1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Sport - pomysł na życie

Sport - pomysł na życie

Doświadczenia sportowe są cenne, bo są prawdziwe, a prawda ma niesamowitą moc. Sport jest czarno-biały, nie ma tu przestrzeni na oszustwo, efekt weryfikujesz z samym sobą. (Fot. iStock)
Doświadczenia sportowe są cenne, bo są prawdziwe, a prawda ma niesamowitą moc. Sport jest czarno-biały, nie ma tu przestrzeni na oszustwo, efekt weryfikujesz z samym sobą. (Fot. iStock)
Każdy sport, także ten uprawiany amatorsko, uczy konsekwencji i akceptowania monotonii. Każdy sport nakręca nasze ciało, ale potrafi też nakręcić karierę. Pokazuje, że w życiu i w pracy warto być wymagającym i uczciwym wobec siebie – przekonuje Sebastian Kotow, trener i wykładowca biznesu.

Artykuł archiwalny. 

Kiedy chodziłam do liceum, jedna z nauczycielek krytykowała klasę sportową, ironizując: „Czego można się spodziewać po kimś, kto przez cały dzień skacze na główkę do basenu?”. Panował podział na mięśniaków i mózgowców... Od tego czasu wiele się zmieniło. Współczesna nauka coraz bardziej pokazuje, że pewnego rodzaju umiejętności psychologiczne i umiejętności interpersonalne związane z inteligencją emocjonalną kształtują się m.in. przez sport. Kiedyś nie było takiej świadomości. Niby dzieciaki na lekcjach WF robią to samo co kiedyś, ale rozsądny trener już wie, że nie chodzi tylko o przysłowiowe kopanie piłki, lecz o umiejętność współpracy, komunikacji w grupie, przegrywania. Zwłaszcza to ostatnie jest ważne, bo nauczenie się radzenia sobie z niepowodzeniami na wczesnym etapie rozwoju jest olbrzymią wartością w dorosłym życiu. Ludzie przeżywają rozczarowania, kiedy im coś nie idzie, bo oczekują od życia samych sukcesów. A trening pokazuje, jak przegrywać i podnosić się po porażce.

Poza tym to skakanie na główkę przez cały dzień, o którym mówisz, uczy samodyscypliny i ciężkiej pracy. Ja w ogóle jestem fanem ciężkiej pracy i nie wierzę w hasła typu „pracuj mądrze, a nie ciężko”. Oba elementy są potrzebne, nie znam ludzi, którzy osiągnęli coś wybitnego bez wysiłku.  Ani w sporcie, ani w biznesie... Znakomity pływak, Michael Phelps, przez lata najlepszy na świecie, powiedział, że przez minione pięć lat nie pominął żadnego treningu. Igrzyska olimpijskie są co cztery lata, pomiędzy nimi jest nuda, samotność. To dopiero jest szkoła dyscypliny, wytrwałości i akceptacji monotonii, która prowadzi do sukcesu.

Czy sport uczy też zaufania do zespołu? Tak, ale przede wszystkim zaufania do siebie. Ludzie nie ufają sobie, nie wierzą we własne możliwości. Deficyt poczucia własnej wartości jest bardzo częsty, widzę go i u sportowców, i u prezesów korporacji, którzy są bardzo silni w roli zawodowej, ale mają mnóstwo ludzkich wątpliwości. Tymczasem nawet sport amatorski daje poczucie zdrowej dumy, zadowolenia. Wrócę jeszcze do tego skakania...

Jeśli uczę się pływać, najpierw trzymam się blisko brzegu, w końcu mogę już przepłynąć kilometr czy dwa i to pozwala mi zbudować wewnętrzne przekonanie o sprawczości. W efekcie pomaga mi też przygotować się do egzaminu na studiach czy trudnej prezentacji w pracy. Bo mam już wyćwiczone, że najpierw muszę w coś włożyć trochę wysiłku, a potem regularnie to powtarzać, żeby osiągnąć zadowalający rezultat. Budowanie zaufania do siebie przez sport to jedna z moich fascynacji.

Sport ma w tej kwestii tak wielkie znaczenie? Doświadczenia sportowe są cenne, bo są prawdziwe, a prawda ma niesamowitą moc. Nikt ci tego doświadczenia, tej wiedzy nie zabierze. Sport jest czarno-biały, nie ma tu przestrzeni na oszustwo, efekt weryfikujesz z samym sobą. Czasami wracam do zdjęć z zawodów Ironman, zrobionych w momencie gdy przebiegam metę. Bardzo mnie inspirują.

Swoją przygodę ze sportem rozpocząłem dość późno, jako trzydziestolatek. Wcześniej uciekałem od wysiłku fizycznego, raz nawet oblali mnie z WF. A teraz zarażam do sportu innych ludzi, bo to buduje silną psychikę, poczucie własnej wartości. Zaczyna się od tego, że jesteś w stanie wstać na trening, a potem wchodzi to w nawyk. I kiedy życie daje nam w kość, to ten nawyk się odzywa i nasza odporność na trudności jest większa. Namówiłem na bieganie moją 17-letnią córkę. Na początku była bardzo na „nie”, a teraz regularnie przedłuża dystanse. Daje jej to nie tylko lepszą sylwetkę, ale też powód do dumy z siebie. Ja też jestem z niej bardzo dumny!

A co ciebie przekonało do sportu? Przede wszystkim potrzeba bycia spójnym. Generalnie nie uważam się za mówcę motywacyjnego, uciekam od tego tematu, bo – jak mówiłem – wierzę przede wszystkim w ciężką pracę, a motywacja przychodzi jako rezultat, a nie przyczyna, ale dostałem zaproszenie do przeprowadzenia wykładu motywacyjnego. I pomyślałem, że nie mogę wyjść do ludzi z nadwagą i mówić im, jak osiągać cele... Zacząłem więc biegać. Najpierw po pięć minut dziennie, ale potem tak się nakręciłem, że w ciągu dwóch miesięcy przebiegłem 600 km. Miałem nawet taki pomysł, żeby przebiec 100 półmaratonów w roku. Opowiedziałem o nim Robertowi Korzeniowskiemu, a on mnie przywrócił do pionu. Dziś wiem, że to było głupie, bo organizm się zużywa, ale wtedy byłem bardzo dumny z tego projektu... Taki był początek i kiedy dziś mówię ludziom, co oznacza wysiłek, niepowodzenie, to wiem, o czym mówię, bo sam tego doświadczyłem. A ja wierzę w moc autentycznego przekazu.

W sporcie pojawia się też aspekt rywalizacji. Z kim ty teraz rywalizujesz? Najlepiej jest rywalizować z samym sobą, bo porównywanie się do innych jest wykańczające. Mówię oczywiście o sporcie amatorskim, bo życie i praca zawodowych sportowców to coś zupełnie innego. Ale ja zakończyłem już pewien etap sportowy i przeszedłem od tego napięcia, żeby być szybszym – choćby od samego siebie – do szukania przyjemności w sporcie. Podczas wszystkich zawodów, które ukończyłem, nawet jeśli byłem zmęczony – a podczas Ironmana można naprawdę być zmęczonym – nigdy nie przekroczyłem granicy, za którą traci się z tego przyjemność. Przez każdy kilometr w wodzie, na rowerze czy w biegu czułem przyjemność. Dziś wiem już też dużo o ludzkiej psychologii i fizjologii, wiem, że dzięki treningom wpływam na swoje nastawienie do życia, na poziom hormonów, dotlenienie organizmu, pozbycie się szkodliwego kortyzolu… Czasami nawet podchodzę do tego mechanicznie: idę pobiegać, bo wiem, że wtedy będę się czuł lepiej, że będę miał większą odwagę do działania, bo przecież jak każdy boję się różnych rzeczy.

Statystyki mówią, że ponad połowa pracowników jest niedopasowana do organizacji, w której są zatrudnieni. Jak wykorzystać radość sportowca w codziennej pracy? Moim zdaniem w gruncie rzeczy nie ma żadnej różnicy między sportem a pracą. Kiedyś w prowadzonym przeze mnie szkoleniu wzięła udział osoba, która twierdziła, że nienawidzi swojej pracy i ludzi, z którymi pracuje. Poprosiłem, żeby wypisała po jednej stronie kartki powody, dla których lubi swoją pracę, a po drugiej – dla których ją kocha. Trudno jej było rozpocząć, ale potem znalazła tyle powodów, jakby nagle zmieniła pracę (śmiech). Tymczasem zmieniło się tylko jej nastawienie. A nastawienie bardzo mocno wpływa na to, jak odbieramy rzeczywistość. Wystarczy, że poprosisz o opinię dwóch ludzi, którzy pracują w tym samym miejscu, i może się okazać, że jeden będzie zachwycony a drugi będzie narzekał. Jestem przekonany, że jeśli ktoś zacznie uprawiać jakikolwiek sport, to i monotonna praca nabierze dla niego kolorytu. Dlaczego? Wpłynie to na biochemię jego organizmu. Po 20 minutach biegania mózg zaczyna inaczej pracować, wydzielają się endorfiny, czujesz się lepiej, idziesz z innym nastawieniem do pracy, W Stanach Zjednoczonych często mówi się: „happy people carry their own weather with them” (szczęśliwi ludzie noszą ze sobą własną pogodę – przyp. red.). Ja patrzę na sport jako na narzędzie do osiągania różnego rodzaju celów życiowych. Najtrudniej jest zacząć. Tego właśnie uczę podczas warsztatów. Potem ludzie piszą do mnie z wdzięcznością, że coś zaczęli, coś zmienili. To jest fascynujące!

Ale jeśli trenujesz samodzielnie, to właściwie nikt nie może cię sprawdzić. Możesz skłamać, możesz powiesić u siebie w pokoju czyjś medal… Prowadzę warsztaty, które trwają dwa dni, po których przez cztery tygodnie uczestnicy dostają maile z zadaniami do wykonania. Uprzedzam, że certyfikat wystawiamy dopiero po zrobieniu tych zadań. I pojawia się pytanie, skąd wiemy, że oni je zrobili, czy ich jakoś śledzimy? „Nie, nie śledzimy. Wy deklarujecie, a my wiemy, czy to prawda” – tłumaczę, ale to budzi niepewność i niedowierzanie. A w końcu mówię, że nas to nie obchodzi, bo każdy indywidualnie zapłaci najwyższą cenę za brak spójności: jeśli zrobi tak, jak radzę, to będzie miał wyniki, a jeśli pójdzie na skróty  – niekoniecznie. Jeżeli ludzie oszukują, to tracą wiele energii życiowej, kłamstwo jest karą samą w sobie. Zresztą inni też czują autentyczność, a neuronauka przynosi dowody na to, że ci, którzy mówią o tym, co przeżyli naprawdę, wygrywają. Nie potrzebują strategii, pomysłów, marketingu... Sam, kiedy zaczynałem prowadzić warsztaty, zastanawiałem się, co robić, żeby mieć klientów. A kiedy skupiłem się na tym, na czym się znam, w co wierzę, klienci sami zaczęli się do mnie zgłaszać, bo czują, że jestem prawdziwy, że to, o czym mówię, faktycznie mnie fascynuje. To wydaje się banalne, ale wszystko sprowadza się do uczciwości wobec siebie.

Sebastian Kotow praktyk, badacz, wykładowca psychologii zarządzania na studiach MBA oraz podyplomowych studiach na kierunku Psychologia biznesu dla menedżerów na Akademii Leona Koźmińskiego. Autor bestselleru – „Matematyka Zaufania” (2018), współautor serii książek napisanych wraz z Brianem Tracym – „Ty wybierasz cel, my pokazujemy drogę!” (2015), „Ty postaw na zmianę, my pokażemy Ci, jak jej dokonać” (2016).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Żyjemy coraz dłużej, ale coraz krócej w zdrowiu

Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. (Fot. iStock)
Ciało to mądry doradca. Gdy robisz coś wbrew sobie lub pozwalasz na przekraczanie swoich granic, zazwyczaj wysyła sygnały ostrzegawcze. Jak właściwie je odczytywać?

Nauki Wschodu

Mniej więcej od 40 lat coraz większą popularnością cieszą się zaczerpnięte ze Wschodu praktyki cielesno-duchowe, takie jak: wschodnie sztuki walki, joga, zen, chi-gong i thai-chi. Coraz więcej ludzi Zachodu dostrzega sprzeczność, że pomimo iż dzięki osiągnięciom medycyny żyjemy coraz dłużej, to jednak coraz krócej w zdrowiu. Nasze ciała chorują na otyłość, cukrzycę, nadciśnienie, niewydolność krążenia, alergie, zaburzenia funkcji rozrodczych, uzależnienia, wady kręgosłupa, raka i inne choroby autoagresywne – a nasze dusze na depresję. Coraz więcej wskazuje na to, że nie wolno dłużej traktować ciał, jakby były maszynami.

Choroba to wołanie ciała

Również w takich sytuacjach ciało może wskazywać na wypieraną prawdę. Ciało często choruje po to, by zwrócić nam uwagę na to, że żyjemy w toksycznym środowisku, w toksycznym związku, że hołubimy niemądre, groźne dla życia przekonania. Dlatego większość psychoterapeutycznych procedur pomaga uświadamiać sobie, nazywać i właściwie rozumieć to, co mówi do nas ciało. Ciało jest siedliskiem tego wszystkiego, czego o sobie nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć. Wprawny obserwator dostrzega odzwierciedlone w ciele przekonania, doświadczenia, traumy, a także podstawowe wymiary stosunku do świata i do samego siebie.

Starość to stan umysłu

W ostatnim czasie rozwija się interesujący nurt badań nad psychogennymi aspektami starzenia się, czyli tymi, które odnoszą się do relacji umysł–ciało. Inspirująca konkluzja z tych badań i rozważań zawiera się w zadaniu: „starzenie się jest przekonaniem” (aging is believe). Okazało się bowiem, że osoby, które oddzielają się od ciała, traktują je przedmiotowo – są przekonane, że ono się nieuchronnie i szybko zestarzeje, że będą za chwilę chorować, będzie z nimi coraz gorzej – rzeczywiście starzeją się szybciej i więcej chorują. Ich przekonanie potwierdza się na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Takie osoby często – acz na ogół nieświadomie i żyjąc w iluzji dbania o ciało – zachowują się wobec ciała agresywnie, co przyspiesza proces starzenia. Te same badania pokazują, że ludzie przekonani, że ciało w miarę upływu czasu jest bardziej sprawne i wydolne, a oni stają się lepszymi i mądrzejszymi ludźmi – są często sprawniejsi od ludzi znacznie młodszych i umierają we śnie w okolicach setki, nie mając żadnych istotnych objawów fizjologicznego starzenia się. To jeszcze jedna lekcja o tym, że ciało podąża za umysłem, słucha umysłu – tak długo, jak może.

Doświadczyłem ciała, gdy dotknąłem granicy śmierci

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ips.pl), autor i współautor wielu książek.

Gdy byłem w bardzo wysokich górach, tam, gdzie już prawie nie ma czym oddychać, doświadczyłem ciała, które całkowicie odmawiało mi posłuszeństwa. To było jak rozciągnięte w czasie omdlewanie, graniczące z umieraniem. Będąc całkowicie przytomnym, nie byłem w stanie skłonić ciała do zrobienia kolejnego kroku. Mogłem jedynie biernie i bezradnie doświadczać sytuacji niemocy. Panowałem tylko nad oddechem. Więc co kilka kroków, z trudem utrzymując się na nogach, oddychałem gwałtownie i głęboko. Dopiero po wielu takich oddechach ciało podejmowało współpracę i mogłem zrobić kilka następnych kroków. Doświadczyłem wtedy definitywnej granicy mojej władzy nad ciałem, a jednocześnie ogromnej satysfakcji, że tę granicę przesunąłem. W istocie satysfakcja jest jednak fałszywa, bo wprawdzie szedłem na tę górę po ostrej, wąskiej granicy – po grani – między życiem i śmiercią, ale doszedłem tylko dlatego, że pozwoliło mi na to moje ciało. Tak więc radość i poczucie wyzwolenia wiązały się tylko (i aż) z tym, że przekroczyłem swój lęk przed znalezieniem się na tej granicy. W sumie było to wielkie doświadczenie pokory wobec ciała, wobec życia, wobec śmierci.

Życie smakuje najlepiej, gdy pozostając w pełni sił, dotkniemy granicy śmierci. Tego szukamy w wysokich górach i w głębokiej medytacji. Podobnie czujemy się, gdy wracamy do życia po ciężkiej chorobie. Ale najtrudniejsza próba dla naszej odwagi i pokory nadchodzi wraz z definitywną utratą sił związaną z terminalną chorobą ciała i z jego przemijaniem. Na tamtej górze moje ciało nie miało nic przeciwko temu, by umrzeć, by się poddać – zapraszało, a nawet nakłaniało mnie do tego. Jakby mówiło: „Nie walcz, poddaj się i idź za mną – tu jest prawdziwe życie”. Decyzja „żyć i iść dalej” była w tamtej sytuacji – wbrew pozorowi heroizmu – łatwiejszym, mniej odważnym wyborem.

  1. Zdrowie

Miara zdrowia

Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Czy umiemy żyć bez technologii? Trudno sobie wyobrazić bez niej świat. I może nie ma sensu sobie wyobrażać, biegu tej rzeki już nie zawrócimy. A jak technologia może wspierać naszą troskę o zdrowie i aktywność fizyczną?

Mój mąż biega regularnie. Dwa, czasem trzy razy w tygodniu, stałą trasą – cztery kilometry; wiem, bo zmierzyłam własnym zegarkiem. On zegarka nie chciał, bo po co. Przecież nie trenuje. Biega „przez rozum” i „dla zdrowia”. Nie dla przyjemności. Fakt, specjalnie za bieganiem nie przepada. Pomyślałam: spróbujemy. I kupiłam mu zegarek sportowy. Nie, nie stał się od razu entuzjastą biegania, ale sam przyznaje, że to dużo zmieniło. Sprawdza, jakie miał tempo, który kilometr był szybszy, który wolniejszy. Twarde dane, czyli liczby, prowokują do przemyśleń. OK, wczoraj było słabo, ale położyłem się późno, rano źle mi się wstawało – i trening wolniejszy. A dziś ładna pogoda, dobra nawierzchnia – cyferki od razu bardziej satysfakcjonujące.
I można by powiedzieć, że tylko o cyferki chodzi. O tempo, o dystans. To prawda, ale nie cała. Bo w ten sposób uczymy się obserwować siebie. Swój organizm. Swoje możliwości. Ograniczenia. Zależność między snem, dietą, nawodnieniem a wydolnością. Niby to wiemy, ale kiedy mamy czarno na białym, lepiej działa. Uczymy się monitorować swoją formę. Patrzeć na siebie jak na całość, a nie widzieć tylko fragmenty.

Zabawa i motywacja

Bywa tak, że kiedy postanawiamy: „Zaczynam się ruszać”, nasze pierwsze działania to kupno sportowego zegarka. Czy to dobra kolejność? Wojtek Staszewski, biegacz i trener z KS Staszewscy, mówi: – Lubię powiedzenie starych trenerów, że sprzęt nie powinien być lepszy od zawodnika. Ale z drugiej strony… Jeśli ktoś ma pieniądze, a dobry zegarek zmotywuje go do aktywności, to właściwie dlaczego nie?
Bo rzeczywiście fajny gadżet motywuje. Zegarek – na rynku jest sporo marek, jak choćby Garmin czy Polar – to właśnie taki gadżet. Wyrzuca mnóstwo liczb, które opowiadają nam naszą historię. – Można śledzić postępy, wyznaczać sobie cele i nieźle się przy tym bawić. Ja lubię taką zabawę – mówi Wojtek.
A jego żona Kinga, też trenerka, dodaje: – Widzę wśród podopiecznych, że wielu z nich fascynują „przyznawane” przez system nagrody. Najdłuższy bieg, najszybsze pięć kilometrów, najszybsza mila. Niektórych to bawi, niektórych mobilizuje. Jeśli chcesz, to kupuj, baw się tym, niech będzie to wspomagaczem sportu.
Wojtek twierdzi, że jest też coś, co leży na granicy zabawy i monitorowania postępów. – Garmin – ja z tej marki korzystam, ale właściwie wszystkie sportowe zegarki mają taką funkcję – po każdym treningu mówi mi, jaki jest mój pułap tlenowy. Pokazuje, kiedy rośnie, czyli rośnie moja wydolność, pokazuje, kiedy spada i powinienem się martwić. I zastanawiać się, czy to zmęczenie, czy może zaniedbywanie treningów.
Kinga potwierdza: – Jeśli znam swojego podopiecznego, wiem, w jakich tempach i tętnach biega, i nagle tętno jest bardzo wysokie, to sygnał. Trzeba sprawdzić, o co chodzi, czy może warto skonsultować się z lekarzem. Bo ważne są nie tylko o postępy bądź ich brak, lecz także bezpieczeństwo.
Doktor Anna Plucik-Mrożek, lekarka chorób wewnętrznych, dyrektor medyczny Exercise is Medicine Polska, mówi, że dla niej jako dla lekarki właś­nie pomiar tętna jest najważniejszy. – Można sobie wyliczyć maksymalne tętno treningowe (220 minus wiek). Kiedy kwalifikuję do aktywności fizycznej, mówię na przykład: „Proszę zaczynać od 60 proc. tętna maksymalnego”. Pacjent na zegarku może to spokojnie kontrolować, a ja wiem, że nie przesadzi. Albo mówię, jakiego tętna nie powinien przekraczać – i mam poczucie, że jest bezpieczny. Nie chodzi tu tylko o osoby przewlekle chore, ale także o te, które nigdy wcześniej nie ćwiczyły. Przy wymagającym treningu interwałowym proszę czasem pacjentów, zwłaszcza na początku, żeby dochodzili do 90 czy 100 proc. tętna maksymalnego. Jednym rzutem oka na nadgarstek łatwo sprawdzić, jak to wygląda. Także w spoczynku, w nocy można śledzić tętno; jeśli jest zbyt niskie, zastanawiamy się, o co chodzi, może za dużo leków, może coś trzeba zmienić.
Wiele zegarków ma też pulsoksymetr mierzący saturację. W czasie pandemii to jest rzeczywiście przydatne. Ale ma zastosowanie nie tylko teraz. – Jeśli ktoś jest przewlekle chory na płuca czy serce, tłumaczę, że kiedy w czasie treningu saturacja spada, to znak, że trzeba przerwać, skonsultować się z lekarzem – zaleca doktor Plucik-Mrożek.
Kinga Staszewska podkreśla jeszcze jedną zaletę zegarków: – Mogę na aplikacji Garmin Connect połączyć się z podopiecznymi i od razu widzę, gdzie biegli, jakie mieli tętno, jakie różnice wzniesień. Aha, zadałam trening wolno po płaskim, a tu się ktoś zbuntował i zrobił kros po lesie – a był na to zbyt zmęczony i nie powinien!
Czy umiemy jeszcze w ogóle ćwiczyć bez technologii? Umiemy, ale robimy to coraz rzadziej. Czy to dobrze? – Tak, oczywiście – uważa doktor Plucik-Mrożek. – Bo zegarki nie tylko liczą kalorie, dystans, tempo, czas, nie tylko mobilizują, ale wręcz przypominają o aktywności. I to nie tylko tej stricte sportowej. Po prostu o tym, żeby wstać z fotela, zrobić kilka skłonów czy wymachów ramion. Moja koleżanka na gwiazdkę dostała taki zegarek. Siedzieliśmy sobie kiedyś razem, nagle ona podrywa się z krzesła i wychodzi. Pytam, co się stało. Ona na to: „Zegarek powiedział, że muszę wstać. Zejdę po schodach, wejdę i możemy dalej gadać”. Niby śmieszne, ale często, przyznajmy z ręką na sercu, siedzimy godzinami przy komputerze i po prostu zapominamy, żeby się choć przez parę minut poruszać.

1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)

Lajki na fejsie

Wojtek Staszewski dodaje: – Fajne są też zdjęcia, które można sobie wstawić na Facebooka. Na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami. Wrzucasz zdjęcie, które robisz na trasie, przez aplikację możesz na nim umieścić informację, ile przebiegłaś kilometrów, w jakim tempie, w jakim czasie. A potem kolekcjonować lajki. I super. Ale to też z mojej strony prosta informacja. Chcę na przykład napisać, że warto biegać dłuższe dystanse, ale nie należy robić tego zbyt szybko. Wrzucam więc swoją fotkę, trochę się chwalę, ale też przekazuję komunikat: „Biegam w tempie 6'30", wolno, wy też się nie spieszcie”.
Nowoczesne zegarki sportowe mają wiele funkcji. Nie tylko tych ściśle ze sportem związanych. Na przykład ocenią stopień nawodnienia organizmu. Znowu: przecież wystarczy regularnie pić wodę, ludzie przez wieki radzili sobie z tym bez zegarka. Tak, ale jeśli ktoś nie czuje pragnienia, przypominajka w zegarku nie zaszkodzi.
– Mój syn – opowiada doktor Plucik-Mrożek – używa zegarka do monitorowania snu. Jak długo, czy sen mocny, czy dominują fazy płytsze. A wielu pacjentów korzysta z funkcji liczenia kalorii.
Kolejna sprawa: liczenie kroków. Niektórzy uważają, że minimum to 10 tysięcy kroków dziennie, inni, że wystarczą 3 tysiące. Sprawa jest otwarta, ale górnej granicy raczej nie ma. I jeśli technologia pomoże ci cel osiągnąć, nie ma co szukać dziury w całym. Niektóre zegarki powiedzą ci też, jaki jest poziom naładowania baterii. Twojej. Ocenią – na podstawie zapisu pulsu – ile tego dnia zostało ci energii. Czy jest szansa na efektywny trening, czy raczej na spokojny spacer? Albo pomagają kontrolować twój poziom napięcia. Jeśli będzie za wysoki, powiadomienia na zegarku przypomną o ćwiczeniach oddechowych, dzięki którym się rozluźnisz.
Żaden gadżet zdrowia oczywiście nam nie zagwarantuje. I nie załatwi dobrej formy. Ale może pomóc. 

  1. Zdrowie

Alergie - podstawowe informacje

Najczęstsze objawy reakcji alergicznej to łzawienie oczu, kichanie, katar sienny i kaszel, zmiany skórne, bóle brzucha, wzdęcia, biegunki i zaparcia oraz duszności. (Fot. iStock)
Najczęstsze objawy reakcji alergicznej to łzawienie oczu, kichanie, katar sienny i kaszel, zmiany skórne, bóle brzucha, wzdęcia, biegunki i zaparcia oraz duszności. (Fot. iStock)
Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Fakt, alergia potrafi zatruć życie, ale radzimy sobie z nią coraz lepiej. Alergia nie jest, jak wielu sądzi, chorobą nową: wspominają o niej już inskrypcje egipskie liczące sobie z górą pięć tysięcy lat. Dziś na alergię cierpi już – według różnych źródeł – 20–30 proc. ludzi i odsetek ten szybko rośnie. Naukowcy przyczyn alergii upatrują w coraz bardziej sterylnych warunkach, w jakich żyjemy.

Dawniej nasz układ odpornościowy stale walczył z drobnoustrojami i pasożytami, przed którymi obecnie chronią nas środki dezynfekujące, szczepienia profilaktyczne oraz leki. Rozregulowuje to jednak system odpornościowy, czyni go nadwrażliwym na substancje normalnie nieszkodliwe. Organizm reaguje jak w wypadku ataku prawdziwych agresorów – stanem zapalnym, który w zwykłych warunkach przyspiesza powrót do zdrowia. U alergików staje się problemem samym w sobie. Sytuację komplikuje to, że skłonność do stanów zapalnych zwiększa stres, nieodłączny składnik naszego życia... Nikt przy zdrowym zmysłach nie zrezygnuje z dobrodziejstw nowoczesnej higieny i medycyny, nie sposób też wyeliminować z naszego życia stresu. Ale nie jesteśmy wobec alergii bezbronni.

Skąd się bierze alergia?

Objawy reakcji alergicznej to przekrwienie, obrzęk, łzawienie oczu, kichanie, katar sienny i kaszel, zmiany skórne (pokrzywka, atopowe zapalenie skóry, zwane też egzemą), bóle brzucha, wzdęcia, biegunki i zaparcia oraz duszności. Bezpośrednim ich sprawcą jest histamina i inne związki, zwane mediatorami reakcji alergicznej, pojawiające się wskutek obecności alergenu. Uczulająco działają na organizm przede wszystkim obce białka. Układ odpornościowy alergika traktuje je jako szkodliwe i w kontakcie z nimi wytwarza specyficzne przeciwciała (immunoglobuliny) zwane IgE, te zaś uwalniają zmagazynowaną w określonych komórkach (mastocytach i bazofilach) histaminę. Wtedy się zaczyna! U osób wyjątkowo wrażliwych nagły obrzęk obrzęk nosa i krtani może nawet zagrozić życiu! Do wylewu histaminy dojść może także, gdy magazynujące ją komórki ulegną zniszczeniu, pod wpływem temperatury lub czynników mechanicznych (np. ucisku).

Alergeny

Pod tym pojęciem kryją się wszystkie substancje wywołujące reakcję uczuleniową. Rozpoznano ich już ponad 20 tys., ale najczęściej alergie wywołują:

  • odchody roztoczy, mikroskopijnych pajęczaków żywiących się złuszczonym naskórkiem (mnożą się głównie w łóżkach i pościeli, tapicerowanych meblach, dywanach);
  • pyłki kwitnących roślin wiatropylnych (drzew, traw i zbóż, chwastów);
  • wydzieliny zwierząt obecne na ich skórze, sierści i piórach, w ślinie i odchodach oraz jady produkowane przez niektóre zwierzęta (np. owady, stworzenia morskie);
  • produkty spożywcze (najczęściej mleko, pszenica, jaja kurze, ryby, cytrusy i orzechy) oraz leki (np. antybiotyki, leki znieczulające);
  • zarodniki grzybów mikroskopowych (zarówno tych obecnych w środowisku, jak i zamieszkujących nasze ciała);
  • substancje wchodzące w skład kosmetyków (głównie wyciągi roślinne i barwniki) oraz w środkach czystości;
  • lateks (zrobione są z niego np. kondomy i rękawiczki chirurgiczne);
  • nikiel (ten metal można znaleźć m.in. w suwakach, zegarkach, biżuterii, telefonach komórkowych).

Kto ma skłonność do alergii?

Co sprawia, że jedni ludzie cierpią z powodu alergii, inni zaś nie? Istotne są uwarunkowania genetycznie: gdy jedno z rodziców cierpi na alergię, prawdopodobieństwo wystąpienia jej u dzieci wynosi 30–40 proc., a jeśli uczuleniowcami są oboje rodzice, wzrasta ono do 60–80 proc. Dziedziczy się jednak nie chorobę, lecz skłonność do niej, zwaną atopią. Na to, czy alergia ujawni się u konkretnej osoby, duży wpływ mają czynniki środowiskowe. Ryzyko, że tak się stanie, zwiększa szczególnie:

  • sposób karmienia we wczesnym dzieciństwie (np. podawanie niemowlętom sztucznych mieszanek);
  • niezdrowa dieta, niedobór witamin i minerałów oraz nadmiar chemicznych dodatków do żywności;
  • kontakt ze związkami toksycznymi, m.in. używkami (papierosy!), spalinami samochodowymi, zanieczyszczeniami przemysłowymi;
  • częste infekcje oraz stosowane leków (na receptę i bez), gdy nie są bezwzględnie konieczne, bez kontroli lekarza.

Marsz alergiczny

Z alergią jest jak z miłością: można jej ulec w każdym wieku, choć ze statystyk wynika, że po 40. roku życia ujawnia się rzadko. W przeciwieństwie do miłości nie ma mowy o tym, by choroba ta znikła. Typowy scenariusz alergii wygląda tak: najpierw dają o sobie znać zaburzenia trawienne i zmiany skórne, potem dolegliwości ze strony układu oddechowego. To tzw. marsz alergiczny, który może doprowadzić do ciężkiej choroby, astmy oskrzelowej. Pokonanie tej drogi czasem zajmuje kilka lat, a czasem dekady. Zdarza się, że alergia pozostaje w stanie utajonym przez lata, by w pewnej chwili – gdy odporność organizmu osłabnie – zaatakować ze zdwojoną siłą.

Jak rozpoznać alergię?

Alergia jest często mylona z innych schorzeniami, m.in. z infekcjami (drogi oddechowe, oczy), trądzikiem różowatym lub zaburzeniami trawiennymi. Decydujące znaczenie w postawieniu diagnozy ma wywiad lekarski, bo choć istnieją badania mogące potwierdzić alergię, to ich wyniki nie zawsze są jednoznaczne. Mimo że pacjenci przywiązują do nich wielką wagę, lekarze mawiają, iż leczą nie wyniki badań, lecz konkretnego człowieka trapionego określonymi dolegliwościami. Bezcenne dla alergologa są notatki pacjenta opisujące, w jakich okolicznościach pojawiły się niepokojące objawy, jaki był ich charakter, jak długo trwały itd. Z badań najczęściej zleca się testy skórne: na wewnętrzną stronę przedramienia lub plecy nanosi się próbki alergenów, które lekarz podejrzewa o wywoływanie uczulenia, i po reakcji skóry (zaczerwienienie, bąble, obrzęk) ocenia się prawdopodobieństwo alergii. Wykonuje się też analizę krwi na obecność przeciwciał IgE, ale ponieważ ich poziom rośnie nie tylko w efekcie alergii, oznacza tzw. swoiste IgE, skierowane przeciwko konkretnym alergenom (metoda RAST). W pewnych wypadkach (np. podejrzenie uczulenia na produkty spożywcze lub lateks) przeprowadza się również tzw. testy prowokacyjne: w warunkach szpitalnych poddaje się alergika bezpośrednio działaniu substancji prawdopodobnie go uczulającej.

Leczenie

Kluczowa jest profilaktyka: unikanie alergenów (jeśli to tylko możliwe), odpowiednia dieta (np. eliminacyjna) czy pielęgnacja skóry (jej podstawą powinny być tzw. emolienty – maści i kremy nawilżające i natłuszczające skórę) oraz kontrolowanie stresu. Większość alergików musi jednak, choćby okresowo, zażywać przepisane przez lekarza specyfiki. Alergicy ostro reagujący np. na jad owadów lub pokarmy powinni zawsze mieć w zasięgu ręki ampułkostrzykawkę z ratującą życie adrenaliną (hormon szybko gaszący reakcję zapalną).

Konsultacja: lek. med. Małgorzata Zaława-Dąbrowska, alergolog

  1. Styl Życia

Umiar, prostota i... mała miseczka. Sekrety diety Japończyków

Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć samodyscyplinę. (Fot. iStock)
Jak to robią w Kraju Kwitnącej Wiśni? Zamiast pizzy w rozmiarze XXL – miseczka ryżu z dodatkami. Zamiast zgagi i nadwagi – równowaga. Proste?

Nadmiar dóbr zazwyczaj nie prowadzi do dostatku, lecz do przesytu. Zwłaszcza na talerzu. Za dużo, za rzadko, niezdrowo i o nieregularnych porach – to kulinarne grzechy główne typowego człowieka Zachodu – twierdzi francuska pisarka Dominique Loreau. Od lat mieszka w Japonii i jest zafascynowana zwyczajami i zasadami codziennego życia swojej nowej ojczyzny. W książce „Sztuka umiaru” stawia nas do pionu.

Żołądek VIP

Zaciśnij pięść i przyjrzyj się jej. Takiej mniej więcej wielkości jest twój żołądek. Można go też porównać do małego grejpfruta (w przypadku kobiet) lub dużego (w przypadku mężczyzn).

– Ale żołądek jest rozciągliwym workiem, który pięciokrotnie może zwiększyć swój rozmiar. Dostosowuje się do naszych żywieniowych przyzwyczajeń i w związku z tym nie sygnalizuje, kiedy jest pełny. Należy więc, przede wszystkim, sprowadzić go do jego naturalnego rozmiaru – mówi Loreau.

Jak to zrobić? Zacznij od obserwowania swojego głodu. Czy zdarza ci się, że pomimo poczucia sytości, sięgasz po dokładkę albo deser, choć potem nie czujesz się dobrze? Może nawet nie dajesz sobie okazji, by poczuć głód, bo zanim nadejdzie, zawsze zdążysz go ubiec, podjadając małe przekąski? Jeśli tak – nadwaga pewna. Powinieneś traktować swój żołądek jak luksusowe wnętrze, lożę VIP-ów, do której wstęp mają tylko niektórzy – gdy już się tam znajdą, nie mogą czuć zbyt wielkiego tłoku – radzi Loreau. Delektuj się pokarmem i przestań jeść bez zastanowienia to, co akurat masz w zasięgu ręki.

Po pierwsze: jedz mniej

Dominique Loreau sprawdziła, jakie porcje spożywano pół wieku temu, a ile jemy teraz. I otrzymała szokujące dane. Pięćdziesiąt lat temu nie tylko porcje były o połowę mniejsze, ale też lodówki, szafki kuchenne, talerze, szklanki, sztućce i… ludzkie pupy! Z dekady na dekadę wszystko niepostrzeżenie rosło. „Kiedyś banan stanowił podwieczorek dla dzieci. Dzisiaj zestaw Big Mac, kanapka, mrożone danie, baton czekoladowy, puszka słodzonego napoju… są uważane za normalny posiłek. Pożywienie, które występuje w postaci pojedynczej porcji, jest przez większość z nas zjadane w całości. Pozwalamy w ten sposób decydować o naszych potrzebach producentom żywności, którzy nie troszczą się w najmniejszym stopniu o to, co może pomieścić nasz żołądek” – pisze Loreau w „Sztuce umiaru”.

Tymczasem natura proponuje idealne porcje: jedno jajko, jedno jabłko, jeden ziemniak… Azjaci przeżywają szok kulturowy, gdy po raz pierwszy przyjadą na Zachód i w restauracji podaje im się np. pastę czy sałatkę takiej wielkości, że w ich kraju mogłyby się nią najeść cztery osoby. A my się do takich przyzwyczailiśmy. Do tego duże porcje działają jak narkotyk: na widok wypełnionego po brzegi talerza wyimaginowany głód narasta. Najadamy się do syta i dopiero potem zaczynamy liczyć kalorie.

Kalorie wymyślono pół wieku temu. Można się obyć bez ich liczenia i chudnąć. Wystarczy posłużyć się wyobraźnią. „Im większa jest porcja, tym więcej zawiera kalorii. To aż tak proste! Jeśli masz trochę nadwagi, nie musisz radykalnie zmieniać sposobu odżywiania się. Wystarczy, że będziesz jadł te same pokarmy, zmniejszając ich ilość o połowę. Pozostawienie każdego dnia resztek na talerzu może sprawić, że schudniemy dziesięć kilo w ciągu roku. Takie małe, codzienne zmiany jest bardzo łatwo wprowadzić, a mogą w efekcie przenosić góry (tłuszczu!)” – pisze Dominique Loreau.

Po drugie: jedz prosto

Nawet jeśli do tej pory nie lubiłeś gotować albo szkoda było ci na to czasu, spróbuj potraktować przyrządzanie posiłków jak praktykę duchową, rodzaj medytacji. To świetny czas, by oderwać się od codziennych spraw i wyciszyć. Skupić uwagę na „tu i teraz”. Jeśli sama/sam lub wspólnie z partnerem/partnerką robicie zakupy i przyrządzacie posiłki, to dokonujecie wyboru, co ma się znaleźć w waszych miskach i na talerzach. W ten sposób dbacie o zdrowie swoje i najbliższych. Do tego dzielicie się z rodziną dobrą energią. Smak domowej potrawy zawsze będzie lepszy od kupionego gotowego obiadu.

Jeśli w ciągu tygodnia nie znajdujesz czasu na przygotowywanie wyrafinowanych dań, możesz ograniczyć się do zasady trzech składników: zboża, proteiny i warzywa. Liczba ich wariantów jest nieograniczona!

Zadowalaj się tylko kilkoma świeżymi, sezonowymi produktami, za to o doskonałym smaku i najlepszej jakości. Budżet domowy na pewno nie ucierpi, a może nawet zaoszczędzisz na butelkę dobrego wina. Proste dania mają tę zaletę, że można delektować się ich naturalnym smakiem. Na przykład makaron z łyżką oliwy, parmezanem pokrojonym na plastry cienkie niczym płatki i kilkoma listkami bazylii, omlet ze szczypiorkiem czy filet z ryby usmażony bez soli, z odrobiną cytryny, podany z ziemniakiem na parze – będą smakować o niebo lepiej niż odgrzana pizza w mikrofalówce. I pamiętaj! Jedz powoli, kęs po kęsie. Uczyń ze swojego ciała świątynię!

Złote reguły

Samodyscyplina to rzadka cecha wśród ludzi Zachodu. Często odstępujemy od swoich zasad, tłumacząc sobie to wyjątkową sytuacją. Jednak jeśli chcemy się dobrze czuć w swoim ciele, cieszyć się zdrowiem i ładną sylwetką, powinniśmy ćwiczyć tę cenną cechę i nie ulegać presji otoczenia czy łakomstwu. Dążąc do doskonałości, ustal złote reguły, których będziesz w stanie zawsze przestrzegać.

W domu:

  • nie jedz ani nie pij niczego podczas przygotowywania posiłku,
  • nigdy nie jedz od razu tego, co wyciągasz z lodówki lub szafki: zawsze wyłóż jedzenie na talerz, do miseczki,
  • nawet jeśli chodzi tylko o przekąskę, usiądź, żeby zjeść ją spokojnie,
  • rozpoczynaj wszystkie posiłki od zupy lub surówki czy sałatki,
  • po posiłku, przed sprzątnięciem ze stołu, zawiń od razu resztki jedzenia w plastikową folię, żeby nie zacząć ich podjadać,
  • zawsze miej w torebce jakąś małą przekąskę – suszone owoce, baton proteinowy, żeby nie ulec pokusie zjedzenia czegoś w ulicznych barach.
W restauracji:
  • poproś o podanie sosu osobno,
  • poproś o zapakowanie resztek posiłku,
  • nie jedz chleba,
  • podziel się z towarzyszem przekąską, deserem (zamów 1 porcję na 2 osoby)
Każdego dnia:
  • wypijaj szklankę wody po wstaniu rano i przed położeniem się wieczorem spać,
  • jedz trzy lekkie posiłki,
  • nigdy nie dokładaj sobie jedzenia, z wyjątkiem warzyw,
  • zjadaj tylko jedną kostkę czekolady za jednym razem,
  • po dwóch dniach odstępstw od diety jedz mniej przez kolejne dwa dni,
  • w towarzystwie innych jedz dla przyjemności, kiedy jesteś sam – dla zdrowia,
  • zimą jedz zupy, latem – surówki i sałatki z warzyw,
  • jadaj tylko w dobrych restauracjach lub zabieraj ze sobą do pracy kanapkę

Stała miarka

Najlepszym sposobem na zjadanie mniejszych porcji na co dzień, jest spożywanie ich z małej miseczki. Dlatego zaopatrz się w miseczkę o pojemności 600 ml – najlepiej z laki, bo jest lekka, elegancka, doskonale przewodzi ciepło i się nie tłucze.

Możesz wypełnić ją zupą, warzywami, sałatką, ryżem z rybą. To idealna miarka. Jeden posiłek – jedna miseczka. Tak na co dzień jedzą mnisi zen, ale i miliony Chińczyków i Japończyków. Przed włożeniem dania do miseczki, pokrój składniki na małe kawałki, by móc zjeść je łyżką czy pałeczkami. „Spożywany z czarki pokarm nabiera niemalże smaku zen… A jak przyjemnie jest przenosić naszą miseczkę tam, gdzie mamy ochotę spożyć posiłek – na kanapę, na werandę bądź po prostu na dywan!” – zapewnia Dominique Loreau.

  1. Styl Życia

Joga - przyjemność czy rozwój?

Joga wpływa na lepszą koncentrację, lepszy oddech i kontrolę nad umysłem. (Fot. iStock)
Joga wpływa na lepszą koncentrację, lepszy oddech i kontrolę nad umysłem. (Fot. iStock)
To pytanie jest zasadne, zwłaszcza jeśli od sportu oczekujesz czegoś więcej niż tylko ruchu. W tym temacie dużo do powiedzenia ma joga. Czym się kierować przy wyborze właściwych zajęć – radzi nauczycielka jogi Agnieszka Gortatowicz. 

Według psychologicznego podejścia ktoś, kto jest energiczny i dynamiczny, powinien chodzić na zajęcia, które najbardziej odzwierciedlają jego osobowość… …a według ajurwedy powinien zrobić dokładnie odwrotnie, czyli zamiast podkręcać swoje cechy, uspokoić je, zrównoważyć. Jeśli jesteś vatą, czyli ajurwedyjskim typem wietrznym, któremu trudno się wyciszyć i skoncentrować, to powinnaś poszukać aktywności i diety, które cię przystopują, z kolei leniwa kapha, która chciałaby tylko leżeć na kanapie, powinna się zainteresować bardziej dynamiczną aktywnością, żeby dodać sobie energii. Tak mówi ajurweda.

Jak to się przekłada na wybór odpowiednich dla nas zajęć jogi? Można się kierować wskazaniami ajurwedy, można też patrzeć na to, co nas motywuje. Bo może te zajęcia, które miały nas zrównoważyć, na dłuższą metę zaczną wkurzać i po prostu przestaniemy na nie chodzić.

W Polsce najbardziej popularne są dwa style: joga Iyengarowska i bardziej dynamiczna ashtanga. Pierwsza jest skupiona na szczegółach – bardzo długo wchodzi się w określoną pozycję, dopracowując każdą część ciała, a potem długo się w tych pozycjach pozostaje. Dla niektórych osób może być łatwa, dla innych – potwornie trudna, i to nie ze względu na opór ciała, ale głowy. Bo w jednej pozycji trzeba tu wytrzymać czasem 5, a czasem nawet 20 minut, i to wytrzymać psychicznie. Nie wiercić się. Wytrwać. I nie odpływać myślami. Być cały czas świadomym, co robi mały palec prawej stopy, prawa pachwina i lewe kolano. Niektórych to denerwuje, inni wprost przeciwnie – lubią dopracowywać szczegóły i wierzą, że dopiero wtedy joga działa. Kiedyś usłyszałam porównanie jogi według Iyengara z numerem telefonu: nie możesz pomylić żadnej cyferki, bo się nie dodzwonisz. Precyzja jest tu bardzo wymagana. Iyengar używał także różnych pomocy: wałków, pasków, klocków, bo uważał, że jogę może uprawiać każdy, niezależnie od swojej kondycji, tuszy czy wieku i gdy pewne pozycje są niedostępne, to można sobie pomóc, coś tam podstawiając czy naciągając.

Drugi typ – ashtanga joga – jest dynamiczny. Pozycje wykonuje się tu w określonej kolejności, zawsze tej samej. W miarę stopnia zaawansowania nauczyciel dodaje ci kolejne, ale dopiero gdy opanujesz poprzednie. W większości asan zostaje się na pięć oddechów, więc nie ma za dużo czasu, by dopracować szczegóły. Nie ma też czasu, by sięgnąć po pasek czy klocek, dlatego robi się to tylko w wyjątkowych wypadkach. Tutaj liczy się flow, przepływ energii, oddech, a oprócz tego koncentracja wzroku na jednym punkcie – zwykle na czubku nosa. Ten rodzaj jogi pasuje zwykle osobom młodszym i sprawniejszym fizycznie – zresztą ashtanga joga została wymyślona właśnie dla młodych mężczyzn, którzy wrócili po wojnie do Indii i mieli inną kondycję psychiczną i fizyczną niż Iyengar, który był po prostu schorowanym chłopcem i szukał terapii.

Na Zachodzie te dwie jogi występują albo w czystej formie, albo w różnych odmianach. Dynamicznych, jak vinyasa flow czy power joga, albo spokojnych, jak yin joga czy joga regeneracyjna. Zgodnie z ajurwedą, Iyengarowską odmianę powinny uprawiać vaty i pitty, ale te ostatnie, ponieważ są nastawione na cel i bardzo ambitne, muszą nauczyć się cieszyć także prostymi asanami, nie podnosić sobie za wysoko poprzeczki. Z kolei dynamiczna ashtanga jest bardziej wskazana dla osób w typie kapha, czyli spokojnych, leniwych.

Ty jesteś vatą pomieszaną z pittą i bardziej ci się podoba vinyasa, choć uspokaja cię Iyengar. Vinyasa bardziej oddaje mój charakter, natomiast joga Iyengarowska jest dla mnie wyzwaniem, bo brakuje mi cierpliwości – i w życiu, i na macie – więc jest idealna wtedy, kiedy chciałabym nad sobą popracować. Gdy męczę się w danej pozycji, zastanawiam się, dlaczego jest mi niewygodnie i co mogę z tym zrobić (nie wychodząc z sali). W jodze mówi się, że ta asana, której nie lubisz, jest tą asaną, którą powinnaś częściej wykonywać. Bo jeśli się przed nią bronisz, to znaczy, że masz w sobie jakąś granicę, którą warto przekroczyć.

Joga uchodzi raczej za spokojną dyscyplinę, obecnie dużą popularnością cieszą się bardziej dynamiczne sporty. Wszystkie rodzaje sportów, które wymagają większego wysiłku fizycznego, wyzwalają endorfiny i działają jako dystresor. I to jest fajne zwłaszcza dla ludzi, którzy nie potrafią stresu „rozpuścić” w inny sposób. Jakiś czas temu badacze udowodnili, że dynamiczna joga, tak jak bieganie czy cardio, też po 20–30 minutach wyzwala endorfiny, ale w przeciwieństwie do sportu jednocześnie wytwarza neurotransmiter GABA, który działa bardziej długofalowo, zwiększając naszą odporność na stres i umiejętność relaksowania się. Poza tym joga – tak jak chciał Iyengar – konkretnymi asanami potrafi leczyć konkretne choroby, stymuluje układ trawienny, detoksykację. W jednej pozycji masuje się wątrobę, w innej dotyka receptorów głowy, jeszcze inna stymuluje pracę nerek. Iyengar, który nie tylko sam był schorowany, ale i miał chorą na nerki córkę, podkreślał terapeutyczną moc jogi. W Indiach mniej się łyka pigułek, więcej leczy dietą i właśnie asanami. Nie sądzę, by jakiś inny sport tak bezpośrednio działał na wewnętrzne organy.

To praca bardziej z energią czy z ciałem? Z jednym i z drugim. Kiedyś w Indiach jogę praktykowało się głównie ze względów zdrowotnych, a także by przygotować ciało do medytacji – tak by można było potem posiedzieć sobie w pozycji lotosu kilka godzin bez bólu. W pewnym okresie życia Hindusi przestawali uprawiać asany, czyli hatha jogę, i bardziej koncentrowali się na przykład na karma jodze, czyli podejmowali działania na rzecz innych – to w ich mniemaniu też jest joga. Na Zachodzie trochę inaczej ją traktujemy. Skupiliśmy się na fizycznym aspekcie, choć niektórzy też chętnie praktykują karma jogę czy bakhti jogę (śpiewanie mantr i oddawanie czci bóstwom) oraz żyją według wskazówek moralnych, które są zawarte w starych pismach jogicznych.

A czy joga jest rzeczywiście dla każdego? Moim zdaniem – tak. Może nie w każdym momencie życia, nie każdy jej rodzaj i nie z każdym nauczycielem. Ale zachęcam wszystkich, którzy jeszcze nie spróbowali, by nie sugerowali się żadnymi opowieściami i nie czytali zbyt dużo w Internecie czy książkach, tylko po prostu poszli na zajęcia i sami się przekonali, czy to dla nich, czy nie. Zobaczyli, jak się czują w trakcie zajęć i po nich. Ja na przykład dzięki porannej jodze mam lepszą koncentrację, niż gdy nie ćwiczyłam. Inni czują większy przypływ energii albo wyraźną poprawę zdrowia. Tego nie wyczytamy w książkach, to trzeba przetestować na sobie. A jeśli coś nam nie podpasuje, zastanowić się, czy na pewno chcemy zrezygnować, czy podjąć wyzwanie i dać sobie i jodze czas, by zadziałała.

Jakie korzyści może nam przynieść joga? Na pewno lepszą koncentrację, lepszy oddech i kontrolę nad umysłem. Dzięki jodze łatwiej nam zatrzymać umysł, gdy zaczyna wkręcać się w spiralę negatywnych myśli. Nabieramy dystansu do siebie i świata. A na poziomie fizycznym – ćwiczymy także równowagę, elastyczność i siłę. Joga obdarza też niesamowitą świadomością ciała, od czubka głowy po palce u nóg, co przydaje się podczas innych aktywności. Jest też bardzo pomocna w obecnych czasach, kiedy całe dnie spędzamy przy biurkach. Dzięki jodze na sygnał potrafimy zmobilizować mięśnie, ale też na sygnał potrafimy je odprężyć. Ułatwia to m.in. zasypianie. Na zajęciach jogi wykonuje się też trudne albo zaskakujące asany – jak na przykład stanie na głowie czy balanse na rękach. A świat do góry nogami naprawdę wygląda inaczej. Nie mówiąc już o tym, że wchodzenie w pozycje, które są dla nas wyzwaniem, zwyczajnie dodaje pewności siebie na zasadzie: „Halo, potrafię założyć sobie nogę na głowę, to nie dam sobie rady z trudnym klientem?!”.

Ludzie, którzy chodzą na jogę, wielu kojarzą się z oryginałami, co ubierają się w organiczną bawełnę i lepią garnki z gliny. Można uprawiać jogę bez tej filozofii? Zacznę od końca – każdy może wziąć sobie z jogi to, co chce. Sama uczę dziewczyny, które umawiają się po moich zajęciach do McDonalda i przychodzą na zajęcia na kacu po szalonej imprezie. Ale jak się wchodzi głębiej, zaczyna czytać teksty joginów – a większość ich nie jadło mięsa, nie piło alkoholu i w ogóle nie stosowało używek, w dodatku chodziło boso i tylko w przepasce na biodrach – można zacząć sobie stawiać pytania. Czy na pewno potrzebny ci jest kolejny T-shirt? Czy etyczne jest jedzenie mięsa z przemysłowej produkcji? Oczywiście można popaść w tym w przesadę. Znam miłośników jogi, którzy są bezglutenowymi weganami i nie latają samolotem, bo to najbardziej nieekologiczny rodzaj transportu – i dobrze, pod warunkiem że robią to dla dobra świata, a nie po to, by pokazać sobie i innym, że są jakimś lepszym gatunkiem człowieka, bo każdy ma swoją ścieżkę.

Na co działa konkretna joga? Każdy rodzaj jogi wzmacnia oraz uelastycznia ciało, pozwalając złapać z nim lepszy kontakt. Każdy pobudza też metabolizm, obniża poziom cukru we krwi, wzmacnia serce i dobrze działa na kręgosłup. A poza tym: Bikram Joga, Hot Joga, Hot Vinyasa (i inne odmiany jogi trenowane w wysokiej temperaturze i przy dużej wilgotności) sprawiają, że się pocimy, więc działają jak sauna. Gdy w pomieszczeniu jest 40 stopni, mięśnie są bardziej rozgrzane, więc wchodzimy głębiej w pewne pozycje. Vinyasa Flow, Ashtanga, Power Joga, czyli dynamiczne odmiany jogi, wyzwalają dużą dawkę endorfin, sprawiają, że się pocimy i spalamy więcej kalorii niż podczas trenowania innych rodzajów jogi. Poza tym energetyzują, więc bardziej się nadają na poranną praktykę niż na wieczorną. Joga wg Iyengara pozwala dopracować szczegóły i dobrać praktykę do konkretnych dolegliwości fizycznych, pomaga więc na przykład przy bolesnych miesiączkach, „leniwych” jelitach czy depresji. Może być energetyzująca lub wyciszająca – zależnie od rodzaju asan. Joga Hormonalna to właściwie terapia, nie joga. Nie powinno się jej ćwiczyć bez powodu, a tym powodem mogą być menopauza albo zaburzenia układu hormonalnego na przykład w chorobie Hashimoto. Air Joga, Aerial Flow Joga – trenuje się je na specjalnej chuście-hamaku podwieszonej do sufitu. Są polecane szczególnie przy problemach z kręgosłupem i stawami, bo wisząc, nie obciążamy ich tak bardzo jak ćwicząc na stojąco. No i ponieważ wszystko dzieje się w powietrzu, robimy nowe, niezwykłe pozycje, co daje dużo radości i pewności siebie. Acro Joga, Partner Joga, czyli joga w parach, trójkach albo grupach. Uczy współpracy, empatii i równowagi, a przy okazji bardzo wzmacnia – druga osoba jest przecież jak sztanga z obciążeniem.

Agnieszka Gortatowicz nauczycielka jogi, dziennikarka, tłumaczka, redaktorka. 

Artykuł archiwalny.