1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Starsi i młodsi w jednym biurze - jak się dogadać?

Starsi i młodsi w jednym biurze - jak się dogadać?

Pokolenie X, Y i Z w jednym biurze - w dzisiejszych czasach to zdarza się coraz częściej. (Fot. iStock)
Pokolenie X, Y i Z w jednym biurze - w dzisiejszych czasach to zdarza się coraz częściej. (Fot. iStock)
Wiele pokoleń w jednym biurze – w dzisiejszych czasach to zdarza się coraz częściej. Pracujemy w różnorodnych zespołach, zwłaszcza zróżnicowanych wiekowo. Jak się w takiej grupie porozumieć i stworzyć prawdziwy team, pytamy trenerkę biznesu dr Joannę Heidtman.

Pokolenie X, Y i Z w jednym biurze – w dzisiejszych czasach to zdarza się coraz częściej. Pracujemy w różnorodnych zespołach, zwłaszcza zróżnicowanych wiekowo. Jak się w takiej grupie porozumieć i stworzyć prawdziwy team, pytamy trenerkę biznesu dr Joannę Heidtman.

Starsze i młodsze pokolenia nie zawsze się dogadują – dzieli nas suma doświadczeń, mogą dzielić poglądy i umiejętności. Jak twoim zdaniem radzimy sobie z pokoleniową różnorodnością w firmach i zespołach? Rodzi to wiele trudności. I nie chodzi tu wcale o typowy konflikt pokoleń, raczej o to, że realia w Polsce zmieniały się jak w kalejdoskopie i wychowywaliśmy się w skrajnie różnych rzeczywistościach. Na przykład pokolenie określane mianem „pokolenia X” (urodzeni pomiędzy 1965 a 1975 rokiem) pamięta jeszcze „analogowy świat”, upadek komunizmu w Europie, a w Polsce początki wolnego rynku. Kolejne pokolenie – Y (urodzeni w latach 80. i 90.) wychowało się już w innej rzeczywistości: cyfrowej, mediów społecznościowych, otwartych granic i mobilności. Następne dorastające pokolenia, określane mianem „pokolenia Z”, są jeszcze bardziej zaawansowane i zaangażowane technologicznie, jeszcze więcej czasu spędzają w wirtualnym świecie i na razie wyglądają na nieco zagubione w tym realnym. Kiedy obserwuję wielopokoleniowe firmy i zespoły, widzę wyzwania, z którymi pracownikom, menedżerom i członkom zespołów jest najtrudniej sobie poradzić.

Jakie to wyzwania? Przede wszystkim dotyczące sposobu pracy, stopnia otwartości, stosunku do władzy i struktury, no i oczywiście kompetencji w zakresie nowych technologii. Na przykład pracownicy z pokolenia X są zazwyczaj bardziej przywiązani do struktury formalnej i formalnego autorytetu. Tymczasem sieciowość, dostępność wiedzy, możliwości wybicia się dzięki na przykład przełomowemu pomysłowi na wypromowanie się w Internecie, a nie ze względu na zajmowaną pozycję spowodowały, że młodsi pracownicy nie mają wdrukowanego szacunku dla hierarchii. Młodzi uznają raczej szefów ekspertów, szanując ich status, ale tylko wtedy, gdy jest poparty wiedzą, działaniem, osiągnięciami. Starsi z kolei częściej są przyzwyczajeni do miejsca pracy, którym jest biurko, pokój, budynek, a także do godzin, które wyznaczają rytm pracy i pomagają oddzielić życie prywatne od zawodowego. Młodsi wolą, by praca podążała za ich trybem życia i preferują często pracę zdalną, elastyczne godziny, system zadaniowy, dopasowanie miejsca pracy i czasu do swoich potrzeb.

Co jeszcze musi wziąć pod uwagę szef kierujący różnorodnym zespołem? Na przykład to, że pokolenia różni też podejście do sensu danej pracy i powodów, dla których należy wykonać konkretne zadania. Mówca motywacyjny Simon Sinek w książce „Zaczynaj od dlaczego” podkreślał, jak ważne jest dla zespołu czy firmy, by ludzie nie tylko robili coś ze względu na to, że ktoś im to zlecił i za to zapłacił, ale ze względu na to, że znają powód, dlaczego mają to zrobić, i z tym powodem się zgadzają. Sinek podkreśla, że prawdziwi liderzy inspirują, mówiąc nie o tym „co”, ale „dlaczego” należy coś robić. I na to właśnie są szczególnie wrażliwe młodsze pokolenia. Bob Moritz, prezes amerykańskiego oddziału PricewaterhouseCoopers, stwierdził: „Kiedy zdobywałem kolejne szczeble kariery, wiedziałem, co robię, ale nie pytałem »dlaczego«. Nie zastanawiałem się specjalnie nad tym, jaka jest rola mojej firmy w społeczeństwie”. Dla młodszych jest to ważne. Wybierają miejsce pracy, biorąc pod uwagę także model wartości reprezentowany przez firmę, a do tego weryfikują spójność głoszonych przez organizację wartości z rzeczywistymi zachowaniami i strategiami działania.

Różni nas też zapewne biegłość w korzystaniu z nowoczesnych technologii… To prawda, za zmianą pokoleniową idą również kompetencje w zakresie nowych technologii – i tych związanych z komunikacją czy światem wirtualnym, i tych dotyczących wyspecjalizowanych dziedzin, w których są wykorzystywane najnowsze odkrycia naukowe. Tutaj często bywa, że to najmłodszy pracownik w zespole będzie miał największe kompetencje. Technologiczni geniusze albo przynajmniej bardzo sprawni w tym zakresie młodzi pracownicy są dla firmy bardzo cenni. Dlatego odchodzi się dziś od przekonania, że to „starszy wie lepiej”, i tworzy się przestrzeń dla tych, którzy mimo młodego wieku mogą wnieść tę wiedzę do zespołów.

Czy w takim razie starsi pracownicy mają się czego obawiać, czy jednak mogą być mentorami dla młodszych? Tak, mogą być i często są, ale ciekawe jest też odwrócenie tego kierunku uczenia się. Margaret Mead, amerykańska antropolog kultury, już w latach 60. ubiegłego wieku sformułowała trafny opis relacji między pokoleniami, które zmieniają się w czasie. Prosty kierunek „młodsi przejmują schedę po starszych” nie jest już oczywisty, współczesny świat nawet go odwraca. Żyjemy w tak zwanej kulturze prefiguratywnej, w której to rodzice uczą się od dzieci (przede wszystkim chodzi tu o wiedzę stricte techniczną), a starsi od młodszych, głównie dlatego, że zmieniający się szybko świat staje się dla poprzednich pokoleń nowy i niezrozumiały.

Co może być trudne we współpracy międzypokoleniowej dla młodych, a co dla starszych? Rozmawiałam z trzydziestolatką, dla której trudne było przejść na „ty” z kimś w wieku jej matki. Takie „kumplowanie się” z młodym może być też trudne dla kogoś starszego. Starsi zaczynają coraz częściej uznawać traktowanie młodszych po partnersku, ale nie w celu „skumplowania się” i skracania dystansu, lecz by angażować do wspólnego działania ich otwartość, wiedzę i świeże spojrzenie. Formalne przejawy władzy też w tej „walce pokoleń” będą tracić na znaczeniu, ponieważ nie onieśmielają młodszych pracowników, za to tworzą czasem niepotrzebne dodatkowe bariery, także komunikacyjne – np. kiedy szef firmy jest dostępny tylko dla garstki pracowników, odgrodzony przez łańcuch asystentów i zajmujący odseparowane miejsce na osobnym piętrze budynku firmy. Dziś coraz częściej szef siedzi wraz pracownikami w open space, a wszyscy – bez względu na wiek i pozycję – zwracają się do siebie na „ty”. Zdarza się też, że szef firmy jest w miarę możliwości dostępny dla swoich podwładnych w kwestiach merytorycznych, bez konieczności przejścia przez całą drabinę hierarchicznych podległości.

Jaka jeszcze wartość może płynąć z różnorodności pokoleniowej? Dla każdego z nas, dla zespołu? Na przykład taka, że stymulujący jak nigdy dotąd świat nie pozwala nam, starszym, skostnieć. Będąc aktywnymi zawodowo, musimy nadążać, uczymy się (albo giniemy), przyzwyczajamy się do tego, by stale przekraczać ograniczenia w myśleniu i działaniu. Ta tendencja ostatecznie wygrywa i pozwala zbliżyć się wszystkim pokoleniom pracowników.

Jak się dogadać bez względu na różnicę wieku?

Jeśli jesteś młodszy:

  • Szukaj swoich mentorów – wielu pułapek i trudności można uniknąć, korzystając z rad i doświadczenia tych, którzy przez nie przeszli.
  • Uznaj, że nie zawsze można działać spontanicznie i zgodnie z tym, co najbardziej lubisz i co najbardziej ci się podoba – współpraca w różnorodnym zespole wymaga kompromisów i uznania wspólnych reguł.
  • Poznawaj swoje mocne strony i talenty – one mogą być wkładem we wspólną pracę pozwól, by zostały dostrzeżone.
  • Pamiętaj, sukces to nie tylko talent i potencjał, ale też wysiłek i wytrwałość. Nawet spektakularne sukcesy młodych przedsiębiorców nie odbyły się bez zaangażowania, wytrwałości i pracy.

Jeśli jesteś starszy:

  • Angażuj młodszych – oni tego chcą i doceniają, gdy poświęca się im uwagę.
  • Mów „dlaczego”, nie tylko „co” – młodsi z trudem przyjmują fakt, że ktoś im coś zleca, chcą widzieć sens i powód swojej pracy.
  • Bądź otwarty na to, co młodsi mogą wnieść do zespołu – czasem warto samemu zakwestionować utarte sposoby działania.
  • Zyskuj autorytet autentycznością i spójnością – nic tak nie przekonuje młodszych pracowników jak własny przykład, pasja, spójność pomiędzy słowami a czynami.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Marta Gardolińska - pierwsza w historii opery francuskiej dyrektorka muzyczna

Marta Gardolińska - dyrygentka
Marta Gardolińska - dyrygentka
Wiadomość, kto obejmie stanowisko dyrektora muzycznego Opery Narodowej Lotaryngii, wywołała ostatnio sporo zamieszania. Bo to kobieta – pierwsza w długiej historii tej instytucji. Polka, i to zaledwie 33-letnia. Kim jest Marta Gardolińska?

Szacowna Opéra National de Lorraine z siedzibą w Nancy, jedna z pięciu oper narodowych we Francji, jest sceną z tradycją sięgającą XVIII wieku. Dyrygenta pełniącego funkcję dyrektora muzycznego szukano tu już od pewnego czasu. Wybór Marty Gardolińskiej jest tym bardziej znaczący, że wzięto pod uwagę także głosy muzyków orkiestry i reszty zespołu opery. Znali Gardolińską, mieli okazję z nią pracować.

– To była próba ognia, z której wyszliśmy obronną ręką – wspomina Marta tamtą współpracę.

Do próby ognia jeszcze wrócimy, tymczasem sukces Polki jest wyjątkowy także z innego powodu. Tak, Gardolińska to pierwsza w historii francuskiej opery dyrektorka muzyczna, ale chodzi też o dyrygenturę w ogóle. Jeśli spojrzymy na światowe statystyki, w zestawieniu 150 najbardziej rozpoznawalnych dyrygentów znalazło się zaledwie pięć dyrygentek. Te dane pochodzą sprzed kilku lat i to w tym przypadku pocieszająca wiadomość. Bo, jak mówi sama Marta, czasy zmieniają się bardzo szybko, a ona jest tej zmiany – która gwałtownie przyśpieszyła akurat w czasie jej nauki i wchodzenia w zawód – częścią i naocznym świadkiem. Co nie znaczy, że po drodze nie miała wątpliwości, czy to zawód dla niej.

Ciało

Miała zostać fizjoterapeutką, która zajmuje się muzykami. Pomysł pojawił się jeszcze w liceum, na warszawski AWF zdała z pierwszą lokatą. Zawsze była wysportowana, rodzice bardzo o to dbali. Już jako trzylatka chodziła na basen, potem doszły kolejne dyscypliny, między innymi akrobatyka. A konkretnie: skoki na (tu Marta zgadza się, że w kontekście jej dzisiejszego zawodu brzmi to zabawnie) batucie. Różne osiągnięcia przychodziły jej z łatwością, nawet jeśli przez szkołę muzyczną nie mogła trenować tak intensywnie jak koleżanki. Skoki skończyły się, kiedy w wieku dziesięciu lat doznała poważnej kontuzji. Kompresyjne złamanie kręgosłupa, wynikające z dużych obciążeń w okresie intensywnego wzrostu. Chodziła w gorsecie, przeszła rehabilitację i fizykoterapię. Marta: – Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wszystko dzieje się po coś. Do mnie dzięki tamtemu doświadczeniu dotarło, jak ważna jest praca z ciałem i że można je zregenerować. Sport w jej życiu został. Utrzymywał ją w dobrej formie, ale też dał sporo pewności siebie. Uśmiecha się: – Mam starszego brata i często trenowałam z nim i z jego kolegami. To, że udało mi się zrobić więcej pompek lub wyprzedzić któregoś z nich na torze, było powodem do dumy i zbudowało we mnie przekonanie, że jeżeli się postaram, zawezmę i popracuję, mogę być tak samo silna czy szybka jak moi koledzy. Nadal jest w niej duch rywalizacji. Nie cierpi, kiedy ktoś daje jej fory. Poczucie, że zdobyła w życiu cokolwiek nie dlatego, że była obiektywnie najlepsza, ale z jakichkolwiek innych względów, jest dla niej ujmą na honorze.

Muzyka

Dyrygenturę symfoniczną miała studiować równolegle z AWF. Taki, a nie inny kierunek muzyczny wybrała, bo jako nastolatka – właściwie przypadkiem – odkryła, że dyrygując, wyraża się dużo lepiej, niż grając na instrumencie. Znikała paraliżująca trema, która gnębiła ją podczas występów solo. Miały być więc dwa kierunki studiów, tyle że kiedy już po egzaminach porównała oba rozkłady zajęć, zorientowała się, że pogodzenie ich jest fizycznie niemożliwe. No dobrze, niech więc najpierw będzie dyrygentura, dostać się było na nią niezwykle trudno, na rok przyjmowano tylko pięć osób. Marta zakładała, że studia muzyczne skończy na licencjacie, po czym zrealizuje swój pierwotny plan. I chociaż w rezultacie sprawy potoczyły się inaczej, znamienne jest, że dziś, wspominając kobiety, którym wiele zawdzięcza, na pierwszym miejscu wymienia Gertraud Berkę-Schmid. Profesorkę na Akademii Muzycznej w Wiedniu, śpiewaczkę operową, ale także psycholożkę, lekarkę specjalizującą się między innymi w osteopatii, ćwiczeniach fizjoterapeutycznych, technikach relaksacyjnych. Berka-Schmid łączy w swojej pracy holistyczną wiedzę o tym, kim jest muzyk i jak powinien prawidłowo funkcjonować, a Marta była słuchaczką na jej wykładach i jej pacjentką. Mówi, że swoją postawę – dosłownie: prawidłową postawę na scenie przed orkiestrą, bez bólu i napięć, ale też postawę życiową, podejście do pracy, rozumienie swojej roli jako dyrygentki – zawdzięcza pani profesor.

Tylko ten jeden raz

Jest absolwentką wiedeńskiej Akademii Muzycznej, dokąd trafiła po dwóch latach studiowania w Warszawie. Na uczelni siedziała codziennie od 8 do 22, czyli tak długo, jak było otwarte. Czego uczy się student, żeby zostać zawodowym dyrygentem orkiestry symfonicznej? Nauka techniki dyrygowania zaczyna się zwykle od zajęć z dwoma fortepianami. Ale to szybko przestaje wystarczać, trudno porównać to do kierowania zespołem liczącym od 50 do nawet 120 muzyków. Poza tym technika jest jakąś składową tego zawodu. Marta żartuje, że gdyby prześwietlić pod kątem stylu niektórych gigantów dyrygentury, mogliby nie zaliczyć egzaminów na uczelni. Tu już wchodzi w grę metafizyka – potęga talentu i interpretacji. Co zatem w edukacji przyszłego dyrygenta jest ważne? Zasadne jest porównanie do studiów reżyserskich. Zdobywa się jak najszersze wykształcenie. Historia muzyki, analiza dzieł, nauka repertuaru, wyrabianie w sobie muzykalności. Reszty człowiek tak naprawdę uczy się sam, zdobywa doświadczenia, kierując orkiestrami, między innymi amatorskimi, a kiedy uczy się i mieszka w takim mieście jak Wiedeń, wykrada grafiki Filharmoników Wiedeńskich, po czym przechodzi z pewną siebie miną obok portiera i ukradkiem wchodzi na ich próby. To właśnie ten czas, gdy zmiany w środowisku muzycznym zachodziły na oczach Marty. Kiedy studiowała, powstał w Akademii instytut gender studies, rektora zastąpiła rektorka, wprowadzono program parytetów. Do tego doszedł jeszcze ruch #MeToo, który odbił się szerokim echem w środowisku muzyków klasycznych. Dla kobiet pootwierało się wiele drzwi, ale Marta, świeżo upieczona absolwentka dyrygentury, została z tym samym dylematem, który ma większość młodych ludzi tuż po uczelniach artystycznych. Co dalej? Bardzo ważne było zdobycie stypendium u słynnej amerykańskiej dyrygentki Marin Alsop i jej mentoring, ale przełomowym momentem okazał się kontrakt w Bournemouth w Anglii. Zwłaszcza że w tamtym momencie Marta właściwie już się poddała, była sfrustrowana ciągłym poszukiwaniem stałej pracy, od kilku lat jeździła na konkursy i przesłuchania, spotykając na nich wciąż tych samych dyrygentów z całego świata, którzy tak jak ona szukali dla siebie miejsca.

– Zaproszenie na przesłuchanie w Anglii dostałam tuż przed ślubem – wspomina Marta. – Zajmowałam się głównie poprawkami sukienki i listą gości. Miałam raczej podejście, że się nie uda. Tak naprawdę to mój przyszły mąż [także muzyk – przyp. red.] mnie przekonał, żeby jeszcze ten ostatni raz spróbować.

Stanowisko: „młody dyrygent współpracujący”, dwa lata kontraktu w sezonie 2018/2019. Prowadzisz koncerty dla szkół i te z lżejszym repertuarem, ale jeśli któryś z kierujących Bourne­mouth Symphony Orchestra, zespołem znanym i poważanym, nie może poprowadzić próby lub koncertu, wskakujesz na jego miejsce. Marta nie tylko zdobyła ten kontrakt, ale niemal od razu miała zastępstwo, potem kolejne. Coś kliknęło między nią a orkiestrą, pracowało się im doskonale. Mówi, że to początek „zielonej fali” w jej zawodowym życiu. Dostrzegli ją ludzie z Askonas Holt, jednej z największych i najbardziej cenionych agencji muzycznych na świecie, trafiła do Stanów, na stypendium do samego Gustava Dudamela. Legendy, dyrektora muzycznego Orkiestry Filharmonii w Los Angeles. Miała okazję współdyrygować z nim czwartą symfonią Charlesa Ivesa. Nagranie z koncertu, wydane w wytwórni Deutsche Grammophon, właśnie nominowano do nagrody Grammy.

Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk) Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk)

Klucz

Rok 2019. Opera w Nancy zaprasza Martę do współpracy nad jedną z premier w kolejnym sezonie. Późnoromantycznym „Görgem Marzycielem” Aleksandra Zemlinsky’ego, operą rzadko graną i bardzo wymagającą. Nikt nie mógł wtedy wiedzieć, że premiera przypadnie na sam środek pandemii. Przez cały czas trwania prób nie byli pewni, co się za chwilę stanie. Czy znowu nie nastanie lockdown? Czy ktoś z zespołu nie zachoruje, a reszta zostanie objęta kwarantanną? Po drodze zrezygnował tenor i trzeba było na gwałt znaleźć zastępstwo. No i jeszcze rozporządzenie o półtorametrowym odstępie między muzykami. Żeby zmieścić zespół w orkiestronie, trzeba było podjąć decyzję o zredukowaniu składu muzyków i przepisaniu dla nich całej partytury. Wszystko to w szaleńczym tempie. Udało się, zdążyli zagrać przed kolejną falą koronawirusa, pojawiły się entuzjastyczne recenzje. Francuska prasa podkreślała jej doskonałą współpracę z zespołem. Ta według Marty jest kluczem do tego zawodu. Słyszała różne rady od kolegów po fachu. Że do orkiestry trzeba wyjść i od razu zarządzić żelazną dyscyplinę. Żeby nigdy nie przechodzić na „ty”. Z jej doświadczenia wynika, że takie podejście to tylko kolejne warstwy zbroi, która ma cię chronić przed potencjalnym atakiem, a to utrudnia wzajemny kontakt. Fakt, ma w pamięci takie zdarzenia z przeszłości, jak zaczepne gwizdnięcie, które usłyszała za plecami ze strony jednej z sekcji orkiestry, czy publiczne kwestionowanie jej decyzji, które miało ją zbić z pantałyku. Nie zapomni konkursu, kiedy to zdobyła trzecie miejsce, a od jednego z członków jury usłyszała, że owszem, powinna wygrać, ale jest taki problem, że kobiety nie wykształciły jeszcze damskiej techniki dyrygowania i że to niedobrze wygląda, bo dyrygentki albo przypominają mimozy, albo żandarmów. Potwierdza, że ze względu na płeć nieraz miała pod górkę, ale, uczciwie mówiąc, bywało, że i z górki dzięki wprowadzanym parytetom. Wielu muzyków się przeciwko nim buntuje. Marta, będąc tak blisko sporu, widzi, jak bardzo złożona jest sytuacja. Zmiany o tyle nie powinny być za szybkie, że kobiet w zawodzie jest na razie niewiele, a kształcenie na dyrygenta zajmuje i musi zajmować bardzo dużo czasu. Każdy absolwent dyrygentury przechodzi swoją próbę ognia. Bo kiedy osoba bez doświadczenia staje na czele ponad setki muzyków – w większości profesjonalistów z długim stażem – powinna sobie na zaufanie zapracować. Wielką nadzieję dla wyrównywania szans kobiet Marta widzi w zmianach oddolnych. Popularyzowaniu wśród rodziców i profesorów idei, żeby dziewczyny szły na dyrygenturę. A przede wszystkim większej decyzyjności w rękach zespołów muzycznych. To członkowie orkiestry powinni mieć ostateczne zdanie w kwestii, z kim chcą pracować. Stereotypy i uprzedzenia tracą na sile w zderzeniu z indywidualnymi doświadczeniami dobrej współpracy.

Nadzieja

Trzyletni kontrakt w Nancy, który zacznie obowiązywać we wrześniu, nie oznacza, że Marta sprowadzi się na stałe do Francji. Wiedeń to na razie dobra baza wypadowa. Tymczasem odkąd trwa pandemia, każdy z tych koncertów, których nie odwołano (są zwykle nagrywane i puszczane w sieci lub w radiu), to walka o morale. Gdy nie ma publiczności i na sam koniec nie słyszysz za plecami oklasków, czujesz się, jakby zabrakło ci tlenu. Ale nawet takie występy dają dużo nadziei, trzymają przy życiu orkiestry, które, żeby istnieć, muszą ze sobą ćwiczyć i występować. Jeśli Marta miałaby wymienić jakąkolwiek jasną stronę tej sytuacji, powiedziałaby, że w pandemii zobaczyła, że środowisko potrafi się jednoczyć. Odnowiła wiele kontaktów, powstały liczne fora, na jednym z nich prowadziła kurs online dla dyrygentów z pracy nad postawą, ciałem, z podstaw anatomii. Spotykamy się tuż przed jej wyjazdem do Katowic na koncert z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia. Potem, jeśli nic się nie zmieni, Bournemouth, Barcelona, Drezno, Stambuł. Aż wreszcie nowy sezon w Nancy. Poznała tam dotąd tylko okolice starego miasta z siedzibą opery na placu, pośrodku którego stoi pomnik Stanisława Leszczyńskiego. Bo teatr, który dał początek operze narodowej, a także plac i okolica powstały za lokalnych rządów byłego króla Polski, którego znają tu nawet lepiej niż u nas w kraju i nazywają Stanislasem, nie mogąc wypowiedzieć jego nazwiska. Z nazwiskiem Marty powinno być nieco łatwiej.

 

  1. Styl Życia

Nastaw się na sukces z nową serią laptopów MSI Summit

Seria supernowoczesnych laptopów MSI Summit to świetne rozwiązanie dla wysoko wydajnych użytkowników, którzy zdeterminowani są, aby odnieść sukces. (Fot. materiały prasowe)
Seria supernowoczesnych laptopów MSI Summit to świetne rozwiązanie dla wysoko wydajnych użytkowników, którzy zdeterminowani są, aby odnieść sukces. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Wraz ze wzrostem popularności pracy zdalnej, rośnie zapotrzebowanie na lekkie i wydajne laptopy przenośne. Odpowiedzią na te potrzeby jest nowa seria MSI Summit, która oferuje szereg innowacyjnych urządzeń idealnych do pracy w dowolnym miejscu. 

Mobilny styl pracy to w dzisiejszych czasach podstawa. Aby sprostać współczesnym wymaganiom biznesowym potrzebny jest jednak dobry sprzęt. Najpotężniejsze laptopy do pracy zdalnej w branży oferuje firma MSI. Ich produkty cieszą się uznaniem użytkowników nie tylko ze względu na innowacyjne funkcje, ale też niebywałą wydajność oraz nienaganny design. Nowa seria konwertowalnych laptopów MSI Summit to najlepsze rozwiązanie zwiększające efektywność biznesową.

Laptopy Summit E13 Flip Evo i Summit E16 Flip oraz kompatybilne z nimi gadżety - pióro MSI Pen i stacja dokująca USB-C Gen 2 są ważnym krokiem ku przyszłości. To idealnie opracowane urządzenia klasy premium przeznaczone dla elity biznesu - profesjonalistów, którzy zdeterminowani są, aby odnieść sukces oraz wysoko wydajnych użytkowników poszukujących urządzeń o mocy roboczej, która poradzi sobie z najbardziej wymagającymi problemami i zadaniami. Sprostać temu może tylko seria MSI Summit, z którą praca jest wszechstronna, elastyczna i mobilna. Urządzenia te z powodzeniem zaspokoją jednak potrzeby nie tylko biznesowej elity, ale też codziennych użytkowników, którzy będą mogli usprawnić swoją pracę dzięki możliwości konfiguracji rozmaitych funkcji. Dzięki obrotowemu ekranowi to także świetne rozwiązanie dla tych, którzy chcą korzystać z funkcji laptopa jak i tabletu.

Obrotowy ekran laptopów MSI Summit pozwala korzystać z nich tak jak z tabletu. (Fot. materiały prasowe) Obrotowy ekran laptopów MSI Summit pozwala korzystać z nich tak jak z tabletu. (Fot. materiały prasowe)

Produkty MSI Summit spełniają również najwyższe standardy estetyczne – zaprojektowane zostały bowiem zgodnie z prawem “złotego podziału”, co oznacza, że ich konstrukcja dąży do zachowania idealnych proporcji oraz zoptymalizowania współczynników w celu zapewnienia użytkownikowi idealnych wrażeń.

Estetyczne wzornictwo i wysoka efektywność pracy

Wyróżniony nagrodą za innowacje na targach CES 2021 Summit E13 Flip Evo to lekki i wszechstronny laptop biznesowy 2w1, który zaspokoi wszelkie potrzeby użytkowników, nawet tych najbardziej wymagających. Utrzymany w nienagannej estetyce sprzęt zachwyca już samym wyglądem, co na wstępie wzbudza ogromne zaufanie klientów. Można śmiało powiedzieć, że to prawdziwe technologiczne arcydzieło. Precyzję wykonania widać bowiem w każdym calu. Logo, lśniąca obudowa z ergonomicznym zawiasem 360 stopni, wyświetlacz w proporcjach 16:10 - wszystkie te elementy zostały starannie zaprojektowane zgodnie z zasadą „złotego podziału”. Elegancji dodają natomiast połyskujące opływowe krawędzie.

Pokrywa w kolorze Ink-Black lub Pure-White z lśniącymi, opływowymi krawędziami i szczotkowanym grawerunkiem wzbudza zaufanie użytkowników. (Fot. materiały prasowe) Pokrywa w kolorze Ink-Black lub Pure-White z lśniącymi, opływowymi krawędziami i szczotkowanym grawerunkiem wzbudza zaufanie użytkowników. (Fot. materiały prasowe)

Laptop wyposażony jest w 13-calowy ekran, najnowszy procesor oraz grafikę zapewniającą najlepsze działanie oraz do 10% wyższą wydajność w porównaniu z laptopami tego samego poziomu. Sprzęt oferuje również do 20 godzin pracy na baterii, zapewniając optymalną mobilność bez jakichkolwiek kompromisów. Ponadto jest to pierwszy laptop wyposażony w najnowszą technologię Wi-Fi 6E, która daje oszałamiającą prędkość Internetu przy jednoczesnym zachowaniu płynności i stabilności sieci, nawet w przypadku udostępniania jej wielu użytkownikom. To jednak nie koniec jego wyjątkowych możliwości. W biznesie ogromnie ważny jest czas, dlatego Summit E13 Flip Evo oferuje też wiele rozwiązań zwiększających produktywność, takich jak szybkie ładowanie i przesyłanie danych. Wyższą wydajność zapewniają również dysk SSD PCIe Gen4, który skutecznie usprawnia codzienną pracę oraz gwarantuje lepszą niezawodność i integralność sygnału.

Oprócz tego, użytkownicy mogą mieć pewność, że poufne dane przechowywane na urządzeniu będą dokładnie chronione. Odpowiadają za to sprawdzone zabezpieczenia klasy korporacyjnej. Laptop przystosowany jest także do bezpiecznego prowadzenia wysokiej jakości połączeń wideo - kamera internetowa zapewnia potrójną ochronę dzięki lampce kontrolnej, klawiszowi włączania-wyłączania oraz funkcjonalnemu przełącznikowi z boku laptopa. Przydatne są również funkcje redukujące hałas, które pomogą stworzyć niezakłócone i profesjonalne środowisko pracy oraz spotkań.

Laptopy z serii MSI Summit zachwycają wyjątkowymi możliwościami - sprawiają, że praca staje się bardziej wszechstronna, wydajna i mobilna. (Fot. materiały prasowe) Laptopy z serii MSI Summit zachwycają wyjątkowymi możliwościami - sprawiają, że praca staje się bardziej wszechstronna, wydajna i mobilna. (Fot. materiały prasowe)

Urządzenie dostępne jest również w większej wersji. Niezwykle wydajny Summit E16 Flip to jak dotąd najcieńszy 16-calowy konwertowalny laptop 2w1 na rynku. Posiada on wszystkie funkcje Summit E13 Flip Evo, a także najnowszą grafikę umożliwiającą obsługę ciężkich prac obliczeniowych. Na uwagę zasługuje również ekskluzywna konstrukcja termiczna oraz nowoczesny design, który zdecydowanie wyróżnia się na tle innych laptopów biznesowych dostępnych na rynku.

Seria oferuje również kompatybilne z laptopami Summit gadżety. Minimalistyczne pióro MSI Pen o szerokim zastosowaniu to najlepszy towarzysz profesjonalistów. Z pewnością spodoba się również tym, którzy oczekują maksymalnej produktywności oraz swobodnego wyrażania swoich pomysłów. Doceniony na targach CES rysik pełni też funkcję pilota do prezentacji, którego można używać w dowolnym miejscu i czasie. To jednak nie koniec jego zalet. MSI Pen zapewnia stabilne połączenie, czułość przy nacisku oraz pozwala dostosować rozmaite funkcje. Elegancka metalowa konstrukcja o idealnych proporcjach przywołuje na myśl wieczne pióro, co sprawia, że korzystanie z niego staje się jeszcze przyjemniejsze. Praktycznym gadżetem jest również stacja dokująca MSI USB-C Gen 2, dzięki której można łatwo i szybko rozszerzyć swoje środowisko pracy. Wystarczy podłączyć do niej zarówno dodatkowe wyświetlacze i urządzenia poprzez wejścia USB. Stacja pozwala na podpięcie aż 3 ekranów oraz 5 innych narzędzi, zapewniając komfort odbioru obrazu 4K oraz najlepszej jakości transmisję danych.

Pióro MSI Pen łączy w sobie funkcje rysika i pilota do prezentacji. (Fot. materiały prasowe) Pióro MSI Pen łączy w sobie funkcje rysika i pilota do prezentacji. (Fot. materiały prasowe)

Stacja dokująca MSI USB-C Gen 2 pozwala w łatwy sposób rozszerzyć swoje środowisko pracy. (Fot. materiały prasowe) Stacja dokująca MSI USB-C Gen 2 pozwala w łatwy sposób rozszerzyć swoje środowisko pracy. (Fot. materiały prasowe)

Produkty z serii MSI Summit to najlepsi towarzysze ludzi biznesu i profesjonalistów. Maksymalna wydajność, nowoczesne funkcje i perfekcyjne wzornictwo zapewniają komfort pracy i sprawiają, że staje się ona łatwa, lekka i przyjemna. Gwarantujemy, że z takim sprzętem sukces jest na wyciągnięcie ręki.

  1. Psychologia

Energia uśpiona w każdym z nas - sprawdź, jak ją obudzić

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. (Fot. iStock)
Codzienność wykańcza, praca stresuje, rodzina nas męczy. Bez przerwy narzekamy: „nie mam już siły, nie dam rady”. A przychodzi nieszczęście – choroba, wypadek – i jesteśmy w stanie unieść sto razy więcej. Czy konieczny jest aż taki bodziec, żeby obudzić uśpioną energię? Bo że ona gdzieś głęboko w nas drzemie, to pewne.

Artykuł archiwalny

Magdalena Kiełducka (38 lat, menedżerka, właścicielka firmy eventowej To Pestka) tamtego kwietniowego ranka 2006 roku usiadła na brzegu łóżka i zapytała samą siebie: „Co ze mną będzie? Jak mam dalej żyć?”. Dwa miesiące wcześniej w wypadku samochodowym zginął jej chłopak Daniel. Znali się tylko trzy miesiące. Zdążyli wyjechać do Egiptu i zaplanować całe życie. Miał być ślub, wspólny dom, dzieci.

– Kiedy Daniel zginął, wydawało mi się, że następnego dnia świat się nie obudzi – mówi Magda. – Nie byłam w stanie wyobrazić sobie dalszego życia. Ogarnęła mnie jedna wielka rozpacz. Myślałam, że to kompletnie niemożliwe, żebym została dłużej tu, na ziemi. Mechanicznie załatwiałam sprawy. W co go ubrać? Na pewno w te jedyne czarne spodnie, jakie miał. Bo choć był kolorowym ptakiem i czarnych ubrań nie nosił, kilka godzin przed wypadkiem prosił, żeby je wyprać, bo się przydadzą. Skąd wiedział? Dlaczego mnie opuścił?

Sami nie wiemy, co posiadamy

Tamtego kwietniowego dnia powiedziała sobie: skoro Daniel nie zabrał mnie ze sobą, to znaczy, że mam do zrobienia na tej ziemi coś ważnego. Nie była gotowa na nowe uczucie, jej serce pozostawało nadal zajęte, skupiła się więc na firmie. Pomyślała: „w ten sposób mogę zrobić coś pożytecznego – budzić uśmiech, zadowolenie klientów i dać godnie zarobić pracownikom”. („W mojej firmie liczy się nie tylko zysk, ale i etyka” – powtarza). Z potrzeby serca nawiązała też współpracę z domami dziecka. Po dwóch latach nieoczekiwanie dla samej siebie znalazła miłość, wzięła ślub, wyjechała z mężem w egzotyczną podróż, zaszła w ciążę. I znów dostała po głowie, raz za razem. Po dwóch poronieniach postanowili z mężem, że na razie dadzą sobie spokój, bo ile można znieść?!

Okazuje się, że możemy znieść niewyobrażalnie dużo. Uruchamiają się w nas ogromne, wręcz nadludzkie możliwości, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Świadczy o tym wiele ludzkich losów, nie tylko tych wojennych, obozowych. Także dzisiaj, gdy bywamy wystawiani na najtrudniejsze próby, potrafimy im sprostać, czym zadziwiamy samych siebie.

– Gdy stawką jest życie, odzywa się w nas najsilniejsza z naszych sił życia: instynkt samozachowawczy – mówi psycholog Jarosław Przybylski. – Każdy człowiek dysponuje takim potencjałem i wszyscy z niego czerpiemy w sytuacji zagrożenia. Ale gdy w grę wchodzi życie innych, z naszą reakcją bywa różnie. Jedni bez wahania śpieszą z pomocą, inni stoją z boku albo uciekają gdzie pieprz rośnie. Instynkt samozachowawczy niestety nie działa na rzecz drugiej osoby. Działają wtedy uczucia, emocje, wartości.

Jan Woźniakowski (50 lat, religioznawca) ma dzień wypełniony od pierwszej do ostatniej minuty, bo dom musi działać jak szwajcarski zegarek. Potrzebują tego bardzo: niepełnosprawny Iwo (8 lat), chora na raka żona Dominika i  najstarszy syn Hubert (18 lat) cierpiący na białaczkę (bierze tak zwaną chemię podtrzymującą i dzielnie sobie radzi). Jan całą domową logistykę ma w małym palcu. Załatwia opiekunki, zajmuje się Iwonem popołudniami i w weekendy, czyta mu, bawi się z nim, myje go, karmi, czuwa nad opieką lekarską dla Dominiki, ustala całodzienny plan funkcjonowania domu, robi zakupy i oczywiście pracuje.

Wcześniej żyli jak wiele małżeństw (są 20 lat po ślubie) z ich pokolenia: raz praca była, raz nie, nie zawsze mieli pieniądze, własnego mieszkania nie dorobili się do dzisiaj („nie byliśmy na tyle praktyczni”). Mają za sobą doświadczenia emigracyjne (mieszkali w Stanach, tam urodzili się dwaj synowie, Hubert i 16-letni dziś Piotr).

Gdy Jan patrzy z dzisiejszej perspektywy, widzi, że tamte problemy to żadne problemy. Prawdziwe zaczęły się w 2002 roku wraz z narodzinami Iwona. Podczas ciąży nic nie wskazywało na to, że będzie niepełnosprawny. Jednak jeszcze na sali porodowej zaczął tracić oddech. Odwieziono go na OIOM, diagnoza brzmiała tajemniczo: strukturalna anomalia chromosomowa, czyli błąd genetyczny. Lekarze nie pozostawiali złudzeń. Mówili, że nawet jeśli dziecko przeżyje, to nie będzie chodziło, mówiło, jadło. Jan zobaczył w Internecie zdjęcia takich dzieci. Wyglądały strasznie. A Iwo od urodzenia był śliczny. To dawało nadzieję, choć zdjęcie mózgu ją odbierało. Lekarze przygotowywali ich na najgorsze. Oni szukali pomocy, gdzie tylko się dało. U lekarzy specjalistów, terapeutów, przyjaciół.

Pytania bez odpowiedzi

Jan: – Człowiek ma w takich sytuacjach tyle energii, a może po prostu adrenaliny, że funkcjonuje na najwyższych obrotach. Nie myśleliśmy o chorobie Iwona w kategorii nieszczęścia. Były oczywiście smutki w domu, ale mówiliśmy, że człowiek bardziej płacze nad sobą niż nad dzieckiem.

Kiedy Iwo miał cztery lata, dokładnie w ostatni dzień karnawału 2006 roku, poznali następną straszną prawdę: Dominika jest chora na raka jelita grubego.

– Heroicznie przyjęła tę wiadomość i heroicznie znosi chorobę – mówi Jan. – Miała w sumie pięć operacji, konieczna okazała się stomia, potem radioterapia, chemioterapia. Rak nie daje jednak za wygraną. Przeniósł się do miednicy, kości krzyżowej, idzie do kręgosłupa, atakuje układ moczowy, powoduje odrętwienie i straszny ból. Ratunkiem dla Dominiki okazało się hospicjum domowe, bo złagodziło cierpienie. Ale ma to i niedobre strony, bo człowiek widzi, jak mało jest dróg dających jeszcze nadzieję.

 
Dwa lata po wykryciu choroby Dominiki zaczęły się kłopoty ze zdrowiem Huberta – złe samopoczucie, osłabienie, wysoka gorączka. Badania wykazały, że przyczyną dolegliwości jest ostra białaczka limfoblastyczna. Więc znów szpital, chemia, sterydy.

Tamten czas był dla nich wszystkich ekstremalny. Dominika miała swoją chemię, Hubert leżał w szpitalu i brał swoją, a w domu czekał Iwo (wbrew diagnozom nauczył się chodzić, jest nadaktywny, choć nadal używa pieluch, nie gryzie, nie mówi i wymaga stałej opieki).

– Oczywiście, że pojawiało się pytanie: dlaczego? – mówi Jan. – Ale nie ma na nie odpowiedzi. Można wszystko tłumaczyć filozoficznie, za Leibnizem, że żyjemy w najlepszym ze światów, i się na to zgodzić. Można przyjąć to, co niesie życie, ze stoickim spokojem. Ale człowiek zawsze będzie się buntował, pytał – jak ostatnio nasza znajoma – gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg. Znajomy, któremu zmarło dziecko na raka mózgu, powiedział: „każdy dostaje taki krzyż, jaki może udźwignąć”. Pan Bóg w swojej mądrości nie daje nic ponad nasze siły. Nie straciłem wiary, choć mówienie, że wiara pomaga, to zbyt łatwy wykręt. Człowiek myśli, że spotyka go tragedia, a potem wydarza się Haiti…

Skąd czerpać w takich chwilach siłę?

Jarosław Przybylski: – Z wewnętrznych „baterii”, takich jak optymizm, poczucie własnej wartości, wiara w siebie, odwaga. Pod warunkiem że się je ma naładowane przez geny albo wychowanie.

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. Jak to zrobić? Uwierzyć, że sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Że nasze myśli, przekonania na własny temat mają moc sprawczą. Jeżeli będziemy powtarzać, że nie damy rady – to nie damy. Wielu ludzi wybiera określoną drogę, a potem obwinia innych za to, że się nie udało. Tymczasem prawda jest taka, że to my tworzymy nasze doświadczenia, naszą rzeczywistość i wszystko, co się z tym wiąże. To, co sądzimy o sobie i życiu, staje się naszą siłą. A wszechświat zawsze wspiera każdą myśl, w którą wierzymy. Nie roztrząsajmy więc przeszłości, niepowodzeń, doznanych krzywd. Zacznijmy myśleć pozytywnie i działać konstruktywnie, bo tylko takie myślenie i działania są źródłem wewnętrznej mocy.

Magda uważa, że jej siła pochodzi z kochającego, pełnego wsparcia domu. To jej kapitał. Wychowywała ją samotnie mama, o której mówi: „wspaniała, kochana, inteligentna, silna, robiła dla mnie wszystko”, i ukochana babcia. Ojca nie znała, nie interesował się ich życiem i sytuacją finansową, więc marzeniem Magdy było jak najszybciej się usamodzielnić, żeby mamie pomóc. Zaczęła wcześnie pracować, ucząc angielskiego. Zawsze wybierała trudniejszą drogę. To ją hartowało. Była humanistką, a poszła do klasy matematyczno-fizycznej. Zamiast pójść na anglistykę, bo język był jej pasją, albo na psychologię, którą się interesowała, poszła na politechnikę, na inżynierię środowiska. Z perspektywy czasu uważa, że był to wspaniały trening dla umysłu. Potem uparła się, żeby pójść na studia MBA, choć nie było jej na to stać. Zarobiła lekcjami angielskiego. Ma za sobą trudne związki, ale powtarza, że każdy z nich ją rozwinął i za każdy jest wdzięczna.

– Mój ukochany mąż jest Polakiem z amerykańskim obywatelstwem i mieszka w Stanach od ponad 15 lat, więc też łatwo nie jest, bo trzeba pokonywać ocean – śmieje się. – Ale dzięki temu świat się dla mnie niesamowicie skurczył.

Według Magdy siły życia najlepiej rosną w trudach i codziennych zmaganiach. Ale karmią się też zrozumieniem tego, co nas spotyka. Kiedy przeżywała żałobę po Danielu, nie szukała łatwego pocieszenia, że będzie dobrze, że tak musiało być. Miała ogromne wsparcie przyjaciół i bliskich, czytała mnóstwo książek na temat duchowości. Przyniosły ulgę, uspokojenie i przekonanie, że wszystko, co się dzieje, ma swój sens. Dzięki książkom i ciekawym ludziom poznała zupełnie inny wymiar swojej egzystencji.

– Siły życia to nie węgiel kamienny, którego złoża są wyczerpywalne, to odnawialne źródło, takie perpetuum mobile, które powstaje trochę z niczego, bo tak naprawdę różne czynniki są jego paliwem. Przede wszystkim jednak trzeba samemu pozwolić się im odnowić. Znaleźć pokój w sercu, swój cel. Mam wrażenie, że nie jesteśmy tu po to, żeby banalnie kończyć dzień zmęczeniem, ale żeby zrobić coś dla świata. Kiedyś wszystko musiałam mieć pod kontrolą. A teraz coraz bardziej cieszę się dniem codziennym. Wstaję, świeci słońce, piję z mężem kawkę, rozmawiamy z synkiem, który urodzi się w czerwcu, przytulimy psa – dla takich chwil warto żyć. Te trudne oczywiście jeszcze nieraz przyjdą. Coraz spokojniej jednak o nich myślę, bo wiem, na co mnie stać. Przez wszystko da się przejść.

Prezent od Pana Boga

Jan na pytanie, skąd pochodzi jego siła, odpowiada: – Nie wiem. Nie zastanawiam się nad sobą, nie robię autoanalizy. Myślę, że nie wyróżniam się niczym szczególnym wśród gatunku ludzkiego. Każdy w takiej sytuacji zachowałby się podobnie. Jak ktoś mówi: „jesteś wspaniały, że nie zostawiłeś Dominiki”, to ja sobie myślę, że to fatalnie świadczy o autorze tych słów. Co za pomysł, żeby mnie chwalić za to, że nie zostawiłem Dominiki!

Jan uważa, że wolę życia buduje wychowanie, miłość do rodziny i życia w ogóle, ale także chęć znalezienia odpowiedzi na różne ważne pytania. On nie ma czasu na wątpienie, czy da radę, bo przychodzi następny dzień, w którym tyle jest do zrobienia. Dużo napędu daje mu Dominika. Wydaje się delikatna, a ma nieprawdopodobną siłę i optymizm. Pokazuje, jak z godnością znosić cierpienie. Jan podkreśla, że sił dodają mu także ci wszyscy ludzie, czasem obcy, którzy im pomogli i pomagają, idąc za odruchem serca. Jako rodzina doświadczyli nieprawdopodobnej solidarności z całego świata. I poprzez dobre słowo, obecność, zakupy, pomoc w załatwianiu opiekunek i lekarzy, i poprzez pomoc finansową.

  1. Styl Życia

Rodzina amiszów w Polsce - jak żyją polscy amisze?

Martinowie mają dwie córki: Zosię i Ilonę, i pięciu synów: Rubena, Joshuę, Waldemara, Krzysztofa i Stefana. Dzieci rozmawiają między sobą po angielsku, ale znają polski. Na zdjęciu Zosia przygotowuje obiad dla całej rodziny. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Martinowie mają dwie córki: Zosię i Ilonę, i pięciu synów: Rubena, Joshuę, Waldemara, Krzysztofa i Stefana. Dzieci rozmawiają między sobą po angielsku, ale znają polski. Na zdjęciu Zosia przygotowuje obiad dla całej rodziny. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Bogactwo nie ma wielkiego sensu – mówi Jakub. – Przynosi tylko zmartwienie – wtóruje Anita. Bo w życiu, uważają, są potrzebne tylko trzy rzeczy: jedzenie, ubranie i dach nad głową. Przyjechali tu ze Stanów Zjednoczonych ponad ćwierć wieku temu. Mieli założyć wspólnotę. Nie udało się, ale oni zostali. Martinowie, jedyna rodzina amiszów w Polsce.

Krętą wąską drogą wijącą się przez pagórkowate tereny Roztocza docieram do podlubelskiej gminy Modliborzyce. Na progu domu stoi szczupła kobieta w długim, mocno przymarszczonym w talii fartuchu w kolorze chabrów. Wystają spod niego szarobura spódnica do ziemi i długie rękawy bluzki w zgaszonym kolorze. Ubranie określa tożsamość. Anita macha do mnie energicznie ręką na powitanie, uśmiecha się. Rozglądam się po surowych, skromnych zabudowaniach. Czuję się, jakbym przeniosła się do innej epoki.

Czy to żyd, czy nie żyd?

Niby zwykłe wiejskie gospodarstwo – piętrowy dom, zabudowania gospodarcze, stodoła, obora, na środku podwórka blaszana buda, przy której szczeka uwiązany na łańcuchu pies. W wielkim salonie stoją duży stół i krzesła, pod oknem – kanapy i fotel. Przy ścianie metalowy piec – Jakub dokłada do niego drzewo z lasu. – Może nie ma luksusów, ale dom nie musi być ładny, tylko użyteczny – mówi. W salonie wita mnie rodzina Martinów. Dwie dorosłe córki – Zosia i Ilona – w długich spódnicach i białych chustkach na głowie. Chłopaki – Ruben, Joshua, Waldemar, Krzysztof i Stefan – w spodniach na szelkach, jak ojciec, Jakub. – Ubieramy się zgodnie z przekazem biblijnym – mówi Anita. – Gdy przed 27 laty przyjechaliśmy do Polski, nosiłam tradycyjny amiszowski biały czepek na głowie i długą suknię jak habit. Wszyscy myśleli, że jestem zakonnicą. – A mnie brali za Żyda – śmieje się Jakub. – Miałem brodę w szpic i nosiłem czarny kapelusz.

– Ubranie służy do zakrywania ciała – tłumaczy Anita. – Dziś kobiety zakładają krótkie sukienki z dekoltem i idą do biura, a po powrocie do domu zmieniają na dresy. Komu chcą się podobać? Bo przecież nie mężowi, myślę. U nas odwrotnie. Rozbieram się dopiero w sypialni, tam mogę być piękna dla męża. Perfum używam w niedzielę, nie farbuję włosów, zresztą amiszki i tak muszą przykryć włosy. Czepek lub chustkę nosimy całe życie, ma podkreślać skromność i czystość kobiety. Anita nie kupuje ubrań. – Szyjemy to, czego potrzebujemy – mówi. Spódnicę, bluzkę czy chabrowy fartuch, który ma na sobie. – W takim chodziliśmy w domu – wyjaśnia. – To tradycja. Podobnie jak to, że amiszki potrafią szyć, haftować, cerować. Anita nauczyła wszystkiego córki.

Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Anita i Jakub pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach Zjednoczonych, zaraz potem przyjechali do Polski. Małżeństwo to decyzja na zawsze, między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Miłość aż po grób

Martinowie pobrali się 27 lat temu, jeszcze w Stanach. Anita miała 26 lat, Jakub – 24. Spotykali się pięć miesięcy, zanim uznali, że do siebie pasują. – Trzeba wybierać rozumem, nie tylko sercem – tłumaczy Jakub. – Przecież mąż ma obowiązek miłować żonę do końca życia, podobnie jak ona do końca ma być mu uległa. Małżeństwo to decyzja na zawsze. Między innymi dlatego amisze pobierają się w ramach swojej społeczności. – Nigdzie nie jest napisane, że nie mogę się ożenić z nieamiszką, ale po co? – pyta Jakub. – Z tego same problemy – dodaje Anita i wyjaśnia: – Jedno chodzi do kościoła, drugie do zboru, nie wiadomo, co robić z dziećmi, czego ich uczyć. Ludzi łączą podobieństwa, a nie różnice, szczególnie tak fundamentalne jak wiara, obyczajowość, zasady.

Anita i Jakub poznali się w zborze. – Pamiętam to spotkanie – wspomina Anita. – Miał chyba 15 czy 16 lat, nie myślałam, że będzie moim mężem. – Wiem, że w książkach i filmach miłość musi być romantyczna, ale ja uważam, że do małżeństwa potrzebna jest mądrość, a nie fajerwerki – mówi Jakub. Ślub też był bez blichtru. Anita miała długą kobaltową suknię, przypominającą habit, i biały czepek, a Jakub – kobaltową koszulę, spodnie i kamizelkę.

Gdybym umiał czynić cuda

Zaraz po ślubie, w 1993 roku, Martinowie przyjechali do Polski. Był ponury, zimny, dżdżysty listopad, kiedy wylądowali na warszawskim Okęciu. Wynajęli dom pod Mińskiem Mazowieckim. Nie znali języka, miasta, mieli tylko garść dolarów, które dostali od zboru. Dziś Jakub mówi czystą polszczyzną. – No, ale w Polsce jestem dłużej niż w Ameryce – wyjaśnia. Anita mówi z amerykańską melodią, ale swobodnie. Nauczyli się sami. Jakub uczył się z polskich książek – czytał Prusa, Sienkiewicza. Jest zafascynowany Trylogią. Dzieci rozmawiają między sobą po angielsku, ale znają polski. Po co przyjechali do Polski?

– Byliśmy młodzi, mieliśmy ogromną wiarę w to, że założymy tu zbór amiszowski – mówi Jakub. – Były już dwie rodziny, którym mieliśmy pomóc krzewić naszą wiarę. Myślałem, że będę jak Chrystus chodził po kraju i opowiadał o Bogu. Ale Chrystus miał moc uzdrawiania i czynienia cudów. Ja takiej mocy nie mam. Co mogliśmy powiedzieć Polakom? Że nasza religia ma 400 lat tradycji? Przecież odpowiedzą: a nasza 2 tysiące! – tłumaczy Jakub.

Dwie rodziny amiszów poddały się i wyjechały z Polski. Martinowie zostali. Mieli już syna, bo Ruben urodził się dwa lata po ślubie. Potem kilka razy zbierali się do odlotu, ale zawsze coś krzyżowało plany. W końcu pomyśleli, że widocznie Bóg chce, żeby zostali. Przeprowadzili się na Roztocze, do Modliborzyc nieopodal Janowa Lubelskiego. – Ziemia tu tania – mówi Jakub. – Kupiliśmy 13 hektarów. Zbudowałem dom. Amisze są samowystarczalni. Jak rodzina potrzebuje domu, zbierają się wszyscy mężczyźni i wspólnie pracują. Jakubowi pomagają synowie, których wszystkiego nauczył. Bo amisze to nie tylko wiara, to tradycja. – Wiele rzeczy robię tak jak mój ojciec i nie zadaję pytań dlaczego – wyjaśnia Jakub.

W pogoni za luksusem

Życie wypełnia im praca na gospodarstwie. Od wiosny robota w polu jest nie do przerobienia – sianie, sadzenie, zbieranie, żniwa, wykopki. Do tego Martinowie mają bydło, trzeba nakarmić, oporządzić. Potem część sprzedają. Od grudnia jest lżej – można odpocząć. Wieczorami łuskają fasolę albo łupią orzechy, ale w tym roku orzech nie obrodził. Dzieci grają więc w planszówki. Starsi chłopcy remontują pokój na górze, cyklinują podłogi. Schody na górę robił Jakub – solidne, bukowe, pociągnięte dwiema warstwami lakieru. Wszystko w tym domu zrobił sam. Również podłogę, która wygląda na starą, dębową. – Pociągnęliśmy olejem słonecznikowym sosnowe deski, kurz zrobił resztę – śmieje się Anita. – Nie da się wyszorować. Ale kto przychodzi, pyta, skąd mamy taką ładną podłogę. Bo wygląda na rustykalną.
„Może nie ma luksusów, ale dom nie musi być ładny, tylko użyteczny” – mówi głowa rodziny Martinów, czyli Jakub. W domu w Modliborzycach pod Janowem Lubelskim wszystko robili sami, amisze są samowystarczalni.
Nie mamy tu luksusów, ale nie są nam potrzebne. – Bogactwo nie ma wielkiego sensu – dodaje Jakub. – W tamtym roku kupiliśmy samochód, kosztował 3 tysiące, a jeździ tak samo jak ten za 300 tysięcy. – I nie muszę się bać, że ktoś mi zarysuje lakier. Tego nawet nikt ukraść nie chce – żartuje Anita. Martinowie nie rozumieją pogoni za bogactwem. – Ludzie gonią za luksusem, mylnie utożsamiają go ze szczęściem, a on daje szczęście na chwilę – mówi Martin. – Bogactwo przynosi tylko zmartwienie – wtóruje Anita. – Są trzy rzeczy potrzebne w życiu: jedzenie, ubranie i dach nad głową – mówi Jakub. – Święty Paweł pisał, że trzeba być zadowolonym, gdy ma się jedzenie i ubranie. Ale on żył w Grecji, tam jest ciepło. Gdyby żył tutaj, musiałby dodać jeszcze dom, który jest schronieniem przed wiatrem, deszczem, mrozem i śniegiem. – Jestem pewna, że Bóg nie ma nic przeciwko temu, że mamy ciepło – mówi Anita.

Z komputera i telefonu Martinowie korzystają tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Z komputera i telefonu Martinowie korzystają tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Bez prądu i telefonu

Opowiadam im zabawną historię: – A jak się z nimi skontaktowałaś? – zapytała mnie moja siostra Ewa, która mieszka w Stanach i często kupuje u amiszów organiczne jajka, warzywa czy kaszę. – Jak to jak? Zadzwoniłam na komórkę! – odpowiedziałam. – To co to za amisze, skoro mają komórkę i może jeszcze prąd. Anita i Jakub śmieją się. – I miała rację, bo większość amiszów w Stanach jest ortodoksyjna. Nie mają telefonu, prądu, samochodu – wyjaśnia Jakub. – Jeszcze mój dziadek jeździł bryczką konną, ale już ojciec kupił auto – mówi Anita. Ortodoksyjni amisze do dziś jeżdżą konnymi powozami. – Są różne zbory i niektóre mają bardziej liberalne zasady – wyjaśnia Jakub. – My należymy do tego postępowego nurtu. Jakub podchodzi do własnoręcznie robionej drewnianej etażerki, otwiera drzwiczki i pokazuje komputer. – Nie mamy telewizora i radia, bo to zło – mówi Anita. – A z komputera i telefonu korzystamy tylko wtedy, gdy jest potrzeba. Dwaj najstarsi synowie mają telefony, ale nie smartfony. – A po co nam smartfon? Jest drogi, będzie żal, gdy się zniszczy w pracy – powiedzieli. Mają laptop, kiedy chcą połączyć się z Internetem, przychodzą do salonu i podłączają kabel. Dzieci nie ciągnie do mediów społecznościowych. Nie grają też w gry komputerowe, jak rówieśnicy. – Mają przyjaciół? – pytam. – Niewielu. Bo i wspólnych tematów mało – odpowiada Anita. – Nie dogadują się, bo mają inny sposób myślenia – dodaje Jakub. Zresztą nie chodzą do szkoły. Amisze uczą się w domu. – Sama nauczyłam ich wszystkiego, co potrzebne do życia – mówi Anita. – Matematyka, historia, przyroda… Anita uważa, że większość rzeczy, których dzieci uczą się w szkole, i tak im potem do niczego się nie przyda. – Ile wykształcenia potrzeba, aby być matką i żoną? Albo ojcem i mężem? Większość zawodów nie przynosi pożytku człowiekowi – uważa Jakub. Jako Amerykanie nie podlegają obowiązkowi szkolnemu, więc edukację skończyli na podstawówce.

Joshua w pracowni stolarskiej. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Joshua w pracowni stolarskiej. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Najstarszy Ruben dziś ma 25 lat, pracuje na budowie. 23-letni Joshua najpierw pracował u stolarza, a teraz przy produkcji kaszy. Pozostałe dzieci pracują w domu. Żyją z rolnictwa i ogrodnictwa. – I to wam wystarczy? – pytam. – A ile potrzeba? – pyta Anita. – Wszystko mamy swoje: jaja, mięso, warzywa, ser, mleko, mąkę, kaszę, fasolę. W sklepie kupuję tylko cukier, sól, ocet spirytusowy, bo jabłkowy mam własny, olej i drożdże. Chleb wprawdzie piekę na zakwasie, ale drożdże mam na wszelki wypadek. Staramy się używać to, co mamy. Nawet opał mają swój, z lasu. – Za prąd muszę tylko zapłacić – dodaje Jakub. – Ale to 100 zł miesięcznie. Niedawno Martinowie zaczęli płacić składki na KRUS, wcześniej nie mieli ubezpieczenia. – Najlepszym ubezpieczeniem i naszą emeryturą są dzieci – śmieje się Jakub, pokazując palcem na kuchnię, w której dzieci przygotowują obiad. – A nie wyrwą się wam kiedyś w świat? – pytam. – W gruncie rzeczy to jest ich decyzja – mówi Jakub. – Sama musisz zapytać – śmieje się Anita. – Zaraz siadamy do obiadu, to porozmawiasz.

Czym chata bogata

Dzieci ustawiają talerze, układają sztućce. Po chwili na stole stoi parująca miska z kaszą gryczaną, obok druga, z fasolą w sosie, i wielka micha tarkowanej marchwi z brukwią. I dzban wody. Siadamy. Słychać głos Jakuba: – Ojcze Niebieski, dziękujemy ci za ten dzień, dziękujemy ci za wszystko, co nam dajesz, dziękujemy ci za to jedzenie, które jest przed nami… Słychać rytmiczne uderzanie widelców o talerze. Jedzenie szybko znika. – Nie kusi was, żeby wyrwać się w świat? – pytam. – Byliśmy w Ameryce – mówi Joshua. – Ale nie podobało się nam. Zosia i Ilona też wróciły, mówią, że ich dom jest w Polsce. – Ja przez trzy lata tam pracowałem – opowiada najstarszy, Ruben. – Zarobiłem trochę pieniędzy, chcę kupić ziemię i założyć gospodarstwo, jak rodzice. Najlepiej blisko nich. – Anita, a nie chciałabyś, żeby któreś dziecko zostało lekarzem albo adwokatem? – pytam. Amisze są przeciwnikami studiowania, ale nie oni. – To ich decyzja – śmieje się. – Jakby chcieli iść na studia, to pomogę. Dobrze byłoby mieć lekarza w domu. – Ale adwokata nie – dodaje stanowczo. – Jak nie jesteś oszustem, nie jesteś dobrym adwokatem. Dzieci jednak chcą zostać na gospodarce. Dziewczyny, zanim wyjdą za mąż, może pójdą sprzątać albo opiekować się dziećmi. – A nie marzyłyście nigdy o tym, żeby zostać nauczycielką albo… baletnicą? – pytam Zosię i Ilonę. – My chcemy zostać matkami – wyjaśnia Zosia. To największe marzenie amiszek.

(Fot. Radosłąw Kaźmierczak) (Fot. Radosłąw Kaźmierczak)

Amiszowskie dzieci są wychowywane przede wszystkim na żonę, męża i rodzica. – Tak chciał Bóg, to jest napisane w Piśmie Świętym – mówi Jakub. – Ale skoro pobieracie się w gronie wspólnoty, jak wasze dzieci założą rodziny? Nie ma tu, oprócz was, amiszów – pytam. – Dla mnie nie musi być amisz – mówi Zosia. Nie wie, gdzie pozna tego na całe życie. – Może w zborze – mówi. – To jedyne miejsce, gdzie chodzimy. Kiedyś, po filmie o nich na YouTubie, przyjechał kandydat do ręki Zosi. Gotów był nawet zostać amiszem. Ale dziewczynie się nie spodobał.

Życie zapisane w Piśmie Świętym

Jakub wyjaśnia, że życie amisza opiera się na fundamencie wiary: zostałem stworzony przez Boga, żeby mu służyć. A służyć może pobożnym, uczciwym życiem, dobrymi uczynkami. – Ludziom się dziś wszystko pomieszało – dobro ze złem, grzech z cnotą, prawda z fałszem – wyjaśnia Jakub. – Nie mówię, że jesteśmy bez grzechu. Każdego dnia podejmujemy walkę z naszą grzeszną naturą. Codziennie po śniadaniu całą rodziną czytają Pismo Święte. – Nie interpretujemy, wszystko bierzemy dosłownie – tłumaczy. W Polsce nie mają kościoła, w którym mogliby uczestniczyć w nabożeństwie. – Jedziemy do Zboru Kościoła Ewangelicznych Chrześcijan w Lublinie – mówi Jakub. – Kierują się podobnymi zasadami. To otwarty zbór, każdy może przyjść. – Każdy, kto jest ochrzczony – dodaje Anita. – U nas trójka jeszcze nie ma chrztu, bo amisze przyjmują chrzest, gdy są dorośli i świadomie podejmują decyzje. – Do zboru chodzę, żeby nauczyć się więcej o Bogu. Bo im go bardziej znam, tym lepiej wiem, czego ode mnie oczekuje – mówi Martin. Dopytuję: Wiecie, czego chce od was Bóg? – Mamy być jak Chrystus, naśladować go – mówi Anita. – Na przykład trzeba być miłym. Nie tylko dla tych, których lubimy – to akurat proste, ale również dla tych, których nie lubimy. – Bóg nie wymaga od nas wielkich rzeczy – dodaje Jakub.

Stefan lubi zajmować się zwierzętami w rodzinnym gospodarstwie. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Stefan lubi zajmować się zwierzętami w rodzinnym gospodarstwie. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

– Jesteście szczęśliwi? – pytam. – A co to jest szczęście? – odpowiada pytaniem Jakub. – Dla mnie szczęście to bycie zadowolonym z tego, co masz – podaje swoją definicję Anita. – Jak to osiągnąć? – dopytuję. Jakub ma niezawodny sposób – słuchać Boga, bo jest najlepszym drogowskazem. Wszystko opisane jest w Księdze Kaznodziei Salomona [zwanej również Księgą Koheleta – przyp. red.]. – Ten mądry i bogaty człowiek napisał o przemijaniu i względnej wartości dóbr ziemskich – wyjaśnia Jakub. – Salomon miał w życiu wszystko, wciąż próbował nowych rzeczy i wciąż nie był szczęśliwy. W końcu powiedział, że to wszystko, co zdobył, to „marność nad marnościami, wszystko marność”. Słowo „marność” odnosi się do rzeczy tymczasowych, pochodzących z „tego świata”. Na koniec nawet nasze największe sukcesy życiowe przeminą. – Wielkich marzeń nie mam – wtóruje Anita. – Są rzeczy ważniejsze niż życie. Życie to przygotowanie do wieczności. 

Kim są Amisze? Amisze są odłamem anabaptystów, czyli protestanckiej wspólnoty chrześcijańskiej. Szwajcarski biskup menonicki Jacob Amman w 1963 roku uznał, że wyznawcy religii za daleko odeszli od swojej wiary i obyczajowości, i trzeba wrócić do korzeni. Stworzył nową wspólnotę, która od jego nazwiska została nazwami amiszami. Zapisane przez niego przepisy religijne regulowały wszelkie sfery życia społecznego – począwszy od życia rodzinnego, a skończywszy na: sposobie ubierania się, strzyżenia brody, rodzaju kapelusza czy guzików przy kapocie. Większość wyznawców żyje w Stanach Zjednoczonych, największe zwarte ich skupisko znajduje się w hrabstwie Lancaster w stanie Pensylwania.

  1. Kultura

Beata Poźniak - zdobywczyni Voice Arts Award, najlepszy polski głos w Amercyce

Beata Poźniak jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)
Beata Poźniak jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Beata Poźniak, Polka w Hollywood. Głos to w jej przypadku dobry pretekst do rozmowy. Bo oprócz ról w filmach i teatrze ma też na koncie role, których nie widać. Jako pierwsza w historii aktorka nieanglojęzyczna zdobyła właśnie Voice Arts Award, prestiżową nagrodę dla artystów pracujących głosem. A od trzech dekad walczy, żeby miały szansę wybrzmieć głosy innych kobiet.

Dykcja, akcent, melodia i tempo mówienia – jest pani na takie rzeczy wyczulona, zwraca pani na nie szczególną uwagę?
Faktycznie, zwracam. Szukam emocji, jakiejś prawdy w głosie. Spotykam się ze znajomymi, ktoś coś w specyficzny sposób powie, głos mu ciekawie zadrży, a ja od razu robię sobie notatkę w głowie, myślę, jak tę rzecz można dodać do postaci, nad którą pracuję.

Jest pani zdobywczynią Voice Arts Award. Wśród laureatów i nominowanych do tych nagród, wręczanych między innymi za audiobooki i dubbing, znaleźli się: Holly Hunter, Tom Hanks czy Cate Blanchett. Dotąd nikomu, dla kogo angielski nie jest pierwszym językiem, nie udało się zdobyć tej statuetki. W dodatku w jednym roku nominowano panią w aż trzech kategoriach.
Byłam bardzo wzruszona i szczęśliwa. Zdarzały się wcześniej nagrody dla aktorów urodzonych w innych krajach. Ale te osoby wyemigrowały na tyle wcześnie, żeby szkoły kończyć już w Stanach albo w Anglii. A ja przyjechałam tu z Polski w wieku 25 lat, po studiach na filmówce w Łodzi, ukształtowana, dorosła kobieta. I to, nieskromnie powiem, wzbudza tutaj szacunek [śmiech].

Z jaką umiejętnością języka przyjechała pani do Stanów?
W Polsce uczyłam się angielskiego w szkole, podobały mi się amerykańskie filmy, muzyka. Ale początki tutaj były bardzo trudne. Pamiętam, jak zaraz po przyjeździe włączyłam telewizor, żeby obejrzeć newsy, i rozumiałam może co trzecie słowo.

Pewnie sporo osób chciałoby wiedzieć, co zrobić, żeby dojść do takiej perfekcji. Co pomaga, rozwija językowe umiejętności?
Moi studenci czasem o to pytają, a ja wzruszam ramionami. Chciałabym odpowiedzieć coś fajnego, mądrego, ale najbardziej szczera odpowiedź jest taka, że nie wiem. Każdy z nas ma inne predyspozycje, każdy musi znaleźć własną drogę. Mam wrażenie, że w moim przypadku to się po prostu stało. Nagle. Moment, i jesteś po drugiej stronie.

Dykcja, język to jedno, ale w pani przypadku możemy mówić też o głosie w zupełnie innym kontekście. Głos w słusznej sprawie – od dawna działa pani na rzecz kobiet. Gloria Allred, feministka, prawniczka znana z najgłośniejszych w Stanach spraw, choćby ostatnio przeciwko Harveyowi Weinsteinowi, publicznie nazwała panią bohaterką. Przyczyniła się pani do tego, że w USA zaczęto obchodzić 8 marca Międzynarodowy Dzień Kobiet, który stał się pretekstem do spotkań i dyskusji. Skąd wziął się ten projekt?
Chciałam wspierać kobiety, wydobyć ich historie. Dlatego stworzyłam ten ruch. Nazwałam go Women’s Day USA, bo uznałam, że Międzynarodowy Dzień Kobiet to dobra okazja, żeby coś ważnego powiedzieć. Zaczęłam organizować coroczne zjazdy, gale, na które zapraszamy wyjątkowe prelegentki. Gościła u nas między innymi Japonka, która przeżyła w czasie drugiej wojny światowej obóz internowania dla Amerykanów japońskiego pochodzenia. Dolores Huerta, przywódczyni amerykańskich związków zawodowych, matka 11 dzieci. Mae Jemison, pierwsza czarnoskóra kobieta, która poleciała w kosmos. Mogę tak wymieniać bez końca.

Wspomniane wystąpienie Glorii Allred miało miejsce w latach 90., krótko po pani udziale w „JFK” Olivera Stone’a. Zagrała tam pani Marinę Oswald, rosyjską imigrantkę, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. To właśnie ta rola była iskrą do powstania ruchu?
„JFK” był spełnieniem snu, wreszcie mogłam zobaczyć, jak to jest w tym prawdziwym Hollywood. Moja pierwsza filmowa rola w Stanach, trochę drzwi rzeczywiście się potem otworzyło. W dodatku, ku mojemu zaskoczeniu, kiedy się do filmu przygotowywałam, udało mi się namówić prawdziwą Marinę na spotkanie. Wcześniej konsekwentnie wszystkim odmawiała. Miało być „szybkie pół godzinki”, ale najpierw się przedłużyło, potem spotkałyśmy się znowu i znowu, już bez jej obstawy. Nawet u niej pomieszkiwałam, chyba żadna z nas nie spodziewała się, że tak się do siebie zbliżymy. Niesamowita przygoda i doświadczenie aktorskie: zagrać postać historyczną, która nadal żyje i którą się osobiście poznało. Ale ruch kobiecy to był w moim życiu niezależny wątek. Który urodził się wcześniej, krótko po przyjeździe, kiedy trafiłam do Nowego Jorku. Chciałam wtedy podjąć jakąkolwiek pracę, żeby się utrzymać, ale gdziekolwiek poszłam, to mi odmawiali. W końcu zebrałam się na odwagę i za którymś razem zapytałam, dlaczego nie chcą mnie na taki basic job. Usłyszałam, że jestem over­qualified, za wysoko wykwalifikowana. Błędne koło. Szukałam tu w Stanach nowej tożsamości i coraz wyraźniej coś do mnie docierało. Często się mówi, że USA to kraj imigrantów. Tak, ale to nie jest kraj imigrantek. Wszystkie te nazwiska imigrantów, które wypowiada się z dumą, to nazwiska mężczyzn: Einstein, Pulitzer. Zaczęłam robić research, Internetu nie było, siedziałam w bibliotekach nad mikrofilmami. Nie wiem, czy pamięta pani, że istniało coś takiego [śmiech]?

Kadr z filmu „JFK” Olivera Stone’a. Beata Poźniak zagrała Marinę Oswald, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „JFK” Olivera Stone’a. Beata Poźniak zagrała Marinę Oswald, żonę domniemanego zabójcy prezydenta Kennedy’ego. (Fot. materiały prasowe)

No dobrze, ale jak dziewczynie, która świeżo przyjechała z Polski, udało się rozkręcić społeczny projekt, który wkrótce nabrał takiego rozpędu?
Wiele rzeczy stało się możliwe już po przeprowadzce do Los Angeles. Mówi się, że Nowy Jork to teatr, głównie Broadway, a Hollywood – kino i telewizja. Coś w tym jest, chociaż to oczywiście bardziej skomplikowane. Ja pojechałam do Los Angeles z myślą o filmach i telewizji, ale też od razu po przyjeździe założyłam własny niezależny, eksperymentalny teatr Discordia. Spotkałam też Kazimierza Brauna, który reżyserował tutaj w amerykańskiej obsadzie „Szewców” i od razu zaproponował mi rolę Księżnej. W tym czasie niezależnie pracowałam nad kobiecym projektem, szukałam imigrantek z ciekawą historią. W pewnym momencie ktoś opowiedział o moich poszukiwaniach żonie konsula Finlandii. Ta do mnie zadzwoniła, mówiąc, że takie inicjatywy są jej bardzo bliskie, i pytając, czy nie wpadłabym do niej pogadać. Nie marnując ani minuty, wsiadłam w samochód i pół godziny później byłam u niej. Przywitała mnie z grupą koleżanek bardzo, powiedziałabym, po fińsku. Z lampką wina i w saunie. Z tego spotkania wyniknęło wiele przyjaźni i cennych kontaktów, zaczęła się rozrastać sieć, ktoś polecił kogoś, ktoś inny słyszał, że gdzieś mieszka pani, którą można by zaprosić. Dzięki kobietom poznanym wtedy u pani konsul zaczęłam też inaczej myśleć o Dniu Kobiet. Ja, wychowana w PRL, gdzieś z tyłu głowy nadal miałam goździki i pończochy z zakładu pracy. A tu nikt nie miał takiego obciążenia. Wtedy na spotkaniu w saunie była też na przykład Australijka, dla której ważny był temat Nowej Zelandii, gdzie obywatelkom przyznano prawo głosu już w 1893 roku. Dla nich Dzień Kobiet to było święto wolności, wzajemnego wsparcia i równouprawnienia.

Spotykamy się w szczególnym momencie. Rządy zaczyna wiceprezydentka Kamala Harris. Jest szansa na przełom? Uważa pani, że Harris będzie rzeczniczką praw amerykańskich obywatelek?
Przekonamy się w praktyce. Jestem szczęśliwa za każdym razem, kiedy słyszę, że jakaś kobieta zostaje head [szefem, liderką], nieważne, czy to polityka, biznes, czy branża filmowa. Działając w ruchu, współpracowałam z obydwiema opcjami politycznymi, byłam wyróżniona i przez burmistrza demokratę, i przez republikanina, i głęboko wierzę, że jak się uważniej przyjrzeć, zawsze wyjdzie na to, że mimo różnic w poglądach więcej nas łączy, niż dzieli. To, że Kamala Harris doszła do takiej pozycji, jest nieprawdopodobnym sukcesem. Pokazała dziewczynom w całym kraju, że to możliwe, że jest szansa dla przyszłych pokoleń. Ale też marzę o takim dniu, kiedy już nikt nie będzie mówił „pierwsza prezydentka USA” czy „pierwsza prezydentka Warszawy”, że nie będą miały znaczenia ani płeć, ani rasa, tylko kompetencje. Może nadejdą takie czasy, że Dzień Kobiet w ogóle nie będzie potrzebny.

Kto jest pani największą idolką?
Mama. Dorastając, obserwowałam, jak sama mnie wychowuje, bez żadnego wsparcia. A wychowałam się w czasach, kiedy samotne macierzyństwo nie było powodem do dumy. Mama, z zawodu lekarka, nie tylko sobie radziła, ale też, od kiedy pamiętam, pomagała innym. Zawsze miała ze sobą w torbie leki w razie nagłych przypadków. Insulinę dla cukrzyków, coś na serce. I nieraz byłam świadkiem, jak ratowała kogoś na ulicy, zanim przyjechała karetka. Przez jakiś czas pracowała w Spółdzielni Inwalidów „Wybrzeże”. Siedziała po godzinach, pamiętam, jak przychodziłam do niej po szkole i jak odrabiałam u niej w gabinecie lekcje. Pamiętam też, jak mnie wysyłała pod bramę stoczni. Bo nasz dom na Piwnej w Gdańsku stał ciekawie: akurat między siedzibą ZOMO a stocznią, do której chodziłam na piechotę i zanosiłam strajkującym papierosy i kiełbasę ręcznie robioną przez mamę. Potem ktoś po latach, jak już żyłam w Stanach, zapytał mnie, czy wiem, że widać mnie w „Człowieku z żelaza”, w tych dokumentalnych fragmentach. Nakręcili mnie, chociaż bez przerwy słyszałam od mamy, żebym tylko uważała, czy nie kręcą [śmiech]. Jeszcze inny obrazek z Gdańska: „Znam Beatę z podwórka. Jej mama była damą, co odziedziczyła też Beata. Kiedyś ich bokser zwiał, zaprowadziłem uciekiniera do właścicielki”. Ten komentarz znalazłam w sieci. Domyśla się pani, kto go napisał? Niestety nie, ale rzeczywiście miałyśmy boksera. A nawet dwa – suczkę Brendę i Feniksa Otago Konrada [śmiech], medalistę. Byłam w nim tak zakochana, że w czasie jednego z konkursów recytowania poezji specjalnie wybrałam sobie „Listy do pani Z.” Kazimierza Brandysa i taki fragment o bokserku [śmiech]. A mama rzeczywiście jest bardzo kobieca, elegancka z tymi włosami uczesanymi do góry, porównywali ją do Sophii Loren. Ona dama, wysokie obcasy, ale ja byłam zupełnie inna, raczej typ tomboy. Wołali na mnie Pippi Långstrump, bo piegi i rude włosy, bujna wyobraźnia. Jak koleżanki chciały iść oglądać ciuchy, ja wolałam lecieć na podwórko z kolegami pokopać nawet jakąś znalezioną puszkę, to mnie dużo bardziej interesowało. Byłyśmy kompletnie różne, ale do tej pory mama jest moją największą przyjaciółką. Rozmawiamy przez telefon codziennie, chociaż po kilka minut, żeby powiedzieć, co u której słychać.

Już na studiach obsadzili panią w serialu „Życie Kamila Kuranta”, zagrała pani u Wajdy w „Kronice wypadków miłosnych”. Dlaczego pani wyjechała?
Przede wszystkim przyjechałam do ojca. Wysłał mi bilet, myślałam, że w końcu odnalazłam rodzinę, że to jest szansa na pojednanie. Rzeczywistość okazała się inna, ojciec znowu zniknął z mojego życia. Musiałam sobie poradzić.

„JFK” i „Dzikie palmy” Olivera Stone’a, „Kroniki młodego Indiany Jonesa” George’a Lucasa, „Melrose Place”. Pani hollywoodzki sen się spełnił? Ma pani poczucie satysfakcji czy niedosytu?
Na pewno lubię iść tam, gdzie ścieżki mam jeszcze niewydeptane. To normalne, że człowiek chce się powtarzać, wracać do tego, co bezpieczne, co się okazało sukcesem, tak jesteśmy zbudowani. Ale dla mnie bardziej ekscytujące jest próbować czegoś, czego zupełnie nie znam, zaryzykować.

A jak pojawiły się w pani życiu audiobooki?
Aktorstwo dźwiękowe to w Stanach cała osobna gałąź. Jedni aktorzy specjalizują się w audiobookach, inni w dubbingu, jeszcze inni w background voices. Ten odłam ma swoje gwiazdy, to są osoby, które mają na koncie po kilkaset tytułów, choć oczywiście wydawnictwa i twórcy gier wideo zapraszają też znanych aktorów z przemysłu filmowego, żeby wystąpili w ich produkcjach. U mnie to był przypadek. Nie znałam tej branży, nigdy nie starałam się o takie zlecenie. Właściwie to kiedy się do mnie odezwali, myślałam, że koledzy robią mi dowcip.

Dlaczego?
Wiedzą, że jestem znana z ról bojowych i silnych kobiet. I jak producenci wysyłają mi scenariusz i pytają, którą rolę chciałabym zagrać, to mnie interesuje bardziej „John” niż „Mary”, bo „John” ma coś do powiedzenia i do zagrania, a ona zwykle jest tylko ozdobnikiem. Poza tym w Hollywood trzeba iść na casting, potem czekasz na odpowiedź, a tu od razu przyszła mejlem konkretna propozycja: czy chciałabym nagrać audiobooka o jednej z najbardziej wpływowych kobiet świata, Katarzynie Wielkiej. Podpisano: „Wydawnictwo Random House”, gigant na rynku. Do tego tylko numer telefonu. Oddzwaniałam z myślą: „Ciekawe, który to dowcipniś mnie podpuszcza”. Wystukuję numer, mówię rozbawiona do słuchawki: „No halo, halo…”, na co odzywa się kobiecy głos. Tu się już mocno zdziwiłam. Usłyszałam: „Czy ta propozycja pani odpowiada? Pasują pani terminy?”. Dowiedziałam się, że producentka widziała mnie w roli prezydentki świata w „Babylon 5” i jak obalam rząd w serialu George’a Lucasa. Najpierw mnie zatkało, a potem wielka radość! Rzuciłam się na głęboką wodę. To audiobook kolos, trwa 19 godzin. 78 postaci do zinterpretowania!

Mieszka pani w Beverly Hills. To miejsce, które wydaje się kwintesencją pewnego stylu życia: śnieżnobiałe uśmiechy, filozofia sukcesu, walka o siebie, niezrażanie się porażkami, pozytywne myślenie. Dla pani to było zderzenie kulturowe?
Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. A walka o siebie, niezrażanie się porażkami? Myślę, że niezależnie od miejsca ludzie starają się tak żyć. Ale u nas na pytanie: „Jak tam u ciebie?”, raczej nie odpowiadamy „Świetnie”. Lubimy sobie ponarzekać, kultura polskiego small talku też nie jest szczególnie rozwinięta. Mnie to sobie trudno wyobrazić, bo ja zawsze zagadam kogoś na ulicy i strasznie lubię, jak mnie zagadują. Nieważne, czy o pogodę, czy że kwiaty takie piękne wokoło. A narzekanie? Szkoda życia, w tym czasie to ja zdążę wiersz napisać.

Beata Poźniak: Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta) Beata Poźniak: Zawsze byłam osobą, dla której szklanka jest do połowy pełna. (Fot. Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta)

Wiersze, scenariusze, telewizja, audiobooki, ruch kobiecy, obrazy i własne wystawy; zajęła się pani też produkcją eksperymentalnych filmów. Próbuję zrozumieć, jak pani jest w stanie łączyć wszystkie te rzeczy i skąd ta potrzeba.
No tu odpowiem pani bardzo po amerykańsku: Why not?

A jednak sporo projektów, którymi się pani zajmuje, ma związek z Polską. Voice Arts Awards dostała pani za użyczenie głosu postaci z gry „Mortal Kombat”, ale pozostałe nominacje dotyczą czytanej po angielsku poezji Wisławy Szymborskiej oraz książki o Stefanii Podgórskiej, która w czasie wojny w Przemyślu ukrywała Żydów. Wcześniej dostała pani Earphones Award za „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk.
Dlaczego się nie pochwalić naszą kulturą za oceanem? To dla mnie tak samo ważne i oczywiste jak to, że mojego syna (w domu mówimy po angielsku, ponieważ mój mąż jest Amerykaninem) zapisałam do weekendowej polskiej szkoły, do której chodził przez dziesięć lat i zdał egzamin państwowy. Dzięki temu mówi płynnie po polsku, wie, kim są Kościuszko, Brzechwa, Skłodowska-Curie, no i teraz też Tokarczuk [śmiech]. Rylan jest nastolatkiem, stypendystą filharmonii w Los Angeles i byłam z niego bardzo dumna, kiedy skomponował własne wariacje na temat muzyki Chopina, miał premierę w Walt Disney Hall.

Trochę trwało, zanim się umówiłyśmy na rozmowę. Mam wrażenie, że także czas lockdownu jest dla pani bardzo pracowity.
Bez przerwy coś się dzieje. Skończyłam nagrywać nowy audiobook „A Wolf for a Spell”, zaraz wyjdzie antologia poezji poświęconej wolności wydawana w ramach akcji Black Lives Matter, zostałam poproszona o udział i napisałam o kobietach i ich prawie do głosu. A właśnie teraz kończę bardzo osobisty rodzinny projekt. Mój syn napisał do niego muzykę. I to znowu jest opowieść o niezwykłej kobiecie. Historia sprzed trzech lat: pojechałam do Polski, żeby zagrać u Agnieszki Holland w „Obywatelu Jonesie”. W drodze do Katowic, gdzie kręciliśmy, wpadłam do Warszawy, żeby spotkać się z moją krewną Barbarą. I Basia przekazała mi swoje zapiski, wiersze. Nie miałam pojęcia, że cokolwiek pisze. Powiedziałam jej nawet: „Basia, ty?! Specjalistka od liczb i finansów?!”. „Przekazuję, zobacz, co o tym myślisz”. W pociągu do Katowic zaczęłam czytać i niesamowicie się wzruszyłam. Pojechałam na plan, kręciliśmy, a w tym czasie Basia umarła. Ciarki przechodzą mi po plecach, kiedy o tym myślę, bo to było tak nagłe i niespodziewane. Może coś przeczuwała? Basia się przyznała, że chciała zostać pisarką, ale nie miała odwagi, życie się inaczej ułożyło. Ciągnę tę jej nitkę twórczą, wydaję audiobook i e-book „Chwile zamyślenia”. Do wierszy napisałam wstęp z przesłaniem, żeby niczego nie odkładać. Jeśli jest jakiś czas na to, żeby odrobić zaległości, to teraz. Żeby powiedzieć najbliższej osobie „kocham cię”. Potraktować to życie w pandemii nie jak wymówkę, tylko okazję. 

Beata Poźniak, rocznik 1960. W grudniu 2020 roku przyznano jej Voice Arts Award za rolę Krwawej Królowej w grze „Mortal Kombat”. Do tej pory była do tej nagrody nominowana pięciokrotnie. „Washington Post” wyróżnił ją za nagranie najlepszego audiobooka roku 2015 w USA. W Polsce jako aktorka debiutowała w serialu „Życie Kamila Kuranta”, a w Stanach w filmie „JFK”. Ma na koncie role w teatrze telewizji („Hamlet we wsi Głucha Dolna”) i w serialach („Melrose Place”, „Złotopolscy”, „Ojciec Mateusz”). Za kampanię na rzecz ustanowienia Dnia Kobiet oficjalnym świętem w USA została wyróżniona w amerykańskim Kongresie.