1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Zwyczaje wielkanocne w Europie

Zwyczaje wielkanocne w Europie

mat.pras.
mat.pras.
Rozbijanie dzbanów, przebieranie się za czarownice, przygotowywanie wielkiego omletu – co wspólnego mają te czynności? Poznaj listę pięciu zwyczajów wielkanocnych z Europy i przekonaj się, jak osobliwie można przygotowywać się do Wielkanocy.

Gigantyczny omlet – Francja

Mieszkańcy Haux, miasteczka na południu Francji, co roku specyficznie świętują Wielki Poniedziałek. To tego dnia na głównym rynku jest serwowany wielki omlet – przygotowywany z przynajmniej 4 500 jajek. Tradycja sięga wojen napoleońskich – to właśnie wtedy Napoleon wydał rozkaz przygotowania pierwszego gigantycznego omletu, który miał nakarmić jego armię.

Tańczące szkielety – Hiszpania

Wielki Czwartek to w Verges, hiszpańskim miasteczku, tradycyjny dzień „tańca śmierci”. O północy rozpoczyna się pochód upamiętniający drogę krzyżową, podczas którego są odgrywane scenki z ostatnich godzin życia Chrystusa. Mieszkańcy przebierają się za szkielety, a osobliwą procesję zamykają kościotrupy trzymające pudełka wypełnione prochem.

Eksplodujący wózek – Włochy

Mieszkańcy Florencji w niepowtarzalny sposób świętują Niedzielę Wielkanocną. Właśnie w ten dzień ochotnicy ubrani w XV-wieczne kostiumy ciągną przez ulice miasta wózek wypełniony fajerwerkami. Niecodzienny pochód zatrzymuje się pod katedrą Santa Maria del Fiore, a podczas mszy celebrowanej w sławnym kościele arcybiskup Florencji zapala długi lont prowadzący do wózka. Dzięki temu wszyscy mieszkańcy mogą oglądać wyjątkowy pokaz fajerwerków.

Rzucanie garnkami – Grecja

Wielkosobotni poranek na ulicach miasteczek zlokalizowanych na Korfu, malowniczej greckiej wyspie, jest wyjątkowo głośny. To właśnie wtedy mieszkańcy wyrzucają za okna i balkony wszelkiego rodzaju gliniane i ceramiczne wazony i garnki. Podobno właśnie w ten sposób witają wiosnę – robiąc miejsce na nowe garnki, w których będą przechowywane plony zebrane w nadchodzących ciepłych miesiącach.

Czarownice na ulicach miast – Finlandia

Dzieci poprzebierane za czarownice, które chodzą po ulicach miast i proszą o czekoladę, kojarzą się nam z amerykańskim Halloween. Taki sam obrazek można zauważyć w Finlandii, tyle że podczas Wielkanocy. To właśnie wtedy rodzice malują twarze swoich pociech, a do ręki dają im gałązki z poprzyczepianymi do nich piórami i wstążkami. Zadaniem dzieci jest wyproszenie u sąsiadów tak wielu czekoladowych jajek, ile tylko mogą!

Źródło: 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Lupin" wciąż na szczycie. Francuski serial Netflixa bije rekordy popularności

Nowy francuski serial Netflixa inspirowany przygodami Arsene'a Lupina bije rekordy popularności na całym świecie. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Nowy francuski serial Netflixa inspirowany przygodami Arsene'a Lupina bije rekordy popularności na całym świecie. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Inspirowany przygodami legendarnego dżentelmena-włamywacza serial "Lupin" bije rekordy popularności na całym świecie. Francuską produkcję Netflixa obejrzało już kilkadziesiąt milionów osób, co jest najlepszym wynikiem platformy od początku 2021 roku. 

Na początku "Lupin" miał być jedynie współczesną wersją klasycznej opowieści o znanym dżentelmenie-włamywaczu. Tymczasem w mgnieniu oka stał się przebojem i trafił na szczyt listy najchętniej oglądanych produkcji na Netflixie, pozostawiając daleko w tyle megapopularnych "Bridgertonów" oraz niekwestionowany hit ostatnich miesięcy, czyli "Gambit królowej". Tym samym przeszedł do historii jako pierwszy francuski serial, któremu udało się dotrzeć do zestawienia TOP 10. Oprócz tego, w niecały miesiąc od premiery obejrzało go przeszło 70 milionów subskrybentów na całym świecie, co jest najlepszym wynikiem platformy od początku roku.

Wyreżyserowany przez Louisa Leterriera ("Iluzja") i Marceli Said ("Narcos: Meksyk") "Lupin" to składająca się z pięciu odcinków historia zainspirowana powieściami Maurice’a Leblanca o przygodach Arsene'a Lupina, złodzieja ukrywającego swoje prawdziwe "ja" pod maską dżentelmena. Główny bohater serialu, posiadający podwójną tożsamość Assane Diop, w akcie zemsty na zamożnej rodzinie, która skrzywdziła bliską mu osobę, postanawia przeprowadzić serię spektakularnych skoków inspirowanych dokonaniami swojego ulubionego bohatera literackiego. Mężczyzna chce pomścić bowiem swojego ojca, który 25 lat wcześniej popełnił samobójstwo, będąc niesłusznie skazanym za kradzież naszyjnika swoich bogatych szefów. Tym samym Diop chce dać nauczkę francuskim burżujom i przekonać wszystkich do niewinności swojego rodzica.

W tytułową postać w serialu wciela się Omar Sy, którego większość widzów pamięta zapewne z roli w znakomitym komediodramacie "Nietykalni" z 2011 roku. Aktor brawurowo zagrał w nim młodego chłopaka z przedmieścia, który zatrudnia się do pracy jako opiekun przykutego do wózka milionera. Występ otworzył mu drzwi do międzynarodowej kariery oraz zapewnił sympatię widzów na całym świecie. Rok później kreację nagrodzono Cezarem, a sam Sy zaczął dostawać coraz poważniejsze propozycje filmowe. Zagrał m.in. w takich produkcjach, jak: "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie" (2014), "Jurassic World" (2015), "Jutro będziemy szczęśliwi" (2016) czy "Inferno" (2016). Jednak jak sam powiedział w rozmowie z "New York Times", "Lupin" to jego wymarzona rola.

Fot. materiały prasowe Netflixa Fot. materiały prasowe Netflixa

Serial z pewnością spodoba się widzom, którzy podczas seansu lubią wyłapywać różnego rodzaju smaczki. W "Lupinie" nie brakuje bowiem licznych odniesień do innych klasyków popkultury, w tym lubianych przez widzów heist movies, czyli kryminałów z motywem napadu. Wśród nich można wyróżnić chociażby całą serię filmów "Ocean's" oraz hiszpański serial "Dom z papieru". Twórcy garściami czerpali również ze wszystkich produkcji z Sherlockiem Holmesem, który (podobnie jak Assane Diop) w niebywały sposób łączy maniery dżentelmena z bezwzględnymi metodami pracy. Francuska produkcja nawiązuje także do kultowych komiksów, w których występuje motyw podwójnej tożsamości ("Batman", "Superman').

Fot. materiały prasowe Netflix Fot. materiały prasowe Netflix

"Lupin" daje nam również niepowtarzalną możliwość, aby dokładnie przyjrzeć się urokom francuskiej stolicy. Serial dostarcza pozytywnych wrażeń estetycznych, ale też świetnie ilustruje obecną tam sytuację społeczną, która niestety nie napawa optymizmem. Gdy w latach 80. główny bohater opuścił Senegal i przybył z ojcem do Paryża, jego pozycja w społecznej hierarchii nie była zbyt wysoka. Kilkadziesiąt lat później, realia wyglądają niewiele lepiej, i choć Francja jest dziś miejscem wielu kultur, wciąż brakuje tu równości i jedności. Uchodźcy nadal spychani są na margines, a różnice między bogatymi kamienicami w centrum miasta, a mrocznymi blokowiskami dzielnic imigranckich pozostawiają wiele miejsca do refleksji. Być może "Lupin" odmieni tę smutną rzeczywistość?

Dla wszystkich widzów czekających na nowe odcinki, mamy dobre wieści. Według nieoficjalnych doniesień serwisu Bustle, drugi sezon przygód Assane'a Diopa może pojawić się już w kwietniu 2021 roku. Z niecierpliwością czekamy na potwierdzenie tej informacji przez platformę Netflix.

  1. Styl Życia

Champs-Élysées jako miejski ogród? Oto jak zmieni się najpopularniejsza ulica Paryża

fot. PCA Stream
fot. PCA Stream
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jedna z najbardziej rozpoznawalnych ulic Paryża, Champs-Élysées zostanie niebawem zamieniona... w miejski ogród. Burmistrz Paryża zapowiedziała, że gruntowna metamorfoza Pól Elizejskich zostanie przeprowadzona i zakończy się wraz z rozpoczęciem Igrzysk Olimpijskich mających odbyć się w 2024 roku.

Champs-Élysées od zawsze budzi podziw nie tylko odwiedzających Francję turystów, ale również malarzy czy piosenkarzy (przypomnieć warto chociażby kultową piosenkę Joe Dassin). Do 2024 roku zmieni się w jeszcze piękniejsze miejsce, bowiem rządząca od kilku lat burmistrz Paryża, Anne Hidalgo zapowiedziała, że słynne Pola Elizejskie staną się piękną, zieloną strefą.

fot. PCA Stream fot. PCA Stream

W planach miasta na zagospodarowanie słynną paryską ulicą znalazły się m.in. postanowienia o ograniczeniu miejsca na ruch drogowy, przekształceniu drogi w chodnik oraz znacznym zazielenieniu. Na Champs-Élysées pojawi się nowa roślinność, w tym wiele drzew, które stworzą tunel wpływający na poprawę jakości powietrza w mieście.

fot. PCA Stream fot. PCA Stream

"Zmodyfikowany żywy ekosystem Champs-Élysées zadziała jako oczyszczacz powietrza, pochłaniając CO2, minimalizując pylenie, zwiększając ilość wody deszczowej. Chłodzenie powietrza, zwiększenie ilości cienia i przywrócenie przyrody jako siedliska różnych gatunków w celu zwiększenia różnorodności biologicznej w miastach to nasze podstawowe założenia" - mówią projektodawcy.

fot. PCA Stream fot. PCA Stream

Symbol Paryża jakim są Pola Elizejskie ma stać się miejscem jeszcze bardziej zachęcającym do odwiedzenia i spacerów. Za zalesienie i zazielenienie paryskiej ulicy odpowiedzialny będzie architekt Philippe Chiambaretta i jego studio PCA-STREAM, który podkreślił, że Champs-Élysées tracą swój dotychczasowy blask i potrzebują nowego, świeżego spojrzenia.

Burmistrz Paryża przyznała również, że w planach jest zazielenienie nie tylko okolic Pól Elizejskich, ale również rewitalizacja okolic Wieży Eiffla, które w przyszłości także mają zmienić się w zielony, miejski ogród.

[embed]https://vimeo.com/497935184[/embed]

 

 

  1. Kuchnia

Soczewica – obowiązkowe danie sylwestrowe we Włoszech

Fot. iStock
Fot. iStock
W Italii to już jest tradycja: Włosi wchodzą w Nowy Rok z brzuchami napełnionymi soczewicą. Symbolizuje ona dostatek i szczęście materialne.   

Wiele źródeł, wyjaśniających, dlaczego je się soczewicę w Sylwestra, podaje podobną historię: zwyczaj wywodzi się od Rzymian, dla których była ona symbolem bogactwa. Jej soczewkowaty kształt, podobny do monety, miał przynosić dobrobyt. Zwyczajowo wkładano garść soczewicy do sakiewki, w której zwykle trzymano pieniądze pod koniec roku na znak szczęścia.

Z drugiej strony jednak, według Rzymian, soczewica, choć uważali ją za bardzo pożywną, była przeznaczona dla niższych klas populacji. Z tego powodu niektórzy badacze twierdzą, że zwyczaj ten jest jednak późniejszy i związany w szczególności z rozmiarem ziaren soczewicy: przy tej samej wadze było ich znacznie więcej niż w przypadku innych roślin strączkowych, dlatego zjadanie ich w pierwszy dzień roku miało pozwolić rodzinie zarobić taką samą liczbę monet.

Niezależnie od tego, czy zwyczaj wywodzi się od Rzymian (a tak się jednak powszechnie przyjmuje), czy ma swoje korzenie w późniejszych czasach, Włosi niezmiennie go kultywują i raczą się obficie soczewicą w Sylwestra oraz w Nowy Rok.

Duszona/ gotowana soczewica jest przez większość Włochów serwowana z wieprzową kiełbasą na ciepło (fot. iStock) Duszona/ gotowana soczewica jest przez większość Włochów serwowana z wieprzową kiełbasą na ciepło (fot. iStock)

 

Tradycyjnie spożywa się soczewicę z nogą wieprzową - dużą kiełbasą gotowaną i pokrojoną (zampone albo cotechino). Może jednak być podawana solo (tym bardziej, że ten rodzaj mięsa nie zawsze będzie u nas łatwo dostępny).

Proponuję więc prosty przepis, stosowany przez wielu Włochów:

  • 300 g soczewicy brązowej lub zielonej
  • 3 łyżki oliwy
  • ząbek czosnku
  • pół ostrej papryczki
  • gałązka rozmarynu lub kilka liści szałwi
  • koncentrat pomidorowy
  • sól do smaku
Wypłucz soczewicę pod bieżącą wodą, aby usunąć kurz i zanieczyszczenia. Jeśli to konieczne, pozwól jej moczyć się przez kilka godzin (zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu) i odcedź.

Podgrzej w garnku trzy łyżki oliwy razem z ząbkiem obranego czosnku i połową papryczki ostrej (można je posiekać, co sprawi, że danie będzie nieco ostrzejsze). Soczewicę włóż do garnka z gałązką rozmarynu (albo liśćmi szałwii) i zalej dużą ilością wody (aż się przykryje). Gotuj przez ok. dwadzieścia minut. Następnie dodaj koncentrat pomidorowy rozpuszczony w szklance gorącej wody, dopraw solą.

Kontynuuj gotowanie przez około dziesięć minut, od czasu do czasu mieszając, aż woda zostanie prawie całkowicie wchłonięta.

Sprawdź czy soczewica jest dogotowana (różne ziarna mogą różnić się czasem gotowania).

Warto zaznaczyć, że istnieje wiele odmian przepisu na duszoną soczewicę, na przykład zamiast smażonego czosnku i rozmarynu można użyć „soffritto”, czyli cebulę, marchewkę i seler drobno pokrojone. Koncentrat można zastąpić szklanką sosu pomidorowego lub 3 - 4 dojrzałymi pomidorami, obranymi i pokrojonymi w kostkę.

  1. Styl Życia

Flamenco ma się we krwi

Emila chętnie tańczy z mantonem, dużą haftowaną chustą. Ta odmiana flamenco wymaga elegancji i gracji. (Fot. Julia Zabrodzka)
Emila chętnie tańczy z mantonem, dużą haftowaną chustą. Ta odmiana flamenco wymaga elegancji i gracji. (Fot. Julia Zabrodzka)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Przyjechała do Sewilli uczyć się flamenco najbardziej hiszpańskiego z tańców, podobnie jak Polka Emilia, Greczynka Georgia i dziesiątki innych cudzoziemek. Czy udało im się spełnić marzenia? 

Z fotografii spogląda starsza pani o wyrazistych rysach i dobrotliwym uśmiechu. To René, w połowie Peruwianka, w połowie hiszpańska Cyganka. Jej ojciec pochodził z Kadyksu, dzieciństwo spędziła w Andaluzji. Kiedy miała prawie 18 lat, poznała Peruwiańczyka, z którym wyjechała do Ameryki Południowej. Rodzina nigdy nie przebolała straty córki, a René – tego, że bliscy nie zaakceptowali jej wyboru. Odcięła się od wszystkiego, co zostawiła w andaluzyjskim domu. Z jednym wyjątkiem – zabrała ze sobą muzykę.

Zdjęcie pokazuje mi jej wnuczka Tatiana. – Babcia miała ogromny dom i swoje przyzwyczajenia. Od rana słuchała flamenco. Jadłyśmy śniadanie, a ona włączała na cały regulator Paco de Lucíę. Czasem śpiewała – wspomina, gdy spotykamy się w peruwiańskiej restauracji w Sewilli. – Miała dziesięcioro wnucząt i lubiła pokazywać nam swój świat. Czasami zabierała nas do teatru. Na przedstawieniach wszyscy zasypiali, tylko ja oglądałam z otwartą buzią. Po spektaklu brała mnie za rękę i szłyśmy we dwie za kulisy przywitać się z jej znajomymi śpiewaczkami. Tak zaczęła się moja miłość do tańca i spektaklu – opowiada nad koktajlem pisco sour.

(Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Fot. Julia Zabrodzka) (Flamenco jest dla mnie jak język obcy. Nigdy nie pozbędę się akcentu, ale najważniejsze, bym miała coś do powiedzenia – przekonuje pochodząca z Peru Tatiana. Fot. Julia Zabrodzka)

Być może to babcia sprawiła, że jako 18-latka Tatiana miała jedno marzenie: podróż do Andaluzji. Rodzice spełnili je w ramach urodzinowego prezentu. – Pamiętam, że wysłałam mamie zdjęcie z Sewilli, z ulicy Rocío w Trianie. „Popatrz, twoja ulica” – żartowałam, bo nazywa się Rocío. Napisałam też, że czuję, jakbym wróciła w miejsce, które dobrze znam – dodaje całkiem poważnie. Był rok 1993. – Znajomy, trochę mistyk, powiedział mi potem, że w poprzednim życiu mieszkałam w Sewilli i nie dziwi go, że chcę tam wrócić.

(Miłość do flamenco rozbudziła w Tatianie babcia. Fot. Julia Zabrodzka) (Miłość do flamenco rozbudziła w Tatianie babcia. Fot. Julia Zabrodzka)

Nie stało się to jednak od razu. Tatiana na dobre przyjechała tu dopiero w 2011 r., już jako dojrzała bailaora, ale także jako poobijana życiem kobieta. – Byłam w trakcie rozwodu. Taniec stał się formą ucieczki, terapii – wspomina. Tak dołączyła do zastępów cudzoziemek, które w stolicy Andaluzji szukają swojego miejsca w życiu i na scenie flamenco.

Do źródeł flamenco

Emilię Hiszpania wzywała drobnymi znakami. Pierwszy łatwo było przeoczyć. Kaseta wideo z tancerką w czerwonej sukni (komunijny prezent), piękny Hiszpan na obozie tanecznym, wreszcie lekcje flamenco, które dziwnie wciągały. Potem były studia na iberystyce, pierwsza podróż autostopem do Andaluzji, zwiedzanie La Manchy, droga do Santiago de Compostela, wreszcie stypendium w Grenadzie. Wszystko zdawało się ciążyć ku Hiszpanii, ale Emilia wybrała rodzinny Wrocław. Dziesięć lat temu wydawało się, że ma ułożone życie: wykładała na filologii hiszpańskiej, nieźle zarabiała, uczyła tańczyć, występowała. Mogła pozwolić sobie na regularne wyjazdy. Ale to nie wystarczyło. – Ciągnęło mnie strasznie. Pewnego dnia – pamiętam, że była ósma rano, stałam na światłach w drodze na zjazd studentów zaocznych – podjęłam decyzję: w przyszłym roku wyjeżdżam. Wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, zawsze będę żałować. Tego samego dnia poszłam do szefa. W 2011 r. przyjechałam do Sewilli.

Aby kroki flamenco wybrzmiały we właściwym rytmie, potrzeba wielu godzin ćwiczeń przed lustrem i z metronomem. Fot. Julia Zabrodzka Aby kroki flamenco wybrzmiały we właściwym rytmie, potrzeba wielu godzin ćwiczeń przed lustrem i z metronomem. Fot. Julia Zabrodzka

Georgia zaczęła najpóźniej, miała 21 lat. Nic nie wskazywało, że flamenco wywróci jej życie do góry nogami. – Interesowało mnie raczej malarstwo, grafika. Ale chciałam coś zrobić z ciałem i poszłam do akademii tańca w dzielnicy – wzrusza ramionami. – Zawsze myślałam, że aby naprawdę tańczyć, trzeba zacząć w wieku trzech lat. Zapisałam się na zajęcia i nagle odkryłam, że we flamenco jest inaczej. Zobaczyłam różne kobiety: grube i chude, starsze i młodsze.

Zakochiwała się powoli, ale po trzech latach miała już pewność. W 2010 r. wylądowała w Hiszpanii. – Pierwszy raz wyprowadziłam się z domu, od mamy. Miałam rozwinąć skrzydła, ale nie znałam języka ani ludzi. Było bardzo ciężko. Koledzy i koleżanki ze szkoły tańca, niemal sami obcokrajowcy, byli lepsi niż moja nauczycielka z Aten. Po trzech miesiącach napisałam jej, że nie mam siły, jestem wyczerpana – wspomina. Nie pomogła zmiana szkoły i miasta ani związek, który okazał się porażką. – Po roku wróciłam do Grecji z depresją. Poniosłam totalną klęskę: w tańcu, w miłości. Myślę, że wszyscy cudzoziemcy przez to przechodzą. Próbujemy zaistnieć w czymś, co nie przynależy do naszej kultury – wyjaśnia. Po trzech latach Georgia podjęła kolejną próbę. W 2015 r. trafiła do Sewilli. – Przyjechałam i zostałam na dłużej. Bo to jest źródło.

(Georgia od dwóch lat zarabia, tańcząc flamenco na ulicach Sewilli. Fot. Julia Zabrodzka) (Georgia od dwóch lat zarabia, tańcząc flamenco na ulicach Sewilli. Fot. Julia Zabrodzka)

Ja tańczę flamenco!

Sewilla przyciąga przede wszystkim najlepszymi szkołami tańca. W najsłynniejszej, Fundacji Cristiny Heeren, zajęcia trwają cały dzień. Rano kilka godzin tańca, wieczorem teoria. – Przez pierwsze dwa tygodnie tak dostawałam w kość, że po zajęciach byłam w stanie tylko spać – wspomina Emilia. Do tego dochodzą ćwiczenia w studiu. – Ludziom trudno zrozumieć, że można zamknąć się w czterech ścianach, włączyć metronom i godzinami ćwiczyć. Ale ponoć te samotne godziny spędzone z lustrem i miarowymi uderzeniami mechanizmu są najważniejsze. Trzeba „oczyścić stopy”, jak mówi Georgia, by tupanie wybrzmiało we właściwym rytmie i czasie. Trzeba przyswoić poznany na lekcjach materiał, wybrać to, co ci odpowiada, znaleźć swój styl.

Momentem próby jest pierwszy występ na scenie. Georgia dostała swoją szansę dość szybko, po trzech miesiącach – w jednym z lokali, w których obcokrajowcy tańczą, by się sprawdzić. W Sewilli jest ich kilka, co jakiś czas jedne się zamykają, wkrótce powstają nowe. Spektakle to część nauki. – Nie masz jak dostać informacji zwrotnej, jeśli nie pokażesz się publiczności – tłumaczy Tatiana. – Ten pierwszy występ to zawsze walka ze wstydem, niepewnością, brakiem wiary w siebie. Doświadczenie, którego wszyscy potrzebujemy. A ponieważ miejscowi zdają sobie z tego sprawę, wiele osób to wykorzystuje – wyjaśnia. Bo, jak dodaje, na takich występach artyści zwykle niemal nic nie zarabiają.

(Georgia długo występowała tylko z gitarzystą. Dziś zwykle tańczy także z akompaniamentem cajonu (skrzyni perkusyjnej) i śpiewaka, często na zmianę z inną tancerką. To już prawdziwy uliczny spektakl całego zespołu. Fot. Julia Zabrodzka) (Georgia długo występowała tylko z gitarzystą. Dziś zwykle tańczy także z akompaniamentem cajonu (skrzyni perkusyjnej) i śpiewaka, często na zmianę z inną tancerką. To już prawdziwy uliczny spektakl całego zespołu. Fot. Julia Zabrodzka)

Emilia też szybko dostała propozycję pracy w jednym z tych efemerycznych barów. – Pamiętam, że za pierwszym razem pijany facet wlazł mi na scenę. Ale miałam już za sobą dziesięć lat tańczenia na bankietach w Polsce, więc byłam otrzaskana – wspomina, a ja nie mam wątpliwości, że Emilii nic nie może przestraszyć. – Byłam taka dumna: tańczę w Sewilli! Medal powinnam dostać, nikt mnie nie wygwizdał, przeżyłam – śmieje się, chociaż sytuacja nie była wcale zabawna. Gaża tancerki często zależała od sprzedaży biletów, a ta od liczby rozwieszonych przez nią plakatów. – Ileż razy oplakatowałam całą Trianę i Santa Cruz! Z setkę plakatów trzeba było wydrukować i rozkleić przed koncertem – opowiada. A plakaty to nie koniec. Tancerka opłacała studio, w którym odbywają się próby, a także muzyków. Czasem brali po 30 euro, a w kasie z biletów było ledwie 50. Po całej operacji z plakatami i promocją jako tancerka była stratna. Ale to jej najbardziej zależało na występie, więc przełykała gorzką pigułkę.

Milion wspaniałych tancerek flamenco

Większość tancerek przed przyjazdem do Sewilli długo oszczędza. Przy intensywnej nauce i darmowych występach nie mają czasu ani siły na poważną pracę. Budżet lepiej łatać, ucząc tańca na wakacyjnych kursach u siebie w kraju albo łapiąc się drobnych fuch. Emilia spędziła tak pierwsze dwa lata, dodatkowo pisząc jeszcze doktorat o historii flamenco. Rano taniec, po południu biblioteka. Ciągle cieszyła się z każdego występu, ale z czasem entuzjazm opadł. Nauka wysysała z niej energię. – Codziennie ktoś cię ocenia, codziennie mówi: „źle”. To było frustrujące. Zrealizowałam swoje marzenia i ciągle słyszałam: „Źle, nie nadajesz się” – wspomina. – A ja poświęciłam pracę i dotychczasowe życie, żeby tu być. Kupiłabym sobie małe mieszkanko we Wrocławiu za pieniądze, które przetańczyłam w Sewilli.

Po czwartym roku dopadły ją wątpliwości. – Zaczęłam myśleć, że skończę czterdziestkę i dalej będę chodzić do brzydkiego studia w dresie, dzielić mieszkanie z obcymi ludźmi i występować za grosze – opowiada. – Zastanawiałam się, po co tu jestem. W Sewilli jest przecież milion wspaniałych tancerek. Kilka prowadzi swoje szkoły, większość jakieś zajęcia, godzinkę tu, godzinkę tam, ale mam wrażenie, że cienko przędą. Chciałam być artystką niezależną, a wiedziałam, że nigdy taką nie będę, tańcząc w barach za 20 euro – opowiada. Buty odwiesiła na kołek.

(Fot. Julia Zabrodzka) (Fot. Julia Zabrodzka)

Georgii też kończyły się oszczędności. Postanowiła, że będzie utrzymywać się z tańca – a skoro nie może w barach, to spróbuje na ulicy. – Zarabiam tak od ponad dwóch lat. Ile osób przyjdzie na mój występ w tablao? Pięcioro znajomych i kilku turystów? A przez dwie godziny występu na ulicy przewija się niezły tłum – przekonuje. Ma to jednak swoją cenę. Gdy obserwuję Georgię tańczącą na Plaza de España, co chwila ktoś wyciąga telefon, robi zdjęcie, nagrywa filmik. – Cóż, nie bardzo mi się to podoba – przyznaje tancerka. – Tańcząc, staram się coś wyrazić, a nagle widzę telefon. Nie oczy, które patrzą, które coś czują, tylko telefon. To zrywa porozumienie między tancerką a odbiorcą. Na scenie jest inaczej, tam ludzie przychodzą, by cię zobaczyć. Tu są przypadkowi przechodnie, hałas, nie ma porządnej podłogi. Ale to dobre ćwiczenie – kończy. Podobną drogę mniej lub bardziej świadomie wybiera wielu przyjezdnych. W Sewilli powstało nawet nieformalne stowarzyszenie ulicznych tancerzy. Choć występy są nielegalne, mają swój grafik, wewnętrzne zasady i godziny pracy. To rozwiązane tymczasowe, ale jednak ciągle flamenco.

(We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Fot. Julia Zabrodzka) (We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Fot. Julia Zabrodzka)

We flamenco trzeba mieć coś do powiedzenia

Dziś flamenco nie ma już stricte hiszpańskiego charakteru. Do Sewilli przyjeżdżają muzycy i tancerze z całego świata. – W szkole, do której chodziłam, byli prawie sami cudzoziemcy. Mnóstwo Japończyków, którzy mają obsesję na punkcie flamenco. A Hiszpanów garstka – wspomina Georgia. – Ale turyści w tablaos chcą oglądać Hiszpanów. Latynosom jest łatwiej z ich hiszpańskobrzmiącymi nazwiskami. A mojego nikt nie jest w stanie wymówić – wzdycha. Głębszy problem leży jednak według niej gdzie indziej. – Różnica między Cyganami a nie-Cyganami, flamencos puros a cudzoziemcami, istnieje. We flamenco potrzeba połączenia dumy i uczucia. Gdy widzisz tańczącą Cygankę, wiesz, że duma jest prawdziwa, ona ma do niej prawo. Bo to jej taniec, kultura. Myślę, że my czasem mylimy dumę z próżnością, to ona przez nas przemawia. Chcę wyglądać jak flamenca, ale nią nie jestem. Widziałam to w sobie: wychodzę z podniesioną głową, ale w głębi duszy się boję.

(Fot. Julia Zabrodzka) (Fot. Julia Zabrodzka)

– Dla niektórych ludzi flamenco to forma wyrazu, która nie przynależy do konkretnej grupy czy regionu – twierdzi Emilia. – Ale zdarza się, że nauczyciele są służbowo uśmiechnięci, bo obcokrajowcy im płacą, a potem celowo źle uczą, by uczeń nie przerósł mistrza. Bywa różnie, ale na koniec dnia wszyscy jesteśmy dla nich güiris, obcy.

– Niektórzy twierdzą, że jak nie jesteś Cyganem, nie możesz tańczyć flamenco. Moim zdaniem to myślenie zaściankowe – oburza się Tatiana. – To obcokrajowcy utrzymują tę sztukę przy życiu, dają jej energię. Flamenco jest jak język, dla mnie – język obcy. Jeśli się go nauczysz, możesz mówić, co ci się podoba. Jasne, masz akcent i nigdy się go nie pozbędziesz. Ale to nie sprawia, że ludzie nie mogą cię zrozumieć. Ważne, byś miała coś do powiedzenia – przekonuje. Sama nadal wypowiada się za pomocą tańca, choć już nie w Sewilli. Nie była w stanie utrzymać się tu na własnych warunkach. Po trzech latach wyjechała do Francji. Prowadzi szkołę tańca, występuje na festiwalach, pracuje jako terapeutka. I wraca, kiedy tylko może. – Oczywiście, że tęsknię. Lata w Sewilli to był najszczęśliwszy czas w moim życiu – wyznaje.

Gitarzysta Oscar Guzmán akompaniuje Tatianie podczas próby przed spektaklem w wynajętym na kilka godzin. (Fot. Julia Zabrodzka) Gitarzysta Oscar Guzmán akompaniuje Tatianie podczas próby przed spektaklem w wynajętym na kilka godzin. (Fot. Julia Zabrodzka)

Emilia nie chciała wyjeżdżać i tęsknić. – Postanowiłam zdobyć porządną pracę. Zostać nauczycielką – opowiada. Łatwo powiedzieć! W Hiszpanii to posada, o którą biją się wszyscy: dobrze płatna, stabilna, pozostawiająca dużo czasu wolnego. By ją zdobyć, trzeba zdać państwowe egzaminy. Emilia usiadła do książek i siedziała nad nimi kilkanaście miesięcy. Ale dopięła swego. Od ponad roku uczy hiszpańskiego – Hiszpanów, w sewilskiej szkole. Ostatnio nawet wróciła do tańca. Znów chce jej się występować, ćwiczyć w studio. Wygląda na to, że do flamenco trzeba oczyścić nie tylko stopy, ale i głowę.

 

 

  1. Styl Życia

Camargue - harmonia pomiędzy przyrodą a człowiekiem

Młody kowboj przepędza grupę koni, aby sprowadzić je z powrotem na ranczo. (Fot. iStock)
Młody kowboj przepędza grupę koni, aby sprowadzić je z powrotem na ranczo. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Opowieść o Camargue to historia o tym, że harmonia pomiędzy przyrodą a człowiekiem jest nadal możliwa. Może trwać jak tradycja - żywa mimo mijających wieków. Wszystko to dzięki izolacji, jaką zapewnia ludziom, koniom i bykom pełna rozlewisk i bagien delta Rodanu. 

Stado białych koni pędzi szalonym galopem przez podmokłe łąki. Jasne grzywy rozwiewają się, a błoto lecące spod kopyt zostawia ciemne plamki na siwej sierści. I jakby piękna w tym obrazku było za mało, przed rumakami uciekają spłoszone flamingi, machając różowymi skrzydłami. Uroda natury wokół oszałamia, tak właśnie jest w Camargue, jednym z najdzikszych zakątków Europy. Leży na południu Francji, w ogromnej delcie Rodanu (930 km kw.!). Zanim ta potężna rzeka znajdzie ujście w Morzu Śródziemnym, rozlewa się, tworząc bagna, mokradła, jeziora i podmokłe łąki, poprzecinane splątanymi nitkami starorzeczy.

Różowy kolor saliny zawdzięczają słonolubnym mikroalgom. Im bardziej zasolona woda, tym kolor różu intensywniejszy. (Fot. Anna Janowska) Różowy kolor saliny zawdzięczają słonolubnym mikroalgom. Im bardziej zasolona woda, tym kolor różu intensywniejszy. (Fot. Anna Janowska)

Potężna góra soli w salinach w Aigues-Mortes, miejscowości, której nazwa znaczy Martwe Wody. (Fot. Anna Janowska) Potężna góra soli w salinach w Aigues-Mortes, miejscowości, której nazwa znaczy Martwe Wody. (Fot. Anna Janowska)

Człowiek znalazł na te nieprzychylne warunki sposób – na podmokłych ziemiach zaczął uprawiać ryż, a z morskiej wody produkuje sól. Niedostępność i izolacja przysłużyły się też koniom z Camargue – to jedna z nielicznych europejskich ras, która od tysięcy lat zachowała niezmienione cechy. Koniki nie są duże, bo ciężkie zwierzęta nie poradziłyby sobie na rozlewiskach, ale za to dzielne i niesamowicie wytrwałe, a ich kopyta świetnie przystosowały się do wiecznej wilgoci. Zwykło się mówić, że to ostatnie dzikie konie Europy. Choć to nie do końca prawda. Bo konie z Camargue są półdzikie. Większość życia spędzają na wolności, rodząc się i umierając wśród bagien, jednak każdy z nich ma właściciela.

Kopyta koni z Camargue przez wieki przyzwyczaiły się do błota i wilgoci, dzięki czemu zwierzęta te są idealnie przystosowane do niełatwego życia na rozlewiskach. (Fot. Anna Janowska) Kopyta koni z Camargue przez wieki przyzwyczaiły się do błota i wilgoci, dzięki czemu zwierzęta te są idealnie przystosowane do niełatwego życia na rozlewiskach. (Fot. Anna Janowska)

Najwięcej źrebaków przychodzi na świat właśnie teraz, w maju i w czerwcu. Maluchy są ciemnobrązowe i tylko kilka bielutkich rzęs zdradza, że za cztery, pięć lat ich sierść zmieni kolor i stanie się białosiwa. Gdy źrebaki mają rok, właściciel stada wypala im na zadzie swój znak. I znów puszcza wolno, na pastwiska wśród bagien, zwane manade. Klacze często spędzają na wolności całe życie, a ogiery uczy się chodzić pod siodłem. Doglądają ich kowboje, czyli gardians. Kiedyś byli nimi tylko mężczyźni, dziś jest coraz więcej kowbojek. Potrafią nie tylko spędzić na koniu cały dzień, ale też manewrować zwierzęciem tak, jakby były z nim w symbiozie. Popisy ujeżdżania w wykonaniu gardians uświetniają niemal każde święto w regionie. Te najważniejsze odbywają się na arenie monumentalnego, pochodzącego z czasów rzymskich (z 90 roku naszej ery!) amfiteatru w Arles – miasta nazywanego stolicą Camargue. Tradycja ujeżdżania jest tu powszechną umiejętnością i nawet dzieciaki, które na konia trzeba wsadzić, bo same jeszcze nie dosięgają do strzemion, potrafią zagonić stado do zagrody, zagrać w pełnego nawrotów i nagłych skrętów „końskiego berka” czy dogonić rozbrykanego byczka.

Typowa prowansalska uliczka w Arles, mieście van Gogha. (Fot. Anna Janowska) Typowa prowansalska uliczka w Arles, mieście van Gogha. (Fot. Anna Janowska)

Kobiety, o ile nie uczestniczą w zawodach, zakładają z okazji świąt tradycyjne jedwabne suknie do ziemi, na ramiona zarzucają cieniutką, ręcznie haftowaną chustę, a na głowie upinają przypominający koronę czepiec. Co trzy lata mieszkanki Arles i okolic biorą udział w konkursie na Królową (Reine d’Arles), której głównym atutem jest nie tyle uroda, ile znajomość języka prowansalskiego i lokalnych tradycji oraz umiejętność jazdy konno.

Tradycyjne stroje i białe konie to obowiązkowy element każdego święta w Camargue. (Fot. Anna Janowska) Tradycyjne stroje i białe konie to obowiązkowy element każdego święta w Camargue. (Fot. Anna Janowska)

Kowboj z Camargue i obecna Królowa Arles. (Fot. Anna Janowska) Kowboj z Camargue i obecna Królowa Arles. (Fot. Anna Janowska)

Gardians poza stadami białych koni doglądają też czarnych jak smoła byków Raço di Biòu, których żyje tu ponad 12 tys. O tej rasie rodem z Camargue wspominały już kroniki w starożytnym Rzymie. Na rozlewiskach wszyscy wiedzą, że do byka, który waży dobre 400 kilogramów, rogi ma potężne i ostre, a w krwi zapisaną waleczność, lepiej nie podchodzić pieszo. Bo gdy byk widzi człowieka idącego na własnych nogach, od razu pochyla głowę i rusza do ataku. Ale gdy ten sam człowiek jedzie na białym koniu, to już zupełnie co innego. W końcu i koń, i byk są stąd. Tym sposobem gardians mogą przegnać stado najgroźniejszych zwierząt z jednego pastwiska na drugie lub oddzielić od stada najsłabsze sztuki, z których – nie ukrywajmy – będzie mięso na kiełbasę i gulasz. A byki najbardziej waleczne zapiszą się w historii, zdobywając sławę na arenach. I nie ma co odwracać głowy, bo nawet walka z bykiem ma w Camargue wymiar zgodny z naturą. Zwierzęciu nie wbija się w kark ostrzy ani go nie zabija, tylko… wiąże mu się kokardki na rogach. A dokładniej przyczepia czerwoną na czole i po białej na każdym rogu, oplecionym dodatkowo zwojami nici. Fanty mają wartość – najcenniejsze są te na porożu, bo je najtrudniej zerwać. Ubrani na biało piechurzy, nazywani raseteur (słowo pochodzi od przypominającego skrzyżowanie grzebienia z maszynką do golenia przyrządu, który trzymają w dłoni), mają podejść, a raczej podbiec do byka i zerwać mu z rogów kokardy i nitki. I byk, i „matadorzy” szkolą się do udziału w zawodach course camarguaise przez lata. Chłopcy zaczynają jako wyrostki w szkole sportowej (bo to tutaj sport jak każdy inny), a byk jako wyrośnięty cielak, gdy końce niewielkich jeszcze rogów ma zaklejone ochronną taśmą.

W tradycyjnych zawodach zwanych course camarguaise nie chodzi o to, by złapać byka za rogi, ale by zerwać zawiązaną na nim kokardę. Zmagania człowieka ze zwierzęciem można oglądać na arenach Camargue przez całe lato. (Fot. Anna Janowska) W tradycyjnych zawodach zwanych course camarguaise nie chodzi o to, by złapać byka za rogi, ale by zerwać zawiązaną na nim kokardę. Zmagania człowieka ze zwierzęciem można oglądać na arenach Camargue przez całe lato. (Fot. Anna Janowska)

Jak opowiada mi Guillaume Linsolas, uznany gardian i hodowca z Manade des Baumelles, niektóre byki mają szczególną smykałkę do walki – szybko uczą się sprytnych sposobów na przechytrzenie człowieka. Takie zwierzęta zachodzą daleko. Jak byk Garlan, który dorobił się strony w Wikipedii i pomnika przed areną w Saintes-Maries-de-la-Mer. Zasłynął tym, że potrafił robić niespodziewane uniki w pełnym pędzie. Co więcej, nie zaczynał skrętu tak, jak mają to w zwyczaju inne byki, czyli od przekręcenia głowy, ale od fikuśnego manewru nogami. Dzięki temu aż trzy razy wygrał najważniejsze zawody Cocarde d’Or, nie dając sobie zerwać ani jednej kokardy z rogów. Bo zawody w Nîmes może wygrać też byk, nie tylko człowiek. Dziś Garlan na emeryturze pasie się w stadzie innych walecznych zwierząt. Legendy mają prawo do spokojnej starości, a po śmierci są chowane w grobie, z głową skierowana w kierunku morza i dalekiej Andaluzji, skąd najprawdopodobniej przybyli tu ich przodkowie.

Brama słynnej areny w Saintes-Maries-de-la-Mer. (Fot. Anna Janowska) Brama słynnej areny w Saintes-Maries-de-la-Mer. (Fot. Anna Janowska)

Plecami do wiatru stoją za to maleńkie domki o bielonych ścianach i dachach krytych trzciną, w których kiedyś mieszkali gardians. Drzwi mają zawsze od zawietrznej. Dziś można w takim domku – w wersji luksusowej i z łazienką – zamieszkać w Auberge Cavalière. Widać z nich niewielką rzeczkę, za którą na manade pasą się białe konie. Ich rżenie to pierwszy dźwięk, jaki słychać po przebudzeniu. Są oswojone, przyzwyczajone do siodła, więc nawet początkujący mogą – noga za nogą – ruszyć na ich grzbiecie przez rozlewiska.

Elegancka wersja tradycyjnych domków kowboi z Camargue, czyli czterogwiazdkowa Auberge Cavalière. (Fot. Anna Janowska) Elegancka wersja tradycyjnych domków kowboi z Camargue, czyli czterogwiazdkowa Auberge Cavalière. (Fot. Anna Janowska)

Jak mawia tutejsze porzekadło, by odkryć Camargue, potrzeba oczu, serca i białego konia.