1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Pora na rower - 6 najciekawszych tras rowerowych w Polsce

Pora na rower - 6 najciekawszych tras rowerowych w Polsce

Sezon rowerowy jest w Polsce dość krótki, warto go maksymalnie wykorzystać. (Fot. iStock)
Sezon rowerowy jest w Polsce dość krótki, warto go maksymalnie wykorzystać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Malownicze wybrzeże, bardziej wymagające kondycyjnie góry, urokliwe Pojezierze Mazurskie czy leśne dukty wśród kapliczek i świątyń. Polska oferuje wielbicielom dwóch kółek wiele wspaniałych miejsc do zwiedzania z co najmniej przyzwoitą infrastrukturą rowerową. Prezentujemy sześć najciekawszych, podpierając się opiniami znawców tematu – Bartosza Huzarskiego, specjalisty od kolarstwa szosowego i Bartłomieja Wawaka, zawodowego kolarza górskiego.

Malownicze wybrzeże, bardziej wymagające kondycyjnie góry, urokliwe Pojezierze Mazurskie czy leśne dukty wśród kapliczek i świątyń. Polska oferuje wielbicielom dwóch kółek wiele wspaniałych miejsc do zwiedzania z co najmniej przyzwoitą infrastrukturą rowerową. Oto najciekawsze trasy rowerowe po Polsce według znawców tematu – Bartosza Huzarskiego, specjalisty od kolarstwa szosowego i Bartłomieja Wawaka, zawodowego kolarza górskiego.

Sezon rowerowy w Polsce nie trwa zbyt długo. Z drugiej strony jednak nie mieszkamy też w mroźnej Skandynawii. Jeżeli więc przepadasz za rowerowymi wycieczkami, masz szansę zwiedzić większość najciekawszych zakątków kraju, bez potrzeby brania urlopu na okrągły miesiąc. Przedstawiamy więc listę 6 najbardziej interesujących i najbardziej urokliwych miejsc, do których warto zapuścić się na dwóch kółkach – w wersji górskiej i szosowej. Zostały dobrane tak, aby legitymowanie się licencją kolarską, czy dyplomem skauta nie było konieczne.

Góry Orlickie – Zieleniec

- Jeśli chodzi o moje wybory były one podyktowane kilkoma ważnymi czynnikami, takimi jak klimat, odległość od domu, wysokość nad poziomem morza i jakość dróg – przyznaje Bartosz Huzarski, wybitny były zawodowy kolarz szosowy, wielokrotny uczestnik Tour de France i Giro d'Italia oraz założyciel Huzar Bike Academy. - Jeśli decydowałem się na jakikolwiek wyjazd na zgrupowanie w Polsce, celowałem w jedno miejsce w Górach Orlickich – Zieleniec, czyli górską dzielnicę miejscowości Duszniki Zdrój. Ten opustoszały w lecie kurort narciarski dawał mi wszystkie z tych punktów. Po około 90 minutach jazdy autem byłem na wysokości około 900 m.n.p.m w ciszy i spokoju, doświadczając niemal alpejskiego klimatu. Z dobrą siatką dróg po polskiej oraz bardzo dobrą po czeskiej stronie. Dodatkowo świetna kuchnia i otwartość ludzi sprawiały, że wracałem tam regularnie przed najważniejszymi wyścigami sezonu – podkreśla.

Nadmorski Szlak Rowerowy EuroVelo 10

Zdecydowanie jednym z najlepszych pomysłów jest wybrać się na wycieczkę wzdłuż polskiego wybrzeża, przez większość czasu mając w zasięgu wzroku Bałtyk. Nadmorski Szlak Rowerowy R-10 (EuroVelo 10), biegnący od Świnoujścia do Półwyspu Hel, oferuje od eleganckiej asfaltowej ścieżki rowerowej, przez szuter i leśne dukty, aż po wydmy i dziki wertepy. Po drodze nie brakuje licznych miejsc do spania w domkach letniskowych albo polach namiotowych. Trasa wiedzie przez tak urokliwe miejsca jak parki narodowe – Słowiński i Woliński, dodatkowym argumentem niech będzie widok latarni morskich. Na osobną uwagę zasługuje odcinek, prowadzący przez samą Mierzeję Helską.

Transgraniczna ścieżka Komańcza-Medzilaborce

Na tej liście nie mogło zabraknąć „mitycznego” miejsca ucieczki wszystkich pracowników korporacji z wielkich miast. W Bieszczadach możesz liczyć na gęstą siatkę tras rowerowych, z których szczególnie warto polecić transgraniczną asfaltową ścieżkę Komańcza-Medzilaborce o całkowitej długości 160 km (w tym 60 km przebiega przez Słowację). Po drodze miniesz wiele kapliczek i cerkwi. Innym interesującą propozycją jest szlak rowerowy dziedzictwa historycznego R-64, zwany Śladami Dobrego Wojaka Szwejka. Wędrował nią podczas I wojny światowej słynny bohater powieści Jaroslava Haška w swojej podróży na front wschodni.

Warmia i Mazury – z Giżycka do Mikołajek

Ten region od dawna sławią wszyscy fani kolarstwa i trudno im się dziwić. Przekonuje do siebie pięknymi krajobrazami, zabytkami turystycznymi (sanktuaria i zamki) czy ogromną liczbą uroczysk oraz jezior przy których można rozbić biwak. Znajdziesz tu wiele zadbanych, dopieszczonych pod każdym względem szlaków rowerowych. Większość spokojnie pozwoli na zabranie na wycieczkę małych dzieci w przyczepkach. Grzechem byłoby nie wybrać się w podróż z Giżycka do Mikołajek i z tej drugiej miejscowości do Ełku oraz dookoła jeziora Selmęt Wielki.

Żywiec, Jezioro Żywieckie i okolice

To jedna z ulubionych tras Bartłomieja Wawaka, zawodnika drużyny Kross Racing Team i byłego mistrza Polski elity kolarstwa górskiego (z reguła zapuszcza się tam jednak na szosówce). - Jezioro położone jest w kotlinie górskiej, co dodaje mu wyjątkowego uroku. Możemy je objechać dookoła całe. Trasa widokowa wiedzie po małych pagórkach z którymi upora się każdy. Możemy również przejechać przez zaporę w Tresnej, na której warto się zatrzymać i podziwiać jej imponujący rozmiar. Po drodze znajdziemy wiele miejsc w których można się zatrzymać, np. na świeżutką rybę czy na szybki „coffee break” – mówi Wawak. - Bardziej ambitnych zachęcam do wybrania się także na górę Żar, która znajduje się w pobliżu Jeziora Żywieckiego. Rozpościera się z niej niesamowity widok na okoliczne góry i doliny. Na samym szczycie znajduje się również ogromny zbiornik wodny, który sam w sobie robi wrażenie. Podczas dobrej pogody z jej szczytu startują paralotniarze i szybowce – dodaje.

Wschodni Szlak Rowerowy (1987 km), Green Velo, odcinek podkarpacki

Jedna z turystycznych wizytówek tego województwa. Na przygranicznych, z reguły mało uczęszczanych drogach możesz natknąć się na takie atrakcje jak stare cmentarze z wyrytymi na nagrobkach cyrylicą napisami, drewniane cerkwie (np. św. Paraskewy w Radrużu), arboretum w Bolestraszycach czy pięć sosen wyrastających z jednego pnia przy Sanktuarium Maryjnym na tzw. Płomieniu. Znawcy tego regionu opisują w samych superlatywach swoje wrażenia z wycieczki wzdłuż Pogórza Przemyskiego i Pogórza Dynowskiego aż do Rzeszowa. Trasę da się wytyczyć tak, by ominąć niekomfortowe drogi szutrowe.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Lekcja długowieczności z Okinawy

Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. I sprzyja długowieczności. (Fot. iStock)
Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. I sprzyja długowieczności. (Fot. iStock)
Okinawa to jedna z tak zwanych Niebieskich Stref  - miejsc, gdzie żyje wielu tak zwanych superstulatków. Czemu zawdzięczają swoją długowieczność mieszkańcy japońskiej wyspy? Podobno tradycyjnemu trybowi życia, hartowi ducha i specyficznemu poczuciu humoru. Oto kilka zasad, którymi kierują się na co dzień.

1. Znajdź swoje ikigai
Ikigai to ważny element japońskiej filozofii życia. Tłumaczy się jako przyjemność i istotę życia. Japońskie iki to czasownik „żyć”, natomiast gai oznacza dosłownie „powód”. Filozofia ikigai opisywana jest jako system motywacji, który sprawia, że każdego dnia chce nam się wstawać z łóżka.

2. Stosuj roślinną dietę
W diecie Okinawczyków przeważają warzywa, słodkie ziemniaki, tofu oraz owoce.

3. Jedz więcej soi
Flawonoidy zawarte między innymi w ziarnach soi i przetworach z soi wspomagają układ krążenia, są również cenne dla kobiet w okresie menopauzy.

4. Uprawiaj ogródek
Praca w ogrodzie zapewnia niezbędną dzienną dawkę ruchu i powietrza. Pozwala odreagować stres, działając kojąco na wszystkie zmysły.

5. Stwórz krąg moai
Maoi to grupy przyjaciół którzy nawzajem angażują się w swoje życie i wspierają w trudnych chwilach zarówno emocjonalnie jak i finansowo. Tradycja silnych więzi społecznych jest jednym z czynników decydujących o długowieczności mieszkańców Okinawy.

6. Czerp energię ze słońca
Wpływ słońca na samopoczucie jest nie do przecenienia, to nie tylko źródło witaminy D, dzięki której mamy mocne kości, ale również dawka pozytywnej energii i dobrego samopoczucia.

7. Utrzymuj aktywność
Codzienna umiarkowana aktywność to klucz do dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Może to być zarówno gimnastyka czy spacer, jak i praca w ogrodzie czy domowe porządki.

8. Carper diem
Okinawczycy nie myślą o przeszłości, cieszą się chwilą obecną i drobnymi przyjemnościami. Są sympatyczni i nawet w podeszłym wieku otaczają się młodymi ludźmi.

Źródło: Dan Buettner, „Niebieskie strefy. 9 lekcji długowieczności od ludzi żyjących najdłużej”

  1. Styl Życia

Rower dla ciała, ducha i środowiska - poznaj zalety jazdy na rowerze

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Jazda na rowerze cieszy się szczególnie wielką popularnością w okresie wiosny i lata. Od dawna dostrzegane są niewątpliwe zalety spędzania wolnego czasu i odpoczynku właśnie na tym dwukołowych pojeździe. Choć słyszy się o tym, jak jazda na rowerze pomaga spalać kalorie, często nie zdajemy sobie sprawy, że wybór tego pojazdu jest niezwykle cenny dla organizmu. Jazda na rowerze jest coraz częściej wybierana jako środek transportu przyjazny środowisku. Co więc powinniście wiedzieć o zaletach, jakie płyną z przerzucenia się na rower?

Jazda na rowerze a odchudzanie i wzmacnianie ciała

Ogromny wpływ jazdy na rowerze na wasz organizm dostrzec możecie przy wspomnianym spalaniu kalorii. Co za tym idzie, rower przyczynia się do zrzucenia zbędnych kilogramów. Jednak nie jest to jedyny powód, dla którego warto usiąść za kierownicą roweru. Regularna jazda na rowerze pozwala na znaczącą poprawę wydajności pracy serca. Niezależnie od tego, czy wybierzecie rower damski, czy jakikolwiek inny, z pewnością przekonacie się o tym, wzmocnicie zarówno swoje serce, jak i cały organizm oraz mięśnie. Co więcej, damka sprawdzi się w przypadku osób mających problemy ze stawami. Dzięki spokojnej, nieprzeciążającej jeździe na rowerze możliwe jest włączenie stawów do ruchu w sposób absolutnie nieinwazyjny. W ten sposób będziecie aktywni, a nie dość, że nie obciążycie swojego organizmu, wręcz zaczniecie go wzmacniać. Dzięki jeździe na rowerze jesteście w stanie znacząco zwiększyć pojemność płuc, a także zadbacie o lepsze dotlenienie krwi.

Jazda na rowerze pomaga przy redukcji stresu

Wyraźny wpływ na zdrowie, jaki gwarantuje wam jazda na rowerze, dostrzec możecie nie tylko w kontekście poprawy kondycji naszego organizmu. Przede wszystkim to właśnie jazda na rowerze traktowana jest jako znakomite panaceum na wiele dolegliwości dotykających waszego ducha i psychiki. Mowa oczywiście o walce ze stresem i napięciem. Oba te czynniki wyraźnie potrafią przeciążyć organizm, a to sprawia, że nie tylko czujecie się źle wewnętrznie, ale i wewnętrznie. Wielu ludzi właśnie dlatego sięga po rower, ponieważ chce zaradzić temu problemowi. Co więcej, faktycznie są w stanie to robić. Faktem jest, że regularna jazda na rowerze potrafi długotrwale poprawiać humor, a także przyczyniać się do większego zrelaksowania się osób uprawiających ten właśnie sport.

Oszczędność pieniędzy, czasu i środowiska

Niewątpliwe wartości, jakie płyną z jazdy na rowerze, dostrzec można w przestrzeni miejskiej. Różnego rodzaju opłaty parkingowe, a także opłaty na paliwo to nieraz niekończące się źródło, w które wrzucacie swoje ciężko zarobione pieniądze. Rower w mieście jest znakomitym rozwiązaniem, co docenią również ci, którym zbrzydły już długie postoje w korkach. Rower to rozwiązanie, które z powodzeniem możecie wybrać, aby zaoszczędzić swój czas. Nie dość, że zazwyczaj szybciej dostaniecie się do pracy, jednocześnie zagwarantujecie sobie lekki, a jednocześnie dobrze wpływający na organizm wysiłek. Jeśli zależy wam na dbaniu o środowisko, rower będzie idealną opcją. Dzięki ograniczeniu emisji dwutlenku węgla nie tylko zaoszczędzicie tlen, ale i ochronicie środowisko przed pojawieniem się szkodliwych spalin, które samochody i tak wydzielają w nadmiarze. Jeśli szukacie dobrych jakościowo rowerów, sprawdźcie ofertę sklepu sportowego decathlon.pl.

  1. Styl Życia

Nieodkryty Dolny Śląsk. Niezwykłe miejsca na weekendowy wypad, niezapomniane wakacje

(Fot. Paweł Zasada)
(Fot. Paweł Zasada)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Jeśli zastanawiacie się, dokąd wyruszyć tej wiosny, by na szlakach nie spotykać uciążliwych tłumów, uciec od miejskiego zgiełku i poznać wciąż nieodkryty na masową skalę region Polski, podpowiadamy – jedźcie na Dolny Śląsk.

Średniowieczne zamki, pałace jak z bajki, tajemnicze sztolnie, dawne kopalnie, jaskinie, ruiny, wygasłe wulkany i góry jak z opowieści fantasy. Rozległe wrzosowiska,  malownicze wodospady i setki kilometrów szlaków – narciarskich, rowerowych i pieszych. Dolny Śląsk to miejsce niezwykłe. Wszystko tutaj jest trochę inne. Architektura, jedzenie, ludzie, przyroda. Nie opuszczając granic kraju, można poczuć się jak na zagranicznej wycieczce.

Dla miłośników gór nie lada gratka, to właśnie tutaj, w województwie dolnośląskim, znajduje się aż 15 z 28 szczytów Korony Gór Polskich. To także w tych okolicach – w Kotlinie Kłodzkiej i położonych wokół niej górach – poprowadzono najbardziej rozbudowaną w Polsce sieć rowerowych tras typu singletrack, prowadzących pętlami różnej długości i pozwalających na zwiedzanie regionu z perspektywy dwóch kółek. Ale na tym oczywiście atrakcje tych okolic się nie kończą.

 

Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada) Pałac w Gorzanowie. (Fot. Paweł Zasada)

Zainteresowanych odkrywaniem Dolnego Ślaska i poszukujących nieoczywistych i wyjątkowych noclegów w tej okolicy powinna zainteresować najnowsza książka z serii „Odetchnij od miasta”. Jej autorka, Sylwia Kawalerowicz, rozmawia z gospodarzami domów gościnnych, poznaje lokalne targi, słucha miejscowych opowieści i odkrywa niesamowite miejsca. Każdy znaleźć tu może miejsce dla siebie. Nic, tylko ruszać w drogę.

Chociaż na Dolnym Śląsku nie brakuje typowo turystycznych miejscówek chętnie odwiedzanych przez grupowe wycieczki, znaleźć tu można miejsca odludne, niezadeptane, a przy tym piękne, ciekawe i co ważne – gościnne. Prężnie rozwija się tutaj coś, co można określić mianem turystyki w stylu „slow”, w której liczy się doświadczenie, przeżycie, dobre jedzenie, spotkanie z wyjątkowymi ludźmi, nocleg w miejscu z historią, nieoczywistym, ciekawym. Zanocować można tu m.in. w salach wyremontowanego XVI-wiecznego pałacu, przytulnych pokojach stuletniego poniemieckiego domostwa z widokiem na wygasły przed kilku milionami lat wulkan, w nowoczesnej jurcie, prawdziwym ekologicznym gospodarstwie rolnym, starej kaszarni albo designerskim bungalowie pośrodku dzikiej łąki.

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Casa Mila (Fot. Paweł Zasada) Casa Mila (Fot. Paweł Zasada)

Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada) Tartak w Dolinie Bobru (Fot. Paweł Zasada)

Vegan House (Fot. Paweł Zasada) Vegan House (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada) Dolina Harmonii (Fot. Paweł Zasada)

Oprócz propozycji noclegowych w książce czytelnik znajdzie też informacje o tym, gdzie dobrze zjeść, dokąd wybrać się po lokalne specjały, jakie serowarnie, winiarnie czy gospodarstwa odwiedzić. Wyprawy na Dolny Śląsk były dla mnie wielką przygodą. Odkryłam świat fascynujący, nieoczywisty, czasami intrygująco szkaradny, a czasami obłędnie piękny. Pisząc tę książkę, poznałam ludzi, którzy pozwolili mi zrozumieć, czym są te krainy, odkryć ich trudną historię – często zapisaną w rodzinnych opowieściach, zaszytą w ścianach tutejszych domostw” pisze we wstępie autorka.

„Odetchnij od miasta” to bogaty w zdjęcia poradnik, w którym praktyczne wskazówki dotyczące podróżowania po Polsce przeplatają się z opisami niezwykłych domów gościnnych oraz inspirującymi opowieściami ich gospodarzy. Każde z polecanych noclegów został przez autorkę sprawdzony. Każde miejsce jest nietuzinkowe i przepełnione duchem regionu.

Sylwia Kawalerowicz „Odetchnij od miasta. Dolny Śląsk”, Wydawnictwo Buchmann

  1. Styl Życia

Koczownicy XXI wieku - rozmowa z Jessicą Bruder, autorką książki "Nomadland. W drodze za pracą”

Siedemdziesięcioletnia Linda May to jedna z bohaterek książki „Nomadland. W drodze za pracą”. Dla niej każdy dzień był przygodą, którą przyjmowała z radością. Linda pokazała autorce książki, jak otwarci i hojni potrafią być ludzie w drodze, choć nie jest im łatwo. (Fot. Jessica Bruder)
Siedemdziesięcioletnia Linda May to jedna z bohaterek książki „Nomadland. W drodze za pracą”. Dla niej każdy dzień był przygodą, którą przyjmowała z radością. Linda pokazała autorce książki, jak otwarci i hojni potrafią być ludzie w drodze, choć nie jest im łatwo. (Fot. Jessica Bruder)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Spakować się do samochodu i ruszyć przed siebie – to marzenie wielu wypalonych zawodowo osób. Jednak dla tych, których do życia w kamperze zmusiła konieczność, niewiele w tym romantyzmu. O koczownikach XXI wieku rozmawiamy z Jessicą Bruder, autorką książki, na podstawie której nakręcono nagrodzony Oscarem film "Nomadland".

Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Autorka książki 'Nomadland. W drodze za pracą'. (Fot. archiwum prywatne) Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Autorka książki "Nomadland. W drodze za pracą". (Fot. archiwum prywatne)

Kilka lat temu kupiłaś minibus i postanowiłaś ruszyć szlakiem ludzi, którzy mieszkają w kamperach, pracują sezonowo i właściwie cały czas są w drodze. Pamiętasz jeszcze te emocje?
Na początku cały czas towarzyszył mi niepokój, bo musiałam bardzo dużo jeździć i to naprawdę dużym autem. Ale martwiłam się też o to, gdzie będę spać, czy będę bezpieczna, gdzie zaparkuję. Wiedziałam, że dla mnie nie jest to początek nowego życia, tylko chwilowa sytuacja, ale i tak się stresowałam.

Pamiętasz pierwszą noc?
Pewnie! Zaparkowałam w miejscu, gdzie był zakaz nocowania w aucie. Bałam się, że ktoś do mnie zapuka, policja zacznie zadawać pytania… Na szczęście szybko przywykłam. Od niedawna w Stanach obowiązuje zakaz nocowania w aucie, co dla mnie jest naruszeniem amerykańskich wolności, bo możesz zaparkować wszędzie, ale nie możesz spać.

Wyobrażam sobie, że to krzywdzący przepis w sytuacji, gdy auto jest twoim domem, a tak jest w przypadku bohaterów twojej książki „Nomadland”. Jakie jeszcze miałaś wrażenia w pierwszych tygodniach?
Bycie w drodze nieustannie dostarcza bodźców, bo cały czas poznajesz nowych ludzi, trafiasz też do nowych miejsc. To jest fascynujące, ale też wyczerpujące. Ja miałam ten luksus, że w każdej chwili mogłam wrócić do domu. Najdłużej w drodze spędziłam dwa miesiące, potem jeszcze kilka razy ruszałam w kilkutygodniową trasę. Pamiętam, jak bardzo zdezorientowana czułam się, gdy po dwóch miesiącach wróciłam do siebie. Sypialnia nagle wydała mi się ogromna, czułam się dziwnie w mieście, nie mogłam się odnaleźć. Ale dla mnie takie wytrącenie z równowagi było bardzo przydatne.

Co masz na myśli?
Gdy decydujesz się uprawiać dziennikarstwo, które wiąże się z tzw. obserwacją uczestniczącą, to trzeba cały czas siebie pilnować, by za bardzo nie zbliżyć się do bohaterów, nie zacząć patrzeć ich oczami. Jasne, biorę auto, spędzam kilka tygodni w drodze i poznaję ludzi, z niektórymi się zaprzyjaźniam, ale muszę pamiętać o tym, że cały czas jedną nogą jestem w ich świecie, ale drugą muszę pozostać w swoim, jeśli chcę zobaczyć cały obrazek, cały kontekst, i zarazem oddać im sprawiedliwość.

Co było dla ciebie najtrudniejsze w takim życiu?
Czas, kiedy pracowałam przy zbiorach buraków cukrowych – to jedna z tych sezonowych prac, przy których chętnie zatrudniają się nomadzi – był dla mnie totalnie wyczerpujący. Jesteś na nogach przez 12 godzin, jest zimno, przewalasz łopatą tony buraków, a obok ciebie tak samo ciężko pracują ludzie w wieku twoich rodziców. To było dla mnie emocjonalnie trudne, bo sama ledwo sobie z tym radziłam. Po całym dniu pracy każdy mięsień w ciele palił.

A druga rzecz: przez cały czas było mi zimno. Nigdy nie udało mi się dobrze ogrzać samochodu. Miałam co prawda grzejnik na gaz, czasem włączałam go i grzałam, dopóki nie szłam spać. Musiałam go wyłączać na noc, żeby się nie zatruć, i często budziłam się zmarznięta w wychłodzonym aucie. Zimno nie pozwalało mi też skoncentrować się i pisać, więc pod koniec dnia robiłam notatki w jakiejś przydrożnej pizzerii.

Tym kamperem Jessica Bruder przemierzyła dziesiątki kilometrów w poszukiwaniu bohaterów swojej książki 'Nomadland. W poszukiwaniu pracy' (Fot. archiwum prywatne) Tym kamperem Jessica Bruder przemierzyła dziesiątki kilometrów w poszukiwaniu bohaterów swojej książki "Nomadland. W poszukiwaniu pracy" (Fot. archiwum prywatne)

Twoi bohaterowie nie wpadli po prostu na pomysł mieszkania w kamperach i dorabiania sobie przy sezonowych pracach. To w większości ci, którzy z powodu kryzysu gospodarczego stracili pracę i domy, i musieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości, tyle że większość z nich dziś jest na emeryturze.
Spotkałam bardzo wielu ludzi, którzy całe życie żyli modelowo: mieli pracę, płacili rachunki, odkładali pieniądze i dbali o rodzinę. I nagle zdarzyła się w ich życiu katastrofa, o co nietrudno, bo płace w Stanach nie rosną; rosną za to raty kredytów czy ceny wynajmu. Wielu z nich nigdy nie marzyło o życiu w kamperze.

W książce zwracasz uwagę na to, jak łatwo twoi bohaterowie zaczynają tworzyć społeczność, wspierać się, a ich ruch z roku na rok rośnie.
Zdecydowanie, ludzi na drodze jest coraz więcej. Bardzo szybko też zaczęli spotykać się w zorganizowany sposób. Jedną z tradycji nomadów jest Rubber Tramp Rendezvous (czyli Zlot Zmotoryzowanych Trampów), organizowany w styczniu na pustyni blisko miasteczka Quartzsite w Arizonie. Trwa dwa tygodnie i jest okazją do tego, by wymieniać się doświadczeniem, nawiązywać przyjaźnie i uczyć nowicjuszy. Zaczęło się od kilku–kilkunastu osób, a parę lat potem, kiedy ja się tam wybrałam, było już tysiąc uczestników. Ludzie chcą być razem, dzielić się tym, co przeżyli. I choć wiele osób, które spotkałam, mówiło mi, że tak naprawdę są introwertykami, to wciąż potrzebowały one życia towarzyskiego, chętnie również pomagały innym. Poza zlotami też pozostają ze sobą w stałym kontakcie.

W jaki sposób?
Dziś wiele osób korzysta z Messengera, wysyłają do siebie wiadomości, dzwonią, dbają o siebie nawzajem, ten aspekt troski o innych był dla mnie bardzo ciekawy. Podczas pandemii, gdy zamykały się parki, a kempingi zmieniły zasady korzystania, ludzie zakładali strony internetowe, gdzie udzielali informacji o tym, co się dzieje w kraju, jak rozumieć obostrzenia i jak się odnaleźć w sytuacji reżimu sanitarnego czy objawów koronawirusa.

Wiele nauczyłam się zwłaszcza od Lindy May, siedemdziesięciolatki, z którą się zaprzyjaźniłam. Dla niej każdy dzień był przygodą, którą przyjmowała z radością. Linda pokazała mi, jak otwarci i hojni potrafią być ludzie w drodze, choć nie jest im łatwo.

Nie chcę przedstawiać życia nomadów w romantycznym świetle, natomiast urzekło mnie to, jak ludzie w drodze dzielą się tym, co mają, a jednocześnie potrafią zdobyć albo skonstruować samemu to, czego właśnie potrzebują. Swoją drogą zabawne jest to, że amerykańskie społeczeństwo ma obsesję na punkcie Doliny Krzemowej i przełomowych wynalazków, które zwykle sprowadzają się do tego, że możesz uprać albo wysuszyć pranie pięć minut szybciej, ale nie wpływają realnie na życie zwykłych ludzi.

Mówisz o drobnych wynalazkach, ale dla mnie samo życie nomadów jest wielkim społecznym eksperymentem.
I to mnie pozytywnie zaskoczyło, jak niesamowicie ludzie potrafią się  adaptować do zmieniających się okoliczności, tworząc światy, w których mogą żyć, nawet jeśli są one tak odmienne od tych znanych nam, żyjącym w ciepłych domach czy mieszkaniach. Ale też to, jak mimo różnej sytuacji życiowej są otwarci na zmiany i na siebie. Miałam wrażenie, że łączą ich silniejsze więzi niż ludzi w dużych miastach, choćby w Nowym Jorku, gdzie mieszkam.

Masz poczucie, że dzisiejsi nomadzi powielają tryb życia pionierów, mit założycielski Ameryki?
Wszystko zależy od punktu widzenia. Co innego gdy jesteś w sytuacji, kiedy nie masz wyboru, a co innego, gdy bycie w drodze jest twoją decyzją – wtedy naprawdę mogą cię zachwycać wspaniałe widoki, przestrzeń, przyroda. Sama miałam nieraz wrażenie, że przeżywam piękne chwile na łonie natury. Nie chcę utrwalać amerykańskiego mitu koczownika, choć wiem, że wiele osób ma takie romantyczne podejście do bycia w drodze. A to życie potrafi być naprawdę trudne. Niektórzy z moich bohaterów zakładają, że będą pracować i jeździć po Stanach w nieskończoność. A na przykład Linda May chciałaby jeszcze osiąść gdzieś na stałe.

Jakie były ich reakcje na książkę?
Społeczność nomadów pozytywnie na nią zareagowała, ale wiele osób mówiło też, że to nie o nich. Myślę, że bierze się to z lęku przed stygmatyzacją związaną z biedą, która w Stanach jest wciąż ogromna. Kwestia bezdomności i ubóstwa jest delikatna, łatwo można kogoś urazić. Wiąże się z tym również wstyd, ludzie martwią się, co inni o nich pomyślą. Z drugiej strony, jeśli o tym nie będą mówić, stracą szansę na to, by poprawić swoją sytuację, ale też poznać osoby, które pozwolą im się zorganizować we wspólnotę.

Wydałaś swoją książkę w 2017 roku. Ile zostało w tobie z tego doświadczenia bycia nomadką?
Zrozumiałam, że poradzę sobie w różnych warunkach, że mogę być samowystarczalna. Nawet gdy zaczęła się pandemia, świadomość, że mam w pełni wyposażone auto, że mogę zostawić wszystko i mimo lockdownu po prostu jechać przed siebie, była wyzwalająca.

Jessica Bruder, dziennikarka, wykładowczyni na Uniwersytecie Columbia. Współpracowała z „New York Timesem”, pisała m.in. dla „Washington Post” czy „Guardiana”. Podczas pracy nad „Nomadlandem” spędziła trzy lata w podróży. Za książkę otrzymała nagrodę sieci księgarń Barnes & Noble (w kategorii „Odkrycie”).

Polecamy książkę: 'Nomadland. W drodze za pracą', Jessica Bruder, wyd. Czarne. Polecamy książkę: "Nomadland. W drodze za pracą", Jessica Bruder, wyd. Czarne.

  1. Styl Życia

Holandia – ludzie i ich mentalność. Jacy tak naprawdę są Holendrzy?

Życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni - tacy właśnie są Holendrzy. Jednak to nie wszystko, czego możemy się od nich nauczyć. (Fot. iStock)
Życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni - tacy właśnie są Holendrzy. Jednak to nie wszystko, czego możemy się od nich nauczyć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Gospodarni czy skąpi? Zdystansowani czy skupieni na priorytetach? Na pewno życzliwi, odpowiedzialni za wspólnotę, bezpośredni. I to nie wszystko, czego możemy się nauczyć od mieszkańców Holandii.

Łukasz i Iza z małą Sarą przeprowadzili się do Amstelveen na obrzeżach Amsterdamu pod koniec listopada. Niedługo potem pojechali na święta do Polski. Kiedy wrócili, w skrzynce na listy czekały na nich kartki świąteczne od sąsiadów z okolicy. Zresztą ci zaraz sami zaczęli pukać do ich drzwi z prezentami. Para z domu obok zaproponowała rowerek, z którego wyrosła ich córka, może się Sarze przyda?

A przecież potoczna opinia o Holendrach brzmi: są zamknięci, trudno nawiązać z nimi bliższe kontakty. Iza i Łukasz uważają, że jest inaczej.

Nic na pokaz

Gdyby mieli określić Holendrów w kilku słowach, powiedzieliby, że są praktyczni i konkretni. Wierzą na przykład w dawanie rzeczom drugiego życia. Niekoniecznie po to, żeby odzyskać część sumy, którą w nie zainwestowali, przyświeca im myślenie bardziej eko: nam już nie jest potrzebny, niech ktoś skorzysta. Zwłaszcza że fakt, że coś jest nowe, nie stanowi dla nich sam w sobie zalety. Dlatego Sara przez rok jeździła na rowerku od Hailey.

Prymat funkcjonalności widać też na ulicy. Ubrania wygodne, często sportowe, dostosowane do pogody, która – choć klimat tu łagodniejszy niż u nas – nie rozpieszcza. Wilgoć i wiatr to zjawiska raczej codzienne. Makijaż? Od święta. Nic na pokaz. Ma być wygodnie. W szkołach i przedszkolach dzieci wychodzą na dwór każdego dnia. Nieważne, czy leje, czy wieje. Nie ma złej pogody – mawiają Holendrzy – jest tylko nieodpowiednie ubranie.

Najbliżsi sąsiedzi Izy i Łukasza szykują właśnie pokój dla najmłodszego synka. Ale nie zaczynają od przeglądania stron sklepów z meblami w poszukiwaniu szafek i komódek. Han wchodzi najpierw na Marktplaats (holenderski odpowiednik Olx), żeby sprawdzić, czy da się kupić coś z drugiej ręki. Albo coś, co będzie można przerobić – bo lubi majsterkować. I nie wynika to z oszczędności, a z przekonania, że wszystko da się wykorzystać. W miastach na osiedlach działa Repair Café. Raz w miesiącu dłubacze hobbyści spotykają się w określonych miejscach i naprawiają sąsiadom rozmaite sprzęty za darmo. Za każdym razem tych naprawiaczy przychodzi nie trzech czy czterech, a dziesięciokrotnie więcej. I wszyscy mają zajęcie. Choć Belgowie, którzy (z wzajemnością) mają szereg dowcipów na temat Holendrów, twierdzą, że drugim dnem takich działań jest skąpstwo. Trudno to ocenić. Powiedzmy w takim razie: dobrze rozumiana protestancka oszczędność.

Holendrzy jeżdżą raczej starymi samochodami, bo nowa sportowa tesla niespecjalnie się sprawdzi, kiedy trzeba się wybrać z rodziną na wakacje. Skoro o komunikacji mowa, to każdy wie, że Holandia to rowery. Jeżdżą na nich wszyscy. Jak to się stało? Jeszcze 50 lat temu liczba samochodów w tym kraju była gigantyczna. A rząd już wtedy zorientował się, że to nie najlepsza sytuacja. My tę lekcję odrabiamy w przyspieszonym tempie dopiero teraz. Holendrzy zainwestowali wielkie pieniądze w stworzenie rowerowej infrastruktury, ścieżek, parkingów – i w przekonanie ludzi, że przesiąść się na rower to niezły pomysł. I udało się. Pod każdym szkolnym ogrodzeniem są stojaki na rowery, podobnie przy stacjach kolejowych – dojeżdżasz rowerem, zostawiasz go i dalej docierasz do pracy pociągiem.

Jeszcze 50 lat temu w Holandii liczba samochodów była ogromna. Dziś na rowerze jeździ każdy. (Fot. iStock) Jeszcze 50 lat temu w Holandii liczba samochodów była ogromna. Dziś na rowerze jeździ każdy. (Fot. iStock)

Dystans czy życzliwość?

Fajnie, miło, kartki na święta, ale jednocześnie mówi się o zdystansowaniu Holendrów. Czy ta życzliwość kończy się na progu domu?

– Nie, nie mamy takiego wrażenia – opowiada Łukasz. – Ten czas oczywiście jest nietypowy, bo mamy nakładkę pandemiczną. I rozumiem, że kiedy przyszedłem do sąsiadki odebrać zostawioną dla nas paczkę, czekałem przed drzwiami w ulewnym deszczu, bo nie każdy wpuszcza teraz ludzi do domu. Jednak z drugiej strony nawiązaliśmy w ostatnich miesiącach wiele nowych znajomości, bo pandemia paradoksalnie zbliżyła ludzi zamiast oddalić. Pewnie rzeczywiście najbliższe przyjaźnie Holendrzy zawierają w szkole czy na studiach, ale nie jest prawdą, że nie dopuszczają do swojego grona innych.

Teorii o zamkniętych Holendrach przeczy też coś, co Iza i Łukasz nazywają „obrotem dziećmi”. Co najmniej trzy razy w tygodniu córka jest odbierana ze szkoły przez rodziców kolegi czy koleżanki i spędza u nich popołudnie. Albo oni zabierają cudze dziecko do siebie. To oczywiście znajomości praktyczne, zgodne z „narodowym charakterem”, ale świadczą o otwartości. I życzliwości – bo kiedy sąsiedzi dowiedzieli się, że Łukasz wyjeżdża i Iza przez jakiś czas będzie z Sarą sama, od razu z różnych stron przypłynęły propozycje pomocy. Znowu – nie teoretycznej: „W razie czego zadzwoń”, a konkretnej: „Mogę brać Sarę na dwa popołudnia w tygodniu, żebyś mogła popracować”.

Holendrzy wyróżniają się ogromną życzliwością. Są też bardzo bezpośredni w kontaktach z innymi. (Fot. iStock) Holendrzy wyróżniają się ogromną życzliwością. Są też bardzo bezpośredni w kontaktach z innymi. (Fot. iStock)

Holendrzy są w kontaktach z innymi bezpośredni. Otwarcie komunikują, co jest w porządku, co nie bardzo. Na przykład w pracy. – Czasem dla osób z zewnątrz krytyka czy po prostu zdecydowana ocena bywa trudna do przyjęcia – ale nie chodzi o to, żeby komuś dopiec, tylko żeby jasno zakomunikować, co w jaki sposób powinno być robione. Mnie to odpowiada – mówi Iza. – I łączy się to, moim zdaniem, z holenderskim praktycznym podejściem do życia. Mówią, co myślą, nie są mistrzami korpogierek.

Rodzina to priorytet

Praca dla każdego jest ważna, ale rodzina ważniejsza. Najpowszechniejszy model to trójka dzieci, dwójka to minimum. Coraz popularniejsze jest zjawisko: pracujemy tylko cztery dni w tygodniu albo pięć, ale w mniejszej liczbie godzin, zarobki będą niższe, ale za to więcej czasu dla rodziny. Codziennie kwadrans przed 18 wszystkie dzieciaki znikają z ulic i placów zabaw – bo o 18 jest obiad. To święty czas dla rodziny. Wszyscy siadają razem do stołu. Absolutnie nie wypada wtedy wpaść do sąsiada, nawet po sól. Jeśli ci się to zdarzy, czujesz się niezręcznie.

Może zresztą stąd opinia o tym, że Holendrzy są zamknięci. Bo skoro rodzina jest dla nich najważniejsza, siłą rzeczy starają się spędzać z nią więcej czasu, dla reszty świata mają go więc mniej. Pora na poszerzenie grona przypada w weekendy. Urlopy to także czas dla najbliższych, często spędzany wielopokoleniowo: rodziny pakują się do kampera czy dwóch z dziećmi, z dziadkami, czasem ze znajomymi. A na te wakacje mają wypłacaną w maju 13. pensję.

Wspólnota i odpowiedzialność

30 kwietnia obchodzone są urodziny króla. Normalnie jest to wielkie święto, ale w minionym roku oficjalnych obchodów nie było, wiadomo, pandemia. Co nie znaczy, że o tym dniu zapomniano. Ludzie sami sobie organizowali uroczystości. Tak jak w Lejdzie, w której Iza i Łukasz mieszkają od ponad dwóch lat. Tydzień wcześniej do skrzynek w okolicy trafiły zawiadomienia: „30 kwietnia o 12 spotkamy się na placyku na osiedlu, tam odśpiewamy hymn. Prosimy o zachowanie bezpiecznych odległości”. A dzieciaki wyrysowały na placyku na ziemi linie, gdzie powinno się stać, żeby było bezpiecznie. Różni ludzie grają na różnych instrumentach, wzięli je więc ze sobą. Grali, wszyscy śpiewali. Bo ważna jest wspólnota. Ta większa, jak naród, i ta lokalna.

Holendrzy 30 kwietnia radośnie celebrują urodziny króla. W 2020 roku z powodu pandemii fety jak na zdjęciu nie było, ale mieszkańcy świętowali samodzielnie. (Fot. iStock) Holendrzy 30 kwietnia radośnie celebrują urodziny króla. W 2020 roku z powodu pandemii fety jak na zdjęciu nie było, ale mieszkańcy świętowali samodzielnie. (Fot. iStock)

W połowie maja w Lejdzie tradycyjnie jest weekend biegowy – odbywają się biegi uliczne, od maratonu do biegu na 5 km. Na ulicach są nie tylko biegacze, ale i kibice, a kibicują wszyscy lejdejczycy. Ludzie wynoszą z domu krzesełka, siedzą, piją, jedzą, gadają ze znajomymi i nieznajomymi. No i się uśmiechają. To kolejna rzecz, która nieodmiennie mnie w Holandii zachwyca. Że ludzie na ulicach, mijani podczas spaceru czy kiedy biegam, uśmiechają się do mnie i do siebie nawzajem. Machają, pozdrawiają nieznajomych. Pewnie wynika to też z tego, że Lejda nie jest metropolią, w centrum Amsterdamu wygląda to inaczej, ale stolica to przecież miejsce turystyczne.

To właśnie w Lejdzie, która należy do najstarszych niderlandzkich miast, w 1969 roku urodził się Rembrandt. (Fot. iStock) To właśnie w Lejdzie, która należy do najstarszych niderlandzkich miast, w 1969 roku urodził się Rembrandt. (Fot. iStock)

Parę lat temu spędzaliśmy sylwestra u przyjaciela w Hadze – opowiada Iza. – To jedyna noc w roku, kiedy w Holandii wolno puszczać sztuczne ognie. Jasne więc, że sobie wtedy nie żałują. Parę minut przed północą wyszliśmy, jak wszyscy okoliczni mieszkańcy, przed dom z szampanem – taki zwyczaj – składać sobie życzenia. Panowało fajerwerkowo-szampańskie szaleństwo. Byłam pewna, że ulica następnego dnia będzie wyglądać okropnie. Ale kiedy rano wyszliśmy pakować bagaże do samochodu, okazało się, że po imprezie nie ma śladu. „To normalne – tłumaczył Karel, zdziwiony moim zdziwieniem. – Każdy sprząta przed swoim domem, a na placyku wszyscy razem”…

Sąsiadka Izy i Łukasza co sobotę o 13 chodzi po osiedlu zbierać śmieci. Ma worek, zrobiła sobie chwytak do papierów – i sprząta. Tak postanowiła. Żeby było ładnie. – My już pewnych rzeczy nie widzimy – mówią Iza i Łukasz. – Jest dla nas jasne, że na ziemi nie ma petów, że nigdzie nie leżą śmieci, że każdy sprząta po swoim psie.

Zaufanie w relacjach

Marcin, lekarz mieszkający w Holandii od 20 lat, mówi: – Tu o wszystkim się rozmawia. Teraz na przykład toczy się nie najłatwiejsza dyskusja o eutanazji dzieci. Nie wygląda to tak, że rządzący mówią: wy nas wybraliście, to teraz my będziemy decydować. Tylko: dyskutujemy wszyscy, bo to wszystkich dotyczy. Odpowiedzialność za państwo to w dużej mierze odpowiedzialność obywatelska. Jest zaufanie ludzi do władz i odwrotnie – myślenie, że ludzie są w stanie samostanowić i podejmować słuszne decyzje. W zestawieniu krajów, gdzie na świecie panuje największa wolność, Holandia jest na piątym miejscu. Ludzie mocno też rozliczają polityków. Jeśli któryś zostaje przyłapany na kłamstwie, podaje się do dymisji – bez dyskusji. Podczas pandemii zalecenie dotyczące podróży brzmiało: Nie rekomendujemy. I w tym czasie król z rodziną pojechał na wakacje. Na drugi dzień musiał wrócić, a premier, który odpowiada za działania króla, gęsto się tłumaczył. Bo wzburzenie obywateli było ogromne.

Zaufanie do ludzi widać na wielu poziomach. Choćby w tym, że nie ma czegoś takiego jak L4. Jeśli jesteś przeziębiony, dzwonisz do pracy i mówisz, że nie przyjdziesz. Nie musisz tłumaczyć, co ci jest – bo to sprawa prywatna. Dopiero kiedy twoja nieobecność się wydłuża, pracodawca wysyła cię do wskazanego przez siebie lekarza, który ocenia sytuację. Stwierdza, czy jesteś zdolny do pracy czy nie, na jak długo i jak ma wyglądać reintegracja. Bo jeśli nie ma cię dłużej niż dwa tygodnie, to nie wracasz do pracy w pełnym wymiarze, dostajesz czas na wdrożenie się w obowiązki.

Zaufanie przenosi się też na zwykłe relacje międzyludzkie. Biegniemy z Izą ścieżką – z jednej strony pola tulipanów, z drugiej – gospodarstwa ludzi, którzy te tulipany hodują. Przy gospodarstwie budka, przed nią w wiadrze tulipany. – Bierzesz bukiet, wrzucasz do skarbonki pieniądze – mówi Iza. – I to działa? – pytam z niedowierzaniem. – Oczywiście – dla Izy rzecz jest już naturalna. – Zawsze mam ochotę kupić kwiaty, ale jeszcze nie wymyśliłam, jak biec z bukietem.

Dla innych i dla siebie

W roku 2019 prawie połowa mieszkańców Holandii powyżej 15. roku życia była zaangażowana w wolontariat. Wolontariuszami są rodzice w klubach sportowych dzieci – a każde dziecko do jakiegoś klubu należy. Za zajęcia płaci się niedużo, jest więc umowa, że rodzice pomagają. Niektórzy są też trenerami, klub funduje im kurs. Wielu wolontariuszy jest wśród emerytów. Bo wtedy wreszcie mają na to czas.

– Moja nauczycielka holenderskiego to emerytka – opowiada Iza. – Chodziłam na zajęcia do stowarzyszenia wspierającego kobiety. Wolontariuszki uczyły języków, szycia, haftowania, cerowania, gotowania. Moja nauczycielka była też wolontariuszką w domu opieki i w kościele, gdzie co sobota gotowała zupę dla bezdomnych. Na emeryturze rzadko kto siada na kanapie przed telewizorem. Kontakt z innymi jest Holendrom potrzebny do życia. Zresztą jeśli człowiek cały czas jest aktywny, to na emeryturze będzie automatycznie w lepszej formie – i fizycznej, i psychicznej. W wolontariacie jest się tu praktycznie przez całe życie.