1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Sztuka pielęgnacji duszy i ciała

Sztuka pielęgnacji duszy i ciała

Kobieta powinna być dla siebie ważna! (Fot. iStock)
Kobieta powinna być dla siebie ważna! (Fot. iStock)
Lato to doskonały czas, by dopieścić swoje ciało. Spokojnie, nikt nie zapomniał o psyche. Jest obecna i zadowolona, bo kobieca dusza bardzo lubi swoje ciało – czy to dusza Japonki, Francuzki, czy Słowianki. Która jest ci najbliższa? Katarzyna Droga testuje egzotyczne i rodzime teorie pielęgnacji z popularnych poradników.

”Kobieta powinna być dla siebie ważna!” – to najładniejsze zdanie, jakie znajduję na stronach poradników urodowych, których na rynku bez liku. Chcę być dla siebie ważna, więc buszuję wśród metod i teorii dotyczących naturalnej, zdrowej, przyjemnej pielęgnacji, także diet i ćwiczeń. Programów i pomysłów tyle co kultur, filozofii i doświadczonych terapeutek czy kosmetyczek. Który najlepszy? Ten dostosowany do osobowości. Kim jesteś w głębi duszy? Wdzięczną Francuzką, harmonijną joginką czy może rodzimą Słowianką? Ja każdego dnia wcieliłam się w jedną z nich. Do jakich wniosków doszłam?

Indyjska Parwati - piękno po indyjsku

Promienna, szczęśliwa i spokojna. Najłagodniejsza z żon Śiwy, piękna bogini z odsłoniętymi piersiami. A jednak…. Parwati robi, co chce. Zirytowała boskiego męża, bo usnęła z nudów, gdy czytał jej Wedy. Jeśli czujesz z nią więź, weź kurs na Indie, ku odwiecznej mądrości ajurwedy. Spodoba ci się, ale pod warunkiem że:

  • próbowałaś ćwiczyć jogę lub masz na to ochotę,
  • masz naturę spokojną, lubisz ciszę lub łagodną muzykę,
  • pociąga cię słowo „harmonia”,
  • podoba ci się pomysł, by piękno emanowało z wnętrza kobiety,
  • wierzysz w siłę oddechu.

Kasia Bem w książce „Happy uroda. Piękno jest w tobie” (wyd. Edipresse 2017) proponuje specjalny program zadbania o ciało i duszę, oparty na technikach jogi, naturalnej diecie i ćwiczeniach oddechowych. Plan „Happy uroda w 6 krokach” kończy się 3 holistycznymi programami dla ciała i duszy. Najistotniejszy jednak jest cel: piękno, które emanuje z kobiety nie dlatego, że zna arkana makijażu i mody, waży tyle, nie tyle i tuszuje wiek – ale dlatego że zna i akceptuje siebie. Jak to może wyglądać w praktyce?

Słoneczny poranek witam z wdzięcznością. Pierwszy pokarm dla ciała to woda z połówką cytryny. Ćwiczę świadomy oddech, który uświadamia mi, że prawdziwe życie przebiega tu i teraz. Jest wiele technik oddychania, ja lubię kwadrat. Daje energię i uspokaja, a do tego jest prosty: licząc do 4, wykonujesz powolny wdech, zatrzymujesz powietrze, też licząc do 4, wydychasz je w rytmie 4 i znów zatrzymujesz. Kwadrat powtarzam 10 razy. Potem kilka ćwiczeń jogi, na przykład: „pies z głową w dół” potem „pozycja dziecka”. To, co ważne, a nie pamięta o tym pospieszna cywilizacja Zachodu: energia kumuluje się w bezruchu. Każdą sesję jogi warto zakończyć śavasaną, czyli pozycją trupa. Brzmi fatalnie, ale jest to przyjemne 20 minut spokojnego leżenia przy muzyce relaksacyjnej. Rzeczywiście wchodzi się w dzień z nową energią. Tego dnia nie jem mięsa, piję toniki upiększające, które są miksem owoców i warzyw. Dieta dla zdrowia i urody opiera się dziś na kaszy jaglanej, zielonych warzywach, tłuszczu dostarczy awokado. Po drodze joga twarzy – kilka prostych ćwiczeń, wieczorem pielęgnacja naturalnymi kosmetykami: maseczka z avocado, peeling kawowy lub cukrowy, aromatyczna kąpiel, masaż olejkami. I jeszcze pudełko wdzięczności, do którego wrzucasz karteczki z tym, za co jesteś wdzięczna. Moim zdaniem może być też zeszyt, a nawet chwila refleksji, by podziękować za to, co przyniósł dzień. A przyniósł i wymagał wiele. Happy uroda wymaga sporo zachodu, odpowiednich zakupów i przygotowań. Choćbym chciała, nie umiem przeprogramować dnia, by skupić się tylko na tym. Mogę jednak do swojej codzienności wprowadzić cenne elementy.

Co biorę?

Na przykład pozytywne hasło na poranek – od dziś mówię sobie: „przydarzą mi się same dobre rzeczy” – i głęboki kwadratowy oddech przed oknem. Potem mały relaks „na trupa” w ciągu dnia (nieruchomo leżę przez kwadrans przy muzyce, przykryta kocykiem), kasza jaglana od czasu do czasu i koniecznie całowanie sufitu (podnoszę podbródek i wysyłam całusa do sufitu – wierzę, że wpłynie zbawiennie na owal twarzy).

Dumna Marianna - piękno po francusku

Marianna to symbol wolności, Francji, no i naszego myślenia o francuskich kobietach. Te zaś są inne niż wszystkie, bo potrafią żyć wdziękiem i radością. Jak to robią? Mireille Guilliano, która ujawniła już światu, dlaczego Francuzki nie tyją, w kolejnej książce „Francuzki nie potrzebują liftingu” (wyd. Znak 2016) podpowiada, jak – po francusku – zachować wieczną młodość. To trop dla ciebie, jeśli:

  • jesteś żywiołowa, masz poczucie humoru,
  • słowa: „systematycznie”, „wysiłek”, „mozoł” budzą twoją niechęć,
  • lubisz ładne buty, a jeszcze bardziej ładne i wygodne,
  • lubisz seks, śmiejesz się często, śpisz smacznie.

No i rób tak dalej. To, co urzeka w stylu francuskim, to zero przymusu. W życiu ma być przyjemnie! Marianna do każdego wyzwania podchodzi tak, jakby było stworzone dla jej radości. Dieta? Nie, dziękuję. Diety uzależniają, stają się zmorą życia. Nie znaczy, że jedząc jak Marianna, jem byle jak. Jadam teraz ślicznie i kreatywnie. Dbam, by spożywać pięć kolorów: na talerzu ma być białe (twarożek), czerwone (papryka, buraczek), żółte (ser, cytryna, kurkuma), zielone (choćby brokuł), brązowe (chleb, ziemniak). Marianna chętnie wypije kieliszek wina i dużo więcej wody, najlepiej w dobrym towarzystwie. Ruch? Bez spinki. Żadnych ćwiczeń na siłowni, biegania w pocie czoła ani reżimu aerobiku. Ruch staje się częścią mojego dnia. Marianna po zakupy jedzie rowerem, na randkę idzie pieszo, tańczy, bo lubi, a spośród wszystkich form aktywności ciała preferuje seks. Jej życie płynie zgodnie z naturą, więc oznacza pobudkę o poranku, a sen wczesny i długi, bo nie ma lepszego kosmetyku niż smaczne spanie. Marianna unika jedzenia przed komputerem, sztucznego światła i dusznych pomieszczeń. Jej dzień, czyli też i mój, zaczyna się od uśmiechu, a kończy przyjemnościami sypialni – od niej zależy, czy są to słodkie sny w miękkiej pościeli czy doznania we dwoje.

Co biorę?

Zasadę trzech darów natury. Są to: woda, światło, powietrze. Jako stałe elementy codzienności działają jak najlepsze antyoksydanty i źródła energii. Coś dla szczupłej sylwetki: aktywność przed śniadaniem, choćby rozciąganie lub taniec przy muzyce. Organizm czerpie wtedy z zapasów, i spala tkankę tłuszczową. No i to kolorowe menu (przynajmniej raz dziennie), a także każdą możliwą zamianę środków lokomocji na rower lub piechotę. Oraz życiowe motto: „działaj z pasją, a będziesz wiecznie młoda”!

Madame Butterfly - piękno po japońsku

Właściwie tragiczna, lecz piękna i pełna wdzięku. Dla świata – ikona japońskiej kobiecości. Była niezwykle urodziwa i bardzo kochała mężczyznę z obcej kultury. Dla miłości złamała zasady własnej tradycji i zapłaciła za to najwyższą cenę. Symbolizuje istotę tego, co uznajemy za godną zazdrości urodę Azjatek o nieskazitelnej cerze. Jesteś (bywasz) Butterfly jeśli:

  • interesujesz się kulturą Dalekiego Wschodu,
  • lubisz owoce morza,
  • zależy ci na pięknej cerze,
  • jesteś systematyczna, spokojna, delikatna,
  • wiele poświęcasz dla miłości.

Skąd w Azjatkach tyle uroku, jak to robią, że po czterdziestce mają cerę niemowlęcia? Otóż potrzebę dbania o urodę i wiedzę o tym, jak to robić, dziedziczą z pokolenia na pokolenie – czytam w książce Charlotte Cho „Sekrety urody Koreanek” (wyd. Znak 2016). Chroń twarz przed słońcem, oczyszczaj, nawilżaj, zdrowo jedz, unikaj stresu – właściwie wszystkie dobrze znamy te zasady. Ale... Azjatki mają zdecydowanie lepsze wyniki niż białe kobiety. Czy chodzi o geny? Cho zdecydowanie twierdzi, że nie, a ja sądzę, że chodzi o pewną filozofię. „Sekrety urody Koreanek” opisują cały proces krok po kroku. Jak pielęgnować skórę: od powolnego, dokładnego oczyszczania, ze szczególną czułością dla powiek, poprzez nawilżanie, aż do delikatnego makijażu, który jest a jakoby go nie było. Solidnie, codziennie, od chwili, gdy dziewczynka staje się dziewczyną, bynajmniej nie wtedy, gdy ujrzymy pierwszą zmarszczkę. Pielęgnacja i kult skóry staje się rytuałem, sztuką i przyjemnością. Wspiera ją dieta bogata w owoce morza, dużo wody i zielonej herbaty, minimum używek. Cho proponuje program „dbanie o skórę twarzy w dziesięciu krokach”. Owszem, kusi mnie dokładność, personalizacja, wyniki porannych i wieczornych działań przed lustrem, ale prawdę mówiąc, nie do zrobienia codziennie, przynajmniej dla mnie. Za to przekonuje mnie pasja i uważność dla swojej skóry i urody, którą kobieta dostała od natury.

Co biorę?

Szacunek dla twarzy wyrażany przy codziennej pielęgnacji. Owoce morza od czasu do czasu. Zmianę myślenia o chwilach spędzonych przed lustrem. Żegnajcie pac, pac kremem, pudrem i pośpiesznie nakładany tusz. To ma być zatrzymanie, miłe spotkanie ze sobą.

Słowiańska Dziewanna - piękno po polsku

Dziewanna – polska bogini miłości i wiosny, jej kamień szlachetny to biała perła, jej kolor to czerwień, nosi kwiecistą sukienkę, jest odwrotnością Marzanny. Lubi zmysły – w końcu to królowa lata, biegnie przez łąki z wierną suką i sarenką. Innymi słowy: wracamy do korzeni. Pielęgnacja słowiańska będzie dla ciebie idealna, jeśli:

  • chociaż raz w życiu miałaś ochotę upiec własnoręcznie chleb,
  • jesteś żywiołowa i ciekawa świata,
  • własna tradycja jest dla ciebie wartością,
  • zdarzyło ci się zbierać zioła, hodować miętę i majeranek,
  • kochasz lato i zwierzęta.

„Sekrety urody babuszki. Słowiański elementarz pielęgnacji” Ukrainki Raisy Ruder (wyd. Znak 2017) to nic innego jak znakomity poradnik domowego recyklingu i maksymalnego wykorzystania darów natury w zasięgu ręki i z własnego regionu. Babuszka autorki tego programu, także Ukrainka, była zielarką, słowiańską znachorką. Miała radę na wszystko: na sińce pod oczami, na zmarszczki, na porost rzęs, a nawet na szczęście w związku. Mnogość maseczek, jaką proponuje, przyprawia o zawrót głowy: maseczka przed balem absolwentów, przed randką, przed ważnym wystąpieniem, bociankowa, czyli dla pań w ciąży… Miksujemy oleje z przyprawami, truskawki, ogórki, czekoladę. Brzmi smakowicie i działa. Jestem z Podlasia, więc niektóre sposoby znam od dawna: piwo albo jajko na włosy, sok z cytryny, który działa jak pianka powiększająca objętość fryzury. Maseczka z ogórka lub ze startego jabłka na rozjaśnienie cery. Kompresy herbaciane na podpuchnięte oczy. Nowe było dla mnie zastosowanie aspiryny: jako przeciwłupieżowy dodatek do szamponu. Ciekawa baza produktów, bo podstawowe składniki magii babuszki to ziemniaki, woda, mleko, oliwa i jajka. Jakie to słowiańskie i odległe od awokado i imbiru… Chociaż babuszka nie gardzi egzotycznymi roślinami. Dlatego może być fajnie zaufać jej miksturom! Masz wątpliwość, czy warto ubijać w moździerzu zioła w czasach, gdy można kupić wszystko? Babuszka grozi palcem: kupujesz trzy razy drożej, w dodatku marnujesz resztki żywności.

Co biorę?

Inaczej będę patrzeć na skórki ogórka i łupiny cebuli, przynajmniej czasami. To nie tylko oszczędność – także wolność, bo nie zależysz od koncernów kosmetycznych, tylko od własnej kreatywności. Można w każdej chwili urwać się z codzienności, zamknąć w kuchni wśród naturalnych produktów i żyć naturalnie jak Dziewanna.

Piękna Europa

Mitologiczną Europę uważano za najpiękniejszą kobietę na świecie. Królewna była tak cudna, że bóg wszystkich bogów – Zeus – musiał ją mieć i porwał do groty na Krecie. My, Europejki, córy królewny, też będziemy piękne i pożądane, takie jak chcemy. Na koniec program uniwersalny adresowany do Europy. Jesteś nią, jeśli:

  • często i z przyjemnością używasz słowa „dziękuję”,
  • lubisz podstawy naukowe wszelkich teorii,
  • wierzysz w energię i potęgę miłości,
  • nie obawiasz się lustra, kartki i flamastrów. Uwaga – zupełnie nie musisz umieć rysować.

„Pokochaj swoje ciało w 30 dni” Małgorzaty Gąski (wyd. Fabryka Siebie) to książka i program, który odwołuje się do fizyki kwantowej i filozofii, którą znam z metody dwupunktowej. Wszystko jest energią, nasze ciało jest zbiorem wibrujących cząsteczek, możemy na nie wpływać z poziomu uczuć – a z tych najsilniejsza jest miłość i wdzięczność. Mamy tu do czynienia z dzienniczkiem wdzięczności, ale nastawionym na ciało. Myśl podstawowa: jakiekolwiek jest, zasługuje na podziw i wdzięczność. Według metody Ewy Gąski należy energię dobrego uczucia, nakierowaną na daną część ciała, łączyć z czynnością motoryczną: rysować! Całą siebie, kolejne części ciała, z wdzięcznością i marzeniem, jakie mogłyby być. Śladem wskazówek obdarzam uwagą i rysuję kolejno: oczy, usta, plecy, nogi, strefy intymne, dłonie, biodra. Każdej dziękuję. Brwiom, że chronią oczy i są właściwą tylko mi dekoracją twarzy. Plecom, że tak wiele noszą, skórze, że oddziela mnie od całego świata… Co mogę dla was zrobić? Plecy wyprostować, skórę nawilżać i karmić, stopy masować. I tak przez 30 dni.

Co biorę?

Osobistą odpowiedź na pytanie, za co siebie kocham i poczucie, że mam wpływ na swój wygląd i zdrowie. Dzienniczek wdzięczności? Znam od dawna, polecam. To naprawdę działa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Dzienniczek zdrowia na nadgarstku. Na czym polega idea life-trackingu?

Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. (Fot. iStock)
Zamiłowanie do nowoczesnych gadżetów (np. zegarków lub telefonów z funkcją pomiaru aktywności) okazuje się przydatne w diagnozowaniu chorób i motywowaniu się do regularnego dbania o siebie. Na czym polega idea life-trackingu i jakie parametry organizmu warto monitorować, sprawdza dziennikarka Ewa Pągowska.

Trudno dziś znaleźć kogoś, kto przynajmniej nie sprawdził, jak działa aplikacja do analizy snu, zapisywania przyjmowanych kalorii, śledzenia aktywności fizycznej czy cyklu miesiączkowego. Miłośnicy gadżetów sięgają po wagi, które poza masą ciała pokazują jego skład, a nawet prędkość fali tętna (pozwala ocenić stan naczyń krwionośnych) czy elektryczne szczoteczki do zębów monitorujące czas i sposób szczotkowania. Specjalne aplikacje odbierają informacje od urządzeń pomiarowych, przedstawiają je w atrakcyjny sposób i przechowują dane. Coraz więcej osób kupuje też urządzenia, które można nosić na sobie, jak specjalne opaski na rękę czy smartwatche, mierzące tętno i liczące kroki.

Oczarowała nas idea life-trackingu (nazywanego tez self-trackingiem lub quantified self), czyli monitorowania siebie i swojego życia za pomocą nowych technologii. Dzięki temu możemy lepiej ocenić stan własnego organizmu, zapobiec chorobom i poprawić zdrowie. W rzeczywistości jednak rzadko wykorzystujemy te możliwości. Pora to zmienić i wycisnąć z nowych gadżetów jak najwięcej korzyści.

Eksperci od własnego ciała

Kiedy amerykańska matematyczka i statystyczka dr Talithia Williams była w ciąży z trzecim dzieckiem, nie zgodziła się na wywołanie porodu, mimo że jego termin już minął. Chciała urodzić naturalnie i na własną prośbę opuściła szpital. Była przekonana, że data narodzin dziecka została źle wyznaczona. „Terminy porodu są obliczane na podstawie standardowego 28-dniowego cyklu, a moje cykle są różnej długości – czasem trwają 27, a czasem nawet 38 dni i mam dane, które to potwierdzają” – tłumaczyła lekarzowi. Wiedziała, że ma rację, bo wcześniej przez 6 lat obserwowała swoje cykle i mierzyła temperaturę, a wyniki pomiarów skrupulatnie zapisywała.

Williams przytacza tę historię podczas wykładu na konferencji TED, by przekonać słuchaczy, że dzięki codziennym pomiarom parametrów mogą stać się ekspertami od swojego ciała. Zaznacza jednak, że nie chodzi jej o lekceważenie lekarzy, tylko o współpracę z nimi – połączenie wiedzy na swój temat z wiedzą na temat całej populacji, którą dysponuje lekarz, bo taki mariaż pozwala podjąć najlepszą dla zdrowia decyzję.

Zgadza się z tym kardiolog dr n. med. Łukasz Kołtowski, który jest zafascynowany zastosowaniem nowych technologii w medycynie i prowadzi na ten temat bloga. – Podczas rozmowy i badania lekarz może jedynie uzyskać coś w rodzaju fotografii naszego obecnego życia. Wprawdzie zadaje pytania o to, co było wcześniej, ale ze względu na ograniczony czas wizyty nie jest w stanie zbudować sobie pełnego obrazu – mówi. Wyjaśnia, że kiedy np. 30-letnia pacjentka ze smartwatchem na ręce skarży się na zawroty głowy i niepokój, prosi ją o pokazanie zapisów tętna z zegarka. – Oczywiście nie traktuję ich jak twardych danych medycznych, ale dzięki nim mogę zbliżyć się do diagnozy, np. nabrać podejrzenia, że kobieta ma tachykardię (przyspieszenie akcji serca), bo badania kliniczne pokazały, że smartwatche są dość dobre w jej wykrywaniu.

Co warto sprawdzać?

Co konkretnie warto mierzyć i zapisywać, żeby nie popaść w przesadę i hipochondrię? Kobiety z pewnością powinny monitorować swój cykl. Większość wizyt u ginekologa zaczyna się przecież od pytań o datę pierwszego dnia ostatniej miesiączki, jej intensywność, długość i regularność cykli. Rzetelne informacje na ten temat pozwalają lekarzowi wyciągnąć pierwsze wnioski.

Według kardiologa dobrze jest też sprawdzać, ile kroków stawiamy w ciągu dnia. Dla naszego zdrowia o wiele lepsze jest bycie cały dzień w ruchu niż wykonywanie intensywnych ćwiczeń przez pół godziny i spędzanie reszty doby w pozycji siedzącej czy leżącej. Lekarze m.in. namawiają do przechodzenia 10 tysięcy kroków dziennie – żeby wyrobić tę normę, zwykle trzeba być w ruchu przez dużą część dnia. Badania pokazały, że taka aktywność pozwala obniżyć ryzyko wystąpienia chorób sercowo-naczyniowych. – Zalecam też monitorowanie snu – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski. – Chodzi o to, by dowiedzieć się, ile dokładnie śpimy, bo chociaż różne aplikacje wiele nam obiecują – np. wykrycie fazy REM czy NREM – to jednak ciągle jeszcze są mniej wiarygodne niż badania snu przeprowadzane w warunkach szpitalnych. Może kontrolowanie liczby przespanych godzin wydaje się mało atrakcyjną funkcją aplikacji, ale namawiam do jej przetestowania.

Dodaje, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak często zarywa noce i jaki to ma wpływ na ich funkcjonowanie. Jeśli zestawią sen z innymi parametrami, np. poziomem nastroju czy aktywności fizycznej, mogą być naprawdę zaskoczone.

Śledzenie snu i liczby kroków można polecić każdemu, ale już kontrola innych parametrów powinna być dopasowana do konkretnej osoby, jej stanu zdrowia i celów.

Monitoring organizmu

Z monitorowania większej liczby parametrów najbardziej skorzystają ci, którzy chcą „wziąć się za siebie” i wyrobić zdrowe nawyki, oraz ci, którzy mają różne niepokojące objawy, ale nie znają ich przyczyny. Przyda się też pacjentom, którzy cierpią na choroby przewlekłe lub są nimi zagrożeni. W przypadku dwóch ostatnich grup odpowiedź na pytanie „co mierzyć?” jest stosunkowo prosta – często wystarczy śledzić to, o co pyta lekarz, np. tętno, ciśnienie, temperaturę czy masę ciała. Do tego celu dobrze jest wybrać specjalistyczne produkty, np. aplikacje przygotowane z myślą o konkretnej grupie pacjentów.

– Jest na przykład aplikacja dla cukrzyków, w której można wpisać, ile planujemy zjeść, ile insuliny przyjęliśmy i jakie potem było stężenie glukozy we krwi. Co ciekawe, ta aplikacja uczy się organizmu pacjenta i zaczyna mu podpowiadać, ile insuliny powinien sobie podać. Badania kliniczne pokazały, że potrafi dobrać dawkę lepiej niż chory – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski.

Osoby, które często czują się przygnębione, mogą skorzystać z tzw. trackerów nastroju. Co wieczór opisywać swoje samopoczucie i to, co robiły w ciągu dnia. Po pewnym czasie są w stanie zobaczyć, że np. w te dni, kiedy spacerowały, miały o wiele lepszy nastrój niż wtedy, gdy były na imprezie, że najgorszy humor miały zawsze w sobotę, a prawdziwy dół po poniedziałkowym zebraniu. Wypełnianie dzienniczka nastroju jest jedną z metod, które wspierają leczenie osób z depresją. Zapiski pozwalają zobaczyć chorym, co wpływa na ich samopoczucie, ale także to, że ich stan się poprawia – a to działa terapeutycznie.

Ci, którzy nie wiedzą, co jest przyczyną ich różnych dolegliwości, np. bólu głowy, stanów podgorączkowych czy osłabienia, mogą zacząć monitorować niepokojące ich objawy, by móc później podzielić się informacjami z lekarzem.

– Takie zapisy często dostarczają bardziej obiektywnych informacji niż słowa i opinie pacjenta, bo przecież my wszyscy bardzo często podświadomie wypieramy różne informacje o sobie. To, co nam się wydaje na nasz temat, i to, co naprawdę się z nami dzieje, często bardzo się od siebie różni – mówi dr n. med. Łukasz Kołtowski i podpowiada, że dobrym pomysłem może być nie tylko monitorowanie częstotliwości występowania objawu, np. bólu głowy, ale także tego, co bywa jego przyczyną. Czasem dzięki temu udaje się wyeliminować problem, jeszcze zanim dotrzemy z nim do lekarza.

– Jeśli wiemy, że powodem bólu głowy jest zbyt mała ilość wypijanych płynów – możemy zacząć notować, ile w ciągu dnia pijemy. Miałem nawet pacjenta, który kupił specjalną butelkę, która pokazywała, ile już wypił – mówi ekspert.

Jeśli nie uda ci się znaleźć konkretnej aplikacji, bo masz dość oryginalne potrzeby i chcesz np. zobaczyć zależność między czasem spędzanym na rozmowach z szefem a liczbą przespanych godzin albo między kłótniami z córką i napadowym objadaniem się – możesz skorzystać z aplikacji-szablonów jak np. Nomie, które wypełnia się dowolnymi parametrami.

Motywacja i świadomość

Jak widać, life-tracking może ułatwić diagnozę i być jak system wczesnego ostrzegania dla osób chorych, ale najciekawszy i chyba najmniej oczywisty jest jego motywacyjny charakter. Odpowiedni program czy urządzenie śledzące pomaga bowiem osiągnąć różne, także zdrowotne, cele. I robi to na kilka sposobów.

Po pierwsze może być impulsem do działania, np. rzucenia palenia. Niby wszyscy wiemy, że papierosy źle wpływają na zdrowie, a jednak niektórzy łudzą się, że negatywne konsekwencje nie dotyczą ich tak bardzo jak reszty palaczy. Jeśli jednak zestawią liczbę wypalanych papierosów z aktywnością w ciągu dnia czy poziomem ciśnienia tętniczego – mają szansę zobaczyć czarno na białym, że nałóg ich także nie oszczędza. Dla niektórych bywa to wystraczająco silny impuls do zmiany.

Jeśli jesteśmy już zmotywowani, by wprowadzić w życie program naprawczy – sięgnijmy po trackery, by dowiedzieć się, skąd właściwie startujemy. Jak pisze Robert E. Franken w „Psychologii motywacji”: „zanim zmienimy jakiś sposób postępowania, musimy go sobie uświadomić. Wymaga to monitorowania własnego zachowania. (…) Jeśli analizujemy nasze działania, to łatwiej nam wyznaczać cele, które prowadzą do stopniowej poprawy”.

Świadomość tego, gdzie była nasza linia startu, pomaga też dostrzec postęp. Osoby, które zaczynają ćwiczyć i dołączają do jakiejś grupy treningowej, często po krótkim czasie zaczynają się porównywać z innymi i frustrować tym, że są gorsze. Tymczasem powinny raczej porównywać swoje obecne wyniki z wcześniejszymi. Dzięki temu ich samoocena będzie wzrastać. Zamiast myśleć: „Jestem leniwy i bez kondycji”, zaczną widzieć siebie jako wytrwałych i aktywnych, bo będą mieć na to dowody. Psycholodzy nie mają wątpliwości, że wzrost wiary w siebie znacznie zwiększa szanse wytrwania w postanowieniach. Motywująca może być nawet sama świadomość, że informacje o tym, co robimy, za chwilę będziemy musieli gdzieś zapisać. Badacze z University of Pittsburgh dowiedli, że notowanie w aplikacji tego, co się zjadło, jest skuteczną strategią odchudzania, a po zaprzestaniu diety pomaga utrzymać prawidłową wagę.

Warto więc poświęcić trochę czasu, by znaleźć aplikację, która pozwala na śledzenie dokładnie tego, co chcesz, i osiąganie tego, na czym najbardziej ci zależy.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z krytyką?

Ważne jest, jak reagujesz na krytykę, i co mówisz, ponieważ swoim zachowaniem wyrażasz i wzmacniasz poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Ważne jest, jak reagujesz na krytykę, i co mówisz, ponieważ swoim zachowaniem wyrażasz i wzmacniasz poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Radzenie sobie z krytyką wymaga osiągnięcia pewnego poziomu akceptacji – akceptacji nie tylko własnej niedoskonałości i idącej za tym podatności na niepochlebne oceny, lecz także tego, że świat jest miejscem pełnym krytycznych osądów, opinii i niepożądanych uwag.

Osoby z niskim poczuciem własnej wartości łatwo biorą krytykę do siebie i pozwalają, aby jeszcze bardziej nadwątlała ich samoocenę. Rzecz w tym, że krytyka niekoniecznie zawsze jest złą rzeczą. Istnieją dwa rodzaje krytyki: konstruktywna, to znaczy taka, której celem jest pchnię­cie cię w stronę wzrostu i rozwoju, oraz destruktywna, czyli taka, która ma cię upokorzyć i wywołać uczucie dyskomfortu.

Jeśli masz niską samoocenę, to prawdopodobnie reagujesz biernie lub agresywnie na każdą formę krytyki. W twoim wypadku problem polega na tym, że automatycznie uznajesz ją za zasadną, biorąc ją za „dowód” swojej niższości i bezwartościowości. To nie sama krytyka godzi w twoją samoocenę; największą szkodę wyrządzasz sobie tym, jak ją odbierasz.

Przypomnij sobie sytuację, w której zostałaś skrytykowana. Czy potrafisz przywołać myśli, które krążyły wówczas w twojej głowie?

W pracy nad akceptacją siebie, swoich słabości i ograniczeń przyjrzyj się uważniej swoim reakcjom na krytykę. Jeśli odpowiadasz agresją, przybierasz postawę obronną lub przeprowadzasz kontratak, może to skutkować konfliktami oraz wywoływać poczucie winy i żalu szkodzące samoocenie. Jeśli pozostajesz bierna, dajesz osobie krytyku­jącej siłę, gdyż automatycznie uznajesz jej punkt widzenia za słuszny, a krytykę za uzasadnioną. Możesz też zamknąć się w sobie i poddać krytyce, przepraszając lub zachowując milczenie. Wówczas rezygnujesz z obrony, co negatywnie wpływa na samoocenę oraz pokazuje tobie sa­mej i innym, że jesteś łatwą ofiarą.

Niektóre kobiety reagują pasywno-­agresywnie: pozostają bierne i po­ zwalają, aby żal i złość narastały w nich do takiego stopnia, że eksplo­dują i biorą odwet na krytyku przy innej okazji.

Czy rozpoznajesz w sobie któreś z opisanych zachowań? Jeśli tak, na czym polega zbieżność?

Najlepszy sposób radzenia sobie z krytyką to przyjmować tę konstruktywną, a asertywnie odrzucać destruktywną. Zamiast chłonąć ją bez zastanowienia, rozważ, czy jest słuszna i trafna. Niezależnie od te­ go, czy krytyka jest uzasadniona, czy nie, ochronisz swoje poczucie własnej wartości, jeśli przyjrzysz się bliżej niepochlebnemu przekazowi. W ten sposób wpoisz sobie, że twój punkt widzenia ma znaczenie. Two­je uczucia, opinie i przemyślenia są równie ważne jak te należące do krytyka. Jeśli jego uwaga jest konstruktywna i została wypowiedziana w dobrej wierze, można mu podziękować i zamknąć temat. Jeśli kryty­ka nie jest trafna i usprawiedliwiona, odpowiedz racjonalnie i spokojnie, broniąc swoich racji – wykorzystaj umiejętności z zakresu asertywności.

Możesz przygotować się na przyjmowanie wszelkiego rodzaju krytyki pewnie i ze spokojem. Wybierz jedno z poniższych stwierdzeń i po­stanów sobie, że zachowasz je w pamięci, odpowiadając na krytyczne uwagi:

  • Na świecie jest wiele opinii i punktów widzenia.
  • Moje poglądy są tak samo ważne jak innych.
  • Dobrze radzę sobie w sytuacjach konfliktowych. Jestem spokojną, racjonalną osobą.
  • Umiem przyjmować uwagi na swój temat.
  • Potrafię spojrzeć na sprawy z szerszej perspektywy.

Ważne jest, jak reagujesz i co mówisz, ponieważ swoim zachowaniem wyrażasz i wzmacniasz poczucie własnej wartości. Najistotniejsze jest jednak to, co ty sama myślisz i jak interpretujesz krytyczne przekazy.

Gdy masz do czynienia z osobą agresywną, narcystyczną lub niepo­trafiącą poradzić sobie z twoją asertywnością w sposób spokojny i pełen szacunku, może się okazać, że twoje próby obrony są bezcelowe lub wręcz narażają cię na niebezpieczeństwo. W takich sytuacjach, zamiast odpierać krytykę, lepiej ją przemilczeć, pamiętając, że w tym momencie to nie ty jesteś problemem.

Fragment książki „Poznaj, zaakeptuj i pokochaj siebie” Megan MacCutcheon. Została ona napisana z myślą o kobietach stojących przed wyzwaniami związanymi z niską samooceną oraz o tych, które pragną zyskać pewność siebie i większą wewnętrzną siłę. To dobre narzędzia służące do podniesienia samooceny.

  1. Zdrowie

Waga zmiany – epidemia otyłości [RAPORT]

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Z jednej strony karmieni jesteśmy reklamami szczupłych, idealnych ciał. Z drugiej – tyjemy w tempie ekspresowym. Jest i trzecia strona – ruch body positive. Moje ciało jest moje i nikomu nic do tego – słyszymy. Jak znaleźć złoty środek?

Wiedziałam, że jest mnie za dużo. Miałam świadomość ryzyka zdrowotnego, wyobrażałam sobie swoje otłuszczone organy, wysiłek, jaki musi wykonać serce, żeby pompować krew – opowiada Dorota Zygmunt, ambasadorka kampanii „W Nowym Kształcie”, skierowanej do osób zmagających się z otyłością. – Bliscy zawsze mnie akceptowali, ale od obcych ludzi doświadczałam ośmieszania, wytykania palcem. Pamiętam szczególnie jedno wydarzenie. Moment dla mnie przełomowy. Byliśmy w Łebie. Zawsze uwielbiałam wakacje nad morzem, choć już sama myśl o wciskaniu się w kostium i wychodzeniu na plażę była trudna. Uparłam się, żeby popłynąć rowerem wodnym. Chętnych było dużo, czekaliśmy, a kiedy w końcu wsiedliśmy, okazało się, że rower przechyla się niebezpiecznie na stronę, po której siedziałam. Pan z obsługi powiedział, że nie da rady. Musimy wysiąść. Patrzył na nas, na mnie, tłum ludzi. Wstyd, jaki wtedy czułam, pamiętam do dziś. Dotarło do mnie, że muszę sobie pomóc.

Boli własne odbicie w lustrze. I nie tylko to. – Nikt, kto nie był otyły, nie zrozumie przeżyć otyłego – mówi Dorota. – Tego, co czuje w samolocie, co, kiedy musi usiąść na leciutkim krzesełku na szkolnych akademiach dzieci, co, gdy biegnie do autobusu, gdy uprawia seks. To zawsze ogromna samotność. Nawet jeśli ktoś, kogo kochasz, mówi ci: „Jest OK”. Otyli bywają weseli, przymilni, swoim zachowaniem walczą o akceptację. Ale to jedynie maska.

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka, dodaje: – Osoby otyłe często mówią, że kiedy idą alejką pośrodku samolotu czy autokaru, widzą, jak wszyscy patrzą z przerażeniem: usiądzie koło mnie czy nie? W dodatku takie przekonanie potrafi siedzieć im w głowie, nawet kiedy zgubią już nadmiarowe kilogramy. Znam chłopaka, który schudł z otyłości olbrzymiej do normy. I w samolocie nadal wydawało mu się, że wszyscy na niego patrzą. W głowie ciągle był gruby. Z drugiej strony – są ludzie, którzy zmianę w życiu odkładają do czasu, aż schudną. „Mam beznadziejną pracę, ale zacznę szukać nowej, kiedy schudnę”. Albo: „Nie układa mi się z mężem, ale o tym, czy chcę z nim być, pomyślę, kiedy już będę szczupła”. Nie są tak naprawdę gotowi na kolejną zmianę, więc hamują tę pierwszą.

Kod E66

Problem dotyczy wielu z nas. Bo jako społeczeństwo tyjemy. Najszybciej w Europie. Szybciej niż Ameryka. Około 58 proc. Polek i 68 proc. Polaków ma zbyt wysoką masę ciała. Na otyłość choruje 25 proc. z nas. Rok pandemii, rok, który wielu z nas spędziło, pracując w domu, zrobił swoje. Wstajemy od komputera często tylko po to, by sięgnąć do lodówki. Zamknięte siłownie usprawiedliwiają brak aktywności fizycznej. Przed ekranem (komputera czy telewizora) spędzamy o półtorej godziny więcej, a na wadze przybywa nam średnio 1,8 kilograma. Przy czym osoby z nadwagą przytyły 1,98 kilograma, a otyłe – 3,2 kilograma. Profesor Piotr Myśliwiec, chirurg bariatra, ekspert kampanii „W Nowym Kształcie”, mówi: – Problem rośnie. Moim zdaniem wynika to z braku ruchu i z niezdrowego odżywiania. Może to kwestia mentalności, może wygody? Zmęczeni rodzice nie idą z dzieckiem na rower, na spacer. Włączają telewizor, dają komputer: „Zajmij się”.

Nawet szczupłe dzieci nie mają wystarczająco dużo ruchu. A są przecież i takie, które mają skłonność do otyłości. Rodzice otyli to 70 proc. prawdopodobieństwa, że w wieku dorosłym dziecko też będzie otyłe. Czy to kwestia genów? – Wiemy, że są geny, które warunkują otyłość, choć nie zidentyfikowaliśmy ich wszystkich – mówi profesor Myśliwiec. – Są pojedyncze mutacje, które sprawią, że człowiek będzie otyły, nawet leczenie operacyjne nie da pożądanego efektu. Ale częściej występują geny predysponujące do otyłości. Jeśli jednak odżywiamy się prawidłowo, otyłość się nie ujawni.

Otyłość jest chorobą. Od roku 1996. Na liście opublikowanej przez WHO oznaczona została kodem E66. Jest też matką innych chorób. Każdy nadmiarowy kilogram masy ciała to większe ryzyko zawału czy nowotworu złośliwego. Profesor Myśliwiec tłumaczy: – Otyłość musimy leczyć, by przedłużyć życie. Poprawić jego jakość. Zapobiec powikłaniom cukrzycy, chorób serca. Jest cała lista chorób, których częstość zmniejsza się po operacji otyłości – od udaru mózgu, migreny, przez zaburzenia miesiączkowania, niepłodność i nietrzymanie moczu, po nowotwory, takie jak rak przełyku, trzustki, jelita, piersi czy trzonu macicy. Ludzie otyli mają bezdech senny, nie wysypiają się w nocy, zasypiają w środku dnia, trudno im skupić uwagę. A chorzy otyli mają dużo mniejsze szanse wyzdrowienia z ciężkiej postaci COVID-19 – ich płuca już na początku są uciśnięte przez wysoko ustawioną przeponę z powodu dużej ilości tkanki tłuszczowej w jamie brzusznej. Nazywamy to małą rezerwą oddechową. To główny czynnik śmiertelności w zakażeniu koronawirusem.

Zostają z tym sami

Brak ruchu, zła dieta to z pewnością najważniejsze przyczyny otyłości. Ale wydaje się, że jest coś jeszcze. Praprzyczyna, z której dwie powyższe wynikają. To braki w edukacji. Na żadnym etapie nauki szkolnej uczniowie nie poznają zasad właściwego odżywiania. Nic więc dziwnego, że jako dorośli nie umieją się na tym polu poruszać.

Mówi dietetyczka Katarzyna Błażejewska-Stuhr: – Z jednej strony masowo kupujemy poradniki, ogromną popularnością cieszą się programy kulinarne, w których mówi się także o tym, jak kupować, na co zwracać uwagę, jak ważne jest czytanie składu produktów. Magda Gessler idzie do kuchni restauracji i robi to samo, co robiła dziesięć sezonów wcześniej, czyli wyrzuca mrożoną, wysokoprzetworzoną, „chemiczną” żywność. Gdyby restauratorzy ze świadomością obejrzeli choć jeden odcinek, powinni wiedzieć, co dobre, a co złe.

Może nie chcemy tego rozumieć? Zwłaszcza że na drugim biegunie są reklamy. Na przykład „zdrowy” wafelek dla dzieci: mleko i orzechy. Kupujemy, sumienie mamy czyste. – Mój mąż w dobrej wierze karmił córkę płatkami „dla dzieci” – mówi Katarzyna Błażejewska-Stuhr. – Dla mnie to najgorsze świństwo. On słyszał, że siedem witamin i żelazo i był pewny, że daje dziecku to, co najlepsze – a dawał cukier i chemię. To, co uzależnia, truje i wprowadza na ścieżkę do otyłości.

Nie pomagają też lekarze. W gabinecie otyli pacjenci słyszą: „Musi pani schudnąć”. Albo: „Trzeba się więcej ruszać”. I tyle. – Takie słowa nie są czarodziejską różdżką – mówi Dorota Zygmunt. – Nie motywują. Lekarze nie edukują pacjentów. Może sami nie wiedzą, co z tym zrobić. Albo nie potrafią na tak delikatny, drażliwy, bo dotyczący także wyglądu temat rozmawiać. Poza ogólnymi hasłami, tak naprawdę pustymi, nie dają nam żadnych konkretów. Osoby otyłe wychodzą potem z gabinetu i zamiast iść na siłownię, pocieszają się kolejnym batonikiem. Mnie lekarze podsuwali ulotki, wspominali, że są tabletki odchudzające, że diety. I już.

Zostawałam z tym sama. Próbowałam, na chwilę działało. Potem kilogramy wracały z supergratisem. Bo proces chudnięcia to jedno, a utrzymanie wagi, codzienna praca ze słabościami, z nawykami – to coś zupełnie innego. Nikt tego nie uczy. Choćby – że po jedzenie trzeba sięgać dopiero, kiedy czuje się głód. Fizyczny głód, nie smutek, nie radość, nie stres. Nikt nie mówi o mechanizmach, które rządzą często działaniem osób otyłych, o zajadaniu emocji. O roli jedzenia jako pocieszyciela: jest mi smutno, wiem, że jestem za gruba – to osłodzę sobie życie. Albo wchodzi przekora. OK, i tak jestem gruba, to zjem jeszcze jednego gofra. Teraz pocieszenia szukam już w spacerze, nie w czekoladzie. Ale to długa droga – droga budowania świadomości.

Zgubne nawyki

Codziennie podejmujemy ok. 250 decyzji związanych z jedzeniem. Gdybyśmy każdą z nich analizowali osobno i racjonalnie, oszalelibyśmy. Musimy więc w dużej mierze kierować się przyzwyczajeniami. I to robimy. Problem w tym, że te przyzwyczajenia często nie są właściwe. Przy półce z jogurtami w supermarkecie Polak spędza średnio sześć sekund. Francuz – 15. Kupujemy „to, co zawsze” i biegniemy dalej, nie ma co tracić czasu na rzeczy nieważne! Coraz więcej się mówi o konieczności czytania składów, ale niewielu z nas to robi.

Warto raz wykonać pracę, przeanalizować, które marki mają produkty o dobrym składzie, i na zakupy iść z listą. Nie kupować niczego, czego na niej nie ma. – Miniemy w ten sposób półkę z ciasteczkami, bo tych na listę nie wpisaliśmy. Jeśli w domu są słodycze, to zawsze gdy na nie spojrzymy, musimy podjąć decyzję: „Nie zjem tego”. Tak dokładamy sobie problemów – uważa Katarzyna Błażejewska-Stuhr. Radzi też, by uważać na… ekopułapkę. – Producenci – choćby jogurtów – robią jogurty bio, bo takich szukamy – mówi Katarzyna. – I dodają do nich biocukier. Jak mówi koleżanka dietetyczka: „OK, to będziemy mieć biocukrzycę”. Często ludzie płacą trzy razy więcej, tymczasem to, co kupują, niczym się nie różni od innych produktów – poza certyfikatem.

Kolejny zgubny nawyk to jedzenie non stop. Między posiłkami. Podjadanie. Kilka orzeszków, jabłko, batonik, drożdżówka – to przecież nie posiłek. Tymczasem właśnie tak rozregulowujemy metabolizm.

Tyją dzieci. – Teraz, w pandemii, urywa mi się telefon od zaniepokojonych rodziców – mówi Katarzyna Błażejewska-Stuhr. – Nagle zobaczyli, po co dzieci sięgają, jakie mają żywieniowe nawyki. A że wszyscy są zmęczeni, rodzice wolą już kupić dzieciom to, czego one chcą, niż walczyć, żeby jadły warzywa. Nie pomaga skład produktów dla dzieci – wszystko jest dosładzane! Ostatnio chciałam kupić naturalny sok z marchwi. W większości sklepów – nie do dostania. Wszystkie to głównie jabłko albo banan. A jak już jest sama marchew, to dosładzana miodem. Trzeba mieć świadomość i zaparcie, żeby kupić coś naturalnego.

50 lat temu w klasie było średnio jedno otyłe dziecko. Nie miało lekko, było „niezdarą”, „grubasem”. Teraz dzieci z nadwagą jest więcej. Mniej stygmatyzacji, wyśmiewania, przezywania. Lepiej. Z drugiej strony – oswajamy nadwagę. Staje się ona nową normą.

To się leczy

Otyłość buduje się latami. Nie ma więc sposobu, żeby znikła w miesiąc czy dwa. Trzeba znaleźć w sobie motywację i gotowość na ciężką pracę. – Po urodzeniu pierwszego dziecka ważyłam 90 kilogramów – opowiada Dorota Zygmunt. – Zaczęłam się odchudzać i w efekcie... doszłam do 123 kilogramów przy 164 centymetrach wzrostu. Jakiś czas dieta, potem złe z niej wychodzenie, efekt jo-jo – i tak bez końca. Brak konsekwencji, brak świadomości. Nie potrafiłam zrozumieć, że o tym, jak wyglądam, decyduje, co, kiedy i jak jem. To trochę tak jak z alkoholikiem. Wieczne samousprawiedliwianie. Winy szukamy gdzie indziej. Że problemy endokrynologiczne. Obciążenie genetyczne. Grube kości. I tak to trwa. Któregoś dnia weszła do mojego biura koleżanka, która poddała się operacji bariatrycznej. I przycisnęła mnie do ściany. Nie byłam gotowa na tę rozmowę, ale ona nie dała się zbyć. Niby wiedziałam, że są takie operacje, ale myślałam, że to dla wybrańców, że kosztuje majątek. Wtedy zrozumiałam, że może to dla mnie jedyna droga.

– Powyżej pewnego etapu otyłości leczenie dietą nie zda egzaminu – potwierdza profesor Myśliwiec. – Bo nawet jeśli straci się ileś kilogramów, jest duże prawdopodobieństwo, że wrócą one z nawiązką. Statystyki pokazują, że zaledwie 1 proc. osób z BMI powyżej 40 trwale zmniejsza masę ciała bez operacji. U osób operowanych to powyżej 80 proc.

Jednak sama operacja nie kończy sprawy. – Wielu pacjentów i, co gorsza, chirurgów, uważa, że wykonanie operacji zmieni ich życie – tłumaczy profesor Myśliwiec. – Nie jest to prawda. Operacja zmniejsza żołądek, często apetyt i, przejściowo, masę ciała. To tylko narzędzie, które pacjent dostaje i które może wykorzystać lub nie. Ale jeśli nie towarzyszy mu zmiana nawyków żywieniowych i aktywność fizyczna, jest to nietrwałe. Ja pacjentom po operacji mówię, że teraz rodzą się na nowo. Muszą nauczyć się jeść, chodzić, biegać, jeździć rowerem. Staramy się do chorych dotrzeć. Tłumaczymy, że konieczne jest leczenie zespołowe, że potrzebują wsparcia dietetyka, psychologa, fizjoterapeuty, mających doświadczenie z pacjentami bariatrycznymi. Otyłość jest trudną chorobą, sama operacja nie zmienia podświadomości. Wystarczy na chwilę odpuścić, a zaprowadzi nas do lodówki.

W standardach operacyjnego leczenia otyłości są przynajmniej po dwie wizyty przed operacją u dietetyka i psychologa. Po operacji niezbędny jest regularny nadzór, a nie wszystkie ośrodki mają psychologów i dietetyków. Profesor Myśliwiec od lat czeka na takie poradnie leczenia otyłości, jak na przykład w Danii, gdzie pacjent znalazłby kompleksową opiekę, z konsultacjami różnych specjalistów w ciągu jednego dnia dla jego komfortu i lepszych wyników leczenia.

Akceptacja

Jesteśmy karmieni reklamami i programami kulinarnymi z jednej strony, z drugiej – szczupłymi kobietami z boskimi ciałami. W kwestii żywienia często mówi się o wyglądzie: „Zjesz to, nie zjesz tamtego, to schudniesz”. Rzadko: „Będziesz mieć więcej energii, wątroba będzie mniej otłuszczona, a tętnice czystsze”. Panuje terror szczupłego ciała. – A ja zawsze uważałam, że cudowna jest różnorodność kobiet – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. – To, że są małe, szczupłe, wysokie, krąglejsze. A dziś takie piękne kobiety jak Marilyn Monroe nazywa się grubymi. To absurd, skandal i w gruncie rzeczy przemoc. Zaprzeczamy czemuś tak normalnemu jak kobiece kształty.

Dlatego pewnie ruch body positive padł na podatny grunt. Nie chcemy, żeby ktoś dyktował nam, jak mamy wyglądać, mówimy: „Odczepcie się, moje ciało jest moje, nic nikomu do tego”. Katarzyna Miller uważa, że rzeczywiście, akceptacja siebie jest niezwykle ważna. – Ale „akceptuję siebie” nie znaczy: „nie rozwijam się”. Zawsze lubiłam jeść. I zawsze to w sobie lubiłam – opowiada. – Jak każda kobieta mogłam sobie powiedzieć, że tu czy tam jest za dużo, ale lubiłam moje ciało. Nadal uważam je za moje kochane ciało, ale na schody trudno mi się wchodzi, trochę mi niewygodnie, no i boli mnie kręgosłup. Poszłam na dietę. Zmieniłam styl jedzenia. Nie będę mówić, ile zrzuciłam, bo nie o wyniki chodzi, ważne, że zaczęłam proces. Nie zamierzam się katować, będę taka, jak mi to wyjdzie. Na coś mnie stać, to to robię. Oczywiście mam system zaprzeczeń, każdy ma, każdy troszkę się sam oszukuje, takie jest życie. Czasem się zostawiam, ale potem wracam i za to zostawienie się przepraszam. I znowu sobie towarzyszę. Wolę mówić właśnie o towarzyszeniu sobie niż o braniu się za siebie. Nie można traktować siebie jak przedmiotu. I trzeba mieć do siebie dystans. Czasem kiedy do kogoś dzwonię, mówię: „Kasia Miller, wie pan, ta gruba ruda”. „Ale dlaczego pani tak o sobie mówi?” – słyszę. – Tak mówię, bo taka jestem. Gruba i ruda. Wszystkim się podobać nie będę, ale to dla mnie nie problem.

Mówimy o akceptacji ciała, ale kiedy tylko wychodzi słońce, atakują nas w sieci hasła: „Przygotowanie do bikini”, „Gotowa na plażę?”, „Pięć kroków do idealnej sylwetki”. – Tak jakby ktoś, kto ma za dużo kilogramów, nie miał prawa na tę plażę wejść. I jakby na plaży wszyscy myśleli tylko o tym, żeby obejrzeć każdy centymetr twojego ciała – śmieje się Katarzyna Miller. – Dlaczego nieustanne poddajemy się ocenie? Dlaczego nie mówimy o radości z ciała, o spontaniczności, o używaniu ciała do przyjemnych rzeczy? Zachęca się nas do aktywności fizycznej, owszem, ale ta aktywność ma służyć „odpowiedniemu wyglądowi”. Pamiętam, kiedy byłam młodą dziewczyną, pewien fajny chłopak chciał ze mną pojechać na wakacje. I co od razu pojawiło się w mojej głowie? Oczywiście: „Muszę schudnąć!”. Ale szybko oprzytomniałam: „Zaraz, zaraz, po pierwsze, nie mam ochoty. Po drugie, on wie, jak wyglądam, i właśnie mnie na ten wyjazd zaprosił. Po trzecie, jak mu się nie będę podobać, to trudno”. Poddajemy się ocenom innych, jesteśmy zewnątrz­sterowni. I cała masa ludzi przez to cierpi. Niepotrzebnie.

Katarzyna Błażejewska-Stuhr mówi jednak o tym, że często osoby z otyłością oddzielają się od swojego ciała. Nie akceptują go. – Jeśli nie lubię mojego ciała, jeśli się go brzydzę, to nie ma szans, żebym o nie naprawdę zadbała i karmiła kiszoną kapustą i sałatą. Myślę, że body positive to dobry trend. Nie chodzi o gloryfikowanie otyłości. Jeśli jednak dzięki temu ruchowi będziemy mówić, że 90 proc. kobiet ma cellulit, że jesteśmy piękne, bo jesteśmy różne, że niedoskonałość jest normalna i dobra, to zaczniemy patrzeć na nasze ciała z sympatią i troską. Jeśli będziemy traktować ciało jako integralną część nas, myśleć, że jest z nami na dobre i na złe – i raczej na dobre, że pozwala nam chodzić, biegać, pracować, tańczyć, uprawiać seks – będziemy chciały dać mu więcej dobrego. To najlepsza motywacja żywieniowa. A nie – że się odchudzimy, zagłodzimy i wciśniemy w kostium kąpielowy w rozmiarze 34. Ruch body positive może spuścić z nas napięcie, uświadomić, że nie chodzi o dążenie do nieosiągalnego ideału, ale o traktowanie siebie z mądrą miłością.

Profesor Myśliwiec: – Jestem za tym, by każdy akceptował siebie takim, jaki jest, co nie znaczy, że nie powinniśmy robić wysiłków, żeby być zdrowym. Można zaakceptować bóle kręgosłupa, stawów i brać tabletki, a można zmniejszyć ilość niezdrowego jedzenia, ćwiczyć i czuć się lepiej. Mam pacjentów, którzy po latach odzywają się do mnie: „Doktorze, odmienił pan moje życie. Mogę iść z synem na rower. Poznałem kogoś, z kim jestem szczęśliwy czy szczęśliwa”. A szczęście to chyba dobra motywacja.

  1. Moda i uroda

Nlift. Zabieg, który działa cuda

(Fot. materiały partnera)
(Fot. materiały partnera)
Nlift to procedura zabiegowa, która zdobywa coraz większą popularność wśród lekarzy i pacjentek. Spektakularne efekty odmłodzenia twarzy i poprawy jakości skóry widać gołym okiem, ale potwierdzają je też badania kliniczne – w skórze rusza produkcja fibroblastów, poprawia się więc jej jędrność, zwiększa się też poziom nawilżenia. Dla nas o tej kompleksowej, innowacyjnej procedurze opowiada dermatolog i lekarz medycyny estetycznej Anna Płatkowska-Szczerek.

Dla kogo jest przeznaczony i jakie problemy estetyczne pozwala rozwiązać?
Nlift rozwiązuje problem utraty jędrności skóry u wszystkich osób, również u tych które zauważają pierwsze oznaki starzenia. Jest doskonałym zabiegiem przeciwdziałającym starzeniu się skóry u osób młodych, które już dzisiaj chcą zadbać o zdrowie i wygląd swojej skóry.

W gabinetach jest już szeroka oferta zabiegów anti-aging. W czym kryje się wyjątkowość Nlift?
Innowacyjność polega na połączeniu różnych technik zabiegowych działających na kolejnych warstwach skóry właściwej. To spojrzenie na zabiegi medycyny estetycznej z innej perspektywy niż ta, do której przywykliśmy. Nlift to połączenie różnych terapii, od pierwszego spotkania przygotowujemy skórę do kolejnych etepów, co większa ich skuteczność. Taka procedura łączona jest o wiele bardziej efektywna. Badania kliniczne potwierdzają zarówno wzrost ilości włókien kolagenowych, jak i poprawę się parametrów bariery naskórkowej.
Poza tym szeroka oferta zabiegowa w gabinecie tak naprawdę nie gwarantuje ani skuteczności zabiegów, ani też bezpieczeństwa, nie mówiąc o nakładach kosztów w stosunku do efektywności przeprowadzanych procedur.

Kluczem dobrego programu anti-aging jest odpowiednia kwalifikacja pacjenta do zabiegu i tak jak w przypadku Nlift kolejność procedur, które są ze sobą w pełni kompatybilne dla osiągnięcia jak najlepszych rezultatów estetycznych.

Jak wygląda sam zabieg?
Procedura składa się z dwóch wizyt w gabinecie lekarskim w odstępie tygodnia. Na pierwszej wizycie oceniamy skórę i jej potrzeby oraz wykonujemy mezoterapię igłową twarzy z użyciem produktu Neauvia hydro Deluxe.

W czasie drugiej wizyty przeprowadzamy zabieg termoliftingu urządzeniem Zaffiro poprzedzony wodnym pilingiem skóry. To bezbolesna, odprężająca procedura.

Następnie wykonywany jest zabieg wypełniający i podkreślający owal twarzy przy użyciu preparatu Neauvia Intense. Na koniec na powierzchnię policzków podawany jest silnie stymulujący preparat Neauvia Stimulate. Tak więc w pierwszej sesji stawiamy na dogłębne nawilżenie i poprawę jakości skóry. W drugiej zajmujemy się remodelingiem i intensywnym pobudzeniem fibroblastów do produkcji nowych włókien kolagenowych.

(Fot. materiały partnera)(Fot. materiały partnera)

Dlaczego Pani Doktor poleca ten zabieg?
Przede wszystkim dlatego, że jest bardzo efektywny, a przy tym mało inwazyjny.
Mezoterapia odżywiająca i nawilżająca skórę, zabieg "podgrzewający”, który skraca włókna kolagenu, dając efekt liftingu, a na koniec delikatne wypełnienie i silna stymulacja. Czego chcieć więcej ;)?
Dzięki Nlift pacjentki, które zaczynają swoją przygodę z medycyną estetyczną, wiedzą, co będzie działo się w kolejnych etapach. Mogą sobie zaplanować zabieg i przygotować się do niego. Pacjentki, które już wcześniej korzystały z zabiegów medycyny estetycznej również otrzymują doskonałą kompleksową terapię anti-aging.
Nie sposób nie wspomnieć o produktach dodatkowych, jakie otrzymuje pacjent wykupujący procedurę Nlift. Są to krem Ceramidowy - dla odbudowy bariery ochronnej naskórka, Serum z Vitaminą C - dla jeszcze silniejszej stymulacji produkcji kolagenu oraz 30 dniowy program suplementacji Neauvia. To wszystko przekłada się na piękną, zdrową cerę i daje naturalne efekty.

Lek. Anna Płatkowska-Szczerek, dermatolog, lekarz medycyny estetycznej, współwłaścicielka Kliniki Anclara Health & Aesthetics w WarszawieLek. Anna Płatkowska-Szczerek, dermatolog, lekarz medycyny estetycznej, współwłaścicielka Kliniki Anclara Health & Aesthetics w Warszawie

Więcej na www.nlift.pl

  1. Zdrowie

Słodki smak trucizny – jak cukier wpływa na nasze zdrowie?

Stale podwyższony poziom cukru we krwi powoduje glikację białek – cukier przywiera do komórek białkowych i upośledza ich funkcje. (Fot. iStock)
Stale podwyższony poziom cukru we krwi powoduje glikację białek – cukier przywiera do komórek białkowych i upośledza ich funkcje. (Fot. iStock)
Bohater kultowego filmu Barei badał zawartość cukru w cukrze. Dziś miałby dużo szersze pole badawcze, ponieważ sacharoza jest wszechobecna – trafia do ketchupu, leków, ba, nawet do pasty do zębów. Dziennikarka Ewa Nowak zbadała, jak sztuczna słodycz wpływa nie tylko na jej organizm, ale i samopoczucie. I doszła do wniosku, że wysiada z białej karuzeli.

Przez rok przeciętny Polak zjada ok. 43 kilogramów cukru, co oznacza 29 łyżeczek dziennie! Cukier – słodycze – pyszności – rodzina – dobre chwile... Taki łańcuch skojarzeń ma większość z nas. Cudowne wspomnienia z dzieciństwa związane ze słodyczami łączą nas silnej niż patriotyzm. Pieczenie ciast, wyprawa z rodzicami na lody, żelki, ciastka czy bita śmietana to w naszej kulturze symbol miłości, bezpieczeństwa, rodziny, nagradzania dzieci i okazywania im, że są ważne. Gorąca czekolada czy budyń z sokiem nikomu nie kojarzy się z trucizną i niszczeniem białek – a na tym cukier bazuje. Im więcej o nim czytam, tym bardziej mam wrażenie, że to nie substancja chemiczna, ale przebrany Obcy, który chce po cichutku zniszczyć nasz gatunek. I jak na razie znakomicie mu idzie, bo statystki, wskazują, że liczba chorych na cukrzycę stale wzrasta.

Hans-Ulrich Grimm, autor książki „Żywność pełna kłamstwa”, pisze: „wiele substancji, które zjadamy w produktach spożywczych, wywołuje uczucia”. Trudno się z tym nie zgodzić. Cukier bezsprzecznie wywołuje uczucia, i to jakie! Niby wiemy, że „trzeba z tym skończyć”, a jednocześnie sięgamy po słodycze. Co takiego on w sobie ma, że nie można mu się oprzeć?

Słodki eksperyment

Zjadam krówkę na czczo i czekam, co się stanie – czuję rozkosz już po minucie – cukier spowodował wyrzut większej dopaminy, hormonu wywołującego uczucie szczęścia. A od poczucia szczęścia nietrudno się uzależnić... Gdybym zjadła krówkę z jabłkiem czy pajdą gryczanego chleba, cukier nie działałby aż tak bardzo, bo ważne jest, w jakim towarzystwie trafia do naszego organizmu. Jeśli wraz z błonnikiem (w warzywach, owocach, razowej mące), to wzrost poziomu glukozy będzie niższy niż ten wywołany przez „samotny” cukier. Dobrym towarzystwem są też zdrowe tłuszcze.

Cukier wywołuje we mnie bardzo konkretne uczucia, silnie wpływa na moje samopoczucie i zachowanie. Przez pierwszą godzinę po zjedzeniu krówki energia mnie rozsadza. Jestem zadowolona, mam przypływ sił witalnych, ale i problem ze skupieniem. Po godzinie czuję skradające się zdenerwowanie, które przekształca się w ostrą irytację, gdy poziom glukozy spada. Po niej następuje faza gwałtownego pogorszenia samopoczucia. Mam lekko depresyjne uczucie pustki, czuję silne napięcie, nawet lęk. Jestem zła, nie mogę się skupić i chce mi się czegoś słodkiego. Agresywny głos w głowie szantażuje, że nie pozwoli mi nic zrobić, dopóki mu czegoś nie dam.

Psychologia zachcianek

Naszym organizmom wystarczyłaby od czasu do czasu fruktoza, czyli cukier zawarty w owocach. Od czasu do czasu! Bo mitem jest, że można je jeść w każdej ilości. Dla przykładu stężenie fruktozy po zjedzeniu całej kiści winogron lub ośmiu mandarynek to dla człowieka za duże obciążenie. Nawet jeśli zjadamy poprawnie – tylko jedną porcję owoców dziennie – sacharozą jesteśmy dosłownie zasypywani. „Jeśli do tego dołoży się nadwagę i siedzący tryb życia, nasze komórki stawiają insulinie coraz większy opór (…). Przemęczona trzustka zużywa się, wydzielając coraz mniej insuliny, a komórki stają się coraz bardziej oporne na działanie tego hormonu. Stan taki nazywamy opornością na insulinę” – piszą dr Richard Jacoby, specjalista chorób nerwów obwodowych, i Raquel Baldelomar w głośnej książce „Cukier. Cichy zabójca”.

Jedzenie cukru doprowadza również do zjawiska leptynoodporności, a więc braku skutków działania leptyny – hormonu informującego mózg o odżywieniu organizmu. Uporczywa wysokocukrowa dieta powoduje nawykowy deficyt uczucia sytości. Jemy, ale nie czujemy się najedzeni. Stąd na przykład absurdalna potrzeba zjedzenia całej warstwy ptasiego mleczka naraz czy wszelkie kompulsywne pochłanianie słodyczy.

Jak widać, jesteśmy skażeni i odtrucie cukrowe będzie trudne. W tym stwierdzeniu nie ma słowa przesady, ponieważ cukier wywiera ogromny wpływ na nasze samopoczucie.

„Po zdecydowanym odstawieniu wszelkich słodyczy czujemy się niepewni i chorzy, niespokojni i nerwowi, a wreszcie zmuszeni do znalezienia czegoś słodkiego i zjedzenia, przekonani, że tego pokarmu bezzwłocznie musimy sobie dostarczyć. Czy możemy skupić się na pracy, wiedząc, że w szufladzie leży tabliczka czekolady? Zapewne nie – a jedynym rozwiązaniem jest jej zjedzenie” – czytam u Jacoby'ego i Baldelomar. Póki będziesz jeść cukier, będziesz atakowany przez słodkie zachcianki. Już on tego dopilnuje!

Pożegnanie z cukrem

Statystyki straszą: jedna trzecia dzieci urodzonych w latach 2006–2016 będzie miała cukrzycę typu drugiego z powodu nieprawidłowej diety. Wiele osób ma świadomość swojego uzależnienia, które zaszczepia potem dzieciom, ale ciągle uważamy, że to „tylko” uzależnienie psychiczne. „Wezmę się za siebie i z tym skończę”. Ale jeszcze nie teraz… A cukier zżera nas systematycznie, i to nie tylko w przenośni.

Stale podwyższony poziom cukru we krwi powoduje glikację białek – cukier przywiera do komórek białkowych i upośledza ich funkcje. Soczewka oka, naczynia krwionośne, włókna kolagenowe w skórze, ścięgna, stawy – białka budują wszystkie struktury naszego ciała i wszystkie są tak samo unicestwiane przez cukier. Lista schorzeń, do których się przyczynia, jest przerażająco długa: choroba Alzheimera, stwardnienie rozsiane, depresja, alergie, kruchość kości, zaburzone ciśnienie krwi, a do tego – jak podaje dr Richard Jacoby – najgroźniejszy jest jego wpływ na neuropatię, czyli zapalenie nerwów. Do tej pory nikt nie kojarzył diety wysokocukrowej ze schorzeniami neurologicznymi. A szkoda! Cukier niszczy nasz układ nerwowy. Odczuwamy to jako ból, a w dłuższej perspektywie jako niedołęstwo.

Nie masz wyjścia. To już nie kwestia poglądów czy nastawienia. Świat nauki mówi jednym głosem: jeśli chcesz w zdrowiu dożyć emerytury – rzuć sacharozę, a potem cukier pod każdą dosładzającą postacią. Choć stewia (z liści stewii południowoamerykańskiej) czy ksylitol (z kory brzozy) mają, owszem, znacznie niższy indeks glikemiczny, to używając ich, nie odzwyczaisz się od potrzeby odczuwania nadmiaru smaku słodkiego. To samo dotyczy sztucznych słodzików. Większość z nich, raz przyjęta, nigdy nie rozkłada się w naszym ciele, a mimo to wielu dietetyków wciąż uważa je za wsparcie w drodze do eliminacji cukru. Błąd! Proces odwyku, poza obszarem fizjologicznym, musi dotyczyć też obszaru gastrycznego. Chodzi o to, żeby przywrócić kubki smakowe do takiego stanu, w którym znów poczują słodycz surowej marchewki. Słodziki nam w tym nie pomogą. A miód?

Odkąd się dowiedziałam, co cukier robi moim białkom, słowo „glikacja” trzeszczy mi w głowie. Nie chcę trzymać w domu trucizny. Pozbyłam się całego cukru, nie mam nawet żelaznej rezerwy dla gości, ale z miodem nie dałam rady. Mam za duży szacunek dla pracy pszczół lub jestem po prostu z Polski i serce mi nie pozwala wyrzucić miodu. Po prostu więcej już go nie kupię, ale ten muszę powoli „dojeść”.

I co teraz?

Cukier, czyli sacharoza, jest dosłownie we wszystkim. Dlatego moja koleżanka uważa, że nie warto się tym przejmować. Każdy z nas jest skazany na cukrzycę, więc należy jeść rurki z kremem i popijać colą, póki jeszcze możemy, żeby potem, gdy już nam zdiagnozują cukrzycę, nie żałować. Koleżanka jest przekonana, że będzie miała cukrzycę typu drugiego. I rzeczywiście – przy takim podejściu ma to jak w banku! Ale ja widzę siebie jako zdrową, aktywną starowinkę z obwodem w pasie poniżej 78 cm (mężczyzna nie powinien mieć więcej niż 100 cm, bez względu na wzrost) bez cukrzycy, demencji i z piękną cerą. Zatem wysiadam z białej karuzeli!

A ty, drogi Czytelniku? Przeczytałeś trzy strony o cukrze, i co teraz? Wyśmiewasz strach przed nim, a może od dawna już go nie jadasz? Na jakim etapie drogi do zmian w jedzeniu cukru dziś jesteś? Określ to teraz. Lepszego momentu nie będzie.

Jak mawiał filozof Arthur Schopenhauer: „Każda prawda przechodzi przez trzy etapy: najpierw jest wyśmiewana, potem zaprzeczana, a na końcu uważana za oczywistą”.

Koła ratunkowe w morzu cukru

  • Pij białą morwę. Zawiera witaminy z grupy B, PP oraz wysokie stężenie flawonoidów o silnym działaniu detoksykacyjnym. Polecana przy konieczności wyrównywania poziomu cukru we krwi. Pomaga ciału poradzić sobie z codziennym tsunami cukru.
  • Do pracy noś zdrowe przekąski: marchewki, jabłka, czerstwe gryczane pieczywo, naturalne jogurty. Musisz to mieć pod ręką, bo trzeba jeść regularnie. Zbyt długie przerwy prowadzą do hipoglikemii (nadmiernego spadku poziomu glukozy we krwi) kończącej się sięganiem po słodycze.
  • Jedz bezcukrowe śniadania. Najlepiej owsiankę lub jajka (tylko zerówki albo jedynki od szczęśliwych kur).
  • Wyeliminuj z menu napoje słodzone. W jednej szklance jest 8 łyżeczek cukru (tyle samo, co w szklance soku pomarańczowego). Zamiast soków z owoców – pij warzywne.
  • Pilnuj spożywania zdrowych tłuszczów. „Pragnienie cukru bywa czasem domaganiem się przez organizm tłuszczu, którego mu nie dostarczyliśmy” – pisze dr Jacoby.
  • Nawadniaj organizm. Jeśli pijesz za mało, będziesz czuć podwyższone łaknienie i szukać cukru. Kropka.
  • Wysypiaj się. Nasz organizm często myli niezadowolone ciało migdałowate z głodem i zapotrzebowaniem na cukier. Chce ci się czegoś słodkiego? Nie możesz się niczym najeść? Zdrzemnij się, a łaknienie zniknie.
  • Czytaj etykiety. Jeśli cukier jest wymieniony na jednym z pięciu pierwszych miejsc, to oznacza, że produkt jest uzależniający i chorobotwórczy, więc niech zostanie na półce w sklepie.
  • Gdy jesz poza domem, postępuj według metody 80/20. Nie zawsze dasz radę uniknąć żywności z dodatkiem cukru, więc zachowuj czystość w ośmiu przypadkach na dziesięć, a te dwa od czasu do czasu wkalkuluj w koszta życia. Nie popełniaj błędu ortodoksji, polegającego na tym, że gdy raz złamiesz zasady, od razu rzucasz dietę. Metoda 80/20 jest duża bardziej skuteczna.