1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Na czym polega zarządzanie uwagą?

Na czym polega zarządzanie uwagą?

fot. iStock
fot. iStock
Coraz więcej wokół narzędzi do zarządzania czasem, a o czas coraz trudniej… I będzie coraz trudniej, jeśli – jak przekonuje psycholog biznesu Tony Crabbe – zamiast zarządzać czasem, nie przestawimy się na zarządzanie uwagą. Jego teorię testuje w praktyce Monika Stachura.

T-shirty „Nie wiem, nie znam się, nie orientuję, zarobiony jestem” już są, niedługo będziemy tatuować sobie ten napis na czole, żeby przypadkiem nikomu nie przyszło do głowy wątpić w to, jak bardzo jesteśmy zapracowani. Sama nieraz na pytanie „jak ci minął dzień?” – odpowiadałam zbolałym głosem „Wiesz, to TEN tydzień”… I wcale nie myślałam o fizojologii (nomem omen w tym numerze piszemy też o tym, że menstruacja wcale nie musi wiązać się z bólem), ale o tzw. zamykanie numeru, czyli dni poprzedzające wysyłkę SENSu do drukarni, gdy w redakcji robi się tłoczno, gwarnie i nerwowo. W końcu uznałam, że dość tego – cyklu wydawniczego nie zmienię, muszę zmienić coś w sobie. Z nadzieją sięgnęłam po książkę „Nareszcie mam czas. Jak dobrze żyć w epoce nadmiaru” (wyd. Muza 2017) napisaną przez psychologa biznesu Tony'ego Crabbe’a. Z jego strony dowiaduję się, że „skupia się na tym, jak ludzie myślą, czują się i zachowują w pracy. Niezależnie od tego, czy pracuje z liderami, zespołami czy organizacjami, bazuje na tym, żeby robić rzeczy inaczej”. Tego mi trzeba!

Geneza zapracowania

Dlaczego jesteśmy zapracowani? Crabbe stawia to pytanie inaczej: Dlaczego uważamy, że jesteśmy zapracowani? I odpowiada: „Uważamy, że jesteśmy zapracowani, ponieważ mamy tak dużo do zrobienia, zarówno w pracy, jak i w domu. Instytucje, w których jesteśmy zatrudnieni, są bardziej wymagające niż kiedykolwiek dotychczas, nasze skrzynki poczty elektronicznej i listy zadań do wykonania pękają w szwach, w kalendarzach roi się od umówionych spotkań. Presja nie ustaje, kiedy wracamy do domu (…). Wciąż nie mamy na nic czasu. Jesteśmy po prostu zapracowani; takie jest dzisiaj życie”. Uff, i wszystko jasne!... Już zdążyłam zapomnieć o  małym „uważamy, że”.

Zaraz potem autor wyjaśnia, że zapracowanie to nie konieczność, a strategia. „To prawda, że wiele jest do zrobienia, ale przekonanie, że wciąż nie mamy na nic czasu, ponieważ mamy tak dużo roboty, jest fałszywe”. Skąd więc bierze się nasze zabieganie? Po pierwsze, z pójścia na łatwiznę.  „Łatwiej jest po prostu reagować, próbować zrobić wszystko, zamiast podejmować trudne decyzje, a z pewnych rzeczy rezygnować. Trzeba mieć więcej odwagi, żeby robić mniej” – pisze Crabbe. Po drugie, z potrzeby usprawiedliwienia – zapracowanie pozwala nam poczuć pozorną produktywność i jednocześnie odłożyć na później rzeczy naprawdę istotne. Po trzecie, z chęci autopromocji: zapracowany oznacza ambitny; po czwarte, bo jesteśmy uzależnieni (tak, ciągłe bycie online stymuluje chemię mózgu), po piąte, bo jesteśmy stadni – prof. Anna Burnett z Uniwersytetu Północnej Dakoty dowodzi, że zaganianie stało się niemalże przedmiotem pracowniczej rywalizacji.

Zaraz, zaraz czy to oznacza, że oszukuję sama siebie? Nie czuję się z tym najlepiej... Ale zapracowanie, czy raczej tzw. zapracowanie, uwiera mnie jeszcze bardziej – nie wiem skądinąd dlaczego, skoro wszyscy tak mają – więc czytam dalej.

Utracone korzyści

Słusznie, jak się okazuje, bo wkrótce trafiam na informację, która wyjaśnia mi, skąd mogło się wziąć moje postanowienie o zmianie. „Samotność i izolacja stanowią większe zagrożenie dla zdrowia niż palenie i otyłość. Nie chodzi tylko o wsparcie, jakie otrzymujemy: badania pokazują, że udzielanie wsparcia jest nawet jeszcze korzystniejsze niż otrzymywanie go”  – twierdzi Crabbe,  powołując się m.in. na twórcę psychologii pozytywnej, Martina Seligmana. Już po wydaniu książki, wiosną 2017, ukazało się sprawozdanie z najdłuższych, prawie 80-letnich badań naukowców z Uniwersytetu Harvarda, na temat czynników warunkujących zdrowe i szczęśliwe życie. Wynika z nich, że relacje społeczne pomagają żyć lepiej i być bardziej szczęśliwymi. „Dbanie o ciało jest ważne, ale pielęgnowanie relacji także jest formą troski o własne zdrowie. Sądzę, że to rewelacja”  – powiedział kierownik badania, psychiatra Robert Waldinger. Rewelacja,  ale jak to się ma do zapracowania? Crabbe pisze wprost „Kiedy wpadamy w wir zapracowania, nasze najcenniejsze związki, mimo że są tak ważne, cierpią na tym jako pierwsze. Naszych najbliższych i najukochańszych rani najbardziej nasza fizyczna lub psychiczna nieobecność”. Od dawna czułam coś podobnego, teraz wreszcie widzę czarno na białym, na czym polega ta zależność. To do mnie trafia. Nie chcę więcej wykreślać z mojego życia rodzinnego i towarzyskiego TEGO tygodnia, nie odpowiadać na telefony bliskich, rezygnować z wyjścia z przyjaciółmi. Co zrobić?

Wyplątać się z pętli przepracowania

Wypróbowałam wiele programów i aplikacji do zarządzania czasem, ale przyniosły mi niewiele poza frustracją, podobnie nieskuteczna okazała się motywacja w imię porządku i dyscypliny. Podczas badania talentów Gallupa okazało się zresztą, że w moim przypadku to ślepa uliczka. Skutecznie zmotywować mogą mnie jedynie rzeczy zgodne z moimi wartościami. Relacje – rodzinne, przyjacielskie i te redakcyjne, nieraz wystawione na ciężką próbę w TYM tygodniu, to coś, na czym mi naprawdę zależy, więc postanawiam wyplątać się z pętli przepracowania. Autor książki najpierw trochę podcina mi skrzydła: „prawda jest taka, że dzień w dzień trochę sobie bruździmy w życiu, nie wprowadzając zmian, które, o czym doskonale wiemy, mogłyby mieć znaczenie dla nas, dla naszych bliskich, dla naszego zapracowania”, ale zaraz uspokaja, że choć potrzeba do tego więcej niż tylko dobrych chęci, to możemy się zmienić. „Jeżeli chcecie coś zrobić ze swoim zapracowaniem, skupcie się w pełni na jednym przyzwyczajeniu, które chcielibyście zmienić” – pisze. „To jest mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości” – powiedział Armstrong, pierwszy człowiek w historii, który stanął na Księżycu. Faktycznie, pół wieku później jesteśmy o lata świetlne dalej w badaniu kosmosu, mogę więc też zrobić mój pierwszy krok.

Crabbe proponuje siedem strategii zmian, uczciwie przypominając, że żadna nie zastąpi motywacji. Ja motywację mam, więc pozostaje mi wybrać sposób działania. Decyduję się na metodę, którą autor książki nazywa „Klarownością celów”, bo wiem, co mnie napędza, a to – jak wynika z testu Gallupa – będzie w moim przypadku najbardziej skuteczne. Zatem mam cel: wyplątać się z pętli przepracowania, żeby zatroszczyć się o relacje. Ale według Crabbe taki cel jest  zbyt ogólny i relatywnie źle zdefiniowany – powinnam się zastanowić nad tym, jakie konkretnie zachowania, regularnie stosowane, przyniosą moim zdaniem pożądaną zmianę. Jako wykwit epoki nadmiaru w pierwszej chwili mam oczywiście nadmiar pomysłów, większość z nich odrzucam od razu, bo wymagają niedostępnej dla mnie samodyscypliny dla samej siebie, pozostaje kilka – będę je testować po kolei. Zacznę od tego, żeby nie zostawiać na TEN tydzień nic wymagającego pracy w ciszy, o której w ostatnich dniach przed wysyłką można w redakcji zapomnieć. Metodę Crabbe’a uzupełniam planem na wcześniejsze tygodnie, bo bez tego nie ma szans, żeby mój projekt zakończył się sukcesem, a bardzo mi na tym zależy! Następna wysyłka za miesiąc. Mam trochę czasu, by wprowadzić plan w życie, ale już wiem, jaki będzie najważniejszy punkt: w przeddzień wysyłki idę z przyjaciółką do opery!

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zarządzanie czasem - jak dobrze planować?

Jakie zastosować strategie, aby zacząć panować nad swoim czasem? (fot. iStock)
Jakie zastosować strategie, aby zacząć panować nad swoim czasem? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Skarżymy się, że mamy go mało. Zdecydowanie za mało! Narzekamy na pracę wykonywaną po godzinach, na zmęczenie. Gdzie przepada nasz czas? Jak go pochwycić, wydłużyć, obłaskawić? Jest na to sposób, a nawet kilka.

Kiedy chcesz na nowo zawładnąć czasem, musisz zacząć od zmiany nawyków. Czyli tak naprawdę stylu życia. Do tego nie wystarczy presja z zewnątrz. Potrzebujesz motywacji! Anna Kupisz-Cichosz, coach i trener rozwoju przedsiębiorczości, powołuje się na książkę rodzeństwa Heathów „Pstryk. Jak zmieniać, żeby zmienić”. Autorzy twierdzą, że każdy z nas ma w sobie jeźdźca i słonia. Jeździec to rozsądek, który mówi na przykład, że trzeba się inaczej zorganizować, wprowadzić zmianę, ulepszenie. Ale jest jeszcze słoń, któremu często zwyczajnie się nie chce.

– Oczywiście, jeździec może się z nim siłować, zmuszać do wykonywania pewnych czynności. W końcu jednak opadnie z sił, gdyż słoń ciągnie w swoją stronę, zgodnie z nawykiem. Bo nie został zmotywowany do wprowadzenia zmiany – mówi Anna Kupisz-Cichosz.

Jeździec kontra słoń

Chcenie lub niechcenie ma ścisły związek z emocjami. A emocje – z priorytetami. I to właśnie priorytety odgrywają kluczową rolę, jeśli chodzi o wykorzystanie czasu. – Pytanie, na ile są one zgodne z naszym systemem wartości, z filozofią życiową. Bo jeśli nie są, będziemy mieli ogromny problem z tym, żeby efektywnie zaplanować dzień, realizować powierzone zadania – ostrzega Anna Kupisz-Cichosz. Emocje to drogowskazy, podpowiedzi: to tak, a to nie, to lubię, w to nie wierzę. Mogą osłabiać nasze działania. Albo wzmacniać. Dzięki nim jesteśmy w stanie porywać się na najtrudniejsze zadania.

– Kultura zachodnia oddzieliła emocje od procesów myślowych, zepchnęła je w kąt. Wielu z nas żyje w przekonaniu, że w miejscu pracy nie można być sobą, okazywać emocji – że to słabość. Niezależnie od tego, czy w grę wchodzi złość, smutek czy radość... Przez lata byliśmy uczeni tłumienia emocji, aż straciliśmy z nimi kontakt. One wciąż są, tyle że w podświadomości, i nie jest to dla nich najlepsze miejsce. Dużo lepiej byłoby przeżywać je świadomie. Kiedy podczas sesji coachingowych pytam klienta „co czujesz?”, często nie potrafi odpowiedzieć. Mówi: „Myślę, że...” albo: „Generalnie rzecz biorąc, czuję się dobrze”. Czyli skupia się na intelektualizowaniu albo ocenie stanu. „Dobrze” to nie emocja! – zauważa Kupisz-Cichosz.

Wracając do słonia: żeby mógł porozumieć się z jeźdźcem, musi wiedzieć, co czuje, czego potrzebuje, na co ma ochotę.

– Powiedzmy, że jeździec ocenił, że dobrze byłoby wcześniej wstawać, ale jeśli nie mam wyznaczonych godzin pracy, nie mam szefa, a rano chce mi się spać – sam pomysł to trochę mało – mówi coach. – Na początku zmuszamy się, potem rezygnujemy. Może nie wzięliśmy pod uwagę, że potrzebujemy ośmiu godzin snu i żeby wcześniej wstać, trzeba się wcześniej położyć? To typowy problem osób wykonujących wolne zawody. Wiele z nich wpada w nawyk realizowania zleceń w ostatniej chwili. Trudno się zorganizować, tyle ciekawych rzeczy można robić... Jednocześnie zdają sobie sprawę, że taki sposób działania jest bardzo wyczerpujący i stresujący. Owszem, stres może wpływać mobilizująco, wręcz wywoływać ekscytację, ale po przekroczeniu pewnego progu staje się obciążeniem nie do zniesienia. Co więcej, spada jakość wykonania.

Ponieważ przyzwyczajenia bywają niezwykle silne, lepiej nie skakać na głęboką wodę, nie zmieniać wszystkiego od razu. Anna Kupisz-Cichosz zaleca taktykę małych kroków. Jeśli zwykłaś wylegiwać się do dziesiątej, trudno, żebyś z dnia na dzień zadecydowała, że będziesz wstawać o piątej. – Przy gwałtownych skokach słoń przestraszy się, zwątpi. Pojawia się lęk przed porażką, przekonanie, że to nie ma sensu, za dużo. Władzę przejmuje podświadomość, zaczyna się szarpanina, frustracja... Tymczasem małe kroki to szansa na małe sukcesy. A każdy sukces – zauważony, doceniony – pozwala wzmocnić siebie, uwierzyć, że się uda.

Jak się odnaleźć w wielu rolach?

A w firmie, korporacji, biurze? Pewne rzeczy wymusza system, choćby godziny urzędowania, ale nie ma co się oszukiwać – i w tym wypadku organizacja czasu jest niezmiernie ważna. Chcesz przecież optymalnie wykorzystać dzień, a o godzinie „0” z czystym sumieniem wyłączyć komputer.

– Zwykle w firmie w godzinach pracy sporo się jednak dzieje – mówi Anna Kupisz-Cichosz. – Zadania merytoryczne, spotkania „odgórne”, „oddolne”, e-maile, telefony. Trzeba nad wszystkim zapanować, nie zapomnieć przy tym o posiłku i chwili odprężenia. Ustalić priorytety. W przypadku menedżerów dochodzą jeszcze zajęcia związane z oceną okresową, planami na przyszłość, koncepcją firmy, rzeczy stricte operacyjne...

Anna Kupisz-Cichosz poleca proste narzędzia do zarządzania projektowego. Na przykład to, które opisuje (w książce „7 nawyków skutecznego działania”) Stephen R. Covey. – Zaczynamy od tego, że wypisujemy wszystkie role, jakie pełnimy w danej firmie. Z jednej strony pracownik i członek zespołu, z drugiej podwładny, z trzeciej często przełożony. W każdej z tych ról mamy pewne priorytety, rezultaty, jakie chcemy osiągnąć. Należy rozpisać je na cele tygodniowe, a następnie rozbić na mniejsze zadania i umieścić w kalendarzu pod konkretną datą. Zwracam na to uwagę, bo często wykonujemy prace związane tylko z byciem członkiem zespołu, zapominając o podwładnych, którzy potrzebują naszej pomocy, czekają na wskazówki.

Z doświadczenia Anny Kupisz-Cichosz wynika, że najtrudniej jest zapanować nad czasem przedsiębiorcom. I to oni najczęściej odwołują się do narzędzi zarządzania projektowego, do specjalnych programów. – Właściciel firmy ma, zwłaszcza na początku, mnóstwo obowiązków: pozyskiwanie klienta, obsługa, nawiązanie relacji z potencjalnymi partnerami biznesowymi, prowadzenie działań marketingowych, koncepcyjne myślenie nad rozwojem przedsięwzięcia, czynności administracyjne. Zawsze radzę korzystać z usług księgowej i jak najszybciej zatrudnić asystenta. To zmniejsza ryzyko, że firma „wejdzie na głowę”. Każdy musi wygospodarować przestrzeń dla siebie, na spotkania z bliskimi, na książkę, film, zadbanie o kondycję, zdrowie, sferę duchowości. Jeśli brakuje na to czasu, życie zaczyna przypominać kierat.

Jaką przyjąć strategię?

Niektóre zadania sprawiają nam przyjemność, inne nie. Próbujemy sobie z tym radzić za pomocą różnych strategii i z różną skutecznością. Jedni zaczynają dzień od wyzwań. Mają więcej energii, żeby wziąć byka za rogi, no i chcą to mieć jak najszybciej z głowy. Inni wolą rozpocząć od czegoś łatwiejszego – rozkręcić się.

– Jeżeli jakieś strategie się sprawdzają, nie ma powodu, by je zmieniać – mówi Anna Kupisz-Cichosz. – Zalecam jednak nie odkładać nielubianych czynności, które zajmują niewiele czasu. Być może wywołują opór, niechęć – na przykład musimy do kogoś zadzwonić. Ale jeśli to kwestia trzech minut, zrób to natychmiast! Odbębnij to, miej za sobą, inaczej zmarnujesz dzień.

Ogromne znaczenie przy zarządzaniu czasem odgrywa koncentracja – przy nadmiarze otaczających bodźców łatwo ją tracimy, a wtedy wszystko rozłazi się, rozpada... Jednym ze sposobów na to jest technika Pomodoro. Innym – robienie tego, co się lubi. – Kiedy jakaś czynność sprawia nam dużą przyjemność albo mocno się w nią zaangażujemy, potrafimy się zatracić – zauważa coach. – Wpadamy w trans. W przepływ. W szał twórczy. Tracimy poczucie czasu, jesteśmy w stanie pracować tak długo, aż ta energia się wyczerpie. Nawet kilkanaście godzin. Pasja zapewnia inną jakość pracy, inny wymiar.

Matryca Eisenhowera

Cennym przewodnikiem po dniu pracy jest matryca Eisenhowera. Dzieli ona zadania na cztery ćwiartki: ważne i pilne, ważne i niepilne, nieważne i pilne, nieważne i niepilne. Pierwsza ćwiartka (ważne i pilne) to tzw. pożary. – Nie ma o czym dyskutować, trzeba to zrobić – mówi Anna Kupisz-Cichosz. – Zwykle zdecydowanie za mało czasu poświęca się na drugą ćwiartkę – „ważne, niepilne” – a szkoda, bo to działania prewencyjne, pozwalające uniknąć sytuacji kryzysowych. W rezultacie liczba pożarów wzrasta i wciąż jesteśmy w tzw. bieżączce. Rzeczy nieważne, ale pilne najlepiej od razu delegować, a nieważne i niepilne – odpuścić sobie. Te ostatnie to pożeracze czasu – strony w sieci, na które wchodzimy na chwilę i ani się spostrzeżemy, jak mija godzina. Matryca Eisenhowera zwraca uwagę na drugą ćwiartkę – żeby jak najczęściej do niej zaglądać, nie tylko w pracy. Na przykład w kwestii profilaktyki zdrowotnej – w tym wypadku „pożarem” jest choroba.

– Matrycę Eisenhowera dobrze jest połączyć z zarządzaniem przez role – podpowiada coach. – Przefiltrować przez nią priorytety związane z pełnionymi rolami. Być może, patrząc na drugą ćwiartkę, menedżer przypomni sobie, jak istotny jest rozwój podwładnych. Albo analiza skończonego projektu.

Wreszcie planowanie. Bardzo ważne! Zwłaszcza że – jak twierdzi Anna Kupisz-Cichosz – ludzie mają tendencję do planowania „na styk” i do niedoceniania pracochłonności poszczególnych zadań. – Ich terminarze są przeładowane, spotkanie po spotkaniu. A potem spóźniają się, bo nie wzięli poprawki na poślizg. Albo wysiada im głowa. Zawsze mówię przedsiębiorcom: „Pod żadnym pozorem nie planuj sobie 12-godzinnego dnia pracy! Po pierwsze, nie dasz rady, po drugie, rodzina ci na to nie pozwoli”. W zarządzaniu projektami trzeba pamiętać, żeby do planowanego czasu realizacji doliczyć 20 proc. To margines na rozmaite niespodzianki, na ryzyko, którego nie dostrzegliśmy.

Przy długoterminowych projektach ustanawia się dodatkowo tak zwane kamienie milowe, czyli cele pośrednie. Na przykład co kwartał. – Ustal swoje cele na poszczególne miesiące. Potem skup się na pierwszym miesiącu – zapisz, jakie zadania mają zostać zrealizowane w danych tygodniach – sugeruje coach. – Wreszcie najbliższy tydzień: wpisz zadania przy konkretnych dniach. Postępuj tak samo z kolejnymi tygodniami, a kiedy dotrzesz do kamienia milowego, zobacz, gdzie jesteś. Kamienie milowe to niezwykle istotny element weryfikujący, taki przystanek na drodze. Zatrzymujesz się, oglądasz na nowo sytuację... Ale też okazja do świętowania. Spory kawał roboty za tobą, coś już osiągnęłaś, pora na nagrodę. Może to być urlop, zakupy, kolacja... Najważniejsze jednak jest poczucie dumy, radości, wiary w siebie.

Anna Kupisz-Cichosz, coach, trener rozwoju przedsiębiorczości, właścicielka firmy Softway, wspierającej przedsiębiorców w rozwoju.

  1. Styl Życia

Praca to moje życie. Czy jestem nienormalna?

Gdy w modzie jest gonienie za sukcesem, a dzień pracy nienormowany, coraz trudniej ustalić, kiedy popadamy w pracoholizm. (Fot. Getty Images)
Gdy w modzie jest gonienie za sukcesem, a dzień pracy nienormowany, coraz trudniej ustalić, kiedy popadamy w pracoholizm. (Fot. Getty Images)
W czasach, gdy gonienie za sukcesem jest jeszcze bardziej pożądane niż kiedyś, a dzień pracy nienormowany – coraz trudniej ustalić, kiedy (i czy) popadamy w pracoholizm. A może to naturalne, że na pewnym etapie życia przedkładamy jedną sferę nad drugą? Nad tym wszystkim zastanawia się terapeutka Ewa Klepacka-Gryz, rozwikłując zagadkę swojej pacjentki.

Karolina koniecznie chce się spotkać w sobotę. Kiedy proponuję termin w tygodniu, ale późnym wieczorem, zdecydowanie twierdzi, że tylko w weekendy może żyć swoim rytmem. Brzmi jak osoba pewna siebie, zdecydowana, która dobrze wie, czego chce.

Krok 1. Próbujemy odkryć, na czym polega problem

W realu jej pewność siebie również jest dostrzegalna na pierwszy rzut oka. – Wszystkie badania mam w normie – mówi, kładąc przede mną tablet. – Tarczyca, żelazo, ferrytyna, witamina D3 – proszę bardzo, wszystko idealnie, a po pracy nie mam na nic ochoty. Mogę tylko leżeć pod kocem i nic nie robić, nawet Facebooka nie odpalam. – Rozumiem, że twoim problemem jest brak energii? – pytam. – Lubię swoje łóżko i kocyk, przez cały dzień działam na zwiększonych obrotach, chyba mam prawo być zmęczona – tłumaczy. – To o co chodzi? – nie bardzo rozumiem, na czym polega problem. – Ekipa z pracy podśmiewa się ze mnie, że zachowuję się jak staruszka i nie daję się wyciągnąć na piwo czy do klubu.

To może być jakiś trop. Proszę, żeby opisała swoje relacje ze współpracownikami.

Pochodzi z małego miasteczka pod Wrocławiem. W zeszłym roku skończyła studia, a pół roku temu dostała propozycję pracy w prestiżowej agencji reklamowej w Warszawie. Choć agencja jest znana na rynku i obsługuje naprawdę dużych klientów, atmosfera w firmie jest dość luźna. Karolina jest najmłodszym pracownikiem – i w sensie stażu, i wieku, ale ludzie z firmy przyjęli ją od razu, chociaż nie obyło się bez „kocenia”. – Parę razy wyszłam na kompletną idiotkę, bo wpuścili mnie w maliny, ale ogólnie jest luz, najbardziej ich wkurza, że się nie integruję – opowiada. – To nie moja wina, że oni udzielają się towarzysko wieczorami, a nie zaraz po pracy. – Dlaczego tak? – pytam. – Bo każdy pracę kończy o różnych porach, niektórzy w trakcie mają jakieś zajęcia i po południu jeszcze wracają do firmy – opowiada. – A tak bliżej 20.00 wszyscy są już w miarę wolni.

Agencja, w której pracuje moja pacjentka, to typowa firma dostosowująca się do potrzeb milenialsów: każdy pracuje, kiedy chce i gdzie chce, trochę w domu, trochę w biurze, z możliwością przerwy w ciągu dnia. Trudno mi zrozumieć, dlaczego Karolinie nie pasuje taki styl pracy, niedawno skończyła studia, a studenci, wiadomo, żyją trochę na wariackich papierach. Wtedy przypominam sobie słowa Karoliny, że tylko w weekendy może żyć swoim  rytmem. – Tobie taki tryb pracy nie odpowiada? – pytam.–  Nie wiem – mówi zamyślona. – Ja tak po prostu nie potrafię funkcjonować. – Nie potrafisz? – dopytuję, bo to ważne. – Chyba nie chcę, a może… już sama nie wiem, mam mętlik w głowie.

Krok 2. Opisujemy rytm życia Karoliny

Kiedy pytam ją, czy warszawska agencja to jej pierwsza praca, okazuje się, że… czwarta. – Jak to czwarta? – nie jestem w stanie ukryć zdziwienia.

Karolina pracuje od drugiego roku studiów i średnio co pięć miesięcy zmienia miejsce pracy. Zastanawiam się, czy tu nie tkwi problem. – Dziś wszyscy tak robią, bo tylko w ten sposób  można mieć bogatsze CV – tłumaczy. – No i ważne, żeby od początku załapać się mniej więcej w swojej branży, a nie robić coś, co na nic ci się nie przyda, no, chyba że jest to coś oryginalnego.

Pytam, czy obecna praca różni się czymś od poprzednich. – No, jest wreszcie na poważnie, ale i tak za jakiś czas trzeba będzie rozejrzeć się za czymś nowym – mówi ze smutkiem. – Może dlatego nie chcesz się integrować z ludźmi z pracy, żeby się za bardzo nie przyzwyczaić – pytam. – To zupełnie nie o to chodzi – Karolina nie kryje złości. –  Mogę się z nimi integrować, ale po pracy, a u nich ,,po pracy” to 20.00.

Nadal nie wiem, o co chodzi, proszę, żeby opisała mi, jak wygląda jej powszedni dzień. – Wstaję o 7.00, jem śniadanie, o 9.00 jestem w pracy i biegam do 17.00, potem wracam do domu i odpoczywam do wieczora – opowiada. – Około 22.00 jem kolację, myję się, przygotowuję ubranie na jutro i kładę się spać. – Brzmi dobrze. Śpisz 8–9 godzin? – Tak mniej więcej, czasami tuż przed snem obmyślam plan strategii na jutro. – Czy z pracy wracasz bardzo zmęczona? – Fizycznie tak. W pracy latam jak nakręcona, czasami nawet na siku nie mam czasu, a obiad z pudełka zjadam zwykle w taksówce w drodze do domu, psychicznie nie jestem zmęczona, ale gdybym miała się wieczorem zwlec z łóżka i o 20.00 wylądować w jakimś klubie, to nie chce mi się.

Próbuję dopytać, jak wyglądają pozostałe sfery życia Karoliny. – Pozostałe, to znaczy jakie? – pyta ze zdziwieniem. Kiedy wyjaśniam, okazuje się, że Karolina ma wszystko dokładnie ustalone, a może ustawione: ma kota, a nie psa, żeby nie mieć na głowie spacerów, mieszkanie wynajmuje, zresztą w pełni wyposażone, nawet pościel była na miejscu, jedzenie zamawia, żeby nie musieć gotować. – A kontakty towarzyskie? – Kilka razy byłam z ekipą z agencji na piwie, kiedy udało nam się spotkać zaraz po pracy – opowiada. – Czasami, co któryś weekend, jadę do domu i tam spotykam się ze znajomymi. – A co z życiem intymnym? – próbuję zasugerować, że całą jej energię pochłania praca, więc nic dziwnego, że kiedy wraca do domu, nie ma ochoty na nic poza odpoczynkiem. – Mam dwóch kochanków. Kiedy mam ochotę na seks, zawsze któryś z nich może urwać się żonie.

Przyznaję, że trochę mnie zaskoczyła, ale ona twierdzi, że tak chce i na prawdziwy związek przyjdzie czas, jak będzie stara, to znaczy po czterdziestce.

Myślę sobie, że milenialsi to pokolenie pełne sprzeczności. Z jednej strony pełni oczekiwań wobec pracy i życia, z drugiej niepewni siebie, depresyjni, sugestywni i łatwi do przestraszenia. Wychowywani od dziecka na wojowników, są nadwrażliwi, często dopadają ich choroby „ze stresu” i przede wszystkim trudno ich zrozumieć, bo oni chyba sami siebie nie rozumieją. Rodzice i świat dają im prawo do życia po swojemu, na własnych zasadach, nawet ich do tego namawiają, ale życie bez wzorców do naśladowania wymaga znajomości siebie i dojrzałości.

Biorę kartkę, rysuję na niej duże koło i proszę Karolinę, żeby zaznaczyła swoje aktywności w dniu powszednim. To dla niej proste i oczywiste; trzy czwarte dnia zajmuje jej praca i myślenie o niej, a jedna czwarta odpoczynek i ewentualnie rozładowanie popędu seksualnego, bo tak sama nazywa spotkania z kochankami. Dwa dni w tygodniu, w weekendy, żyje w swoim rytmie. – Czy taki sposób życia jest dla ciebie OK? – pytam. – Przecież badania mam w porządku, nic mi nie dolega – odpowiada.  – Miałaś, a może masz obawy, że twój sposób życia jest… niezdrowy czy nienaturalny? – To się chyba tak samo stało – mówi. – Ja wiem, że to jest wbrew zasadom tego głupiego work-life balance, ale mój balans to leżenie po pracy w łóżku.

Krok 3. Zajmujemy się work-life'em… i całą resztą

Pojęcie work-life balance coraz częściej zastępuje tzw. work-life blending, czyli łączenie pracy z zainteresowaniami i pasjami, jak również z codziennymi sprawami, które nieodłącznie towarzyszą nam w pracy i w domu. Młodzi pracują na swoich komputerach, często podłączonych do firmowej sieci, więc miejsce pracy nie ma większego znaczenia. W ciągu dnia wyskakują z firmy do siłowni czy na naukę gry na waltorni, ewentualnie na długi lunch albo masaż.

Tak żyją i pracują ludzie z firmy Karoliny, ale jej z jakiegoś powodu taki styl nie pasuje.

A może w jej wypadku to work-life style czy work-life integration – co oznacza, że życie prywatne i zawodowe dokładnie się uzupełniają, a granica pomiędzy czasem pracy i czasem wolnym staje się płynna? Kiedy próbujemy to ustalić, Karolina czuje się coraz bardziej zagubiona. Praca w prestiżowej agencji tak bardzo ją pochłania, że nie ma ochoty wychodzić w ciągu dnia, przerywać tego, co akurat robi, rozpraszać się. – Wiesz, w tej firmie trudno jest się skoncentrować, ludzie snują się, zagadują, proponują jakieś akcje, ja tak nie potrafię – opowiada. – Czasami śmieją się ze mnie, nazywają kujonką albo wzorową uczennicą, namawiają, żebym wyluzowała. – Chciałabyś wyluzować? – Może kiedyś, za jakiś czas, teraz muszę się jeszcze tyle nauczyć.

Tłumaczę jej, że to, jak sama twierdzi, jej pierwsza praca „na poważnie”, że kiedy nabierze doświadczenia, być może styl pracy jej kolegów stanie się również jej stylem. Pocieszam, że jeśli po pracy czuje się bardzo zmęczona, nie ma w tym nic dziwnego. – Tylko to takie dziwne zmęczenie – martwi się. – Głowa miałaby ochotę pracować dalej, a ciało jest zmęczone i chce spać.

Najgorsze jest dla niej to, że tak bardzo odstaje od reszty. Koledzy pytają, czy widziała najnowszy film, czy była już w modnej restauracji, czy ma faceta i jaki nowy ciuch sobie kupiła. – A ja nie mam siły nawet obejrzeć niczego na Netfliksie – skarży się. – Nie mam nastroju na nowe ciuchy ani testowanie trendowych restauracji. – A kiedyś miałaś? – Tak, lubiłam te wszystkie atrakcje, a gdy przeprowadzałam się do Warszawy, cieszyłam się na samą myśl o tym nowym, wielkim świecie. A na razie nie mam na niego apetytu. – To trochę tak, jakbyś miała ochotę na czekoladkę, a kiedy ją dostałaś, to trzymasz ją w szufladzie i nie otwierasz? – pytam. – Dokładnie tak robiłam, kiedy byłam mała – śmieje się. – Mój brat natychmiast zjadał tygodniowy przydział słodyczy od dziadków, a potem podbierał moje, które chomikowałam na później.

Krok 4. Sprawdzamy, czy da się zjeść czekoladkę i mieć czekoladkę

I tak dzięki czekoladkom dotykamy sedna problemu. Odraczanie przyjemności to główna cecha charakteru Karoliny. Potrafi dużo zrobić, by zasłużyć na nagrodę, a kiedy już to się stanie, odkłada czas skonsumowania nagrody. Im bardziej jest chwalona w pracy, tym bardziej się stara. A że praca sprawia jej prawdziwą frajdę, zapomina nawet o zaspokajaniu podstawowych potrzeb typu: picie, jedzenie, pójście do toalety. Nic dziwnego, że po pracy jej ciało nie ma ochoty na nic innego poza leżeniem pod kocykiem. Trafnie opisuje ten stan, że głowa jest gotowa do dalszej pracy, a ciało nie ma już siły. – Przecież mam dopiero 23 lata, a żyję jak staruszka – mówi z żalem. – Jestem najmłodsza w firmie, a oni wszyscy się bawią i korzystają z życia. – Ale też nie angażują się w pracę z taką energią jak ty, robią sobie przerwy w ciągu dnia, pozwalają ciału i głowie odpocząć – próbuję jej wytłumaczyć, dlaczego inni mają inaczej.

Sprawdzamy, na ile styl pracy Karoliny wynika z jej typu charakteru, a na ile z chęci umocnienia swojej pozycji w firmie. Bardzo ważne jest dla niej, że szef ją docenia, nawet żarty kolegów, te o prymusce, też jej się podobają. – A może chodzi o to, że jesteś inna niż większość ekipy? – sonduję kolejną hipotezę. – Może tak; inna to znaczy dziwna.

W rodzinie Karolina była tym dziwnym dzieckiem, które chomikowało słodycze i w ogóle żyło swoim życiem, inaczej niż brat i cioteczne rodzeństwo. Nie była z tego powodu karana, ale nieraz podsłuchała, jak mama mówiła do którejś z ciotek: „Ta nasza Karolcia to taki dziwak, niełatwo jej będzie w życiu”.

I tak przyszedł czas na zaproszenie na scenę postaci Dziwaka, który albo pracuje, albo śpi, chowa czekoladki na później, lubi być prymusem, ale czasami potrzebuje dowodów na to, że wszystko z nim OK, że nie ma żadnej poważnej choroby i na terapię też nie musi uczęszczać.

Karolina wyszła ode mnie spokojniejsza i chyba pogodzona ze swoją naturą, a tydzień później dostałam SMS z uśmiechniętą buzią i pozdrowieniami „od Dziwaka”.

  1. Seks

Nie mam czasu na seks

Jeśli w porę nie wyłapiesz momentu przekroczenia granicy w codziennym zabieganiu, zza której zazwyczaj trudno już wrócić, może pojawić się rachunek w postaci braku własnego życia prywatnego, seksualnego i emocjonalnego. (Fot. iStock)
Jeśli w porę nie wyłapiesz momentu przekroczenia granicy w codziennym zabieganiu, zza której zazwyczaj trudno już wrócić, może pojawić się rachunek w postaci braku własnego życia prywatnego, seksualnego i emocjonalnego. (Fot. iStock)
To, że życie w ciągłym biegu i nieustanne podnoszenie sobie poprzeczek ma niszczący wpływ na nasze samopoczucie, wiemy już od dawna. A jak zatracanie się w gonitwie obowiązków wpływa na sferę intymną? I czy można się z zabiegania wyzwolić? Odpowiada seksuolog Andrzej Depko.

Na początku wygląda niewinnie: uznajesz swoją karierę zawodową za priorytetową i masz po prostu duże ambicje. Stawiasz więc na fachowe wykształcenie: kończysz studia, potem studia podyplomowe, różne kursy doszkalające, może MBA… Ten okres jest rozciągnięty w czasie, a jego wypełnienie zadaniami powoduje, że możesz nie mieć ani chwili na budowanie relacji. Później wchodzisz w kierat pracy, pojawiają się też realne obowiązki zawodowe. Zaczyna się szybka wspinaczka po szczeblach kariery – kolejne stanowiska, coraz wyższe i wyższe... Jeśli w porę nie wyłapiesz momentu przekroczenia granicy, zza której zazwyczaj trudno już wrócić, może pojawić się rachunek w postaci braku własnego życia prywatnego, seksualnego i emocjonalnego.

Zamiast relacji – praca

Co się dzieje po przekroczeniu tej granicy? Nie ma czasu na relacje, a budowanie związku zaczyna być postrzegane jak rezygnacja z części siebie. Włącza się mechanizm samooszukiwania się: „Jak już osiągnę ten cel, będę mieć czas na wszystko”. Ale zza horyzontu od razu wyłania się kolejny cel do zdobycia. To jest życie w ciągłym napięciu i stresie. Pojawia się lęk: „Czy jestem najlepsza? Czy zdążę zrealizować plan? Czy nie zawalę czegoś po drodze?”. A jeżeli ktoś zyskuje świadomość własnej samotności, odkrywa dodatkową motywację do tego, żeby uciekać w pracę. Kiedy pojawia się potrzeba seksualna, brak partnera wymusza podejmowanie zachowań zastępczych – seks przez Internet lub inne formy masturbacji. Można w ten sposób szybko rozładować napięcie i znów zająć się pracą.

Skutki pracoholizmu

Odpowiedzią organizmu na życie w przewlekłym napięciu jest wzrost hormonu prolaktyny, która powoduje spacyfikowanie potrzeby seksualnej. Ciągłe skupianie się na pracy zawodowej i życie w nieustającym stresie może doprowadzić też do dysfunkcji seksualnych.

Wyobraźmy sobie taką sytuację, że ona czeka na niego w seksownej bieliźnie, a kiedy on, pomimo że właśnie wrócił z biura i nie marzy o niczym innym jak sen, stara się sprostać apetytowi kochanki, okazuje się, że nie może. Pojawia się problem ze wzwodem. Ona zaczyna mu wyrzucać: „Już cię nie podniecam” albo: „Masz kogoś innego!”. On się frustruje, bo nikogo nie ma i wciąż tylko ciężko pracuje. Rozstają się w złości, a kiedy znowu następnym razem im nie wyjdzie, on zbagatelizuje problem, bo przecież praca jest ważniejsza. Albo uzna wagę problemu, tylko ucieknie od niego w obowiązki.

Gdy życie seksualne zaczyna zanikać, a stan napięcia i stresu jest coraz silniejszy, mogą również pojawić się przedwczesne wytryski. Dochodzi nowy stres spowodowany tym, że było za szybko. Mężczyzna zaczyna unikać kontaktów seksualnych lub w ogóle świadomie z nich rezygnuje.

Całkowitemu zaangażowaniu w pracę towarzyszy napięcie oraz lęk przed porażką i utratą zajęcia, co doprowadza często do depresji, której konsekwencją jest osłabienie lub utrata libido. Jeżeli depresja zaczyna przeszkadzać w pracy, pracoholik idzie do psychiatry i prosi o leki, które pomogą mu być sprawnym zawodowo. Mają one stabilizować nastrój, ale jednocześnie pacyfikują seksualność. I gdy partnerka będzie miała potrzeby seksualne na tym samym poziomie jak dotychczas, on nie będzie już mógł im sprostać.

A ponieważ kobiety biologicznie (ze względu na gospodarkę hormonalną i poziom neuroprzekaźników) są dwa razy bardziej predysponowane do wystąpienia depresji, pracoholizm przekłada się u nich dwa razy częściej na pojawienie się depresji i bezsenności. Kobiety szybciej też sięgną po tabletki nasenne i antydepresyjne.

Samotni w parze

Częsta forma związku pracoholików to „living aparat together” – czyli jesteśmy razem, ale żyjemy osobno. To dotyczy par, w których obie osoby są mocno zaangażowane w pracę i spędzają razem jedynie weekendy i urlopy. A po powrocie każde wraca do siebie i swoich zajęć. Oficjalnie są parą, ale bycie razem ogranicza się do krótkiego czasu wolnego. Oboje zakładają, że chcą mieć rodzinę i dzieci, ale najpierw muszą zrealizować swoje cele zawodowe, bo to da im gwarancję bezpieczeństwa. Nie zdają sobie sprawy, że w sferze deklaratywnej można być szczerym, ale istnieje jeszcze taki aspekt, jak przyzwyczajenie do życia w samotności i do różnych nawyków.

Inna możliwa sytuacja życiowa dla pracoholików to życie w pełnym związku. Może to być relacja dwóch osób bardzo zaangażowanych w pracę albo jedna z nich może być poświęcona karierze zawodowej, a druga może pracować niewiele lub wcale, zajmując się prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci.

Andrzej Depko dr n. med., seksuolog, neurolog, autor książek. 

  1. Psychologia

Katarzyna Miller: lenistwo jest pożyteczne, to chwile, kiedy jesteś w kontakcie ze sobą, a nie z zadaniem

W czasie lenistwa resetuje się umysł, do głowy przychodzą najlepsze pomysły i wstaje się z chęcią do czegoś nowego.(Fot. iStock)
W czasie lenistwa resetuje się umysł, do głowy przychodzą najlepsze pomysły i wstaje się z chęcią do czegoś nowego.(Fot. iStock)
Uczenie się lenistwa to nauka dbania o siebie, szacunku i troski o swoje zdrowie. Lenistwo na zmianę z działaniem to długie dobre życie.

Ludzie, którzy potrafią odpoczywać, mają lepsze wyniki w życiu, lepsze samopoczucie, są bardziej kreatywni i dłużej żyją. 

Kiedy pada słowo „lenistwo”, od razu się uśmiecham i robi mi się słodko. To jest postawa, którą samodzielnie wypracowałam, bo mama mnie za lenistwo bardzo ganiła. Strasznie chciała, żebym ja a to sprzątała, a to się uczyła, a to robiła „coś pożytecznego”. Ale ja czułam, że lenistwo to rzecz pożyteczna; chwile, kiedy jestem w kontakcie nie z zadaniem, ale z sobą. Leżenie, patrzenie na coś pięknego, słuchanie muzyki, czasami zastanawianie się nad czymś, ale niekoniecznie – bardzo lubię nie myśleć w czasie lenistwa. Wiele lat pracowałam nad tym, żeby wyrzucić z siebie głos matki, żeby mi nie przeszkadzał. Powtarzałam sobie, że mam do lenistwa prawo, bo do niego trzeba sobie dać prawo.

Od dziecka wpaja się nam, że to jest nie w porządku, gdy nic nie robimy, weźmy choćby ten prześmiewczy wierszyk Brzechwy „Leń”. Ostatnio jednak mówi się o tym, że ludzie, którzy potrafią odpoczywać, mają lepsze wyniki w życiu, lepsze samopoczucie, są bardziej kreatywni i dłużej żyją. Niezbędny jest płodozmian, żebyśmy najpierw weszli na górkę, a potem z niej zeszli i poleżeli. Nie możemy być ciągle w trybie gotowości lub pracy. To mądrość samuraja. W świecie sukcesu nie ma miejsca na błogie lenistwo, imperatywem staje się: chcę mieć więcej, więcej i więcej. A po co nam więcej? Na ogół i tak mamy wszystko, czego nam potrzeba.

Podkreślam, że nie mówimy tu o bierności ani o apatii. Człowiek jest się w stanie doprowadzić do stanu totalnej nieużyteczności, jeżeli rezygnuje z aktywności i z dopływu bodźców. Lenistwo na łące czy ławce w parku albo snucie się po domu w piżamie i robienie tylko drobnych przyjemnych rzeczy to jednak coś innego. To pozwolenie sobie na rodzaj rozchełstania. Antyteza opakowania w celofan i bycia na sprzedaż.

Dobre lenistwo nie ma nic wspólnego z głupotą, kiedy idziemy po linii najmniejszego oporu, przyjmujemy uproszczoną wizję świata, pozwalamy, by ktoś myślał za nas. Dosyć duża część ludzkości nie używa myślenia, na to nie ma rady. Pustka intelektualna jest podszyta lękiem i niską samooceną.

Matka trójki dzieci, gdy czuje się przywalona domowymi obowiązkami, pewnie się żachnie: „Przecież ja nie mam kiedy odpoczywać, nie mogę!”. Otóż możesz! Wybierz czas w ciągu dnia i się odseparuj na chwilę. Proponuję powiesić kartkę na drzwiach „mama zajęta” i przez pół godziny poleżeć w łóżku. Dzieciom będzie od tego tylko lepiej, bo staniesz się pogodniejsza. Trzeba sobie jednak dać do tego prawo. Słyszałam w głowie głos mojej matki mówiący „nie wolno”, jednak zdecydowałam, że nie tylko wolno, ale nawet trzeba. Wtedy resetuje się umysł, do głowy przychodzą najlepsze pomysły i wstaje się z chęcią do czegoś nowego.

Nie zgadzam się na to, żeby lenistwo było jednym z siedmiu grzechów głównych. Chociaż wiem, że tego nie zmienię. Tam użyto niedobrej nazwy, to powinno być nieróbstwo. Ja jestem bardzo leniwa i jednocześnie bardzo pracowita. Kocham swoją pracę, cieszę się, że ją mam, traktuję ją poważnie i dlatego m.in. moje lenistwo sprawia mi taką frajdę.

Nie mylmy też lenistwa z depresją, kiedy nie chce nam się w ogóle wstać z łóżka. Depresja to ból, czarny kolor, smutek, rodzaj rozpaczy. Lenistwo to przyjemność, zawieszenie zadań na jakiś czas. Nie musi być indywidualne, my wczoraj z Edkiem siedzieliśmy sobie na zadaszonym tarasie i obserwowaliśmy burzę, gapiliśmy się, jak ogród chłonie wodę. Leniliśmy się całkowicie, świadomie i z dużą satysfakcją.

Wśród alkoholików, z którymi pracowałam, wielu było rozlazłych, nie radzili sobie z życiem, za dużo było tam apatii. Wspaniałe było, gdy jeden z nich się uleczył, bo zaczął codziennie ścielić łóżko. Postanowił, że zakończy degrengoladę i że pomoże mu to, że będzie coś robić regularnie. I miał rację, zaczął potem podejmować coraz więcej skutecznych działań, w efekcie czuł się ze sobą coraz lepiej i mógł odstawić picie.

Moi nowi klienci, którzy często są pracoholikami, mają odwrotny problem. Muszę ich uczyć, żeby sobie pozwolili na przerwę, na wyjazd, na zostawienie pewnych rzeczy samym sobie. Strasznie się boją, że jak oni wyjadą albo się czegoś nie podejmą, to coś się stanie. Mówię wtedy: „Najbardziej się boisz, że jednak nic się nie stanie, że świat dalej będzie się tak samo toczył, jak ciebie nie będzie”. To złudne poczucie bycia niezastąpionym, posiadania kontroli nad wszystkim. I pycha!

Oczywiście, każdą rzecz, nawet przyjemność, można przefajnować. Więc kiedy zaczynasz się nudzić lenistwem, ruszaj do działania.

Leniuchy kochające lenistwo, łączmy się! Umiejętność nicnierobienia jest cnotą! Ilu ludzi potrafi się fajnie lenić?! Niewielu. Uczmy się mądrego lenistwa.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

 

  1. Psychologia

Wewnętrzny przymus pracy - czy to już pracoholizm?

Dla osoby uzależnionej od pracy urlop to coś, co z nią konkuruje. Najbardziej stresująca jest myśl, że może kiedy mnie nie będzie przy biurku, okażę się kimś, kogo można zastąpić. (fot. iStock)
Dla osoby uzależnionej od pracy urlop to coś, co z nią konkuruje. Najbardziej stresująca jest myśl, że może kiedy mnie nie będzie przy biurku, okażę się kimś, kogo można zastąpić. (fot. iStock)
Nie potrafisz wyjść z biura o rozsądnej godzinie? Wolny czas wytwarza w tobie napięcie? Przekładasz kolejny raz rodzinny obiad, bo „dziś znów się nie wyrobisz”? Pracoholizm to plaga XXI wieku, typowa zwłaszcza dla czasów kryzysu. Co robić, jeśli dopadł i ciebie?

Nie potrafisz wyjść z biura o rozsądnej godzinie? Wolny czas wytwarza w tobie napięcie? Przekładasz kolejny raz rodzinny obiad, bo „dziś znów się nie wyrobisz”? Pracoholizm to plaga XXI wieku, typowa zwłaszcza dla czasów kryzysu. Co robić, jeśli wewnętrzny przymus pracy dopadł i ciebie?

Jeśli twój świat zaczyna się i kończy na pracy, gdy przestała być ona już przyjemnością, a stanowi tylko wewnętrzny przymus – wtedy jesteś zagrożona utratą równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Jej brak na dłuższą metę prowadzi do pracoholizmu i wypalenia zawodowego. Według badań CBOS co dziesiąty Polak boryka się z obsesyjną potrzebą, a raczej przymusem pracy. Pracoholicy to najczęściej osoby młode i niezwykle ambitne. I w większości kobiety –  podchodzą do niej bowiem bardziej emocjonalnie i zazwyczaj mocno się angażują.

– Pracoholizm jest jednym z uzależnień behawioralnych, takich jak hazard lub zakupoholizm – mówi Joanna Godecka, life coach i trenerka praktyk integracji oddechem. – Chociaż jest uzależnieniem, jest też społecznie akceptowany, ponieważ kojarzy się z pozytywnie postrzeganymi cechami, takimi jak: pracowitość, odpowiedzialność, zamożność. O pracoholikach myślimy, że świetnie sobie radzą w życiu i odznaczają się siłą. Często nie dostrzegamy jednak różnicy między tymi cechami a nałogiem pracy.

Sam stres, zero frajdy

–  O tym, że jesteśmy zagrożeni pracoholizmem, świadczą następujące symptomy: nie potrafimy wyjść z pracy o rozsądnej godzinie, będąc na wakacjach, pędzimy z plaży do hotelu, żeby sprawdzić służbową skrzynkę pocztową, często spędzamy w biurze weekendy, myślimy o niej przez większą część dnia i ciągle o niej mówimy – wymienia Joanna Godecka. – W tych przypadkach jesteśmy na dobrej drodze, żeby stracić punkt równowagi i stać się pracoholikami.

Dla osoby uzależnionej od pracy urlop to coś, co z nią konkuruje. Najbardziej stresująca jest myśl, że może kiedy mnie nie będzie przy biurku, okażę się kimś, kogo można zastąpić.

Pracoholik miewa też obsesyjną potrzebę kontroli. Relaks i zanurzanie się w chwili obecnej powoduje u niego lęk. Jak każde uzależnienie, pracoholizm działa destrukcyjnie. Praca zajmuje cały obszar egzystencji, po jakimś czasie nie starcza już miejsca na nic innego. – Co więcej, rzadko jest też przyjemnością – mówi Joanna Godecka. – Staje się wewnętrzną presją, więc generuje stres.

Zaburzona równowaga szkodzi wszelkim relacjom i, jak każde uzależnienie, obniża ogólny poziom szczęścia. W efekcie prowadzi do problemów zdrowotnych i zaburzeń psychicznych. Jak przy każdym uzależnieniu behawioralnym, pojawia się wyczerpanie psychiczne i fizyczne, kłopoty ze snem, koncentracją, bóle głowy, wrzody żołądka. Pracoholizmowi towarzyszy też wypalenie zawodowe, które prowadzi do depersonifikacji, czyli obojętnego reagowania na innych ludzi: zarówno klientów, podwładnych czy współpracowników, jak i przyjaciół oraz członków rodziny.

– To prosty mechanizm: nadmiar bodźców przy braku regularnego rozładowania stresu prowadzi do totalnego znieczulenia. A ono z kolei – do obniżonego poczucia własnej wartości, spadku radości z dokonań osobistych oraz niskiego przekonania o własnej kompetencji, i kryzys mamy gotowy – wyjaśnia Joanna Godecka.

Zgubna siła prestiżu

Pracoholizmowi zawsze sprzyjają kryzysy ekonomiczne. Wówczas ludzie pracują w poczuciu, że praca jest od nich cenniejsza, próbują więc udowodnić, że właśnie im się należy. W ten sposób lądują na straconej pozycji. Pracoholizm częściej dotyka osób, dla których ambicje zawodowe mają szczególne znaczenie. Również dążenie do osiągnięcia prestiżu społecznego oraz wysokiego statusu finansowego popycha ku temu nałogowi. Dla większości osób przeginających z pracą imponujący napis na drzwiach gabinetu lub na wizytówce jest ważny. Z nim się utożsamiają i od niego uzależniają.

U podstaw leży zwykle zachwiane poczucie własnej wartości. Dzięki pracy dość łatwo zrekompensować sobie braki w innych dziedzinach. Kiedy nie czujemy się na przykład atrakcyjni jako kobiety czy mężczyźni, gdy nie doświadczamy szczęścia i satysfakcji w związkach, brakuje nam rodziny i udanych relacji przyjacielskich, równoważymy to poczuciem sukcesu zawodowego. Może kryć się za nim także intelektualne niedowartościowanie i chęć udowodnienia, że jest inaczej. Istotne, z jaką intencją podchodzimy do pracy i jej miejsca w naszym życiu. Jeśli ma ona nam zastąpić inne wartości lub zadośćuczynić deficytom, pracoholizm staje się realnym zagrożeniem.

Pytania o przyczynę

Kiedy zauważysz u siebie symptomy pracoholizmu, postaraj się im nie zaprzeczać. Inaczej nie dotkniesz sedna problemu. Przyznanie się to pierwszy krok do wyjścia z każdego uzależnienia. Dobrze zadać sobie pytanie, z jakiego powodu tak dużo czasu poświęcasz pracy. Czy jest to spowodowane odczuwaniem przyjemności, czy praca daje ci satysfakcję, czy to raczej przymus wewnętrzny? Czy motywacja do niej jest pozytywna, czy raczej napędzana obawą?

– Warto ustalić, co jest powodem naszego ogromnego zaangażowania w pracę  – proponuje Joanna Godecka. – Może wydaje nam się, że inni pracują tak intensywnie, że jak będziemy wyraźnie od nich odstawać, zostaniemy zwolnieni. Może powoduje nami lęk przed utratą stałych zarobków? Może gubi nas to, że wciąż dążymy do tego, żeby być najlepszymi? Jeśli tak, rodzi się pytanie, z jakiego powodu mamy tacy być. Jeżeli praca jest dla nas celem samym w sobie, co stanowi przyczynę tego, że tak bardzo nam na niej zależy? A może ta praca w takim wymiarze przykrywa coś, czego do tej pory nie dostrzegaliśmy: że nie mamy udanego życia rodzinnego, że nie czujemy się dobrze wśród ludzi, że kariera jest etykietą zastępczą, która ukrywa poczucie niepowodzenia na innych polach? Trzeba mieć naprawdę dobry kontakt ze sobą, żeby odkryć, po co uciekamy w pracoholizm. Warto się także zastanowić, czy sami poradzimy sobie z problemem, czy potrzebujemy fachowej pomocy.

Na rolki i do sauny

Wpuszczenie strumienia świadomości w to zagadnienie sprawi, że zaczniesz sobie zadawać coraz więcej pytań i być może świadomie wydobędziesz się z tego nałogu. Zbudujesz zdrowy kontrapunkt do pracy. Jeśli zdasz sobie sprawę, że tak ciężko pracujesz, bo kiedy przychodzisz do domu, jest w nim głucho i pusto, chce ci się tylko wypić kieliszek wina i położyć do łóżka, to zaczniesz odbudowywać dawne relacje i pasje.

– Pracoholicy muszą nauczyć się relaksowania, czytania książek dla przyjemności, siedzenia na ławce w parku – mówi Joanna Godecka. – Na początku wychodzenia z nałogu ciężko jest im pójść na basen, do sauny, pojeździć na rowerze czy na rolkach. Dobrze też wyznaczyć sobie cel coachingowy, niezależny od pracy. Chodzi o to, aby przestać żyć w tym celu, żeby pracować – a zacząć pracować po to, by znaleźć szczęście w innych obszarach.

Joanna Godecka poleca też metody praktyki obecności: – Jeśli żyjemy wyłącznie w sferze zawodowej, generujemy fikcyjną rzeczywistość. Nasz obraz życia zawęża się na tyle, że wszystko inne przestaje nas interesować.

Dlatego w sytuacji, gdy zaplanowałaś sobie wieczorem miły seans filmowy, ale ogarnia cię pokusa, żeby włączyć laptop i popracować, usiądź wygodnie, weź kilka głębokich połączonych oddechów (bez przerw między wdechem a wydechem) i uświadom sobie, że ta chęć jest objawem kryzysu wynikającego z uzależnienia. Cały czas spokojnie oddychając, poszukaj w sobie emocji, która sprawia, że tak się zachowujesz. Może to strach, że ktoś zarzuci ci brak kompetencji i zaangażowania, może boisz się, że cię zwolnią. Gdy już nazwiesz ten lęk, poszukaj miejsca w ciele, w którym on się objawia. Może w ramionach, żołądku albo gardle… Oddychaj do tego miejsca, czując tę emocję. Podczas takiego ćwiczenia emocja, która tobą rządzi, powinna zacząć przenikać z nieświadomości do świadomości, a twoje poczucie wewnętrznego przymusu się rozpuszczać.

Wszelkie ćwiczenia, które mają na celu stanie się bardziej obecnym w chwili, która trwa, są korzystne dla pracoholików. U nich zwykle ośrodek myśli pracuje na pełnych obrotach, a emocje i ciało są uśpione. Nie czują zmęczenia, odcinają się też od swojej intuicji. Przez to niemożliwe staje się życie w zdrowych proporcjach między światem przyjemności a obowiązków. Powrót do równowagi jest drogą do odzyskania siebie.

Pracę zostawiam za progiem

Pamiętam taki czas, kiedy byłem coachem w każdym momencie mojego życia. Coaching jest moją pasją, jednak coachowanie bliskich było uciążliwe. Zrozumiałem, że nie tędy droga. To spowodowało wielką ulgę i otworzyło mnie na relację w związku i pełnienie innych ważnych ról w moim życiu. Nauczyłem się po powrocie z pracy bardziej być w domu. Gdy zaciera się granica między życiem zawodowym a prywatnym, człowiek traci zdrowy dystans, wypala się i w jednym, i w drugim. Relacja cierpi, bo nie jest się partnerem, tylko odgrywa się w niej zawodową rolę.

W końcu zaczęły mi się zapalać światełka ostrzegawcze. Pamiętam, kiedy byłem na urlopie i poczułem ogromną ulgę, że nie muszę zadawać pytań, być zainteresowanym innymi ludźmi. Mogę być ze sobą samym i z bliskimi. Tu chodzi o cieszenie się byciem tu i teraz, ludźmi i rzeczami, które nas otaczają. Teraz pilnuję pewnych ważnych dla nas rytuałów w pracy oraz w życiu prywatnym. Kiedy na przykład usypiam synka, po prostu jestem z nim, kładziemy się razem i przytulamy.

To chwila tylko dla nas.

Nie myślę wtedy o niczym innym. Tak, pracę trzeba zostawiać za progiem domu.

Sylwester Adamczuk: trener i coach związany z Centrum Life Coaching Polska, wykładowca w Collegium Civitas.