1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Minimalizm - modny trend czy pomysł na lepsze życie?

Minimalizm - modny trend czy pomysł na lepsze życie?

Minimalizm to trend zdawałoby się zupełnie nieprzystający do czasów konsumpcji i komercji. A jednak żyjemy przytłoczeni nadmiarem rzeczy, pomysłów, umów, ofert. (Fot. iStock)
Minimalizm to trend zdawałoby się zupełnie nieprzystający do czasów konsumpcji i komercji. A jednak żyjemy przytłoczeni nadmiarem rzeczy, pomysłów, umów, ofert. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Musi istnieć coś pomiędzy mieszkaniem w beczce a w Bizancjum. Jakaś przeciwwaga dla konsumpcjonizmu, nadmiernego gromadzenia dóbr, tego szaleństwa naszych czasów. Tylko jak chcieć mniej? W tym miesiącu Katarzyna Droga testuje minimalizm, by sprawdzić, czy to kolejny modny trend, czy pomysł na lepsze życie.

Minimalizm w życiu. Trend zdawałoby się zupełnie nieprzystający do czasów konsumpcji i komercji. A jednak. Jest jakaś racja w tym, że żyjemy przytłoczeni nadmiarem rzeczy, pomysłów, umów, ofert. Gdyby tak pozbyć się tego, co zbędne, przejrzeć wszystko – od mieszkania po relacje? Usunąć te elementy, które nie tylko zajmują przestrzeń, ale też hamują nasze działania. Minimalizm nie jako asceza, lecz jako pomysł na lepsze życie. No to jak odmówić kolejnej znakomitej ofercie kolejnego świetnego banku albo superoperatora. Jak sprawdzić, czy „mniej może znaczyć więcej” jak pisała Dominique Loreau, minimalistka, która czerpała mądrość z kultury japońskiej. Przyjaciółka mojej babci, pani Kazia, mówiła to samo prościej: „co masz wyrzucić jutro, wyrzuć dziś…”, ale Kazia, wzorowa gospodyni, miała na myśli stan spiżarni, podejrzany serek i podpleśniałe piętki chleba. Nie wiem, czy zgodziłaby się z minimalistami, bo chciwie gromadziła wiele przedmiotów, a jej kultowym sprzętem na strychu był kufer pełen staroci. Ja takiego kufra nie mam, ale jestem świeżo po przeprowadzce i sprawdziłam na własnej skórze: to fakt, że natłok rzeczy i spraw odsuwa w dal to, co prawdziwe. Gonitwa za posiadaniem i pośpiech przekładają się na stres, zmęczenie, strach o utratę dóbr. Koniec z tym!

Można uprościć sobie życie? Można. Przyda się jednak jakiś plan. Na przykład ten zaczerpnięty z warsztatów „Proste życie” psychologa Wojciecha Eichelbergera. Zgodnie z dzisiejszą wiedzą na temat działania mózgu, 21 dni wystarczy na zmianę przyzwyczajeń i wyrobienie nowych nawyków. To do mnie dociera, podobnie jak to, że każdy przedmiot w mojej przestrzeni zabiera mi cząstkę uwagi, czasu, emocji – kawałek mojego życia. Czy każdy jest tego wart? Zobaczymy. Postanawiam swoją przygodę z minimalizmem zacząć od posprzątania domu.

Przestrzeń mieszkalna

Dom mam nieduży, akurat, właściwie brakuje oddzielnego kąta do pracy. W ramach dążenia do minimum rezygnuję z planu dobudowania pokoiku na strychu. Tłumaczę sobie, że kiedy wszystko jest w laptopie, pokoik do pisania jest tak samo bez sensu jak absurdalny byłby mały loch pod piwnicą, mimo to oba pomieszczenia budzą we mnie chęć posiadania. Pokoik byłby absolutnie minimalny: tylko ja i laptop, biurko, krzesło, fotel, lampa, by poczytać, mała półka na książki. Loszek zaś jeszcze bardziej zgodny z filozofią M: wąski tapczanik z materacem, lampka, coś dla nadprogramowego gościa. Można w takiej celi odbębnić codzienny rytuał medytacji, a „Proste życie” radzi od niego zacząć dzień.

Najwyraźniej źle podeszłam do tematu, bo zamiast ująć, dobudowuję. Usuwam zatem loszek i pokoik na strychu z wyobraźni, biorę się do realnych książek w przeładowanej biblioteczce. Życie w zgodzie z minimalizmem każe zapytać: po co mi tyle książek? Powinnam je podać dalej do przeczytania, oddać do biblioteki, a zostawić te najważniejsze, potrzebne do pracy. Na przykład po co mi stary Tomek Sawyer, tomy o życiu Ani z Kanady i Polyanny? Sięgam po nie i wiem, że nie mogę się z nimi rozstać. Na marginesach mam notatki, które pisałam jako nastolatka. Wiele z tych książek wyniosłam: całe życie będę grać w zadowolenie („Polyanna”), wiem, że nie wolno ranić ludzkich uczuć („Ania z Zielonego Wzgórza”). Właściwie pasują do mojego programu – w warsztacie „Proste życie” jest ćwiczenie z nienarzekaniem. Przeglądam cały zbiór, książki zbierane latami, niektóre po rodzicach, do każdej czasem wracam. Nie chcę ich ani wyrzucić, ani oddać. Na tym polu klęska. Być może łatwiej pójdzie mi z trylionem drobiazgów na półkach i w szufladach.

Duperele, czyli pamiątki

Zajmują mi czas i zabierają energię. Budzą niepotrzebne emocje. W pudełku z napisem „starocie” lądują przedmioty z półek: popielniczka-muszla (nikt w domu nie pali), fajka z piany morskiej, mały flakonik z marmuru, szkatułka z kamieniami półszlachetnymi, które zbierał stryjek Lutek przed II wojną światową. Nie trzeba będzie odkurzać, pamiętać. Tyle tylko że pusta półka wygląda żałośnie i jednak wyciągam „te skarby” z pudła. Kiedy patrzę na muszlę, mam wrażenie, że są ze mną rodzice, którzy sporo palili i ta popielniczka zawsze była w zasięgu wzroku. Przeżyła ich, ale miło mieć złudzenie, że za chwilę ktoś położy na niej papierosa. Fajka należała do pradziadka sybiraka, mówił, że przyniosła mu szczęście. Flakonik przyjechał z podróży do Turcji, a każdy kamyk w szkatułce to osobna historia. Potrzebuję ich. Przeszły test minimum: potrzebne, wprawdzie nie do przeżycia, ale do pamięci o życiu innych.

Szuflada z zeszytami? Jakie ładne i jak porządnie prowadzone! Wołam córkę, niech zobaczy, albo nie – dwója za brak pracy domowej. Pamiętniki i zapiski, dzięki którym napisałam książkę. Kto by wpadł na pomysł, żeby to wyrzucać? Zostają. Stare numery „Przeglądu Sportowego” to co innego. Mogę też wyrzucić notatki ze swoich wykładów, ale już te napisane ręką ojca – nie, zbyt duża pamiątka. Testu nie przeszły: rachunki z roku 1955, zaświadczenia o stanie zdrowia sprzed dekady, dowody wpłat za nieistniejące już telefony stacjonarne. Jestem zadowolona, mam mniej szpargałów, więcej miejsca na pamiątki. Mój wniosek: nie wyrzucaj niczego, co ma swoją historię i budzi dobre emocje. Odkurzanie ich jest podróżą w czasie, a pustka po nich nie ma wartości.

Porządki w szafie - co naprawdę się przyda?

Tu będzie zdecydowanie łatwiej, bo prawie nie działa reguła sentymentu. Korzystam z podpowiedzi warsztatu „Proste życie” – ustawiam worki z napisami: „zima”, „do PCK”, „do wyrzucenia”. Zasada pierwsza: czego nie założyłam na siebie przez rok, nie włożę już nigdy. Do wora z tym! I po kolei: sukienka kupiona dwa lata temu, bardzo ją lubię, problem taki, że za ciasna. Ale może stanie się motywacją? Jak by to było przyjemnie schudnąć do niej na następny sezon? „Nigdy do niej nie schudniesz, tylko zawala miejsce” – skrzeczy głos rozsądku, lojalny z minimalizmem. Nienawidzę tego głosu. „Już mi się kiedyś udało” – odpowiadam mu – „i to było nieopisania dobre uczucie”. Niech czeka, kiecka i kilka spódnic, których jedyną winą jest to, że się nie dopinają. Jakże przydadzą się, kiedy wreszcie schudnę! Robię worek „po schudnieciu”. A co z tymi oto bluzeczkami, które sprały się i na pewno nie założę ich „do ludzi”. I stare dresy, wygodne jak żadne? Wyrzucić. Chwileczkę… Prócz ludzi istnieją w moim życiu chwile pracy w ogrodzie, sprzątania, remonty. Przydadzą się wtedy niechybnie. Zostają jako "domowe". Mam jednakże sukcesy: dwie kiecki, których nie założyłam od lat. Porządne, markowe, zupełnie nie w moim stylu, jedną kupiłam, bo była okazja, a drugą dostałam. Oddam z miłym poczuciem, że ktoś się ucieszy. Lądują w worku PCK, ten wygląda najlepiej, bo mam sporo rzeczy, z których wyrosły moje córki. Wpada mi w ręce własna sukienka ze studniówki, z aksamitnego materiału zdobytego w Peweksie. Przyda się… Nie, nigdy się już nie przyda, podobnie jak dwie sukienki ciążowe sprzed dwudziestu lat. A jednak… płaczę nad nimi z powodu upływu czasu i ze wzruszenia. Warsztat „Proste życie” powiada: nie siedź w przeszłości, wracaj do „tu i teraz”, dotknij chwili obecnej. To dotykam, słyszę zegar, patrzę na wskazówkę i stwierdzam, że straciłam na szafy dwie godziny. Na pociechę znajduję kilka rzeczy, których serdecznie nie znoszę, więc wrzucam je w niebyt worków. Klęskę z ciuchami usiłuję zatuszować redukcją przedmiotów kuchennych.

Kuchciki

Mam w domu kredensik z lat siedemdziesiątych, zwany słupkiem. W nim kuchciki – skarby prawdziwe: młynki do kawy, stare trzepaczki do białek, otwieracze, filiżanki z PRL-u, o proszę… znalazła się kamienna miseczka, której szukałam przed świętami. Zapasowy otwieracz też tu jest, jakże przydał się, gdy zaginął nowy! A kiedy zabrakło prądu, ręczne trzepaczki zastąpiły mikser. Cóż, ja żyję w Polsce, nie w Japonii. Potrzeba poczucia bezpieczeństwa jest najsilniejsza. Potrzeba – to słowo rozbłyska w mojej głowie jak żarówka Pomysłowego Dobromira. Po co ja to wszystko robię? Dla zyskania wolności, czasu i życiowej przestrzeni, zapanowania nad swoim życiem. Na razie straciłam sporo czasu, utknęłam na dobre w przeszłości, przestrzeni nie zyskałam wcale. Może trochę po słoikach, które są całkowicie pozbawione charakteru. Wnioski są raczej ponure: mam za dużo przedmiotów i nie umiem się ich pozbyć. Uciekam się do ćwiczenia polegającego na zapytaniu każdej rzeczy: Po co mi jesteś potrzebna? Czy korzystam z ciebie dla rzetelnych potrzeb? Laptop w liczbie jeden (starego, zostawionego na wszelki wypadek nie liczę), torebka naprawdę jedna, komórka, okulary, krzesło i biurko – wychodzą z analizy obronną ręką. Mogę usunąć z biurka flakon z kwiatami i zdjęcia członków rodziny, ale nie chcę. Potrzebuję zerknąć na twarze moich bliskich i lubię ładne kwiaty. Wracam do ćwiczenia, które przemawia do mnie najbardziej „po prostu posprzątaj po kolei”: przedpokój, kuchnię, pokój do pracy i sypialnię. Idę jak burza, wiem, że więcej znaczy mniej, a ładniej znaczy przyjemniej. To działa. Wniosek? Warto zweryfikować, czego potrzebuję naprawdę. Natomiast nie warto czynić z minimalizmu kolejnej zmory w życiu.

Katarzyna Droga, wieloletnia redaktor naczelna miesięcznika Sens, autorka sagi „Pokolenia”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Sztuka samoograniczania. Skromniej znaczy lepiej

Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. (Fot. iStock)
Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mamy wszystkiego za dużo, a pragniemy jeszcze więcej. Toniemy w nadmiarze, a dokładamy sobie kolejną zdobycz. A może by tak zamiast zdobywać – zacząć się pozbywać?

Pozbywanie się jest nie lada sztuką. Wiedzą o tym wszyscy, którzy muszą spakować rzeczy przed przeprowadzką albo remontem. Tego szkoda, tamto cenne, owo może się przydać. O wiele łatwiejsze jest gromadzenie. Widzimy coś i czy jest nam to potrzebne, czy nie, wkładamy do koszyka. Bo kiedyś będzie jak znalazł. Bo po okazyjnej cenie. I ani się obejrzymy, jak gromadzenie staje się swego rodzaju przymusem. Przed laty Warszawę obiegła informacja o starszej kobiecie, która do swojego mieszkania na Żoliborzu znosiła rzeczy ze śmietnika. Kiedy nie dawała znaku życia, zaniepokojeni sąsiedzi wezwali pomoc. I wtedy okazało się, że kobieta została uwięziona przez rupiecie, którymi zawaliła mieszkanie od podłogi po sufit. Znam inną starszą panią, która trzyma w kuchni zapasy cukru, mąki, kasz. Na wszelki wypadek. Z kolei pewien mężczyzna nie jest w stanie pozbyć się niczego po rodzicach, mimo że ci nie żyją od 15 lat. Mój znajomy, dziennikarz, od lat zbiera gazety. Ma ich w pokoju takie sterty, że przemieszcza się pomiędzy nimi wąskim tunelem. Gdy pytam, kiedy się ich pozbędzie, odpowiada: „Nie po to zbierałem je przez całe życie, żeby teraz wyrzucać”.

Korzystam z tego, co mam

Skąd w ludziach taka potrzeba? Psycholog Jarosław Przybylski: – Pod potrzebą nadmiernego gromadzenia rzeczy mogą kryć się różne psychologiczne problemy, a nawet choroby. Często okazuje się, że źródła manii zbieractwa sięgają przeżyć z okresu dzieciństwa. Na przykład ludziom, którzy jako dzieci nie mieli stałego domu, nieustannie się przeprowadzali albo żyli w domach dziecka, przedmioty mogą dawać poczucie stabilności, kompensować cierpienie, działać niczym lekarstwo. Tacy ludzie przywiązują się do rzeczy, ponieważ te nigdy ich nie zranią. Czasem przedmioty są czymś w rodzaju tarczy ochronnej, zasłony oddzielającej człowieka od świata, poprzez którą zbieracz chce niejako odwrócić uwagę innych od siebie i skierować ją na to, co gromadzi. Z kolei przechowywanie rzeczy po bliskich zmarłych bywa rozpaczliwą próbą odwrócenia biegu zdarzeń, zatrzymania bliskich choćby pod postacią owych rzeczy. Robienie zapasów jest natomiast domeną starszych ludzi, którzy przeżyli niedostatek, wojnę. Daje im to poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad swoim życiem. I dopóki pozwala im normalnie funkcjonować, nie ma powodów do obaw. Gorzej, gdy staje się maniakalne, wtedy może oznaczać nawet poważną chorobę, zwaną zespołem Diogenesa.

Jak wyjaśnia psycholog, przypadłość ta polega na manii zbieractwa i zagracania swojego domu rzeczami, które chory traktuje jako absolutnie niezbędne do życia, choć nie są mu do niczego potrzebne. Choroba ta dotyka ludzi niezależnie od wykształcenia i statusu majątkowego. I co ciekawe, cierpiące na nią osoby podobnie jak hazardziści nie uważają swojego zachowania za patologiczne. Amerykańscy psychologowie badający tę chorobę odkryli, że za gromadzenie zapasów potrzebnych do przeżycia odpowiada przedczołowa kora mózgowa, ta sama, która jest też odpowiedzialna za podejmowanie decyzji, przyswajanie złożonych informacji, porządkowanie myśli. Otóż okazuje się, że u osób dotkniętych zespołem Diogenesa praca tej części mózgu jest zaburzona. Przyczyny tych zaburzeń nie poznano do końca, podejrzewa się wpływ urazów głowy i niektórych leków.

Przestać gromadzić to pierwszy niezbędny krok do uporządkowania swojego życia. Ale drugi – zacząć pozbywać się tego, co niepotrzebne – często okazuje się nie do przejścia. Dlatego na początek warto zrobić eksperyment polegający na tym, że korzystamy tylko z tego, co mamy. A mamy dużo, o wiele więcej, niż myślimy.

Przekonałam się o tym w dość spektakularny sposób w pewien piątek przed majowym weekendem z niehandlową niedzielą. Przyjaciółka zaprasza mnie na Mazury, więc nie robię zakupów. Ale nieoczekiwanie dopada mnie bolesna kontuzja i z planów nici. No i jak tu przeżyć dwa dni z pustą lodówką? Okazuje się jednak, że wcale nie taką pustą. Z tego, co w niej znalazłam, dało się wykroić śniadanie (kozi serek, maślanka), obiad (risotto z cukinią i suszonymi pomidorami), kolację (pomidory), a nawet poniedziałkowe śniadanie (reszta koziego serka). Gdybym wyjechała, to wszystko wylądowałoby pewnie w koszu. No a gdybym wiedziała, że zostanę – przeznaczyłabym kilka godzin, dużo energii i pieniędzy, żeby zaopatrzyć dom w niezbędne produkty, bez których – jak mi się wydawało – nie da się przetrwać nawet jednego dnia. Przetrwałam dwa, a mogłabym więcej. Zyskałam czas i energię. Zrobiłam miejsce na świeże jedzenie w lodówce. Zaoszczędziłam. A przede wszystkim odkryłam, że nie tylko jedzenia w lodówce mam za dużo.

Dominique Loreau w książce „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” stawia podobną diagnozę: Ludzie Zachodu uginają się pod ciężarem nadmiaru – stosu gadżetów, sprzętów, ubrań, które ich przytłaczają, zajmują miejsce, obciążają umysł, emocje. A każda zbędna rzecz zagraca nie tylko przestrzeń, ale też i głowę. No bo skoro już coś mam, to muszę tego używać, odkurzać, konserwować. A jeśli nie używam – to biję się z myślami: „dlaczego” i mam wyrzuty sumienia, po co tę rzecz kupiłam, skoro stoi i się marnuje. Tak czy siak owo „za dużo” zajmuje mój umysł! Dlatego autorka nawołuje: „Usuń zbędne rzeczy ze swojego otoczenia, a przegonisz je ze swojego umysłu. Stwórz wokół siebie przestrzeń, zanim dasz się wciągnąć w błędne koło, z którego będzie ci coraz trudniej wyjść. Dobra materialne ograniczają nas dużo bardziej niż zła pogoda czy brak pieniędzy!”. Proponuje zacząć od przyjrzenia się rzeczom, które nas otaczają, tym wszystkim przedmiotom codziennego użytku, drobiazgom stojącym na szafkach i biurku. I od zadania sobie pytań: Czym te rzeczy są dla mnie? Czy są mi naprawdę potrzebne?

Psycholog Jarosław Przybylski: – Problem z nadmiarem rzeczy wokół nas bierze się stąd, że nie znamy siebie, swoich potrzeb, nie wiemy, co tak naprawdę nam się podoba, tylko kupujemy to, co właśnie jest reklamowane w telewizji. A że reklam jest dużo, a każda z nich wmawia nam, że owe „dobra” uczynią nas młodszymi, zdrowszymi, piękniejszymi, szczęśliwszymi, no to lecimy, kupujemy i stawiamy na szafce jak prawdziwe trofeum.

Kim jestem i o czym marzę

Porządkowanie przestrzeni, która nas otacza, zawsze trzeba zacząć od porządkowania siebie: Kim jestem dzisiaj? Co lubię robić? Z czym (i w czym) dobrze się czuję? Co sprawia mi prawdziwą radość? W jakim kierunku chciałabym się rozwijać? Jakie są moje marzenia?

Takie pytania zadał sobie ponad 20 lat temu Janusz Olenderek, wtedy warszawianin, prezes Fundacji „Centrum Europejskie Natolin”, dziś gospodarz Ośrodka Działań Twórczych „Mandala” w Targoszowie w Beskidzie Niskim. Swojego miejsca szukał długo. Absolwent warszawskiej ASP, po studiach żył z malowania, pracował jako nauczyciel w liceum plastycznym. Życie wiódł niespieszne, na swój sposób ciekawe, ale jakby uśpione. W 1989 roku rozpoczął pracę w Urzędzie Rady Ministrów. Dwa lata później dostał propozycję objęcia stanowiska dyrektora Fundacji „Centrum Europejskie Natolin”, która koordynowała tworzenie w Warszawie filii Uniwersytetu Europejskiego w Brugii. Nagle z sielskiej rzeczywistości trafił w samo centrum wydarzeń.

– Miałem poczucie, że oto dzieje się historia i ja w niej uczestniczę – wspomina. Dostaje pensję, od której kręci się w głowie. Ma do dyspozycji biuro w stylowej rezydencji w parku Natolińskim, samochody służbowe, dwa telefony komórkowe. Spotyka ludzi z pierwszych stron gazet, pracuje w świetnym zespole. Natolin rozkwita. Staje się wizytówką Polski, gości prezydentów i premierów. – Można powiedzieć, że żyłem jak w raju. Miałem wszystko, czego dusza zapragnie, a tak naprawdę czułem, że to nie jest moje miejsce. Dusiłem się jak koń w za ciasnym chomącie. Dużo się nauczyłem, ale nie wyobrażałem sobie, że mógłbym w taki sposób spędzić całe życie. Tęskniłem do ciszy.

Do podjęcia decyzji o rzuceniu pracy dojrzewał powoli. O swoich zamiarach mówił współpracownikom, nikt jednak nie wierzył, że dyrektor może ot tak to rzucić i odejść. Do dziś niektórzy pukają się w czoło. A on odszedł. – Przełomu nie było – mówi. – To był długi proces. Zaczął się zapewne już w młodości od wielkich pragnień, żeby zamieszkać w górach. Co jakiś czas oglądałem tu różne domy, ale wtedy nie mogłem sobie pozwolić na kupno. Miałem jednak przekonanie, że kiedyś będzie to możliwe. Wszystko ma swój czas. Utkwiło mu w pamięci zdanie z jakiejś książki: Żyjmy tak, żeby na łożu śmierci mieć poczucie, że się nie zmarnowało życia, że się zrealizowało swoje marzenia. To jedno zdanie było kroplą, która przelała czarę. Porozmawiał chwilę ze sobą: „Żyję w komforcie, otoczony przyjaźnią, prestiżem, jestem przez wszystkich rozpieszczany, ale czy zrealizowałem to, o czym marzę?”. Odpowiedź brzmiała: „Nie!”.

– Dla kogoś z zewnątrz to mogło wyglądać jak desperacki krok – mówi. – Ale dla mnie to nie była żadna rewolucja, tylko ewolucja. Decyzji nie podjąłem z dnia na dzień, nie rodziła się w bólach, nie analizowałem argumentów za i przeciw. Po prostu odszedłem w głębokim przeświadczeniu, że tak należy zrobić. A wszystko dlatego, że zadałem sobie pytanie: Kim jestem i o czym marzę?

Zamykam przeszłość

Psycholog Jarosław Przybylski: – Posiadanie rzeczy stabilizuje i porządkuje nasze życie, daje też poczucie bezpieczeństwa. Więc nie chodzi o to, aby kompletnie wyzbyć się wszystkiego. Chodzi o to, aby pozbyć się nadmiaru rzeczy, bo wszelki nadmiar wprowadza w naszą codzienność chaos, przytłacza nas i zamyka w uciążliwej rutynie.

Od czego zacząć? Może właśnie od przejrzenia lodówki? To świetne miejsce do trenowania pozbywania się tego, co niepotrzebne. Jak słusznie zauważa Dominique Loreau, zawsze znajduje się w niej coś, co nadaje się do wyrzucenia, natychmiast. A my, choć otwieramy lodówkę tak często (a może właśnie dlatego), już nawet nie widzimy w niej tego, czego nigdy nie używamy, co sobie stoi, aż spleśnieje. Autorka proponuje przyjrzeć się zawartości naszych lodówek i na początek opróżnić tylko jedną półkę. Prawda, jaki miły i zachęcający widok? No to opróżnijmy drugą i trzecią. Taki lodówkowy remanent powinien natchnąć nas do zmiany przyzwyczajeń w robieniu zakupów. Czyli do kupowania tylko tego, co zużyjemy. Bo jak powiedział Seneka: Nigdy nie jest mało tego, co starcza. Eksperyment z lodówką pokazuje, że mniej naprawdę znaczy więcej – mniej zbędnego jedzenia oznacza więcej miejsca na półkach, więcej ładu, ale też czasu i pieniędzy w portfelu. Podobny efekt możemy uzyskać, przeprowadzając remanent w całym domu. A potem przyjdzie kolej na porządkowanie życia.

Jak się do tego zabrać? Dominique Loreau w książce „Sztuka minimalizmu w codziennym życiu” pisze: „Jeśli naprawdę pragniesz zmienić swoje życie, usunąć z niego wszystko, co powoduje w nim szeroko pojęte zatłoczenie, jeśli chcesz, żeby twoje życie nabrało rozpędu, zyskało nową jakość, najbardziej radykalnym sposobem jest wyjechać w długą podróż”.

Taką metodę praktykuje wielu Amerykanów. Raz na jakiś czas rzucają pracę, pozbywają się wszystkiego, co mają, często nawet domu, i wyruszają w długą, trwającą czasem lata wyprawę. A wszystko po to, aby przemyśleć swoje życie. Ci, którzy odbyli taką podróż, twierdzą, że w starych dekoracjach, wśród starych rzeczy i nawyków żadnej zmiany przeprowadzić się nie da.

Nie każdy może pozwolić sobie na tak radykalne rozwiązanie. Ale każdy może spróbować choć raz w życiu zafundować sobie jakiś dłuższy wyjazd. Opuszczenie domu na dłużej zmusza nas do uporządkowania go przed wyjazdem, dokonania selekcji tego, co ze sobą zabierzemy, a więc do przejrzenia rzeczy w bardziej wnikliwy sposób, niż to robimy zazwyczaj. To idealna okazja do pozbycia się tego, co nie jest nam już potrzebne. Do zamknięcia za sobą nie tylko tych prawdziwych drzwi, ale także tych symbolicznych, za którymi zostawiamy przeszłość. Podobno to nieporównywalne do żadnego innego uczucie. Lekkości, radości, wolności. Jarosław Przybylski: – Już Horacy powiedział, że najlepszy jest umiar, złoty środek. A my dzisiaj kompletnie o tym zapomnieliśmy, chcemy więcej i więcej. Współczesny człowiek dał się owładnąć konsumpcyjnemu szaleństwu – kupuje nawet to, co zupełnie nie jest mu potrzebne. Bo akurat jest promocja albo coś ładnie wygląda. I w ten sposób zawala dom gadżetami, których nigdy nie używa. Gdzie tu zdrowy rozsądek?   

Dominique Loreau w książce „Sztuka umiaru” pisze: „Aby czuć się dobrze, powinniśmy unikać wszelkiego nadmiaru w naszym życiu. Oznacza to również uświadomienie sobie, że w życiu nie ma wzlotów bez upadków, ale nie ma też samych upadków bez wzlotów! To my jesteśmy panami i strażnikami ciała i umysłu. Tylko my jesteśmy w stanie się o nie zatroszczyć i dobrze je poznać. Jedynie my sami możemy uświadomić sobie naszą tożsamość kulinarną, nasze upodobania, aspiracje i myśli”.

Wiele osób, zwłaszcza młodych, może zbulwersować problem, który poruszam. Już to słyszę: „Samoograniczanie się? Z czego? Przecież jestem na dorobku, nie mam stałej pracy, oszczędności, swojego mieszkania, rodziny”.

To wszystko prawda. Ale ja widzę także drugą stronę medalu: rozbuchane oczekiwania młodych, którzy chcą mieć wszystko już, natychmiast. Którzy bez ogródek werbalizują swoje roszczenia: „Skoro skończyłam trzy kierunki, znam cztery języki, zjeździłam pół świata, to należy mi się ciekawa, dobrze płatna praca”. Pytam wtedy: „A co naprawdę lubisz robić? Co jest twoją pasją?”. I tu zapada na ogół cisza. Albo pojawia się święte oburzenie: „Powinnam dostać pracę, jestem przecież bardzo dobrze wykształcona!”.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Młodzi ludzie nie mają dzisiaj wymarzonej sytuacji, ale czy młodzi mieli ją kiedykolwiek? Po co im ten nadmiar kierunków studiów, wszelkiego rodzaju kursów, warsztatów? Czy nie lepiej skupić się na jednej dziedzinie, ale penetrować ją do głębi? Albo – tak jak to bywa w wielu krajach – po maturze dać sobie prawo do rocznej przerwy, rozejrzeć się, zastanowić, co chciałbym robić, popracować w wymarzonym miejscu. I dopiero wtedy zadecydować. Moim zdaniem młodych ludzi gubi dzisiaj nadmiar możliwości i niedostatek wiedzy o sobie. Studiują po kilka kierunków, a nie mają pojęcia, kim są, co im leży na sercu. A od tego trzeba zacząć.

  1. Zdrowie

Jak troszczyć się o serce? Pytamy kardiologa Piotra Nikodema Rudzińskiego

Serce to, podobnie jak mózg, jeden z najczulszych organów w ludzkim ciele. Jeśli o siebie nie dbamy, ono cierpi jako pierwsze. (Fot. iStock)
Serce to, podobnie jak mózg, jeden z najczulszych organów w ludzkim ciele. Jeśli o siebie nie dbamy, ono cierpi jako pierwsze. (Fot. iStock)
Serce to, podobnie jak mózg, jeden z najczulszych organów w ludzkim ciele. Jeśli o siebie nie dbamy, ono cierpi jako pierwsze. Orina Krajewska pyta kardiologa dr Piotra Nikodema Rudzińskiego o to, jak otoczyć je troską.

Czy powiedzenie „pęknięte serce” lub „złamane serce” ma swoje uzasadnienie medyczne? Coraz częściej wskazuje się na zależności umysłu i serca. Ostatnio dużo mówi się zwłaszcza o „zespole złamanego serca”, czyli kardiomiopatii stresowej, jeszcze inaczej „zespole takotsubo” – od nazwy japońskiego naczynia do połowu ośmiornic, do którego japońscy badacze porównali obraz widoczny w echokardiografii dotkniętego tym stanem serca. Jest to choroba zdecydowanie częściej występująca u kobiet. Wywołana jest dużym stresem fizycznym, takim jak rozległy uraz, wypadek komunikacyjny czy operacja, ale też psychicznym, czyli śmiercią bliskiej osoby, rozstaniem czy problemami w pracy. Stresem nazywamy tu ogromne, traumatyczne emocje lęku, żalu, smutku czy gniewu. Co ciekawe, w literaturze opisywane są też przypadki osób poddanych nadmiernym, lecz przyjemnym emocjom, które doprowadziły do opisywanego zespołu.

Wyjątkowo przyjemne emocje również mogą złamać nam serce? Chodzi prawdopodobnie o odczucia ekstatyczne. To stany, które mogą być ekwiwalentem stresu dla organizmu. Przyspieszona akcja serca, skurcz naczyń krwionośnych, wydzielanie pewnych grup hormonów – to efekty nadmiernych emocji. Zazwyczaj łączymy je tylko ze stanami powszechnie uznawanymi za negatywne, jednak ciekawe jest to, że w nadmiarze również te pozytywne emocje mogą być dla nas niebezpieczne. Zespół złamanego serca do złudzenia przypomina klasyczny zawał serca. Całe szczęście ma łagodniejszy przebieg i przeważnie nie pozostawia trwałych skutków ubocznych. Zmiany cofają się samoistnie po ustąpieniu bodźców stresowych i uspokojeniu emocji. Chociaż wiemy coraz więcej o kardiomiopatii stresowej, jej dokładny mechanizm nie został w pełni poznany.

Co jeszcze wiemy o wpływie emocji na serce? W języku funkcjonuje mnóstwo powiedzeń związanych z sercem i emocjami, jak na przykład „mam kogoś w sercu”. Wydaje mi się, że ludzie wiążą aktywność serca z emocjami chociażby dlatego, bo pod wpływem emocji mogą poczuć jego szybsze bicie, a nawet czasami zobaczyć skurcze w postaci ruchu koniuszka serca na powierzchni klatki piersiowej. Kiedy się zakochamy lub przestraszymy, czujemy jego kołatanie. Można przyłożyć głowę do serca drugiej osoby i usłyszeć, jak podczas miłego wieczoru głośniej lub szybciej bije. Badania HeartMath wykazały, że różne wzorce aktywności serca towarzyszące różnym stanom emocjonalnym mają wyraźny wpływ na funkcje poznawcze i emocjonalne. Przykładem może być osoba z obniżonym nastrojem lub depresją po przebytym zawale serca. Bardziej uporządkowana i stabilna aktywność serca ma istotny wpływ na funkcjonowanie mózgu, wzmacnia funkcje poznawcze i kognitywne, uwagę, percepcję, pamięć, pozytywne uczucia i stabilność emocjonalną.

Innymi słowy, nie tylko serce reaguje na mózg, ale mózg może reagować na aktywność serca? Wpływ mózgu na serce znakomicie obrazuje badanie przeprowadzone z udziałem tybetańskich mnichów buddyjskich, opublikowane w 2019 roku w renomowanym czasopiśmie naukowym „Cerebral Cortex”. Pokazano w nim, że dzięki wieloletniej praktyce medytacji można w kontrolowany sposób spowolnić częstość akcji serca do sześciu uderzeń na minutę. W kardiologii używamy do tego czasami specjalnych leków, tzw. b-blokerów. Oczywiście gdyby zgłosił się do nas pacjent z tak skrajnie niską częstością pracy serca, raczej myślelibyśmy o pilnym wszczepieniu stymulatora. Niemniej jednak badanie to w fascynujący sposób pokazuje, do jakiego stopnia można wyćwiczyć i kontrolować mechanizmy na linii mózg–serce. W organizmie ludzkim nieustannie dochodzi do niezliczonej ilości procesów, a zdecydowana większość z nich odbywa się poza naszą świadomością, bez naszej woli. Dlatego tak ważne jest, aby świadomie wpływać na te obszary, na które możemy oddziaływać.

To prawda, że choroby układu sercowo-naczyniowego od lat pozostają najczęstszą przyczyną zgonów w Europie, Stanach Zjednoczonych i krajach rozwiniętych? Tak, a według danych GUS w Polsce odpowiadają za 46 proc. wszystkich zgonów. Co ok. 9 minut jeden Polak umiera z powodu zawału serca, udaru mózgu czy niewydolności serca. Jest to znacznie wyższa częstość zgonów niż ta spowodowana chorobami nowotworowymi czy chorobami układu oddechowego. Do najczęstszych chorób układu krwionośnego zaliczamy nadciśnienie tętnicze oraz chorobę wieńcową, nazywaną przez pacjentów wieńcówką, czyli miażdżycę tętnic dostarczających krew do mięśnia sercowego. Choroby serca i naczyń należą do grupy chorób cywilizacyjnych, dlatego w krajach rozwiniętych ich współczynnik jest najwyższy. Tam króluje złe odżywianie (szczególnie warto podkreślić nadużywanie soli, cukrów prostych, występujących w wysoko przetworzonej żywności tłuszczów trans) oraz brak regularnej aktywności fizycznej. Bez odpowiedniej edukacji i profilaktyki nawet najlepsze leki i metody będą niewystarczające.

Czyli bez zmiany na poziomie stylu życia nawet najnowocześniejsze medyczne rozwiązania nie dadzą nam gwarancji na bycie zdrowym? Niebezpieczne jest to, że przy tempie, w jakim żyjemy obecnie, potrafimy skutecznie ignorować sygnały płynące z organizmu. Symptomy ze strony układu sercowo-naczyniowego z biegiem czasu się nasilają. Nawet jeżeli ktoś bagatelizuje je przez jakiś czas, w końcu uderzą tak silnie, że nie sposób ich będzie przeoczyć. Ale wtedy to będzie już dosyć późne stadium.

Na jakie objawy powinniśmy być wyczuleni? Można powiedzieć, że ile chorób serca, tyle różnych objawów. Choroba wieńcowa może się manifestować zaledwie szybkim męczeniem się, ale też bólem w klatce piersiowej występującym po wysiłku, zdenerwowaniu czy nawet wyjściu na zimne powietrze. Z kolei przewlekłe nadciśnienie tętnicze zazwyczaj nie boli, choć czasami przy dużych wzrostach jego wartości mogą wystąpić bóle głowy czy bóle w klatce piersiowej. Inną grupą objawów może być kołatanie serca, uczucie niemiarowości czy nawet utrata przytomności, co wskazuje na zaburzenia rytmu. W niewydolności serca natomiast obserwuje się duszność, narastające obrzęki kończyn dolnych, nabieranie masy ciała.

Powiedzieliśmy już o tym, że na zły stan serca wpływa bezpośrednio złe odżywianie… Niestety większość osób, które przyjmujemy na oddziale, to pacjenci zdrowotnie zaniedbani, czyli otyli, z wysokim poziomem cholesterolu i glukozy we krwi, zmagający się z uzależnieniem od papierosów, często nadużywający alkoholu.

Chyba powinniśmy podkreślić jeszcze wpływ stresu. Oczywiście stres, zarówno przewlekły, jak i krótkotrwały, ma ogromny wpływ na kondycję układu sercowo-naczyniowego. Obydwa stany, pomimo odrębnych mechanizmów, mogą teoretycznie doprowadzić do zawału serca. Życie w napięciu skutkuje stale podwyższonymi wartościami ciśnienia tętniczego oraz hormonów stresowych, takich jak kortyzol (jego wysokie stężenie ma negatywny wpływ na serce). W badaniu INTERHEART wykazano, że przewlekły stres jest niezależnym czynnikiem zawału serca i to nawet u osób kardiologicznie zdrowych – czyli bez stwierdzonej choroby układu krążenia. Z kolei nagły stres może doprowadzić do odruchowego skurczu tętnic  wieńcowych i niedokrwienia mięśnia sercowego czy nawet pęknięcia blaszki miażdżycowej i zawału serca. Oczywiście rozwój każdej choroby jest wieloczynnikowy i trzeba mieć tego świadomość. Ciekawie obrazuje to koncepcja Lalonde’a, która mówi, że do ogólnego stanu zdrowia przyczyniają się cztery główne filary. W 50 proc. warunkuje nas styl życia, w 20 proc. czynniki genetyczne i biologia człowieka; środowisko fizyczne to 20 proc.; 10 proc. stanowi organizacja opieki zdrowotnej. Dokładne wytyczne co do prewencji chorób układu sercowo-naczyniowego co kilka lat publikuje Europejskie Towarzystwo Kardiologiczne.

Orina Krajewska, aktorka, instruktorka teatralna, prezes Fundacji Małgosi Braunek "Bądź", autorka książki "Holistyczne ścieżki zdrowia".

Dr n. med. Piotr Nikodem Rudziński, pracownik Kliniki Choroby Wieńcowej i Strukturalnych Chorób Serca Narodowego Instytutu Kardiologii w Warszawie. Swoje badania naukowe z zakresu choroby wieńcowej i zastawkowych chorób serca prowadził na austriackim Uniwersytecie Medycznym w Wiedniu oraz amerykańskim Uniwersytecie Medycznym w Charleston. 

  1. Styl Życia

Na lepszy rok. Kalendarz od polskich twórców na świąteczny prezent

Kalendarz Wycinki w termosie x Papierniczeni. (Fot. materiały prasowe)
Kalendarz Wycinki w termosie x Papierniczeni. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Rok 2020 dał nam wszystkim w kość. Sprawmy więc, by 2021 był zdecydowanie spokojniejszy, zdrowszy, bardziej inspirujący - po prostu piękniejszy. A dobrym tego początkiem będzie kalendarz na prezent komuś bliskiemu lub samemu sobie. Oto nasz wybór najpiękniejszych kalendarzy od polskich twórców na 2021 rok. 

Wycinki w kalendarzu

Kalendarz 'Wycinki w termosie' 2021, Papierniczeni X Wycinki w termosie, cena: 85 zł. Kalendarz "Wycinki w termosie" 2021, Papierniczeni X Wycinki w termosie, cena: 85 zł.

Ten kalendarz będzie idealny nie tylko dla miłośników "Wycinków w termosie", czyli genialnych kolaży słownych z wycinków prasowych, które tworzy Gosia Konieczna, ale również dla minimalistów. Niemal wszystkie wycinki powstały z myślą o kalendarzu i nie były dotąd publikowane. Kalendarz zawiera 70 kolaży – po jednym na każdy tydzień oraz dwanaście otwierających każdy miesiąc – które wspierają, bawią, wprowadzają w zadumę, inspirują i odwracają perspektywę. Kalendarz ma piękną, grafitową okładkę i można go kupić w dwóch wersjach - z detalami w kolorze szaro-srebrnym lub szaro-złotym. Jest dostępny na stronie papierniczeni.pl.

Ekologia i minimalizm

Ilustrowany kalendarz 2021, KOI Book, cena: 120 zł. Ilustrowany kalendarz 2021, KOI Book, cena: 120 zł.

Ekologiczny, unikatowy, tworzony ręcznie kalendarz z przepięknymi ilustracjami wspaniałej artystki - Anny Bartosiewicz. Jest wykonany z papieru z renomowanej i najbardziej ekologicznej papierni na świecie – Munken Pure, a okładka została zrobiona z papieru pochodzącego z recyklingu. Prostota, minimalizm i ekologia - połączenie idealne. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych.

Wzory z natury

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Pan Kalendarz (@pan_kalendarz)

Pan Kalendarz powstaje nieprzerwanie od 2013 roku, a zaprojektowała go grupa znajomych ze studiów: Ola Dębniak-Gocławska, Palina Rek-Gromulska oraz Joanna Walczykowska i Mateusz Kowalski. Kalendarz na 2021 rok jest uniwersalny, jednak, dzięki okładkom w kolorze głębokiego granatu, idealny jako prezent dla mężczyzn. Dostępny w trzech wzorach okładki - kąty, porost i woda. W środku każdego z nich przejrzysty układ, ciekawe ilustracje, kiszonka na drobiazgi oraz dużo miejsca na notatki, zapiski i bazgroły. Do kupienia na pankalendarz.com, cena: 70 zł.

Kwiaty w torebce

Kalendarz Ana Rudak, Papiery Wartościowe, cena: 119 zł. Kalendarz Ana Rudak, Papiery Wartościowe, cena: 119 zł.

To zdecydowanie mój faworyt. Okładka, na którą nie można się napatrzeć. Jej przepiękny wzór zaprojektowała Ana Rudak. Każdy miesiąc to w tym kalendarzu osobny rozdział - rozpoczyna go ogólny plan miesiąca, a następnie plan tygodnia na jednej stronie (z lewej strony karty) oraz miejsce na notatki (z prawej). Na końcu kalendarza znajduje się plan na 2022 rok oraz notatnik. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych oraz papiery.pl. Warto sprawdzić również inne wzory kalendarzy od Papierów Wartościowych - są przepiękne!

Nowoczesny, na ścianę

Kalendarz ścienny, Kal-Store, cena: 129 zł. Kalendarz ścienny, Kal-Store, cena: 129 zł.

Kalendarz ścienny, który świetnie będzie pasował zarówno do nowoczesnych, jak i klasycznych wnętrz. Kal to minimalistyczny i ponadczasowy kalendarz ścienny, zaprojektowany tak, by wyraźnie przypominać to co ważne. Składa się z metalowego haczyka i sześciu dwustronnych arkuszy wysokogatunkowego papieru o gramaturze dobranej tak, by zachował niezmienny kształt, nie gniótł się i nie zawijał. Czytelna siatka każdego tygodnia pozwala przejrzyście zaplanować każdy dzień i miesiąc – dzięki czemu staje się wygodnym organizerem. Do kupienia na stronie internetowej Targów Rzeczy Ładnych oraz kal-store.com.

Naturalnie piękny

Patrząc na ilustrację na okładce aż czuje się spokój, zupełnie jak podczas zachodu słońca wysoko w górach. W Pracowni Zeszytów Ireny Dżyga-Rudzkiej powstały ręcznie oprawiane kalendarze z pięknymi, naturalnymi okładkami. Kalendarze wyjątkowe, bo przeplatają się w nich drobne, słowne kolaże. Takie prawdziwe – wycięte z papieru nożyczkami, ułożone w kompozycje i zeskanowane do projektu. Na każdej lewej stronie znajduje się rozpiska dni tygodnia, po prawej pusta strona w kropki na notatki. Miesiąc zaczyna się skrótowym, poglądowym kalendarzem. Na końcu kalendarza znajduje się kolorowanka antystresowa, trackery nawyków oraz kalendarz skrócony na 2022 rok. W kalendarzu jest 11 dodatkowych stron na notatki. Do kupienia na stronie internetowej notebooks-design.com, cena: 129 zł.

Kobiecy kalendarz

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Marta Chmielecka (@pod_kloszem)

Kalendarz ścienny firmy Pod kloszem to dwanaście kobiecych ilustracji, które w oryginale zostały narysowane cienkopisem. Każda kobieta symbolizuje inną cechę - może to być wielozadaniowość, asertywność, uważność, empatia czy siła. Pięknie dopełni wnętrze, a jednocześnie nacieszy oko. Do kupienia na stronie podkloszem.pl, cena: 89 zł.

Kalendarz roślinny

Ilustrowany roślinny eko-kalendarz na 2021, Aleksandra Stanglewicz, cena: 99zł. Ilustrowany roślinny eko-kalendarz na 2021, Aleksandra Stanglewicz, cena: 99zł.

Coś dla miłośników roślin, botaniki, miejskich ogrodów i domowych dżungli albo po prostu osób, które tęsknią za kontaktem z naturą. Ilustratorka Aleksandra Stanglewicz stworzyła wyjątkowy kalendarz z pięknymi, ręcznie malowanymi akwarelowymi roślinami. Króluje w nim zieleń, prostota i... ekologia. Bo kalendarz został wydrukowany na najwyższej jakości ekologicznym papierze recyklingowym. Co więcej, powstał w duchu less waste, bo każdą z 12 ilustracji będzie można wyciąć, oprawić i powiesić na ścianie. Do kupienia na stronie pakamera.pl. 

  1. Psychologia

Karty emocji - wyrusz w podróż w głąb siebie i podążaj ku lepszemu życiu

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Każdy człowiek doświadcza całego spektrum rozmaitych uczuć. I wszystkie one są ważne. Równie istotna jest świadomość, że do wszystkich uczuć mamy prawo. Czasem emocje, które nam towarzyszą mogą być trudne, a czasem sprzeczne, trudne do pogodzenia. Jak nauczyć się je rozpoznawać? Jak, dzięki pracom z emocjami, wzmocnić swój wewnętrzny potencjał i uczynić swoje życie lepszym? Pomogą Ci w tym Katarzyna Miller i Joanna Olekszyk oraz stworzona przez nie talia kart oraz inspirująca książka "Poznaj siebie".

Każdy człowiek doświadcza całego spektrum rozmaitych uczuć. I wszystkie one są ważne. Równie istotna jest świadomość, że do wszystkich uczuć mamy prawo. Czasem emocje, które nam towarzyszą mogą być trudne, a czasem sprzeczne, trudne do pogodzenia. Jak nauczyć się je rozpoznawać? Jak, dzięki pracom z emocjami, wzmocnić swój wewnętrzny potencjał i uczynić swoje życie lepszym? Pomogą Ci w tym Katarzyna Miller i Joanna Olekszyk oraz stworzona przez nie talia kart oraz inspirująca książka "Poznaj siebie".

Dlaczego emocje? Kasia: Bo emocje są w życiu najważniejsze. Możesz być bogata, piękna, sławna... i nieszczęśliwa, na co wskazuje wiele przykładów.

Joasia: Poczekaj: piękna, bogata, sławna...

Kasia: I jeszcze możesz cieszyć się uznaniem, bo to jednak coś innego niż sława...

Joasia: Czyli masz to wszystko, a jesteś nieszczęśliwa, bo?...

Kasia: Bo jest ci smutno albo jesteś często zła, albo nie wiesz, co tak naprawdę tobą kieruje, albo że wszystkie twoje związki kończą się źle. Albo dlatego że ciągle ci czegoś mało, albo że jesteś z siebie niezadowolona nawet po wielkich osiągnięciach... Znamy to, prawda? Emocje nadają barwę naszemu życiu, a nawet sens – bo jak człowiek jest pogodny, zadowolony i radosny, to ma poczucie, że ma dobre życie. A nawet jak to wszystko, o czym wcześniej mówiłam, ma, a nie jest zadowolony – to ma poczucie, że ma złe życie. Bo ciągle czegoś za mało albo nie w tę stronę. albo nie od tych ludzi, albo nie dzisiaj, albo nie w tej chwili...

Joasia: Taki ktoś po prostu siebie nie zna i nie rozumie.

Kasia: Bo aby siebie znać, trzeba znać i akceptować swoje emocje.

Joasia: Swoje, ale też mieć o tych emocjach jakąś podstawową wiedzę. Umieć je nazwać, rozróżnić i rozpoznać.

Kasia: I umieć je przeżyć. O emocjach bardzo nierozsądnie się myśli, że niektóre są dobre, a niektóre złe. Otóż wszystkie emocje są dobre, wszystkie są ludzkie i wszystkie są nam potrzebne. Nawet te, które uważamy za paskudne. Każdy z nas przez chwilę czy przez parę chwil czuł zawiść, każdy z nas nawet komuś ukochanemu czegoś czasem pozazdrości, jest pełen wstrętu do pewnych rzeczy czy obrzydzenia. Te uczucia pokazują nam, co się w nas dzieje, w związku z tym są bezcenne. Jeżeli byłaś wychowywana w domu, w którym na przykład nie wolno się było złościć, to cała twoja siła i wielka moc, jaką dają złość, gniew, bunt czy sprzeciw, jest przez ciebie w ogóle nieużywana. Z braku złości można się pochorować. W ogóle organizm ludzi, którzy mają tylko pewien przedział uczuć dostępny do przeżywania, a inny zablokowany, zawsze prędzej czy później choruje. Bardzo ciekawa rzecz dotyczy na przykład lęku. Jest on jedną z emocji, które mają tendencję do zapętlania się. Boimy się bać – to oś naszych nerwic.

Joasia: Wstydzimy się też wstydzić...

Kasia: Wstydzimy się pokazać, że się wstydzimy. Bardzo zresztą dojmująco przeżywamy wstyd. Dlaczego? Bo nas zawstydzano. Nasze wychowanie bazuje na zawstydzaniu i zastraszaniu, dlatego tak nie lubimy tych emocji. Tymczasem nawet psy się wstydzą. Psa można wyśmiać i on się czuje okropnie, schowa się w kąt, będzie miał smętną i niepewną minkę, przez jakiś czas nie będzie ci jadł z ręki. Z kolei koty są na zawstydzanie odporne...

Joasia: Koty są bezwstydne. Na szczęście dla nich!

Kasia: Wracając do lęku, strasznie dużo możliwości marnujemy w życiu, gdy się czegoś przestraszymy – oddajemy wtedy władzę lękowi. Dlatego trzeba wiedzieć i pamiętać, że uczucie jest zawsze mniejsze od człowieka. Nawet jeśli czujesz, że ono cię zalewa, to możesz się do niego zdystansować. Na zasadzie: Mam uczucie, ale nie jestem nim. Widzę to uczucie z góry lub z boku i myślę sobie: „Aha, czyli teraz jestem rozżalona, i to bardzo. Jest mi z tym okropnie. Nie wiem, co zrobić”. I jak człowiek sobie zda z tego sprawę, to może się na to zgodzić. Zgodzić się, że czuje to, co czuje. Nie wypierać tego, nie bagatelizować, nie udawać, nie zakłamywać, nie fałszować – bo wtedy nie wiemy tak naprawdę, co się z nami dzieje i ku cze-mu możemy z tym zdążać. Dlatego tak ważne jest to, co mówiłam na początku, by każde uczucie przeżyć.

Joasia: Ono musi przepłynąć przez nasze ciało.

Kasia: Dokładnie tak. Jest taka przepiękna modlitwa z „Diuny” Franka Herberta:

„Nie wolno się bać. Strach zabija duszę. Strach to mała śmierć a wielkie umieranie. Stawię mu czoła. Niechaj przejdzie po mnie i przeze mnie. A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę. Którędy przeszedł strach, tam nie ma już nic. Tylko ja pozostanę”.

Ten fragment przyszedł do mnie, kiedy był mi bardzo potrzebny. Przeżywałam wtedy bardzo wielki lęk, bez przerwy, straszliwy zupełnie, ale wiedziałam, skąd on się bierze i dlaczego. Człowiek dopiero wtedy jest w stanie coś przeżyć, kiedy jest w stanie to unieść. Poczułam, że w moim rozwoju przyszedł czas na to, by lęk mojej matki i mój udźwignąć i przeżyć.

Joasia: Mnie się zawsze wydawało, że kiedy doświadczasz przykrego uczucia, to kiedy zrozumiesz, skąd się ono wzięło, ono mija. Bo trwa tylko dlatego, że go nie rozumiesz.

Kasia: Ono może wtedy minąć i często mija, ale nie zawsze. Ale na pewno staje się dla ciebie mniej zagrażające.

Joasia: Ja na pytanie: dlaczego uczucia?, odpowiedziałabym: bo język uczuć jest dla nas językiem obcym. Mamy wielki problem z ich rozumieniem i ich nazywaniem.

Kasia: My w ogóle tego nie potrafimy robić. Jak ktoś się pyta nas: „Jak się czujesz?”, odpowiadamy: „A dobrze, obleci”. Albo: „A tak jakoś nieciekawie”. To, co mnie bardzo boli w dzisiejszej cywilizacji, to fakt, że językiem uczuć zawładnęła reklama.

Joasia: Co to znaczy?

Kasia: „Miłość, przyjaźń, braterstwo, Coca-cola!”. Reklama poniewiera uczuciami, odbiera im ich znaczenie.

Joasia: Ja mam wrażenie, że najbardziej sponiewieranym uczuciem w naszej kulturze jest właśnie miłość.

Kasia: Miłość jest w ogóle najtrudniejsza do zrozumienia dla ludzi. Często mylą ją z zakochaniem, pożądaniem, potrzebą bliskości, lękiem przed odrzuceniem. A miłość jest bardzo wielowymiarowa: może być stanem, związkiem, chwilowym uczuciem, można kogoś bardzo kochać i jednocześnie mieć chwile, kiedy się go nie znosi. To też znamy, prawda?

Joasia: Z jakim uczuciem, oprócz strachu, było ci najtrudniej się zaprzyjaźnić, zaakceptować je, a może z jakim jeszcze się nie pogodziłaś?

Kasia: Chyba z rozpaczą i beznadzieją. Jak o tym teraz pomyślałam i je sobie przypomniałam, od razu mi się zachciało płakać.

Joasia: Niektórzy mają trudność z odczuwaniem radości, zachwytu czy rozkoszy.

Kasia: Oczywiście, że tak. Jeszcze inni mają problem z odczuwaniem złości albo smutku. Wszystko to bierze się z tłumienia uczuć. Bo na przykład rodzice, opiekunowie czy nauczyciele sobie nie życzyli. Mówili: „Nieładnie się złościć”. Albo: „A co się tak zachwycasz? To nie wypada”. Uczucia, które tłumimy, schodzą w nas „pod ziemię” i sobie gniją.

Joasia: Tracimy świadomą umiejętność ich odczuwania...

Kasia: ...i bardzo zubażamy nasze życie uczuciowe.

Joasia: I co wtedy?

Kasia: Terapia. Trudno inaczej.

Joasia: Wszystkie uczucia są nam potrzebne, ale czy są takie, które w nadmiarze nam szkodzą?

Kasia: Każde uczucie w nadmiarze nam szkodzi.

Joasia: Nawet radość?

Kasia: No jak ktoś bez przerwy się śmieje, to nie ma w nim równowagi. Oczywiście są ludzie bardziej i mniej pogodni, ci pierwsi mają większość tych dodatnich emocji, ale jak ktoś jest bez przerwy na plusie, to oznacza, że nie dociera do niego to, co się dzieje na świecie. Że nie chce wiedzieć, widzieć i słyszeć, że świat nie jest jednak jednoznacznie udany.

Joasia: Zwykle myślimy o emocjach, jak o takiej skali, na której po prawo są te dodatnie, przyjemne, a po lewo – ujemne, niezbyt komfortowe. A czy są jakieś pośrodku tej skali? Bliżej zera.

Kasia: Obojętność jest pośrodku. Spokój też, choć z lekkim wychyleniem w prawą stronę.

Joasia: A jakie uczucia najbardziej lubisz?

Kasia: Uwielbiam radość. Bardzo lubię przyjemność. I zachwyt! O Jezu, jak ja się cieszę, że ja się umiem zachwycać. Rozkosz też lubię, bliskość. Wdzięczność! Ale też gniew, bo dzięki niemu wiem, co mi nie pasuje.

Joasia: Są ludzie, którzy przeżywają wszystkie uczucia na większych amplitudach. Jak się wkurzają, to na maksa, jak smucą, to do głębi. Z czego to się bierze?

Kasia: Z wychowania w rodzinach patologicznych, przemocowych, przy czym warto dodać, że zimno i chłód też są przemocowe. Jeśli w twoim rodzinnym domu zdarzały się momenty agresji a po nich momenty ulgi, chłodu, a potem serdeczności – to przyzwyczajasz się do takich emocjonalnych skoków. I potem w dorosłym życiu sama prowokujesz pewne sytuacje, bo nie jesteś w stanie wytrzymać w spokoju. Ważna praca terapeutyczna przed takimi osobami.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Joasia: Dlatego nie tylko warto poznawać i doceniać swoje uczucia, pozwalać sobie na nie, ale też pracować z nimi. W tym mogą pomóc nasze karty. Powiedzmy, jak z nich korzystać.

Kasia: A można to robić na mnóstwo sposobów...

Joasia: Można sobie wyciągnąć na chybił trafił jedną z nich i zobaczyć, jakie uczucie chce do nas przemówić, poczytać o nim w naszej książce, wykonać zadania. Pozwolić, by przemówił do nas sam rysunek (wykonany przez cudowną Adę Kujawę), zastanowić się, jaki obraz pojawia się w mojej głowie na myśl o tym uczuciu. Albo potraktować je jako swoistą wróżbę, na zasadzie: Co mnie dziś czeka? Możesz też odszukać kartę, która przedstawia uczucie, które cię teraz trapi lub zastanawia – popatrzeć na nią, poczytać, podumać.

Kasia: A możesz też sobie włożyć kartę z napisem „Spokój” pod poduszkę, nosić „Radość” w portfelu, jeśli ci jej brakuje. Możesz tę talię i książkę potraktować jako encyklopedię uczuć, z której sam lub sama dowiesz się o nich wiele, ale też z której nauczysz o nich swoje dziecko.

Joasia: A jakiego uczucia lub uczuć byś życzyła naszym czytelnikom?

Kasia: Samoakceptacji, zgody na siebie, poczucia wartości, wiary w siebie, zaufania do siebie, aczkolwiek nigdy stuprocentowego, bo uważam, że to jest niemożliwe. Nigdy nie wiemy, jak się zachowamy w granicznych sytuacjach. No i pamiętajmy też, że uczucia wstępują w bukietach, czasem czujemy jednocześnie kilka rzeczy, w dodatku czasem przeciwstawnych. Dumę i obawę, radość i niechęć. Takie bukiety też trzeba umieć docenić.

  1. Styl Życia

W bieli i zieleni

Dla Margot Hupert, artystki malarki, estetyka wnętrz to sprawa ważna i oczywista. (Fot. Margot Hupert)
Dla Margot Hupert, artystki malarki, estetyka wnętrz to sprawa ważna i oczywista. (Fot. Margot Hupert)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Tu mieszka i tu pracuje Margo Hupert. Malarka. Artystka, która w swojej pracy pełnymi garściami czerpie z natury. To widać, bo jej dom – jak sama mówi – musi być spójny z tym, jak czuje, myśli i tworzy.

Mieszkanie jest w Gliwicach. W starej kamienicy w centrum miasta. W takiej Margo Hupert się wychowała, w takiej dobrze się czuje, takiego miejsca szukała. Mieszkanie urządziła sama, ale, jak mówi, jest to projekt otwarty. Bo Margo lubi zmiany. – Nic nie jest u mnie na zawsze – mówi. Dlatego ciągle szuka rozwiązań, które będą nie tylko najwygodniejsze, ale i najpiękniejsze. Muszą być piękne – Margo jest artystką, estetyka wnętrz to dla niej sprawa ważna i oczywista.

Pracownia, która stale ewoluuje – czasem pojawia się w niej na przykład kanapa. W tle regał vintage upolowany na starociach. Funkcję stolika pełni stary wózek transportowy. Na poduszce odpoczywa Tosia. (Fot. Margot Hupert) Pracownia, która stale ewoluuje – czasem pojawia się w niej na przykład kanapa. W tle regał vintage upolowany na starociach. Funkcję stolika pełni stary wózek transportowy. Na poduszce odpoczywa Tosia. (Fot. Margot Hupert)

Dominuje biel. Mieszkanie jest wręcz świetliste. A biel jest nie bez powodu. Okna wychodzą na północ i na zachód, więc wnętrza nie są w naturalny sposób doświetlone. Remont zaczęli od… podłogi. Margo postanowiła dotrzeć do desek, które kiedyś zostały tu położone, a potem przykryte różnymi warstwami układanymi przez kolejnych mieszkańców. Odkryła je, pomalowała na biało, teraz pięknie odbijają światło, rozjaśniając dodatkowo całą przestrzeń.

Fotele: ten biały został znaleziony w Internecie, wiklinowy ociepla wnętrze. Na ścianach prace Margo. (Fot. Margot Hupert) Fotele: ten biały został znaleziony w Internecie, wiklinowy ociepla wnętrze. Na ścianach prace Margo. (Fot. Margot Hupert)

Białe są też ściany, choć nie do końca. Jedna jest delikatnie pomalowana trzema kolorami, robi to wrażenie przecierki. Na innej, też malowanej przez Margo, widać wydobyty spod warstw farb stary tynk. – Zawsze były mi bliskie skandynawskie klimaty, prostota, minimalizm, jasne kolory. Biel jest idealną bazą, ładnie eksponuje przedmioty, rozjaśnia wnętrza – mówi Margo.

W bieli i zieleni W bieli i zieleni

Lubi też łączenie starego z nowym. Szuka ciekawych przedmiotów i mebli vintage, chętnie zagląda na targi staroci, ale nie przywiązuje się do rzeczy, więc często coś oddaje, potem kupuje nowe.

Mała kolekcja rzeźb – część kupiona w sieci, część odziedziczona po babci. (Fot. Margot Hupert) Mała kolekcja rzeźb – część kupiona w sieci, część odziedziczona po babci. (Fot. Margot Hupert)

Mieszkańców jest w tej chwili piątka: Margo, jej mąż i syn, a także Tosia, suczka rasy charcik, i kotka Grey. Kiedy córka się wyprowadziła, Margo zrobiła z jej pokoju swoją pracownię, połączoną z kuchnią i salonem. Sama pracownia to też sprawa otwarta. Artystka ciągle szuka ustawienia idealnego. Jedna ze ścian – ta, gdzie zostało wykute przejście – praktycznie odpada, ale i tak takie rozwiązanie ma więcej zalet niż wad. Margo pracuje w domu, więc chce, żeby pracownia i kuchnia były ze sobą połączone. To jej dwie strefy, tu spędza najwięcej czasu.

Znów pracownia. W niej ulubiona witryna (zdjęcie poniżej), obrazy, dodatki – wszystko tu tworzy sprzyjający pracy klimat. (Fot. Margot Hupert) Znów pracownia. W niej ulubiona witryna (zdjęcie poniżej), obrazy, dodatki – wszystko tu tworzy sprzyjający pracy klimat. (Fot. Margot Hupert)

– Uwielbiam naturę, rośliny, kwiaty i zwierzęta, dlatego towarzyszą mi zawsze. Botaniczny świat jest fascynujący, pełen pięknych faktur, form, kolorów, dlatego inspiruje mnie do tworzenia i kreowania na różnych płaszczyznach pracy – mówi Margo. I to widać także w mieszkaniu. Stara się, żeby jej otoczenie było spójne z tym, jak myśli i jak tworzy.

W bieli i zieleni W bieli i zieleni

We wnętrzu jest więc – poza bielą – dużo zieleni. – Muszę być otoczona roślinami, miłość do nich wyniosłam z domu rodzinnego, to dla mnie naturalne, że są blisko, że się o nie dba, że się przygląda, jak wzrastają. Interesuję się też nowymi gatunkami, cieszę się każdym nowym listkiem. Dzielę się też roślinami, czasem idą „do ludzi”, czasem sama coś przygarniam. Mam kilka takich, które zbyt pewnie się rozrosły, ale na razie trudno mi się z nimi rozstać – mówi.

Muszelki to modele, które Margot wykorzystuje w printach. (Fot. Margot Hupert) Muszelki to modele, które Margot wykorzystuje w printach. (Fot. Margot Hupert)

Kiedyś Margo projektowała i szyła biżuterię z filcu, zresztą z sukcesami, jej naszyjnik jest dziś eksponowany na stałej wystawie w warszawskim Państwowym Muzeum Etnograficznym. Wystawiała swoje prace w Szanghaju na wystawie Expo Design w 2010 roku. – Ale pewnego dnia zamknęłam ten temat i wróciłam do malarstwa. Bo malowałam od dziecka. Chcę, żeby to, co robię, było dostępne dla każdego, stąd pomysł na printy. Nie jest to dzieło sztuki, które kosztuje majątek, możesz powiesić na ścianie, za miesiąc wymienić na coś innego. Zwłaszcza jeśli ktoś tak jak ja lubi zmiany.

W kuchni białe kafle kontrastują z ciemną, grafitową ścianą. (Fot. Margot Hupert) W kuchni białe kafle kontrastują z ciemną, grafitową ścianą. (Fot. Margot Hupert)

Co będzie dalej? – Nie wiem – mówi Margo – ale na pewno będę malować. Urządzamy teraz domek w lesie, kiełkuje w nas myśl, żeby kiedyś rozstać się z miastem i zamieszkać tam na stałe. Wtedy będę musiała zmienić charakter pracy, nie da się z lasu organizować wysyłek czy jeździć do drukarni. Może wrócę do malarstwa na płótnie? Zobaczymy. Zmiany są przecież dobre. Zwłaszcza takie, na które sami mamy wpływ.