przed wyjazdem spotkaliśmy się i każdy zgłosił, jak chciałby spędzić te wakacje. Rozmawialiśmy dopóki, dopóty udało się znaleźć rozwiązania, które zaakceptowali wszyscy.

Maria:
Mieliśmy fajne wakacje. A teraz planujemy wyprawę na wyspę Gozo koło Malty. To kolebka kultury matriarchalnej. Pojedziemy we cztery – my i nasze córki. One dorastają, pomału stają się kobietami. To czas tylko dla nas... Już się cieszymy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobieca moc niejedno ma imię

Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Czasami myślimy o niej jak o kobiecej naturze, energii animy albo intuicji. Bardziej potrafimy ją poczuć ciałem niż rozpoznać umysłem. Kobieca moc niejedno ma imię... Psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz inauguruje nowy cykl artykułów w miesięczniku "Sens".

Wiele z nas doświadczyło szczególnych momentów, w których wyraźnie poczułyśmy swoją moc np. w trakcie narodzin dziecka, ukończenia artystycznego dzieła (to tzw. euforia ostatniego pociągnięcia pędzlem) czy podjęcia jakiejś bardzo ważnej i brzemiennej w skutkach decyzji. Co najważniejsze, ta moc pojawia się zwykle wtedy, kiedy głowa odpuszcza, a czasami nawet budzi się rezygnacja: „trudno, nie dam rady”, „nie wiem, co robić”, „to wszystko, na co mnie stać”... – i nagle gdzieś w głębi siebie już wszystko wiesz!

Siła czy moc?

Męska siła kojarzy nam się z działaniem w świecie zewnętrznym, z myśleniem analitycznym. Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. Mężczyzna czuje się silny, kiedy ma osiągnięcia i uznanie w zawodzie, w sporcie, w życiu. Kobieta czuje swoją moc, jeśli żyje w zgodzie z własną legendą podąża świadomie wybraną przez siebie drogą, jest obecna w „tu i teraz”, potrafi zintergrować głowę, serce i ciało... Jednak taki sposób odczuwania przychodzi z wiekiem.

Jako nastolatki czy dwudziestoparolatki chętnie próbujemy swoich sił w sportach, często ekstremalnych, lubimy rywalizować z mężczyznami. Kickboxing, MMA czy choćby zwykłe sztuki walki – czemu nie? Dieta ketogeniczna, płaski brzuch i „kaloryfer” wyćwiczony w siłowni, morsowanie czy wejście zimą na Śnieżkę w spodenkach i sportowym biustonoszu – czemu nie? Przed trzydziestką nadal realizujemy swoją moc bardziej „po męsku”: w rywalizacji, wspinaniu się po szczeblach kariery, sięganiu po eksponowane stanowiska. Momentem przełomowym często bywa ciąża. Być może to wtedy po raz pierwszy zaczynamy odróżniać siłę od mocy. Moc „z brzucha” pojawia się także w momentach, kiedy budzi się nasza energia twórcza: pragnienie namalowania obrazu, napisania książki czy ekspresji emocji poprzez ruch. Pojawia się świadomość, że siła wynika z naszego działania na zewnątrz a moc płynie z ekspresji tego, co wewnątrz.

Około czterdziestki wiele kobiet nagle odczuwa potrzebę radykalnje zmiany życia. Bywa, że bilans przeszłości wcale nie wypada na plus albo pojawia się tęsknota odnalezienia czy odkrycia celu i sensu życia. Czujemy, że dotąd żyłyśmy zgodnie z nieswoim scenariuszem. Doskonale tłumaczy to Paulina Młynarska, autorka rocznego planeru „Moc kobiet” pisząc, że jedyne, co może każda z nas, to wprowadzić korektę do wręczonego nam w chwili narodzin scenariusza – gotowca, który przypisuje określone z góry role, zadania i ograniczenia. Trzeba wiele odwagi i buntowniczej energii, aby je zakwestionować. I jeszcze więcej, aby rozpoznać czy też powołać do życia nowe wewnętrzne postaci, których energia pozytywnie zasili nasze życie psychiczne”.

Po pięćdziesiątce, kiedy siła działania w zewnętrznym świecie nie jest już taka oczywista, coraz częściej i wyraźniej zdarza nam się słyszeć głos wewnętrznej mocy. Na początku to bardziej szept: ,,Czy na pewno musisz tak dużo pracować?”, „Czy dzisiaj zrobiłaś coś, co nakarmiło twoją duszę, a jeśli nie dzisiaj, to kiedy ostatnio ci się udało?”. Dopóki traktujemy wycofanie się z jakiejkolwiek aktywności za oznakę słabości, nadal bardziej jesteśmy w energii siły niż mocy. Ale pewnego dnia, kiedy coraz częściej łapiemy się na tym, że wolimy być niż mieć, być tak prosto z brzucha; zachwycić się słońcem na twarzy, wąchać deszcz, popłakać się nad zdjęciem wnuczka tuż po narodzeniu – czujemy, że wróciłyśmy do domu. Swoją moc zaczynamy odczuwać jako wewnętrzny zew, którego nie sposób nie usłyszeć.

W podróży do siebie

Od czasu covidowej zawieruchy większość moich pacjentek przychodzi z kłopotami, które tak naprawdę są opowieściami o mocy – o tym, że czasami ona je przeraża, że nie czują się gotowe do przyjęcia, otworzenia się na tak intensywną energię, że jest jakaś ogromna siła, która próbuje się wydostać z ich wnętrza, że nagle poczuły potrzebę odmienienia całego swojego życia...

Nic w tym dziwnego, kobieca moc ma potężną energię, zarówno do działania jak i bycia w swojej prawdzie, wizji, osobistym micie. Pandemia, która w każdym z nas uruchomiła najbardziej pierwotne lęki, zmiany w tzw. ustawie antyaborcyjnej, które ,,dotknęły” kobiecych brzuchów, i era Wodnika (odpowiedzialnej wolności) – sprawiły, że nie mamy innego wyjścia jak dopuścić do głosu swoją moc. I to bez względu na wiek.

Jak przekonuje Maureen Murdock, analityczka jungowska, zadaniem, jakie dziś mają do spełnienia kobiety, jest wewnętrzna podróż ku całkowitej integracji, równowadze i pełni. Dziś, wszystkie jesteśmy w podróży „do siebie i po siebie”. Dla wielu z nas wyjście na ulice i głośny protest był początkiem tej ważnej podróży. Inne, dotknięte chorobą własną lub w rodzinie przeżyły poważne kryzysy: drobne śmierci iluzji, całkowite załamanie się dotychczasowych wartości. Niektóre, na początku nieśmiało, w oczekiwaniu na pozwolenie czy akceptację zaczęły, czasami po raz pierwszy w życiu, opiekować się sobą. Pielęgnować własne potrzeby, zagłębiać się w świat książek czy muzyki. Tańczyć, oddychać, tworzyć, być. Konfrontować się z demonami przeszłości i z lękiem.

Już czas…

Agnieszka Maciąg przekonuje, że tę moc czerpiemy ze swojego duchowego Ja, które jest pełne spokoju, pewności i siły. „Świat ducha istnieje w przestrzeni pomiędzy bodźcem i reakcją. W tej przestrzeni pojawia się świadomość. To właśnie ona daje nam możliwość dokonania wyboru reakcji” – pisze w książce „Twoja wewnętrzna moc”. Czas na porzucenie, choćby symboliczne, wszystkich ról życiowych, zmierzenie się z własnymi ograniczeniami i lękami. Czas na powrót do kontaktu z własnym ciałem i odkrycie, kim tak naprawdę jestem, co chcę albo co mogę dać światu i co chcę dostać.

Przyda nam się w tym pomoc od innych kobiet. Wiele z nas już odnalazło swojej miejsce w kręgu kobiet czy innej grupie rozwojowej. Praca z baśniami, taniec 5 rytmów, medytacje, malowanie intuicyjne – każda metoda, która porusza naszą duszę jest dobra.

Potrzebujemy wysłuchania a właściwie usłyszenia swojej indywidualnej narracji o mocy, poczucia i uwierzenia, że naprawdę ją mamy. Każda z nas musi sama odkryć swój wzorzec. Ale warto słuchać opowieści, zarówno tych przekazywanych w baśniach, jak i opowieści kobiet, które chcą się dzielić swoim doświadczeniem.

Opowieści o mocy zaczniemy od tej, która budzi się w reakcji na krzywdy z przeszłości. To moc, którą czujesz w biodrach, brzuchu, udach… To ona pozwala ci mocno stanąć na ziemi, poczuć jej energię. Odwrócić się za siebie, otworzyć drzwi do dziecięcego pokoiku i poczuć tamten ból. Popatrzeć na matkę i ojca, którzy nie umieli ochronić przed krzywdą a może nawet byli jej sprawcami i przede wszystkim zrozumieć i zaakceptować, że w dorosłym życiu nikt nie da ci tego, czego nie dostałaś od rodziców. Ty już to wiesz, bo czujesz swoją moc.

Gdzie czujesz swoją moc?

Mocno stań na nogach. Poczuj kontakt z podłożem. Lekko ugnij nogi w kolanach, zamknij oczy. Pozwól ciału odkryć swój balans i poddaj się kołysaniu. Poczekaj cierpliwie, aż poczujesz się wygodnie w tej pozycji. Lewą dłoń połóż na brzuchu, prawą na sercu. Poczuj, gdzie znajduje się twój ośrodek mocy. Czy leży w brzuchu? W sercu? A może jeszcze w innym miejscu? Jak to jest czuć moc w ciele?

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Styl Życia

I ty możesz zostać liderką przyszłości

Zdjęcie z nagrania z udziałem Anity Kucharskiej-Dziedzic na Wydziale Nauk Politycznych 
i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu; od lewej: Karolina Zgoła – makeupistka, Żenia Aleksandrowa – kierowniczka produkcji, Anita Kucharska-Dziedzic,  Aleksandra Hirszfeld – reżyserka, i Sonja Orlewicz-Zakrzewska – operatorka. (Fot. materiały prasowe)
Zdjęcie z nagrania z udziałem Anity Kucharskiej-Dziedzic na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu; od lewej: Karolina Zgoła – makeupistka, Żenia Aleksandrowa – kierowniczka produkcji, Anita Kucharska-Dziedzic, Aleksandra Hirszfeld – reżyserka, i Sonja Orlewicz-Zakrzewska – operatorka. (Fot. materiały prasowe)
I ty możesz zostać liderką przyszłości – przekonuje filozofka Aleksandra Hirszfeld, która wspólnie z Magdą Sobolewską realizuje projekt mentoringu kobiet „Entuzjastki”. W naszym wywiadzie wyjaśnia, jakie przywództwo jest dziś potrzebne światu.

Co zainspirowało panią do zostania aktywistką?
Zawsze interesowały mnie sprawy społeczne, mam to zapewne w genach. Mój pradziadek, Antoni Niwiński, był działaczem społecznym. Prababcia Helena jedyną nauczycielką w szkole wiejskiej. Babcia i mama wybrały medycynę, zatem etos niesienia pomocy był w naszej rodzinie od zawsze. Moja mama jest też osobą wyjątkowo sprawczą. Ma cechy liderki przyszłości: jest energiczna i decyzyjna, a jednocześnie swoją aktywność wykorzystuje do tego, aby pomóc światu wokół. Jest też niezwykle empatyczna wobec zwierząt. Dokarmia psy, przynosi potrzebujące pomocy koty do domu i leczy. Myślę, że postawa mojej rodziny, zwłaszcza mamy, była dla mnie najbardziej motywująca.

Nie każda kobieta, która chce być liderką, ma taką inspirację.
No właśnie! Dlatego nasz projekt „Entuzjastki” narodził się po to, aby inspirować kobiety do aktywności. Na razie składają się na niego wywiady ze stoma polskimi liderkami z różnych sfer życia społecznego, ekonomicznego i politycznego, kobietami, które są jednocześnie wrażliwe na dobro wspólne. Pokazując ich przykład, chcemy podpowiadać, jak każda z nas może pokonywać problemy, które pojawią się na naszej drodze. W wywiadach można dostrzec cechy charakterystyczne dla kobiet, które są i liderkami, i aktywistkami, a swoje przywództwo opierają na tzw. kompetencjach miękkich, etyce komunikacji czy holistycznym podejściu do świata. A więc cechach przypisywanych kulturowo kobietom.

Czy właśnie tego oczekujemy od liderów i liderek przyszłości?
Klasyczne cechy lidera, takie jak sprawczość czy decyzyjność, dziś już nie wystarczą. Lider przyszłości to nie tylko ktoś, kto wyznacza kierunek i umie porwać innych. To ktoś, kto wsłuchuje się w swoją społeczność, poznaje problemy ludzi i pomaga je rozwiązać. Myśli holistycznie, czyli na przykład zarządzając firmą, bierze pod uwagę nie tylko zysk, ale też oddziaływanie na środowisko. Potrafi też odróżniać prawdę od fałszu, bo na każdym kroku będzie miał do czynienia z dezinformacją, z postprawdą.

Jak „Entuzjastki” pomogły pani w rozwoju?
Już w trakcie realizacji projektu czułam, że te kobiety, ich historie, stają się ogromną inspiracją dla mnie. Karmiłam się ich wiedzą, mądrością życiową i doświadczeniem. Dziś wspólnie z Magdą Sobolewską promujemy na naszych mediach społecznościowych historie osób, które dają ludziom narzędzia do rozwiązania problemów, a nie tylko mówią o problemach.

"Przestańmy mówić o kobietach, używając figury ofiary. Zacznijmy doceniać ich zalety, czyli tzw. kompetencje miękkie: etykę komunikacji czy holistyczne podejście do świata"
Na przykład Katarzyna Czajka-Chełmińska, prezeska Szkoły Liderów, pochodzi z małej miejscowości, dlatego przez lata miała kompleks prowincji. Jej droga do bycia liderką zaczęła się z chwilą, kiedy spostrzegła, że tam, gdzie mieszka, nie ma przedszkola, i postanowiła je założyć. Nie chciała jednak zostać jego dyrektorką, przekazała tę funkcję mężowi. Kiedy jednak po kilku latach dostrzegła, że wszystko i tak robi sama, zdała sobie sprawę, że to bez sensu, i została dyrektorką. Dziś pomaga innym kobietom, niezależnie od tego, gdzie się urodziły, uwierzyć, że mogą stać się liderkami na skalę europejską.

Pośród  „Entuzjastek” znalazłam Annę Alboth, autorkę niezwykłej inicjatywy: marszu z Berlina do Aleppo,  nominowanego w 2017 roku do Pokojowej Nagrody Nobla. Jaka cecha Anny Alboth sprawia, że może być mentorką dla innych kobiet?
Jest empatyczna, wrażliwa i chętnie niesie pomoc. Jak sama często podkreśla, zawdzięcza je doświadczeniom wyniesionym z rodzinnego domu, a konkretnie relacjom z niepełnosprawnym bratem. Dzięki Annie podczas siedmiomiesięcznego marszu z Berlina do Syrii ponad cztery tysiące ludzi pokonało drogę, jaką pokonują uchodźcy. Tyle że w drugą stronę.

Liderka przyszłości nie musi więc rezygnować ze swojej wrażliwości?
Do „Entuzjastek” zaprosiłyśmy kobiety, które budują swoje liderstwo na kompetencjach miękkich. A więc są też „mamami” dla środowiska, w którym działają. Świat dziś potrzebuje przywódców, którzy umieją słuchać, budują wspierające relacje. A to dlatego, że dotyka nas coraz więcej kryzysów, z którymi poradzimy sobie, tylko jeśli zmienimy paradygmat z ekonomicznego na wspólnotowy. Na szczęście coraz więcej kobiet trafia do władzy i w tym pokładam wielką nadzieję. Przestańmy mówić o kobietach, używając figury ofiary. Zacznijmy doceniać ich zalety. To jeden z powodów, dlaczego na stulecie praw wyborczych Polek powstał właśnie ten projekt. Chcemy mówić więcej o sprawczych liderkach. Wierzę, że dzięki temu ich liczba będzie wzrastała.

A czy liderka przyszłości potrzebuje mentorki?
Zawsze warto uczyć się od innych. Ja cały czas szukam inspiracji i jest wiele kobiet, które mi ją dają. Na Uniwersytecie Warszawskim spotkałam moją pierwszą mentorkę feministkę, prof. Magdalenę Środę, która bardzo wspierała studentki, motywowała nas, żebyśmy realizowały siebie. Kolejne mentorki znajdowałam choćby w książkach i dziś jedną z nich jest Naomi Klein. Działaczka społeczna, wnikliwie analizująca i wskazująca problemy współczesnego świata.

Mentorki znajduję także w świecie polityki, jak choćby premierkę Nowej Zelandii, Jacindę Ardern, która obniżyła pensje sobie i całemu rządowi o 20 proc., żeby okazać solidarność ze społeczeństwem w trakcie pandemii. Ardern dba o klimat, o służbę zdrowia, mieszkalnictwo publiczne, zajmuje się więc sprawami związanymi z  dobrostanem każdego obywatela.

Jak liderka ma poradzić sobie z krytyką, dziś za sprawą hejtu szczególnie dotkliwą?
Dbając o wewnętrzną spójność. Jeśli robię coś z potrzeby serca, a właśnie z tej potrzeby zainicjowałam „Entuzjastki”, to nie boję się żadnej krytyki, zawsze ten projekt obronię, bo jest w 100 procentach spójny ze mną. Kiedy wiemy, co jest dla nas priorytetem, możemy skonstruować swoje życie prywatne i zawodowe w taki sposób, żeby móc działać według wewnętrznego kompasu. No a jeśli się nam to uda, to nawet w obliczu krytyki będziemy odczuwać spokój.

Ale jak sobie poradzić z przeciwieństwem mentorstwa czyli z rywalizacją między kobietami?
Poprzez pogłębianie umiejętności współpracy i wsparcia. Sama dostałam wiele pomocy od kobiet i staram się ją dalej przekazywać. To pośrednio dzięki Dorocie Pabel, której wtedy nie znałam, pojechałam na stypendium do Stanów Zjednoczonych, a potem Ambasada Amerykańska została sponsorem projektu. Dorota pomogła mi, bo spodobał się jej mój wcześniejszy projekt. Z kolei Magda Sobolewska, producentka „Entuzjastek”, dała mi kredyt zaufania. Długi czas pracowałyśmy przy projekcie za darmo. Nasz projekt jest symbolem wzajemnego wspierania się kobiet.

Aleksandra Hirszfeld, dr filozofii. Jej rozmowy z cyklu „Entuzjastki” można oglądać na Canal+. Projekt został nazwany na cześć pierwszej polskiej grupy feministycznej, działającej w Warszawie końca lat 30. do końca lat 40. XIX wieku.

  1. Moda i uroda

Stworzone przez kobiety, dla kobiet. "My Story" od Converse

Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Najnowsza kolekcja Converse „My Story” to hołd złożony kobietom, które nie boją się dzielić swoją historią i jednocześnie zachęta do bycia odważną.

Każdej wiosny marka Converse w swoich działaniach celebruje kobiecość. Dwa lata temu podczas kampanii "Love the progress"  marka walczyła o zmianę definicji słowa „kobieta” na bardziej pozytywną. W ramach akcji "Love fearlessly" Converse poprzez znane postaci zachęcał do pokochania samego siebie i rozpoczął dyskusję na temat samoakceptacji.

Tegoroczna kolekcja „My Story” stworzona przez projektantki Converse zainspirowana została młodymi, odważnymi i niezależnymi kobietami, które swoimi działaniami udowadniają, że kobiety to prawdziwe liderki. Klasyki od Converse stały się płótnem dla fantazyjnych wzorów stworzonych przez kobiety. Kolekcja zaprojektowana, aby nadać kolor i znaczenie słowom i aby zachęcić do opowiedzenia twojej historii.

Kolekcja składa się z ikon od Converse – Chuck 70, Chuck Taylor all Star i Chuck Taylor All Star Platform. Każdy z modeli ozdobiony jest różnorodnymi wersjami napisu „My Story” co w symboliczny sposób pokazuje jak różne historie kryją się za każdym z nich.

Do kampanii „My Story” marka Converse zaprosiła dwie młode artystki – Sofię i Rocię, które są członkiniami społeczności All Stars. Każda z nich dzieli się swoją historią, którą już niebawem będzie można poznać na kanale @Converse.Polska na Instagramie.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

All Stars to międzynarodowa społeczność młodych artystów i aktywistów, która została stworzona przez markę Converse. Członkowie All Stars inspirują markę swoją twórczością, działaniami i osiągnięciami, a brand staje się dla nich platformą, dzięki której mogą dotrzeć do szerokiej grupy odbiorców. Converse wspiera działania tych młodych ludzi, ponieważ zdaje sobie sprawę, że to oni poruszają świat do przodu i stoją za pozytywnymi zmianami, które na nas czekają.

Poza kampanią „My Story” marka Converse szykuje coś specjalnego. W ramach globalnej akcji City Forest, która miała już swoją odsłonę w Polsce w zeszłym roku, marka planuje stworzenie kilku murali stworzonych przy użyciu oczyszczających powietrze farb fotokatalitycznych. We współpracy z polskimi artystami powstanie kilka murali, które będą zachęcały do przełamywania barier i walki z dyskryminacją na różnym tle. Pierwsze dzieła już powstały, aby dowiedzieć się więcej na temat murali odwiedź stronę conversecityforest.com, poznaj historie artystów stojących za tymi projektami i dowiedz się ile wirtualnych drzew zostało posadzonych do tej pory dzięki użyciu farb fotokatalitycznych.

Kolekcja My Story dostępna będzie na converse.pl oraz w sklepach stacjonarnych Converse.

  1. Psychologia

Użyteczne, przyjemne, czy szlachetne – jakie przyjaźnie nawiązujemy?

Wyodrębnić możemy trzy podstawowe rodzaje przyjaźni. I tak naprawdę każdy z nich jest dla nas istotny (fot. iStock)
Wyodrębnić możemy trzy podstawowe rodzaje przyjaźni. I tak naprawdę każdy z nich jest dla nas istotny (fot. iStock)
Dlaczego niektóre osoby znajdują się w „zewnętrznym” kręgu przyjaciół, a inne są nam szczególnie bliskie? Czy widzisz możliwość, by daleki znajomy stał się bliskim przyjacielem? Co sprawia, że jedne relacje są silniejsze, a inne słabsze? – pyta Hope Kelaher, terapeutka, autorka książki „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu”.

Wiele osób zadających sobie te pytania poszukuje odpowiedzi u Arystotelesa, starożytnego greckiego filozofa. Nie bez powodu jego przemyślenia i idee wywołują oddźwięk od tysięcy lat! W Etyce nikomachejskiej Arystoteles przedstawił swoje poglądy na to, jak najlepiej żyć. Dwie z dziesięciu ksiąg poświęcił przyjaźni – i nic dziwnego, uważał ją bowiem za klucz do dobrego życia. Utrzymywał, że przyjaźń może istnieć, jedynie opierając się na wzajemnym dobru pomiędzy dwiema osobami. Wymienił także trzy motywacje dla miłości i przyjaźni: użyteczność, przyjemność i szlachetność. Przyjrzyjmy się im i sprawdźmy, jak mogą przekładać się na nasze życie.

Przyjaźnie użyteczne

To relacje korzystne lub przydatne dla obydwu stron (zgodnie z łacińską maksymą quid pro quo, czyli coś za coś). Przyjaźnie użyteczne zawiera się dla osobistego zysku, nie dla przyjemności, a wszystkie związane z nimi kontakty muszą być wzajemnie opłacalne. W takich relacjach nie spotykamy się z przyjaciółmi dla samego spotkania. W efekcie przyjaźnie te są dość słabe, a więzi, na których się opierają, bywają powierzchowne. Przyjaźń użyteczna może służyć określonemu celowi, ale nie jest nim towarzystwo. Na przykład dana osoba może zaplanować weekendowe wyjście z drugą osobą, ale odwołać je, kiedy pojawi się korzystniejsza propozycja. Początkowo wydaje się, że wspólnym celem jest spędzenie razem czasu, ale z uwagi na powierzchowny charakter przyjaźni, jedna z  osób nie bierze pod uwagę uczuć drugiej, kiedy postanawia zrezygnować z planów. Robi to wyłącznie dla własnej korzyści.

Takie relacje często tworzą się wśród znajomych i podczas poszukiwania nowych przyjaciół. Bodaj najlepszy i najpowszechniejszy przykład przyjaźni użytecznej stanowią kontakty nawiązywane w  nowej szkole lub pracy bądź w nieznanych okolicznościach. Czy zdarzyło ci się kiedyś pójść na imprezę, na której nikogo nie znałeś, aby uniknąć siedzenia w domu w piątkowy wieczór? Usiadłeś w stołówce z grupą popularnych uczniów, aby podnieść swój status społeczny? A może zakolegowałeś się z osobą poznaną na siłowni, aby mieć z kim pogadać podczas treningów, zamiast stać w niezręcznej ciszy? Jeśli tak, to była przyjaźń użyteczna. Takie relacje, choć nie są bardzo znaczące, mogą być przydatne – dlatego wszystkim zdarzyło się, i nadal będzie zdarzało, je zawierać.

Przyjaźń przyjemna

Drugi rodzaj przyjaźni opiera się wyłącznie na uczuciu przyjemności, a celem jest dążenie do jego odczuwania. Takie relacje zwykle nawiązuje się w trzecim kręgu społecznym, wśród około 50 osób, z  którymi spotykamy się na imprezach lub w miejscach publicznych. To bliżsi znajomi, jednak nie aż tak bliscy, by zaliczyć ich do najintymniejszych kręgów. Przypomnij sobie ludzi, z którymi spędzałeś czas na studiach, bo byli zabawni, rozrywkowi lub żądni przygód. Być może coś błyskawicznie cię do nich przyciągnęło. Taka relacja opiera się na naturalnych podobieństwach, ale Arystoteles porównuje ją do przyjaźni „młodych”, ponieważ z czasem zmienia się to, co daje nam przyjemność. W efekcie takie przyjaźnie są zwykle krótkotrwałe. Podobnie jak pierwsze fazy zakochania, kiedy miłość wydaje się przepełniać wszystko i dodaje energii, przyjaźnie przyjemne na początku często dostarczają wspaniałych przeżyć. Z czasem relacja może jednak ulec ochłodzeniu ze względu na swój brak głębi.

Choć przyjaźnie przyjemne bywają nietrwałe, odgrywają istotną rolę nie tylko w spędzaniu czasu, ale także w budowaniu tożsamości. Pomagają nam przekonać się, co i kogo lubimy lub nie lubimy, i dają okazję do rozwijania intymności emocjonalnej z innymi. Przypomnij sobie drużynę sportową, do której należałeś, kolegów z pracy, z którymi wspólnie wychodzicie, albo osoby, z którymi grasz w gry wideo. To pozytywne, przydatne w danej chwili relacje, skupione na określonym rodzaju aktywności. Niektóre z nich mogą się rozwinąć, większość jednak wygasa, kiedy jedna ze stron traci zainteresowanie danym sposobem spędzania czasu. Uważam jednak, że wszyscy możemy, a wręcz powinniśmy, utrzymywać takie relacje.

Przyjaźnie szlachetne

Najbardziej wartościowa przyjaźń, zwana przez Arystotelesa „szlachetną”, opiera się na wzajemnym podziwie i miłości. W idealnych okolicznościach taka relacja może zawierać pewne aspekty przyjaźni przyjemnej, ale w tym wypadku przyjaciel to prawdziwy towarzysz wspierający cię na dobre i na złe. Panuje całkowita wzajemność i otwartość. Przyjaciel bez wstydu mówi ci całą prawdę o sobie i w niczym nie umniejsza to wzajemnej miłości i troski. Z mojego doświadczenia wynika, że właśnie do takich przyjaciół można zadzwonić o każdej porze, z dowolnego powodu, czy chodzi o problemy w pracy, czy złamane serce. To oni nie pozwalają ci się zagubić – zagrzewają do boju, kiedy potrzebujesz motywacji, lub studzą zapał, kiedy staje się niebezpiecznie intensywny. Wiele osób, mówiąc o przyjaźniach szlachetnych, posługuje się określeniami „bratnia dusza” lub „najlepszy przyjaciel”.

Przykłady platońskich bratnich dusz i najlepszych przyjaciół można spotkać w niezliczonych filmach i serialach, jak: Ekipa, Thelma i Louise czy Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów. Mnie przychodzą na myśl Wariatki z Bette Midler. Film opowiada historię dwóch dziewczyn – brunetki i rudej – które pochodzą z  zupełnie innych środowisk i nie mają ze sobą nic wspólnego. Jednak po tym, jak przypadkiem nawiązują znajomość, ich relacja okazuje się trwała. Dziewczynki wyrastają na nastolatki, potem młode kobiety i panie w średnim wieku, wciąż niewiele je łączy, a jednak więź między nimi trwa. W jednej z najbardziej wzruszających i wymownych scen widzimy łączącą je czystą, platoniczną miłość, kiedy dociera do nich, że jedna z nich umiera.

Takie przyjaźnie nie muszą być egzaltowane czy pełne melodramatycznych uczuć – są za to swobodne, pomagają nam się rozwijać i okazują się znacznie trwalsze niż wszystkie pozostałe rodzaje przyjaźni, które dotąd omówiliśmy.

Jak wyglądają twoje więzi? – ćwiczenie

Różne aspekty rzeczywistości, z  jakimi musimy mierzyć się w wieku średnim – praca zawodowa, dzieci, spłacanie kredytów, życie uczuciowe, opieka nad starzejącymi się rodzicami – nie pozostawiają wiele czasu na nawiązywanie nowych przyjaźni i podtrzymywanie istniejących. Nawet jeśli nie wszedłeś jeszcze w ten etap życia, poniższe ćwiczenie pomoże ci określić, jak dobrze radzisz sobie z podtrzymywaniem więzi ze starszymi i nowszymi przyjaciółmi i, w razie potrzeby, dokonać zmian.

Wymień ostatnich 5 osób, z którymi się kontaktowałeś (przez telefon, esemesa, komunikatory internetowe, wiadomości prywatne).

Czy w tych kontaktach widać jakiś schemat? Na przykład czy komunikowałeś się z jedną osobą, czy z wieloma? Być może znaleźli się wśród nich twój partner, rodzice lub szef. Zastanów się, kogo jeszcze chciałbyś zobaczyć na tej liście – może przyjaciela, z którym od dawna się nie widziałeś ani nie słyszałeś?

Czy potrafisz wyobrazić sobie, jak czułbyś się, gdybyś teraz się do niego odezwał i powiedział, że o nim myślałeś? A może potencjalnego przyjaciela, którego niedawno ci przedstawiono – może mógłbyś wykorzystać tę okazję, aby zacieśnić znajomość?

Fragmenty pochodzą z książki Hope Kelaher „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia”

  1. Styl Życia

Historia pełna jest kobiet - o tych, które zmieniły świat

Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Mistrzynie drugiego planu, współpracowniczki, życiowe towarzyszki, geniuszki. Historia pełna jest kobiet, które nie tylko popchnęły do przodu kariery swoich mężów, ale i cały świat. Pora je poznać i uznać. A także zacząć doceniać własną rolę.

Prowadziłam niedawno zajęcia z grupą niezwykle wykształconych i utalentowanych osób płci obojga. Było ich dziewiętnaścioro. W którymś momencie mieli podzielić się na cztery zespoły. Jedna z dziewczyn z grupy mniej licznej, bo czteroosobowej, zaproponowała: – Wymieńmy którąś dziewczynę na faceta, żebyśmy miały równe szanse. – Słyszysz, co powiedziałaś? – zapytałam. – Tak odruchowo mi się powiedziało – wyjaśniła z zażenowaniem. – Bez sensu.

I rzeczywiście, jej pomysł był bez sensu, bo zespół czterech dziewczyn świetnie sobie poradził z zadaniem. Gorzej za to radzimy sobie ze stereotypami dotyczącymi kobiet, a w dodatku same je podtrzymujemy. Odruchowo. Może za mało wiemy o kobietach, które za nami stoją?

„Kobiety nie wynalazły praktycznie NIC – nawet mopa wynalazł mężczyzna (Murzyn akurat); nawet tampax (o.b.) wynalazł mężczyzna!!! Kobietą była tylko Kopernik – ale to wyjątek” – napisał w Internecie znany mizogin i szowinista, którego nazwiska nie chce mi się przywoływać. Na treść tej wypowiedzi możemy się słusznie oburzać, budzi ona jednak niepokój. Bo co właściwie wynalazły kobiety? Owszem, długo nie miałyśmy dostępu do nauki, długo nie doceniano naszych możliwości, ale gdyby były wśród nas geniuszki, to świat by o nich usłyszał, prawda?

Niekoniecznie. Czytałam kiedyś o Margaret Knight, która już w wieku 12 lat wynalazła urządzenie zatrzymujące awaryjnie maszyny włókiennicze, co chroniło pracowników przed wypadkami. W wieku 14 lat skonstruowała maszynę do klejenia papierowych toreb, a i później była autorką wielu wynalazków, czym zasłużyła na miano „żeńskiego Edisona” i „najsłynniejszej XIX-wiecznej wynalazczyni”, ale jej sława jakoś do nas nie dotarła. Na szczęście jest Maria Skłodowska-Curie! To ją zwykle przywołujemy, gdy mowa o wielkich kobietach w nauce, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wręcz przeciwnie. Maria Skłodowska-Curie zdaje się stanowić wyjątek i tym samym odcina się wyraźnie na tle innych kobiet, które są zwykle bohaterkami drugiego planu. Ich rola w męskich karierach jest wielka – jako żon i współpracowniczek – ale kto by do tego przywiązywał wagę? Pewnie tylko Michelle Obama jest dość pewna siebie, by swoją rolę docenić. Tak przynajmniej wynika z krążącej w Internecie anegdoty.

Michelle poszła z mężem do restauracji, której właściciel przywitał się z nią jak stary znajomy. – Kto to był? – zapytał Barack, gdy zostali sami. – Kolega ze szkoły, który kiedyś się we mnie kochał – usłyszał. – Widzisz, gdybyś za niego wyszła, byłabyś teraz właścicielką restauracji – skomentował. – Nie, kochany. Gdybym za niego wyszła, on byłby teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych – bez wahania odpowiedziała jego żona. Kto wie, czy nie byłoby tak?

Żona przy mężu

Wiele kobiet inspiruje swoich mężów, motywuje ich i wspiera, zdejmuje z nich życiowe troski i zadania, podporządkowuje swoje życie ich karierze, nierzadko też pomaga im merytorycznie, ale same pozostają w cieniu. Weźmy Milevę Marić. Wiecie, kto to taki? Nie? No właśnie. Za to wszyscy wiemy, kim był Albert Einstein, jej mąż przez długie lata, dopóki nie odszedł do młodszej. Ta historia brzmi niewiarygodnie i można by ją sprowadzić do tego, że ha, ha, Einstein była kobietą, ale pozornie zabawna teza jest dobrze udokumentowana.

Mileva i Einstein poznali się na studiach w Szwajcarskim Federalnym Instytucie Technologicznym, czołowej europejskiej uczelni politechnicznej. Skoro przyjęto ją, choć była kobietą, to naprawdę musiała być dobra! Einstein i Mileva szybko zostali parą. W liście do niej Ein­stein napisał: „Jakże będę szczęśliwy i dumny, kiedy wspólnie osiągniemy zadowalający koniec naszej pracy nad teorią ruchu względnego”. Potem Mileva rodzi dzieci i pracuje jako asystentka męża. Początkowo ich artykuły były podpisywane Einstein-Marić, ale wkrótce to drugie nazwisko zaczęło być pomijane. „Tajemnica kreatywności tkwi w tym, aby wiedzieć, jak dobrze ukryć swoje źródła” – napisał Einstein. Nawet gdy jego źródła w postaci Milevy zostały po latach odkryte, on na tym zbytnio nie ucierpiał, a Milevy w zasadzie wciąż nie ma.

W towarzystwie

Jak to się dzieje, że wybitne naukowczynie tak słabo istnieją w świadomości społecznej? Można się o tym dowiedzieć z książki Rachel Swaby „Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat”. Książka fascynująca, pokazująca determinację kobiet w walce o prawo do kształcenia się i pracy naukowej. Kobiety od wieków dokonywały odkryć, ale mężczyźni świetnie umieli sobie z tym radzić.

Na przykład Anna Wessels Williams, bakteriolożka, w 1894 roku wyizolowała szczep bakterii wywołującej błonicę, a kilka lat później szczep bakterii zdolny generować pięćset razy silniejszą toksynę, co pozwoliło produkować antytoksynę na masową skalę. Tego drugiego odkrycia dokonała, gdy szef laboratorium William H. Park przebywał na wakacjach, no ale on był szefem, więc nowy szczep otrzymał nazwę Park-Williams No. 8, którą szybko skrócono do Park 8.

Albo Hilde Mangold, autorka pracy doktorskiej z embriologii eksperymentalnej. Jej promotor Hans Spemann ocenił tę rozprawę dość wysoko, ale nie najwyżej. Dodał jednak do niej swoje nazwisko i to umieścił je na pierwszym miejscu. Doktorat Mangold opublikowano w 1924 roku i w tym samym roku autorka zginęła w wypadku. W 1935 roku Hans Spemann dostał Nagrodę Nobla za tę pracę, która „zainicjowała nową epokę w dziedzinie biologii rozwoju”.

Barbara McClintock (1902–1992) żyła znacznie dłużej i dzięki temu doczekała uznania. Nie było łatwo. Już w wieku 29 lat wniosła wiele do genetyki, ale nie dostała posady na uczelni, bo zespół Uniwersytetu Cornella sprzeciwił się wnioskowi dziekana. McClintock znalazła w końcu pracę w instytucie genetyki, gdzie odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla.

Róża Nightingale

Kobiety w nauce miały naprawdę ciężko. Na wiele uczelni ich nie przyjmowano, a jeśli nawet pozwalano im uczestniczyć w zajęciach, to bez możliwości zdobycia dyplomu. „Kto byłby tak głupi, żeby spędzić cztery lata na studiach i nie otrzymać dyplomu?” – zapytała dziekana nowo otwartej i dostępnej również dla kobiet Szkoły Zdrowia Publicznego Helen Taussig, później wybitna kardiolożka, która stworzyła kardiologię dziecięcą. „Mam nadzieję, że nikt” – odpowiedział. Jeśli kobieta skończyła jednak studia i miała świetne wyniki, czasem mogła pracować na uczelni, ale za darmo, bo przepisy nie pozwalały na zatrudnianie kobiet jako naukowców. Maria Goeppert-Mayer, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za odkrycia dotyczące jądra atomu, przez długie lata pracowała na Uniwersytecie Chicagowskim bez wynagrodzenia. Alice Hamilton, amerykańska ekspertka od chorób zawodowych, to wyjątek – już w 1919 roku otrzymała stanowisko młodszego wykładowcy jako pierwsza kobieta w kadrze Uniwersytetu Harvarda. A mimo to dopiero 26 lat później kobiety mogły tam studiować medycynę! Emmy Noether (1882–1935), genialna matematyczka i fizyczka, została w końcu zatrudniona jako „nieoficjalna profesor nadzwyczajna”, ale bez pensji! Teoria Noether stanowi szkielet całej współczesnej fizyki, to ona stworzyła algebrę abstrakcyjną! Jak to możliwe, że o niej nie wiemy? Albo o Mary Cartwright, twórczyni teorii chaosu? Matematyczce Sofji Wasiljewnej Kowalewskiej?

Czy wiecie, skąd się wzięła skala Apgar? Stworzyła ją Virginia Apgar w 1952 roku. Wcześniej nie oceniano stanu zdrowia noworodków zaraz po urodzeniu, więc nie widziano związku między metodą porodu a stanem dziecka! Metoda amerykańskiej lekarki szybko rozniosła się po świecie i została nazwana od jej nazwiska. To jedna z nielicznych sytuacji, kiedy pomysł kobiety został doceniony i nikt nie próbował go zawłaszczyć. A dzięki komu wiemy, od czego zależy płeć dziecka? Jeszcze na początku XX wieku sądzono, że od czynników zewnętrznych. To Nettie Stevens, genetyczka, w 1905 roku udowodniła, że decydujące są chromosomy, a nie temperatura, siła namiętności czy dieta. Lata minęły, nim inni naukowcy uznali wyniki jej badań. Ona tego nie doczekała, wcześniej zmarła na raka piersi. Odkrycie Stevens często przypisuje się Thomasowi Huntowi Morganowi, który był jej tutorem, co jest o tyle zabawne, że Morgan nie uwierzył w wyniki jej badań i jeszcze długo obstawał przy tym, że płeć zależy od czynników środowiskowych!

Florence Nightingale (1820–1910) znamy jako wspaniałą pielęgniarkę, którą była. Ale kto słyszał o jej pionierskim wkładzie w rozwój medycyny opartej na analizie danych? Prowadziła badania, stworzyła diagram „Róża Nightingale” do graficznego przedstawiania danych. A komu zawdzięczamy in vitro? Anne McLaren, Brytyjka, jako pierwsza powołała do życia mysz z probówki! A wiecie, że chemioterapia ma matkę, a nie ojca? To Jane Wright! Podobnie mutageneza zawdzięcza swoje narodziny kobiecie, Charlotte Auerbach. Nasza kultura lubi spychać sukcesy kobiet w niepamięć, ale przecież my także ją tworzymy i możemy się temu przeciwstawić! Nie wynalazłyśmy nawet mopa? Za to Stephanie Kwolek wynalazła lycrę!

Książka Rachel Swaby pokazuje, że kobiety zmieniały świat, choć było i jest im trudniej. W szkole średniej Yvonne Brill (1924–2013) usłyszała od nauczyciela fizyki, że kobiety nie potrafią wznieść się na wyżyny w żadnej dziedzinie. Potem zajęła się silnikami rakiet kosmicznych, zaprojektowany przez nią elektrotermiczny silnik do dziś jest wykorzystywany do napędzania satelitów.

Poznajmy te kobiety – jeśli nie dla nas samych, to dla naszych córek. Niech wiedzą, że szlaki zostały przetarte – śmiało mogą ruszać w swoją drogę.